Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Poradniki |
Żywność liofilizowana
Autor:
Jarosław Tomaszewski
NPM 7/2013
Numer wyprzedany

O powodzeniu górskich wypraw decydują nie tylko przygotowanie sprzętowe i kondycyjne. Nie od dziś wiadomo, że kluczową rolę odgrywa również odpowiednio dobrana dieta. Dlatego też każdy, nawet najkrótszy wypad w góry wymaga od nas wyboru odpowiedniej strategii zaspokajania głodu na szlaku. I o ile nie zdecydujemy się na dania serwowane przez schroniskową kuchnię, warto rozważyć zabranie ze sobą żywności liofilizowanej.


Niezależnie od sposobu życia i rodzaju wykonywanych czynności jedzenie jest podstawą funkcjonowania naszych organizmów. Słowa te nabierają jeszcze większego znaczenia, gdy pomyślimy o aktywności górskiej, a w konsekwencji o zwiększonym zapotrzebowaniu kalorycznym. Pamiętać musimy, że spożywane przez nas na co dzień posiłki (ot choćby płatki z mlekiem na śniadanie) raczej nie sprawdzą się w czasie intensywnego trekkingu. Przykładowy bowiem marsz z ciężkim plecakiem pochłania średnio ok. 350 kalorii na godzinę. Mniej zorientowanym wyjaśniam, że to niemało. A musimy pamiętać, że ten kaloryczny „pobór” wzrasta z wysokością i poziomem skomplikowania naszej wędrówki i w skrajnych przypadkach zapotrzebowanie organizmu może sięgnąć nawet kilku tysięcy kalorii na godzinę. Nie bez znaczenia będą także niska temperatura, jak i pogłębiające się z każdym krokiem zmęczenie. Jak więc łatwo wywnioskować, bez odpowiednio dobranego jedzenia nasza wyprawa może się przeobrazić w wycieńczającą wędrówkę, a w skrajnych przypadkach zamienić się nawet w walkę o przetrwanie.
Jak głosi stare porzekadło: „jesteś tym, co jesz”. Tę maksymę warto mieć na uwadze, planując wyprawowe menu. Tym bardziej, że często zdarza się, iż przygotowując się do wyjazdu, koncentrujemy się bardziej na wyborze odpowiedniej odzieży, plecaka czy butów niż na jedzeniu. Ten artykuł jest w pewien sposób kontynuacją tematyki odżywiania się na szlaku, którą podjęliśmy w zeszłym roku („n.p.m.” nr 10/2012). Wspomniany tekst przybliżał zasady komponowania menu na wędrówkę i proponował podstawowy zestaw od śniadania do kolacji. Tym razem skoncentrujemy się na alternatywnym źródle odżywiania, jakim są dania liofilizowane.

Najpierw było osocze
Jak wiele z docenianych obecnie technologii, również liofilizaty przywędrowały do nas ze Stanów Zjednoczonych. Ich początki nierozerwalnie wiążą się z armią amerykańską, a dopiero później z masowym, cywilnym użyciem. Obszarem wykorzystania produktów liofilizowanych były pola bitewne II wojny światowej. To właśnie amerykańskie wojsko pierwsze zastosowało technologię liofilizacji. I choć początkowo dotyczyła ona osocza krwi (które w tej postaci łatwiej było dostarczyć na tereny objęte walkami), to już w latach 60.  XX wieku metodę liofilizacji zaczęto również wykorzystywać jako sposób na konserwowanie żywności dla załogowych misji kosmicznych. Prekursorem w tej dziedzinie była misja kosmiczna stacji orbitalnej Skylab (maj 1973 r. – czerwiec 1979 r.). Liofilizowane produkty na dobre zagościły też w kolejnych misjach promów kosmicznych. Co oczywiste, zachwyt wojska wynikający z korzyści liofilizacji żywności zaowocował wprowadzeniem kolejnych dań do menu żołnierzy wielu armii świata. Jedynym problemem był jedynie koszt produkcji, bowiem proces liofilizacji zdecydowanie nie należał do najtańszych. Z tego też powodu dość długo trwało jego zoptymalizowanie, które pozwoliło na masowe wprowadzenie na rynek tego typu żywności dostępnej w umiarkowanej cenie. W ten oto sposób liofile trafiły do wyposażenia wypraw himalajskich, alpejskich czy żeglarskich – słowem wszystkich, gdzie obok prostoty przygotowania kluczowym aspektem jest niska waga. Dziś bez problemu kupimy je w każdym sklepie górskim bądź podróżniczym.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.