Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Poradniki |
Jak kondycyjnie przygotować się na wyprawę
Autor:
Magdalena Prask
NPM 5/2010
Numer wyprzedany
W przypadku górskich wypraw opierających się wyłącznie na marszu, konieczne jest m.in. wzmocnienie odcinka lędźwiowego kręgosłupa, który musi wytrzymać ciężar naszego plecaka (fot. fot. Piotr Adamski)

Na wypady w nasze polskie góry nigdy się nie przygotowywałam. Niewiele więcej zrobiłam przed wyjazdem w Alpy, Kaukaz i Andy. Dopiero szykując się na Mount Everest, potraktowałam temat bardziej metodycznie. Zaczęłam zadawać sobie pytanie, czy i jak mogę w krótkim okresie przygotować się na tak ekstremalny wysiłek? Jak trenować, by zwiększyć swoje szanse na zdobycie tak wymagającego szczytu?


Pytania, jakie przy okazji wyjazdu w Himalaje zaczęłam sobie stawiać, skłoniły mnie do pewnych refleksji. Niestety, w końcu doszłam do wniosku, że nie jestem dobrym przykładem do naśladowania w tym względzie. Od samego początku podchodziłam do wyjazdów w góry raczej na luzie. Kondycję wyrabiałam sobie dopiero „w praniu”.

Bo to się zwykle tak zaczyna
Na pierwsze rekreacyjnie wypady w Beskidach, Bieszczadach i Tatrach wyruszałam na szlak prosto zza biurka. Mając dużo czasu, przemierzałam góry, nie forsując się zanadto. Pierwsze doświadczenie, które uświadomiło mi, że góry wymagają jednak większej kondycji, nastąpiło w czasach studenckich. Razem z sekcją narciarską wyjechaliśmy na dwutygodniowy obóz szkoleniowy w Beskid Żywiecki. Bazę mieliśmy w Korbielowie, a nasze codzienne zajęcia odbywały się na stokach Pilska. Tamtego roku zima nie była śnieżna. Śnieg zaczynał się dopiero powyżej Hali Miziowej. Wyciągi z Korbielowa na szczyt nie działały. Na górę mogliśmy się dostać tylko pieszo i to dźwigając cały swój narciarski ekwipunek.
Pierwszego dnia całą grupą ruszyliśmy zielonym szlakiem, prowadzącym na szczyt. Wszyscy w dobrych humorach. Ja też. Do czasu, gdy sama zostałam w tyle. Nie byłam w stanie utrzymać tempa. Na szczyt doszłam z godzinnym opóźnieniem. Rozczarowana sobą i załamana, że w ten sposób będziemy codziennie podchodzić przez kolejne dwa tygodnie. Wieczorem od koleżanek z pokoju dowiedziałam się, że nie tylko ja miałam taki problem. Tyle że one były sprytniejsze i wyszły z bazy godzinę wcześniej przed resztą grupy. To był świetny pomysł. Każdego dnia w kilka dziewczyn ruszałyśmy na Pilsko zaraz po śniadaniu, nie czekając na pozostałych. Fakt, że nie jestem sama i ostatnia dodawał mi skrzydeł. Z czasem poczułam, że ponaddwugodzinna wspinaczka staje się normą dla organizmu. Wtedy nauczyłam się również tego, że w górach poza tym, co się ma „w nogach”, liczy się też to, co w głowie.
Później pojawił się pomysł na wyjazd w wyższe góry. Tym razem podszkoliłam się w technice wspinaczkowej. Ukończyłam kursy wspinaczki skałkowej i zimowej, które zalecam każdemu przed wyjazdem w góry wyższe od naszych Tatr. Niestety, po raz kolejny zaniedbałam kwestię przygotowań kondycyjnych. Z góry uznałam, że skoro od lat trenuję taekwondo, a na co dzień dużo pływam i jeżdżę na rowerze, to formę mam na odpowiednim poziomie. Z perspektywy czasu widzę, że zdobywanie szlifów w boju udawało mi się całkiem nieźle, ale mam też świadomość, że mogłam osiągnąć więcej.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.