Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Poradniki |
Bielizna termoaktywna
Autor:
Jarosław Tomaszewski
NPM 3/2012
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Dziś już nikogo nie szokują kolorowe „oddychacze” spotykane na szlaku – przylegający krój i możliwości technologiczne predestynują je do zastosowań outdoorowych (fot. Icebreaker)

Kraciasta flanela i łopoczący na wietrze przemoczony 'tiszert' z bawełny były przez wiele lat jednymi z głównych atrybutów ubioru polskiego zdobywcy gór. Nikt nie myślał wtedy o jonach srebra czy płaskich szwach. Turyści borykali się z niemiłym uczuciem wszechogarniającego chłodu na styku pleców, koszulki i plecaka. Na szczęście zbliżająca się wielkimi krokami termoaktywna rewolucja poradziła sobie z tym problemem całkiem dobrze.


Na samym początku wyjaśnić trzeba jedną zasadniczą kwestię: bawełniane „tiszerty”, majtki i zimowe kalesony dobre są w mieście oraz do codziennego użytku. Zupełnie natomiast nie sprawdzają się w zastosowaniach outdoorowych, kiedy występuje zdecydowanie większa potliwość i potrzeba szybkiego wysychania materiału, który mamy na sobie. Używanie bawełnianych wyrobów może zaowocować groźnym dla naszego zdrowia wychłodzeniem organizmu, a noszenie nieodpowiedniej bielizny – bolesnymi obtarciami i różnego rodzaju wysypkami. Dlatego też gorąco namawiam do uważnego przyjrzenia się bawełnianej alternatywie – bieliźnie termoaktywnej. Niezbędne minimum latem to oddychająca koszulka i majtki, a zimą – kalesony. Szczerze odradzam szukania oszczędności wśród tej bieliźnianej trójcy. Pamiętajcie, że bielizna jest niczym druga skóra rejestrująca zmiany zachodzące w organizmie i na jego powierzchni. Właściwy komfort cieplny zapewni wyłącznie jej termoaktywna odmiana.

Cebulka wciąż na topie
Które z rozwiązań systemowych w outdoorze wskazalibyście jako najbardziej przełomowe? Moim zwycięzcą byłby system trzech warstw ubioru, potocznie nazywany cebulką. Jego niezwykłość polega na prostocie pomysłu i łatwości dobierania grubości warstw w zależności od panujących warunków. Horyzont zagadnienia rozciąga się więc od wielowarstwowych kurtek, przez polary o zróżnicowanej grubości, i kończy na tym, co najbliższe ciału, czyli na bieliźnie termoaktywnej. Bez tej ostatniej konfiguracja trzech warstw traci skuteczność działania. A jak to właściwie działa?
Pierwsza warstwa (bielizna termoaktywna) ma za zadanie aktywnie odprowadzać pot i przekazywać go do kolejnej warstwy. Na tym się jednak jej rola nie kończy. Współczesna druga skóra stanowi bowiem jeszcze swoistą osłonę antybakteryjną, eliminującą równolegle przykre dla nas zapachy. Druga warstwa – polar – to odpowiedź na zapotrzebowanie cieplne naszego organizmu. W parze z naturalną regulacją termiczną organizmu uczestniczy ona w transporcie wilgoci do kolejnej i tym samym ostatniej warstwy zewnętrznej, czyli do kurtki. Jest ona niczym bariera oddzielająca nas od niekorzystnych warunków atmosferycznych, takich jak wiatr, deszcz czy śnieg. Chroni przed wychłodzeniem i, co ważne, usuwa przekazywaną z niższych warstw nagromadzoną wilgoć na zewnątrz.
System warstw to przede wszystkim kontrola i panowanie nad termiką naszego ciała, uzyskiwana przez dowolne zakładanie bądź zdejmowanie konkretnej części ubioru. Zrozumienie i wcielanie w życie przedstawionej wyżej idei to klucz do poczucia komfortu i higieny, niezależnie od tego, jakie góry zdobywamy.

Po nitce do kłębka
Chcąc kupić termoaktywną bieliznę, stajemy przed wyborem nie tylko kroju, koloru czy marki. Głównym kryterium zakupu jest wybór surowca, z którego uszyto produkt. Sprawa nie jest jednak skomplikowana, bowiem wybieramy między tkaninami naturalnymi a syntetycznymi.
Omawiając surowce naturalne, zatrzymajmy się na chwilę przy wełnie. Nie mam jednak na myśli tej góralskiej, kojarzonej najczęściej z drapiącymi swetrami, ale ekologiczną wełnę merino, pozyskiwaną z futra owiec z gatunku merynos, hodowanych w Australii i Nowej Zelandii. Kto nie miał na grzbiecie bluzki z merino, niech żałuje. Produkty te zachwycają naturalnymi możliwościami związanymi z szybkością wchłaniania i odparowywania wilgoci (włókna merino absorbują wilgoć do 20-35 procent swojej objętości, a ponadto na ich powierzchni nie dochodzi do natychmiastowej kondesacji pary wodnej). Nawet intensywnie zawilgocona bluzka z tego surowca nie pozwoli nam zmarznąć. Ze względu chociażby na tę zdolność bieliznę merino warto wybrać na chłodniejsze i zimowe dni. Ważną zaletą produktów z merynosów jest także ich odporność na zapach – natura bowiem tak skonstruowała włókna, że nie tylko odtrącają one bakterie, ale także – ze względu na swoją łuskowatą strukturę – samooczyszczają się.
Innym rozwiązaniem stawiającym na matkę naturę jest system smartcel™, promowany przez polskiego producenta Jaxamount. Idea patentu opiera się na wtłoczeniu mikrokapsułek parafiny do włókien celulozy. Celuloza stanowi w tym wypadku 30 procent surowca, zaś na jego resztę składają się bawełna (65 procent) i elastan (5 procent). Jak deklaruje producent, zespolona całość jest produktem o tzw. pamięci termicznej – w skrócie: bielizna reaguje na zmiany temperatury naszego ciała. Parafina zawarta w włóknach celulozy zachowuje stały stan skupienia dla typowych 36oC. Wraz ze wzrostem temperatury substancja ta przechodzi do stanu płynnego, kumulując tym samym energię, którą w dalszej kolejności oddaje podczas wychładzania. Całość procesu pozytywnie wpływa na poczucie komfortu i świeżości.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.