Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Poradniki |
Choroba wysokościowa
Autor:
Tomasz Banasiewicz
NPM 8/2012
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Obóz bazowy zlokalizowany jest zawsze na wysokości pozwalającej na regenerację. Dzięki temu nasz organizm ma możliwość odzyskania sił nadwątlonych zarówno wysiłkiem, jak i wysokością (fot. Piotr Adamski)

Choroba wysokościowa to zjawisko, które zazwyczaj utożsamiamy z górami naprawdę wysokimi, wyprawami w Himalaje czy inne niebotyczne pasma. Musimy mieć jednak świadomość, że może nas ona dosięgnąć zdecydowanie niżej, a źle zaplanowana i przygotowana pod kątem pokonywania różnic wysokości wyprawa w najwyższe szczyty Alp, nawet te dostępne trekkingowo, niekiedy zaowocuje problemami zdrowotnymi.


Choroba wysokościowa to dość pojemna nazwa, obejmująca szereg objawów i dolegliwości mogących wystąpić już po przekroczeniu bariery 3000-3500 metrów n.p.m. Dla uproszczenia można przyjąć, że pogarszające się w miarę zdobywania wysokości samopoczucie czy występowanie niemiłych dla nas objawów, jak nasilający się ból głowy, zaburzenia koncentracji, nudności czy zmiany zachowania (złość, lęk bądź też wprost przeciwnie – nadmierny optymizm i brawura) to wczesne jej sygnały. Występowanie takich zaburzeń spowodowane jest zmniejszeniem zawartości tlenu w powietrzu atmosferycznym (czyli wdychanym) i związanym z tym spadkiem ilości tlenu, docierającej wraz z jednym wdechem do płuc. W rezultacie prowadzi to do szeregu reakcji naszego organizmu, zarówno ze strony serca, jak i płuc, mających na celu wyrównanie tego niedoboru.

Wystarczy 1300 metrów
Pojawienie się opisanych powyżej reakcji u mieszkańców nizin obserwuje się już na wysokości 1300 m n.p.m. (oczywiście wtedy, gdy szybko przemieszczają się oni na tę wysokość z poziomu morza). Dochodzi wówczas do przyspieszenia akcji serca i związanego z tym wzrostu ilości, a dokładniej objętości, krwi przepompowywanej przez serce w ciągu minuty. Skoro bowiem nasi „tragarze tlenu”, jakimi są krwinki czerwone, ładują go mniej, to aby zrównoważyć ten spadek i postarać się dostarczyć go łącznie tyle samo, muszą z nim wykonać znacznie więcej „kursów”. Rezultatem tego jest zwiększenie ilości tlenu docierającego do tkanek. Ten stosunkowo prosty mechanizm jest dość skuteczny przy krótkotrwałych spadkach ilości tlenu w otaczającym nas powietrzu, do wysokości ok. 3000 metrów n.p.m. Powyżej tej granicy spadek ciśnienia i związany z nim spadek ilości tlenu docierającego do płuc (patrz wykres) stają się coraz silniejszymi bodźcami powodującymi zjawisko hiperwentylacji, czyli przyspieszenia i pogłębienia oddechów. Jest to naturalna reakcja organizmu, który w ten sposób stara się nam dostarczyć jak najwięcej tlenu, ale w konsekwencji te szybkie oddechy prowadzą do „wypłukania” z krwi dwutlenku węgla. Nie wchodząc w zbędne szczegóły fizjologii, wynikiem tych zmian jest upośledzenie przepływu krwi przez mózg i jego gorsze zaopatrzenie w tlen.
Lista potencjalnych następstw takiego stanu rzeczy jest bardzo długa. Najprzyjemniejszą z nich może być euforia i poczucie bezbrzeżnego szczęścia, towarzyszące nam przy wchodzeniu na wysokie szczyty. Spotkanie yeti, choć tu przyjemność może być bardziej dyskusyjna, nie należy zapewne również do dramatów. Jeśli jednak konsekwencją niedotlenienia będzie utrata zdolności oceny własnych działań, realnych możliwości organizmu czy pogarszających się warunków pogodowych, sprawa robi się znacznie bardziej poważna. W najbardziej skrajnych przypadkach taki stan może doprowadzić na przykład do chęci skrócenia zejścia do bazy poprzez krótki lot do widocznego w dole obozu. I nie jest to anegdota wymyślona na potrzeby tego tekstu, lecz autentyczna historia, która przytrafiła się pewnemu biednemu Jamajczykowi schodzącemu z Kilimandżaro. Dobrze poinformowani wiążą co prawda smutny los tego człowieka również z nadużywaniem jego narodowych specjałów, ale tym zajmować się tu nie będziemy.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.