Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Marta Sokołowska

Przepadłam przez niebieskie góry

NPM 6/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Paulina Wierzbicka
()
Widziane z gór(y) – nazwa tej rubryki pasuje tym razem wyjątkowo, bo rozmawiam z instruktorką jogi, jedyną w Polsce kobietą wspinającą się i jednocześnie uprawiającą BASE jumping i wingsuit BASE jumping. Jak z Bieszczad trafić na klify Dolomitów? Opowiada Marta Sokołowska, drobniutka i szczuplutka dziewczyna o pięknych, głęboko zielonych oczach, z których emanuje niezwykła siła spokoju i optymizm.

Zamiłowanie do gór wyniosłaś z domu rodzinnego?
Zdecydowanie nie. W mojej rodzinie nikt nie miał górskich korzeni ani też pasji z nimi związanej. Mimo to, jeszcze w podstawówce byłam dwukrotnie z rodzicami w Bieszczadach. Wędrowaliśmy przez połoniny, ale to, co tak naprawdę zapadło mi w pamięć z tamtego wyjazdu, to powrót do Polski przez Słowację i... widok wielkich, niebieskich gór, rozciągających się na horyzoncie. Tak! Niebieskich… To były Tatry od słowackiej strony. Ten obrazek do dziś mam przed oczami. Tak szybko, jak je ujrzałam, zapragnęłam w nie pojechać. Jednak rodzice mówili mi, że są to góry zbyt wysokie i niebezpieczne dla młodej dziewczyny, że zarezerwowane są dla bardziej wytrawnych turystów.
Wtedy miałam za to inne zainteresowania. Jeździłam konno, wyjeżdżałam do pracy na obozy jeździeckie, które odbywały się w górach. W Jaworkach w Beskidzie Sądeckim w tygodniu pracowałam z adeptami jeździectwa od rana do późnego popołudnia, wieczorami jeździłam konno, a w weekendy wędrowałam po górach.

Jak długo musiałaś czekać na upragniony wyjazd w Tatry?
Do czasu studiów. Wtedy zaczęłam udzielać korepetycji, stałam się choć trochę niezależna finansowo od rodziców i zaczęłam spełniać swoje górskie marzenia. Nie minęło wiele czasu, a zapragnęłam zdobywać tatrzańskie szczyty poza utartymi szlakami. Nie można tego było nazwać wspinaniem, ale nie była to też zwykła turystyka. Zdobyłam między innymi Mięguszowiecki Szczyt Wielki, byłam na Ganku. Nadal jednak czułam, że wysokie Alpy i prawdziwe wspinanie na wielkich ścianach, czyli wszystko to, o czym czytałam w książkach i marzyłam, leży gdzieś poza moim zasięgiem.

Każda przeszkoda jest do pokonania

Kiedy to się zmieniło?
Na studiach wybrałam się na ściankę wspinaczkową. To była Łódź, dawna Stratosfera, zawalający się stary budynek kamienicy. Poszłam tam z dwoma kolegami z roku. Prezentowali oni wtedy nieosiągalny dla mnie poziom wspinaczkowy. Nie wierzyłam, że odnajdę się w tym sporcie. Sytuacja odwróciła się po studiach. Gdy mieszkałam już w Katowicach, byłam bliżej gór. Zapisałam się do Klubu Wysokogórskiego w Gliwicach i na kurs wspinaczkowy. Wtedy moja kariera nabrała tempa. Trafiłam na fantastycznych ludzi, z którymi mogłam się wspinać, trenować i realizować górskie cele. Wzbogaciłam się o nowe, bezcenne doświadczenie – odpowiedzialności za swoje marzenia. Niezależność finansowa pozwoliła mi planować wyjazdy, realizować siebie, zdobywać wiedzę i doświadczenie. Jedynym ograniczeniem w tamtym czasie mogła być dla mnie nieumiejętność zrobienia czegoś. Wiedziałam jednak i wierzyłam, że gdy bardzo się czegoś pragnie i ćwiczy, trenuje i przygotowuje, to i ta przeszkoda ostatecznie jest do pokonania.

W 2009 roku zapisujesz się na kurs wspinaczkowy, a osiem lat później skaczesz BASE i wspinasz się na wielkich ścianach. Jak znajdujesz swoje kolejne cele?
Inspiracje czerpałam często z książek i bogato ilustrowanych albumów o górach. Dostawałam ich wiele przy różnych okazjach od najbliższych mi osób. I w ten sposób rozbudzał się mój głód gór. Teraz najczęściej góry inspirują mnie w bezpośrednim kontakcie. Kiedy dostrzegam jakąś ścianę czy turnię, która mnie fascynuje, od razu rodzi się pomysł na nową wspinaczkę. Drugimi górami wysokimi, w które pojechałam zaraz po Tatrach, były Dolomity. Znałam je doskonale z albumów, map i przewodników wspinaczkowych. Na eskapadę wybrałam się z trójką znajomych. Po wdrapaniu się na Marmoladę oni zaspokoili już swój górski głód poznawczy w tej części Włoch. Ja natomiast pragnęłam kontynuować górskie działania. I tak nasze drogi na tym wyjeździe się rozeszły. Po dwóch tygodniach urlopu wracałam z Dolomitów ze swoimi pierwszymi via ferratami, zrobionymi samotnie, a także granią szczytową Piz Bernina, oraz pierwszymi drogami wspinaczkowymi w Dolomitach! Nie mogłabym sobie lepiej wymarzyć tamtego urlopu.
(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też