Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

z biegu wzięte |

Jak w warunkach niesportowych tworzą się sportowe plany

NPM 6/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Piotr Hercog
()
Imprezy środowiskowe, festiwale górskie czy podróżnicze, w końcu nawet zawody sportowe sprzyjają spotykaniu się, rozmowom i… zabawie. Gdy po prelekcjach festiwalowych człowiek widzi się z przyjaciółmi, często jest tak, że na jednym piwie spotkanie się nie kończy.  I jest to całkiem normalne i akceptowalne, że raz na jakiś czas mamy ochotę się, tak po ludzku rzecz ujmując – pobawić.

Martwić powinno tylko to, kiedy napędzani procentami we krwi dostajemy animuszu podczas rozmów z wielkimi tego świata – czy to górskiego, czy biegowego – i wzajemnie się nakręcamy. Na wspólne projekty czy wyjazdy. Nazajutrz zazwyczaj w strzępach przypominamy sobie zapewnienia z dnia uprzedniego, ale by wyjść z twarzą z całego zdarzenia, brniemy w to, co ustaliliśmy przy piwie.
Działając lata temu prężenie w częstochowskim speleoklubie, sporo się też wspinałem. Zastanawiał mnie fenomen jednego znajomego – niby z naszej paczki, ale odstającego od grupy. Uwielbiał się wspinać solo, bez asekuracji. Później zrozumiałem, skąd – mimo obracania się w towarzystwie wspinaczkowym – ten brak partnerów od liny. Mianowicie po pierwszym piwie, kiedy towarzystwo się dopiero rozkręcało, on chadzał spać. Omijały go zatem wszelkie plany wspinaczkowe. Bilans wychodził jednak na zero – i on, i my mieliśmy na swoim koncie po tyle samo dróg.
Również w moim przypadku niepozorne dwa piwa zaważyły na losie moim i mojej rodziny. Wspominałem już w jednym z poprzednich felietonów historię, kiedy to siedząc ze znajomymi w Sopocie, gdzie byłem na szkoleniu, zostałem namówiony na prowadzenie schroniska w Pasterce. Mieliśmy jechać tam z żoną i niespełna roczną córeczką tylko na rok. Zostaliśmy siedem lat.
A pamiętacie wyjazd Alexa Txikona na Nanga Parbat w 2016 roku? Wraz z Simone Moro oraz Alim Sadparą wspiął się wówczas jako pierwszy człowiek zimą na ten ośmiotysięczny szczyt. Pamiętam, jak rok wcześniej, na imprezie integracyjnej ludzi gór na festiwalu w Lądku-Zdroju, zakiełkowała myśl, że może by tak połączyć siły Txikona i Janusza Gołębia? Ruszyła machina organizacyjna, jednak ostatecznie Janusz nie wyjechał z Alexem. A kto wie, jak mogłaby się skończyć ta wspólna wyprawa? Z kolei dwa lata temu, również przy piwie, otrzymałem propozycję od trzeciego Polaka, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum – Piotra Pustelnika, byśmy wspólnie wybrali się na Biegun Południowy i wytyczyli nową drogę w górach Antarktydy.
W tym środowisku wiele wielkich wypraw, śmiałych wspinaczek, mocnych projektów jest wynikiem rozmów kuluarowych i spontanicznych spotkań. Na drugi dzień dopiero zaczynamy na trzeźwo się zastanawiać, że skoro powiedzieliśmy „A”, trzeba by i wypowiedzieć resztę alfabetu.
Co do spontanicznych spotkań i pomysłów zeń wynikających, jednego z nich nieomal nie przypłaciłem życiem. Miałem 15 lat i wraz ze znajomymi wybrałem się w Tatry, gdzie kuszony byłem wizją wejścia do Jaskini Miętusiej. Nie miałem karty taternika, więc by zrobić to legalnie, musiałem podpiąć się pod instruktora i wejść do niej jako kursant. Instruktor jednak ani myślał brać za mnie odpowiedzialności i krótko oznajmił: – Nigdzie nie pójdziesz. Była zima, kilka dni przed sylwestrem.
Stwierdziliśmy zatem, że nic tu po nas i wracamy do Częstochowy. Zrobimy imprezę sylwestrową i dopiero potem pokażemy się w domu. Był rok 1991. Telefonów komórkowych oczywiście nie było. Rodzice myśleli, że jestem w Tatrach. Ja natomiast z trójką kolegów na wspomnianej imprezie w Częstochowie wymyśliliśmy, że zrobimy rajd po Górach Sokolich. Na pierwszą dziurę wybraliśmy największe Studnisko.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”

Współpraca Paulina Wierzbicka i Wojciech Grzesiok


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też