Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | KORONA ZIEMI: Denali

58 dni na lodzie

NPM 6/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Wojciech Grzesiok
(Andrzej Życzkowski i Wojciech Grzesiok )
Denali jest dopiero trzecim pod względem wysokości szczytem w Koronie Ziemi. Na dodatek tylko 300 metrów wyższym od kolejnego – Kilimandżaro. Jadąc na Denali, musimy być jednak przygotowani na szczeliny, wiatry, zimno i opady śniegu większe niż w Himalajach... Od Everestu różni więc Denali jedno – tylko tlenu nie trzeba ze sobą zabierać.

Może ktoś z Was pamięta mój artykuł z wyprawy filmowej pod Broad Peak, który prawie pół roku temu ukazał się na tych łamach („n.p.m.” nr 12/2018). Opisałem wtedy historię o tym, jak dzięki Andrzejowi Życzkowskiemu znalazła mnie przygoda, choć wcale tego nie planowałem. Jędrek zabrał mnie bowiem na wyprawę w Karakorum. Ale pisząc o Broad Peaku, nie wspomniałem, że to nie pierwszy raz kiedy przygoda korzystała z tego samego posłańca. Kilka lat wcześniej wciągnął mnie on na bardzo krótką listę kandydatów do przejścia Filaru Cassina na południowej ścianie Mount McKinley.
Analogii z naszym wyjazdem pod Broad Peak było więcej. Jędrek wciągający mnie na wyjazd też był przez kogoś wciągnięty – pod Broad Peak zabrał nas Jacek Jawień, a hasło do zdobycia Filaru Cassina rzucił Ryszard Pawłowski, który był wiele razy na szczycie Denali, ale za każdym razem wchodził tzw. drogą normalną, czyli West Butress. Mimo mniej lub bardziej zaawansowanych prób, żadna z trudniejszych dróg prowadzących na szczyt Ryszarda „nie puściła”. Oczywiście wspólnie mieliśmy nadzieję na zmianę tego rachunku. Ostrzegam jednak wszystkich, którzy myślą o zdobyciu tej góry – Filar Cassina to wariant zdobywania najwyższej góry Ameryki Północnej dla zaawansowanych, sami nie róbcie tego w domu.
Co ciekawe, kiedy zdobywaliśmy szczyt pięć lat temu, był on jeszcze oficjalnie McKinleyem. Górę nazwano tak w 1896 roku na cześć Williama McKinleya, kandydata na prezydenta USA. Najwyższy urząd udało mu się objąć rok później, za to jako patron najważniejszego szczytu na kontynencie musiał ustąpić. W 1975 roku władze Alaski przegłosowały powrót do pierwotnej nazwy szczytu Denali, co oznacza w języku miejscowej ludności Atabasków „wysoki”. Cel zrealizowano ostatecznie w 2015 roku, więc śmiało mogę powiedzieć, że jeśli ktoś z Was planuje dołożyć ten klejnot do Korony Ziemi, wejdzie już na inny szczyt niż my.

Plan jest w sumie prosty
Kilka tygodni przed wyjazdem powstaje plan operacji, która ma zaprowadzić naszą trójkę na dach Ameryki Północnej. Jest on w sumie prosty: Punkt pierwszy – zdobyć niezbędną aklimatyzację poprzez zdobycie szczytu drogą normalną. Punkt drugi – poczekać na pogodę i zdobyć szczyt Filarem Cassina. Punkt trzeci – wrócić do domu.
Jako że Rysiu wybiera się chwilę przed naszym wyjazdem na Mount Everest, który ostatecznie zdobywa po raz piąty w swojej długiej i owocnej karierze, scenariusz zakłada, że na drogę normalną na Denali (6190 m n.p.m.) idziemy we dwójkę z Andrzejem, a on do nas dołączy bezpośrednio przed atakiem na cel główny wyjazdu. Jest więc druga połowa maja. Po dokonaniu procedury check-in na lotnisku Katowice Pyrzowice i opłaceniu koniecznych haraczy za dodatkowy bagaż odlatujemy w stronę Alaski. 24 godziny w różnych samolotach upływają nam na spaniu, jedzeniu, staniu w kolejce do kontroli granicznej, odbiorze bagażu i nadawaniu go ponownie. Udaje się nam też popełnić radosny błąd. Podczas przesiadki w Houston znajdujemy lot o właściwej godzinie i do właściwego celu, czyli Anchorage. Grzecznie przejeżdżamy pociągiem na właściwy terminal. Gdy zaczyna się boarding, nawet się nie pchamy w kolejce, bo w końcu miejsca nie zabraknie... I gdy już Jędrek ma wejść na pokład samolotu, nagle zderzamy się ze ścianą – nasze bilety są do właściwego celu i na właściwą godzinę, która się właśnie zbliża, ale bynajmniej nie na ten samolot, do którego próbujemy wejść!
Jakoś otumanieni lotem, a może szczęśliwi z powodu perspektywy zbliżającej się eksploracji nowych dla nas terenów, nie sprawdziliśmy numeru lotu, a tam właśnie czyhała zastawiona przez linie lotnicze pułapka. Okazało się, że samolot, do którego próbujemy się dostać, leci prosto do Anchorage, natomiast nasz ma na tablicy odlotów jako cel wypisane Seattle, skąd dopiero po międzylądowaniu ma polecieć na Alaskę.
Gdy okazało się, że na nasze bilety nie można nas wpuścić na pokład maszyny lecącej prosto do Anchorage, a na nasz samolot via Seattle chwilę się spóźniliśmy, w oczy zajrzało nam widmo pierwszego podczas tej wyprawy zostania na lodzie. I to jeszcze wtedy, gdy nie dotarliśmy w góry. Na nasze szczęście linie lotnicze znalazły trochę miejsca w kolejnych samolotach i tym sposobem z czterogodzinnym opóźnieniem wylądowaliśmu w końcu w największym mieście Alaski.
Nasz pobyt w Anchorage zaplanowany jest na dwa dni, podczas których trzeba zrobić ostatnie zakupy prowiantu i sprzętu, a następnie przenieść się do leżącej w odległości 117 mil wioski Talkeetna, która jest siedzibą Parku Narodowego Denali oraz główną bazą wypadową w góry.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też