Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Tatry / Projekt "Szarlotka"

14 godzin jak krótka chwila

NPM 6/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Przemysław Kalinowski
(fot. Albin Marciniak)
Sposobów na pokonanie tatrzańskich szlaków i zdobycie szczytów może być wiele. A gdyby tak wyruszyć na wakacyjną trasę i po drodze w każdym ze schronisk zjeść szarlotkę? Przekonać się, która z nich jest najlepsza? Może ta z Roztoki albo ta słynna z Pięciu Stawów, gdzie kuchnia piecze dziennie kilkanaście dużych blach? A może ta na Hali Ornak, dla której poświęcają się nawet spacerowicze z dziećmi na wózkach? Wakacyjny projekt „Szarlotka” brzmi intrygująco.

Nadzienie z drobno startych jabłek nie narzuca się swoją wyważoną słodyczą i cynamonowym wykończeniem. Kruche i miękkie zarazem ciasto doskonale dopełnia całości. Na wierzchu leżą zebrane z pobliskich krzaków jagody. Do ciepłej jeszcze szarlotki świetnie pasuje porcja lodów waniliowych i bita śmietana. Wybieram widelczykiem ostatnie okruszki i wciągam w płuca ostre, górskie powietrze. Opieram głowę o ścianę z drewnianych płazów, uszczelnioną wełnianką. Po polance niesie się szum Białki i wpadającej w nią Roztoki.
Jest wieczór. Wracam do środka klimatycznego wnętrza obiektu, które zwyciężyło w dwóch edycjach Rankingu schronisk górskich „n.p.m.”. Przy stołach trwają rozmowy o górach, szlakach i mapach. Moje tematy. Ale nie siadam. Muszę się wyspać. Jutro czeka mnie zadanie.

Ciasto jest nijakie
Piętnaście minut po siódmej wyruszam ze schroniska Roztoka (1031 m n.p.m.). Przed sobą mam 45 kilometrów, prawie 4000 metrów podbiegów i tyle samo zbiegów. Zamierzam dotrzeć do celu przed dziewiątą wieczorem, a po drodze w każdym ze schronisk zjeść szarlotkę. Chcę się przekonać, która jest najlepsza. Zaplanowałem trasę ze wschodu na zachód, z początkiem w schronisku w Roztoce i metą na Polanie Chochołowskiej. Kolejny wystarczająco ambitny cel, bym mógł go sobie dopisać do swojej listy zadań. Projekt „Szarlotka” czas, start.
Do pierwszego przystanku, schroniska nad Morskim Okiem, mam blisko. Tylko godzinę i 45 minut marszu według znaków. Za długo. Droga jest łatwa, w większości asfaltowa, więc trzeba przycisnąć. Po 40 minutach jestem już nad stawem (1395 m n.p.m.).
Patrzę w ciszy na odbijające się w wodzie Mięguszowieckie Szczyty. Wokół nie ma nikogo. Wchodzę do schroniska, zamawiam jajecznicę i szarlotkę. Posiłek kończę z myślą, że tu nawet przeciętne jedzenie sprzeda się świetnie. Druga szarlotka w teście narzuca się przesadną słodyczą, nudzi kształtem równej kostki, ciasto ma nijakie, a jej nadzienie sprawia wrażenie, jakby ktoś przysnął nad włączonym blenderem. Odnoszę niedojedzony deser, odhaczam punkt na mojej liście i z uczuciem niedosytu ruszam w dalszą drogę.

Jak Rusinowa po pierwszych śniegach
Nim wejdę na niebieski szlak do Doliny Pięciu Stawów (1671 m n.p.m.) przez Świstówkę, mijam dziesiątki turystów idących już nad Morskie Oko. Z ulgą skręcam w mniej popularną trasę. Jest pusta. To piękna droga, która szybko wynagradza strome i pełne wystających korzeni podejście. Gdy czasem chodzę tym szlakiem i drzewa ustępują miejsca kosodrzewinie, lubię oglądać się za siebie i patrzeć na wyrastające ponad Morskim Okiem szczyty. A im jestem wyżej, tym bardziej odsłania się przede mną grań Wołoszyna. Ten widok zachwyca. Ale tym razem najważniejsze jest zadanie, więc patrzę uważnie pod nogi. Muszę wykręcić dobry czas.
O godzinie 9.40, dwa razy szybciej niż pokazuje mapa, mam przed sobą sławną wśród miłośników gór, pięciostawiańską szarlotkę. Wielu uważa, że lepszej w Tatrach nie ma. Zabieram ją na zewnątrz i siadam na murku. Jest ładna. Duże plastry jabłek leżą na grubym, nieprzesadnie kruchym spodzie. Górna warstwa ciasta jest cieńsza, przyjemnie pofałdowana i szczelnie przykryta cukrem pudrem. Jak Rusinowa Polana po pierwszych śniegach. Zupełnie inna niż płaska i nudna szarlotka z Morskiego Oka. Smakiem ustępuje nieco roztoczańskiej. Ale ma coś, czego tamtej brakuje – mogę ją jeść i patrzeć na góry. I tak właśnie robię. Tempa pilnuję w trakcie biegu, ale teraz się nie spieszę. Smakuję ciasto, cieszę się chwilą.
Przede mną piętrzy się masyw Miedzianego. Plamy zieleni porastającej zbocze przeplatają się z szarością skalnych osuwisk, tworząc nieregularną mozaikę. Ledwie wyczuwalny wiatr drażni taflę Wielkiego Stawu i lekko rozmywa odbijającą się w niej zieleń i szarość. Ten przyjemny moment wytchnienia wspaniale dopełnia słodycz szarlotki. Ale zadanie czeka. Muszę wracać na szlak.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też