Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Ferrato, gdzie jesteś?

NPM 5/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Marek Skowroński
Most na ferracie Degli Artisti (fot. Paweł Dytkowski)
Poprzednią majówkę spędziliśmy we włoskim Arco i było naprawdę świetnie. Postanawiamy więc w tym roku pójść za ciosem i kolejny raz na długi weekend wybieramy słoneczną Italię. Tym razem jednak stawiamy na nieco mniej znaną miejscowość, znajdującą się nad Morzem Liguryjskim – Finale Ligure.

Początkowo planujemy wspinanie, ferraty i obowiązkowo majówkowe plażowanie. Sami jednak nie wiedzieliśmy, że rejon Finale Ligure, położony niedaleko znanego kurortu San Remo i granicy z Francją, słynie z jeszcze jednej górskiej aktywności – ekstremalnych tras rowerowych. Pakujemy więc sprzęt wspinaczkowy i lonże na ferraty oraz nasze jednoślady i 13-osobową ekipą Do Góry Nogami ruszamy na południe Europy.

Skałki nawet dla początkujących
Pierwszy dzień spędzamy na wspinaniu w rejonie Rocce dell’Orea – Settore Destro, znajdującym się w pobliżu Finalborgo. Za wyborem tego miejsca na sam początek naszej włoskiej przygody stoi przede wszystkim obecność kilku łatwych dróg wspinaczkowych, wycenianych głównie na „cztery”, a nawet jednej „trójkowej”. Tym samym, nawet osoby stawiające dopiero swoje pierwsze kroki w skale mają szansę się wykazać i nie zrazić nadmiernymi trudnościami już na samym początku wspinaczkowej przygody.
Gdyby ktoś z Was z przymrużeniem oka czytał o ekstremalnych trasach rowerowych w rejonie Morza Liguryjskiego, nasza popołudniowa przygoda może rozwiać wątpliwości. Po powrocie ze skał część ekipy decyduje się bowiem sprawdzić rowery na pobliskim single tracku. Jak się okazuje, trasy we Włoszech są odrobinę trudniejsze niż w Polsce, o czym dość boleśnie przekonuje się nasz kolega Bob, notując lot przez kierownicę i serdeczny uścisk w ramionach ogromnego kamienia, na którym ląduje. Rower jednak, podobnie jak i kolarz, nie odnosi poważniejszych obrażeń.

Czas na żelazne drogi
W ramach odpoczynku od wspinania jeden z dni postanawiamy poświęcić na via ferratę Degli Artisti, oddaloną od nas o dosłownie kilkanaście kilometrów, w pobliżu miejscowości Melogno. Chociaż pogoda nad wybrzeżem jest bardzo dobra, im bardziej w głąb gór wjeżdżamy, tym wyraźniej się psuje. Niby nie pada, ale niebo coraz szczelniej zasnuwają chmury. W pewnym momencie nawigacja robi nam psikusa i choć prowadzi nadal do celu, nagle z drogi asfaltowej lądujemy na… drodze leśnej. Trasa przez las trwa około 20 minut i mniej więcej po pięciu kilometrach mamy już dość. Zostawiamy samochody i udajemy się pieszo w poszukiwaniu ferraty.
Lojalnie uprzedzam, że droga dalej kusi, by jeszcze trochę podjechać autem, ale zaufajcie nam – z każdym kolejnym jej metrem utwierdzamy się w przekonaniu o słuszności decyzji, aby nie jechać dalej, tylko przerzucić się na siłę własnych nóg. To droga dobra dla aut terenowych lub motocykli enduro, a nie dla samochodów osobowych.
Po kilkunastu minutach zaczynamy jednak wątpić, bo poszukiwania ferraty nie przynoszą żadnych rezultatów. Rozdzielamy się na trzy zespoły i niezależnie szukamy miejsca startu. Niestety, w okolicy brakuje oznaczeń, więc za drogowskaz służy nam jedynie nawigacja w smartfonie. Wreszcie udaje nam się dotrzeć do punktu zaznaczonego na mapie, ale tak kończy się poleganie na GPS z telefonu... Docieramy do ferraty, ale od drugiej strony i to, co znajdujemy, to jej koniec. Trzeba zatem teraz zejść ścieżką do punktu startu.
Solidnie już zmęczeni w końcu do niego docieramy. Na wysokości około 600 metrów n.p.m. zakładamy uprzęże i lonże i ruszamy w górę. Ferrata wyceniana jest, według różnych źródeł, na B/C lub C albo nawet C/D. Prowadzi ona dość eksponowaną granią, ale obfituje w wiele sztucznych ułatwień. Idzie praktycznie cały czas do góry lub ostrzem grani. Mniej więcej za połową do przejścia jest linowy mostek, a zaraz po nim chyba najbardziej wymagające mocnej głowy miejsce na całej ferracie, czyli trawers po płycie. Dla niektórych jednak to nie ten trawers, a właśnie poprzedzający go mostek okazuje się najbardziej stresującym doświadczeniem. Około godziny 15 trafiamy w końcu na szczyt Bric del Agnellino (1335 m n.p.m.), o czym informuje znajdująca się w pobliżu tablica. Wpisujemy się do książki i niedługo potem rozpoczynamy szybkie zejście. Pogoda wyraźnie się pogarsza.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Włochy

Zobacz też