Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Kolosalny problem

NPM 5/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Andrzej Bazylczuk
()
Długo można by wymieniać zalety Kolosów, ale gdyńska impreza ma też mankament, z którym mimo upływu lat organizatorzy nie mogą sobie poradzić. Jest nim monstrualna kolejka.

Wstęp na Kolosy jest bezpłatny, co sprawia, że do hali Gdynia Arena przybywają nie tylko osoby chcące posłuchać opowieści podróżników. Są także widzowie przyciągnięci przez ciekawość, możliwość spędzenia weekendu inaczej niż zwykle czy wreszcie tacy, którzy poczuli instynkt stadny i uznali, że skoro na imprezę idą tysiące ludzi, to oni też. W efekcie co roku, szczególnie w sobotę, przed halą powstaje gargantuiczna kolejka, a na wejście trzeba czekać całą wieczność (czyli ponad dwie godziny). Co prawda od kilku lat przed Areną instalowany jest ekran, na którym oczekujący mogą śledzić prezentacje z głównej sceny. I owszem, to zdecydowanie umila czekanie, ale jest średnią pociechą, jeśli na głowę lecą hektolitry wody. A tak było w tym roku.
Kolejka uformowała się już rano, więc nawet wczesne przyjście nie gwarantowało spokojnego wejścia. Ludzie nie wykruszyli się nawet wtedy, gdy zaczęło lać, a tłum chętnych stał jeszcze około godziny 18. Na Facebooku czy forach sporo jest opinii, że przecież kolejkowicze są sami sobie winni, bo wystarczy przyjść przed godziną 9 i wtedy bez problemu można zająć sobie miejsce. Tyle, że nie każdy uczestnik Kolosów mieszka w Gdyni i ma szansę pojawić się tak wcześnie. Ba, nie każdy ma ochotę oglądać wszystkie prelekcje. Zmorą jest też „rezerwowanie” kilku czy nawet kilkunastu miejsc dla znajomych, którzy mają przyjść później. Krzesełka obłożone kurtkami są bowiem traktowane tak, jakby ktoś na nich siedział i wliczane do puli osób w Arenie. Dochodzi więc do paradoksu – ktoś zajmuje koledze miejsce, ale ów kolega nie może wejść, ponieważ czekające na niego krzesełko liczone jest jako będąca w hali osoba.
Jeszcze kilka lat temu uważałem „kolosową” kolejkę za część uroku tej imprezy, ale dziś widzę w niej jej przekleństwo. Szczególnie, że nie dostrzegam prób rozwiązania problemu. O tym, że na wejście trzeba czekać co najmniej półtorej godziny poinformowano w tym roku na Facebooku dopiero o 12.28, czyli w momencie, gdy w kolejce stały już setki osób. Zachęcanie widzów, którzy przyjechali z drugiego końca Polski i przestali już kilkadziesiąt minut w deszczu do tego, by wróciły do domu oglądać transmisję online, można traktować zaś jako ponury żart. Zwłaszcza, że przecież Kolosy to nie tylko prelekcje w głównej sali, ale też spotkania w sali seminaryjnej czy możliwość odwiedzenia stoisk i porozmawiania z podróżnikami. Słabo wypadło też zachęcanie czekających do przeniesienia się do Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego. Zabrakło jakiejkolwiek wskazówki, jak się tam dostać, a sama nazwa przyjezdnym spoza Trójmiasta nie mówi zupełnie nic. Oczywiście, zawsze można zapytać wujka Google'a, ale korzystanie z komórki w ulewie nie jest najlepszym pomysłem. Poza tym i tam trzeba było odstać swoje w kolejce, owszem, krócej, ale to i tak marna pociecha na przykład dla rodzin z małymi dziećmi, które opuściły w ulewie jedną kolejkę, by stać w następnej.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też