Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Oblicza pięknego króla Ara

NPM 5/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Konrad Tulej
(fot. Konrad Tulej)
Kiedy patrzę na wschód z najwyższej góry na terytorium obecnej Armenii, widzę kolejny wulkan. W ciągu lat podróży przez Kaukaz mijam go wiele razy na trasie Spitak-Erywań. To góra Ara, z którą wiążą się legendy, mity, a nawet hagiografia św. Barbary. To raj dla owadów, ptaków i niedźwiedzi. Góra ma różne oblicza. Płacze łzami, które leczą i jest sucha latem. W zimie potrafi zebrać śmiertelne żniwo.

Wysiadamy na drodze przed Ashtarak, przemysłowym miastem w południowo-zachodniej Armenii (1110 m n.p.m.). Ponad 40-stopniowy upał uderza ze zdwojoną siłą – naturalnie z góry, i nagrzanym asfaltem od dołu. Przemieszczamy się pieszo poboczem drogi H6 w stronę Jeghward. Po niespełna kilometrze skręcamy na północ i schodzimy do wioski Nor Yerznka. Metalowe rusztowania nad szosą, oplatane niegdyś przez winorośl, obecnie tworzą zardzewiały tunel, którym z ruchliwej szosy przechodzimy na spokojną prowincję.
W osadzie napotkani Ormianie ostentacyjnie dziwią się, że nie mamy samochodu. Nie rozumieją, że lubimy chodzić z plecakami.
– Po co się męczyć, skoro można podróżować za kierownicą klimatyzowanego auta? – z uśmiechem stwierdza starszy pan ze złotą górną jedynką. – Na dodatek w taki upał ciągniecie ze sobą dziecko. Nie żal wam?
Żartobliwie – tak mi się wydaje – odpowiadam, że żal byłoby w taki upał dziecko zostawić bez rodziców, ale chyba nie zostałem zrozumiany. Uśmiecham się więc przyjacielsko i życzę miłego dnia.
Droga prowadzi na skraj wioski, gdzie krzyżuje się z kanałem Arzni-Shamiram. Płynąca w nim woda ma w przyszłości zasilać zbiornik przy miejscowości Jeghvard. Na razie życiodajny płyn w upalne lato służy do utrzymania okolicznych pól i jabłoniowych sadów, jakie istnieją tu od ponad 40 lat. Dzięki temu przed nami rozpościera się widok na kojący dywan zieleni, zza którego wzrasta nieregularny stożek ze ściętym wierzchołkiem – to Ara (2577 m n.p.m.).
Do podstawy góry mamy tylko osiem kilometrów, ale wskaźnik na termometrze pokazuje prawie 46 stopni Celsjusza, co zdecydowanie nie mobilizuje do szybkiego marszu. Summa summarum docieramy do końca asfaltówki. Stąd do wnętrza wulkanu prowadzi już tylko szutrowa dwukilometrowa droga, ale na dziś wystarczy pieszych wycieczek.

Rozmowy przy stoliku
Siadamy w cieniu wierzby, gdzie stoi stara przyczepa i prowizoryczny stolik. Nieopodal wybija źródło z wodą pitną. Po chwili przyjeżdża autobus, z którego wysiada siedmioosobowa ormiańska rodzina. Pochodzą z Jeghvard. Przyjechali tu dla swojej siostry, która mieszka w Nevadzie, a teraz spędza urlop na zwiedzaniu ojczystej ziemi.
Zapraszamy do wspólnego stołu. Wszyscy wyciągają wałówkę: lawasz, pomidory, ogórki, mięso z kurczaka, morele, gatę, czyli popularne ormiańskie ciasto.
– Co już widzieliście w Armenii? – to kurtuazyjne pytanie ze strony Ormian zmienia atmosferę spotkania z oficjalnej na rodzinną.
Najpierw wymieniamy ormiańskie góry i rejony, które odwiedziliśmy, a potem kościoły. Następnie mówimy o wpływach Ormian na kulturę polską, a także o znanych Polakach w Armenii. Apogeum poklasku uzyskujemy po tym, jak stwierdzamy, że czterokrotnie byliśmy w Górskim Karabachu. A wejściu na wulkan będziemy tam po raz piąty. Ormianka z USA nie może wyjść z podziwu, że podróżujemy z synem autostopem i wiemy więcej o Hajastanie (tak na swoją ojczyznę mówią rdzenni mieszkańcy) niż niejeden jej rodak. Rozmowa toczy się dwutorowo: po angielsku z Susan i po rosyjsku z resztą rodziny.
– Konrad, powiedz coś od serca o Armenii, a ja to puszczę moim braciom i siostrom w Stanach – mówi rozentuzjazmowana Susan.
Miłe uczucie, kiedy obcy ludzie doceniają czyjąś wiedzę i dokonania. Ale jeszcze milsze, że Ormianie autentycznie cieszą się z naszej wielokrotnej obecności w ich ojczyźnie. A radość ze spotkania jest dla nas ważniejsza niż chwilowy podziw czy przemijająca sława.
Na odchodne standardowo otrzymujemy zaproszenie do Jeghvard i do USA. Susan, która pracuje tam jako rehabilitantka, wręcza
wizytówkę męża Hraczia Marutyana właściciela drukarni cyfrowej w… Las Vegas. Kto wie, może kiedyś skorzystamy? A dowodem na to, że w podróży wszystko może się zdarzyć, jest ponowne spotkanie z nią tydzień później, na drodze do Goris. Ale to już zupełnie inna historia.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Kaukaz
Armenia

Zobacz też