czerwiec

newsletter

»
 

widziane z gór >>

Gdy życie wisi na kawałku materiału

Agnieszka Paź-Kerner

Gdy życie wisi na kawałku materiału
fot. Archiwum prywatne Agnieszki Paź-Kerner

Wydawało mi się, że Kenia to słoneczny kraj, tymczasem pada już kolejny dzień. Może nie przeszkadzałoby mi to aż tak bardzo, gdyby nie fakt, że jestem w drodze na drugi najwyższy szczyt Afryki – Mount Kenię (5199 m n.p.m.).

Pierwszy dzień na szlaku wcale nie jest łatwy. Zaraz za Naromoru Gate (1875 m n.p.m.), gdzie zaczynaliśmy podejście, okazuje się, że nasza siedmioosobowa grupa kompletnie nie dobrała się pod względem tempa marszu. Jedni idą przede mną, inni zostali daleko w tyle. Odpalam kamerę i nagrywam krótkie, bezsensowne filmiki, żeby tylko nie myśleć o tym, że właśnie rozpętała się burza, a ja jestem gdzieś w środku tropikalnego lasu. Szybko zapada zmrok, w krzakach przy drodze dostrzegam jakiś ruch, próbuję sobie przypomnieć, czy żyją tu potencjalnie niebezpieczne zwierzęta. Nie mogę się zdecydować, czy już się bać, czy poczekać do momentu, aż jakiś zabłąkany bawół zechce rościć sobie prawa do terytorium, na którym właśnie się znajduję. Na szczęście zamiast wyimaginowanego bawołu dogania mnie tragarz. Jest uśmiechnięty i zadowolony, nie widać po nim nawet cienia zdenerwowania, więc i ja po kilku minutach przestaję się zastanawiać, czyje to oczy ukryte w zaroślach odbijają się w świetle mojej latarki czołowej. Na pierwszy nocleg docieram w kompletnych ciemnościach. Cieszę się, że przestało już padać, i liczę na to, że kolejny dzień będzie pogodny.
Senecja nie na rozpałkę
Rano budzą nas małpy, które bawią się, skacząc po metalowym dachu naszego domku. Wyruszamy zaraz po śniadaniu i chociaż początkowo nie jest pewne, czy chmury zakryją całe niebo, czy zostawią trochę miejsca dla słońca, koło południa pada rzęsisty deszcz. Lider znów popędził do przodu, a ja staram się znaleźć drogę w gęstej mgle. Momentami tracę orientację w terenie. Sama nie wiem, czy czasem nie kręcę się w kółko. Czuję się zmęczona brodzeniem w błocie po kolana. Mokre ubrania przyklejają mi się do ciała, a przez wodoodporne z założenia trapery przepływa rzeka wody. Po raz kolejny błoto wessało mi but i z rozpędu zrobiłam kilka kroków w samej skarpetce. Zachwiałam się niebezpiecznie, ale w ostatniej chwili odzyskałam równowagę.
Nie, nie mam zamiaru zawrócić. Wbrew pozorom czerpię satysfakcję z pokonywania szlaku w tak ciężkich warunkach pogodowych, poznaję swoje słabości i badam granice swojej wytrzymałości. Czasami tylko jakaś samozwańcza łza niemocy pojawia się na moim policzku, ale zaraz miesza się z wielkimi kroplami deszczu. Jest zimno, sinieją mi palce; bardzo bym chciała wreszcie poczuć, jak krąży w nich krew.
Wreszcie docieram do Naro Moru River Lodge (4300 m n.p.m.). Desperacko poszukuję źródła ciepła. Zauważyłam, że w budynku jest kominek, więc z krótkiego spaceru przynoszę wielki pień senecji. Zadowolona ze zdobyczy triumfalnie pokazuję ją tragarzom. Kiedy dowiaduję się, że materiał nie nadaje się na rozpałkę (podobno podpalony nieziemsko śmierdzi), czuję ogromny zawód. W takich okolicznościach przyrody pozostaje mi głęboko zakopać się w śpiworze i czekać, aż pogoda się poprawi.
Na szczęście kolejny dzień jest mniej deszczowy. Gęste chmury odkrywają na kilka krótkich chwil majestatyczną sylwetkę Mount Kenii. Kiedy patrzę na strome, nagie ściany najwyższej góry kraju słynącego z najszybszych maratończyków, dociera do mnie, po co mam w plecaku sprzęt wspinaczkowy. Jestem lekko zaniepokojona, ale jeszcze nie przerażona. O wejściu na szczyt będę myślała za dwa dni. Tymczasem mam do pokonania inną stromiznę. Dzisiejszy szlak prowadzi ostro pod górę.

(…)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”

Wyślij artykuł znajomemu »