Dolomity

Moderatorzy: Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

AgaŻet
Posty: 6
Rejestracja: 2018-12-29, 19:58

Dolomity

Post autor: AgaŻet » 2019-02-02, 22:19

Debiut z nowym nick'iem ;)

Wrzucam relację z Dolomitów, w które udało mi się pojechać na przełomie sierpnia i września 2018.

W upalny, letni dzień siedzimy z koleżanką w jednej z uroczych krakowskich kawiarenek i planujemy wyjazd w Pireneje. Termin to przełom sierpnia i września. Analizujemy mapę rozłożoną na stoliku, a w przewodniku czytamy o najciekawszych trasach. Chcemy iść w góry od strony francuskiej.
Kiedy już mamy posprawdzane loty, przejazdy i schroniska okazuje się, że muszę skrócić urlop. Mogę co prawda przesunąć wakacje bardziej na sierpień, ale koleżanka już nie. I tak plan z Pirenejami rozsypuje się w jednym momencie.
Zastanawiam się: co robić, gdzie jechać? Zerkam na stronę biura podróży polecanego przez inną koleżankę. Organizują wycieczki w różne góry świata. W tym w Alpy Szwajcarskie… Kuszące. Bardzo. Kuszące.
Dzwonię. Na Alpy Szwajcarskie nie ma już miejsc, ale uprzejmy głos w słuchawce informuje mnie, że zostało ostatnie miejsce na wycieczkę w Dolomity. Szybki rzut oka na planowane trasy i…
- To proszę mnie zapisać na te Dolomity!
W ten sposób organizuję sobie pierwsze w życiu „last minute” (od zgłoszenia do wyjazdu miałam 2,5 dnia).

Dzień 1. Wyjeżdżamy.
Startujemy z Krakowa ok. 9 rano. W sumie jedzie nas 40 osób! W górach jednak będziemy się poruszać w mniejszych grupach.
Nie znam nikogo, ale ludzie są pozytywni i szybko zaczynamy bardziej lub mniej ambitne rozmowy. Przewodnicy również pomagają w integracji, zagadując i odtwarzając wesołe piosenki. Atmosfera wakacyjna :-) Nasz cel – malownicze miasteczko Vigo di Fassa.
Od początku towarzyszy nam deszcz. Generalnie leje całą drogę. Jest szaro, buro i ponuro. Temperatura spada. Vigo di Fassa leży na wysokości 1391 m n.p.m. i mając w pamięci opowieści o legendarnych alpejskich krętych drogach zastanawiam się, jakie warunki spotkamy w górach. I jak poradzi sobie z nimi nasz kierowca.
Moje obawy są nieuzasadnione - ok. 1 w nocy docieramy bezpiecznie do hotelu. Na zewnątrz jest jakieś 6 stopni Celsjusza powyżej zera i leje. I weź tu pojedź człowieku na wakacje do Włoch! Szybko się kwaterujemy i zmęczeni, po kilkunastu godzinach drogi, idziemy spać. Na szczęście nie musimy się zrywać bladym świtem.

Dzień drugi. Na Przełęcz Świętego Mikołaja.
Śniadanie jemy dopiero ok. 10:00 i zaraz potem ruszamy na pierwsze spotkanie z Dolomitami.
Załamanie pogody na szczęście minęło i od rana towarzyszy nam słońce. Po niecałej godzinie marszu widzimy pierwsze otaczające nas góry, przysypane śniegiem jakby cukrem - pudrem. Rzeka płynąca obok szlaku jest bystra i zmącona po opadach. My, spokojną ścieżką w dolinie, robiąc wiele foto – stopów, docieramy do schroniska Contrin, gdzie spotykamy pierwszy tego lata śnieg. Jesteśmy na wysokości nieco ponad 2 tys. m. n.p.m.
Krótki popas przy dźwiękach jodłowania w wykonaniu lokalnej kapeli (ach, te klimaty!) i idziemy wyżej. Mokrego śniegu jest coraz więcej i cieszę się, że wzięłam kijki, bo naprawdę pomagają utrzymać równowagę na śliskim szlaku. Kilka osób zostaje jednak „ochrzczonych” dolomickim błotkiem. W końcu wychodzimy na Przełęcz Świętego Mikołaja, gdzie w schronisku św. Mikołaja (2340 m n.p.m.) jemy obiad.
Do wyboru są różne dania. Zamawiam zupę minestrone (czyli po prostu jarzynową, generalnie na bogato) i herbatę. Zamawia się przy barze, ale dania kelner przynosi do stołu. Spotykam się z tym zwyczajem w górach pierwszy raz i jestem w lekkim szoku.
Po jedzeniu i relaksie w ciepłym schronisku (znów się zachmurzyło i wieje) trudno ruszyć dalej, ale trzeba wracać. Początkowo idziemy jeszcze trochę pod górkę, podziwiając niebieskie zabarwienie śniegu, po czym ruszamy ostro w dół, do asfaltu, a potem dłuuuugo tym asfaltem do autokaru. Ok. 18:30 docieramy do hotelu, gdzie ze smakiem pałaszujemy gorącą kolację.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dzień 3. Sassolungo.
Ten dzień zaczyna się dla nas wcześniej. Wyjazd jest zaplanowany na 9 rano. I faktycznie, o tej godzinie cała grupa jest w autokarze. Nikt na nikogo nie czeka, nikt nie marudzi. Ludzie wiedzą po co tu przyjechali. Ruszamy.
Tego dnia nasza 40-os. ekipa podzieli się już na 2 mniejsze grupy. Ta, do której należę, ma w planie zdobycie schroniska Toniego Demetza, a potem okrążenie całej skalnej grupy Sassolungo i powrót do autokaru.
Dojeżdżamy na przełęcz Sella (ok. 2200 m n.p.m.). Przewodnik wskazuje nasz dzisiejszy cel – niewielką przełączkę ze schroniskiem. Szlak pnie się tam stromo do góry, przypominając mi podejście na Krzyżne od strony Pięciu Stawów. Można oczywiście wjechać kolejką, której wagoniki przypominają niektórym latające toi-toie, ale większość osób drepta pieszo.
Podejście nie jest bardzo długie, ale jednak strome i oczywiście łapię zadyszkę. Marszu nie ułatwia topniejący śnieg – im wyżej, tym go więcej. Szlak robi się miejscami bardzo śliski. Nasza grupa rozciąga się na większej długości. Mamy dwójkę przewodników – jedna osoba prowadzi, druga zamyka pochód.
W schronisku (2678 m n.p.m.) jest chwila na zjedzenie i wypicie czegoś ciepłego (herbata!). W międzyczasie przewodnik opowiada historię tego miejsca. Schronisko postawił w latach 50. XX w. Giovanni Demetz, którego syn (Toni Demetz właśnie) zginął tu podczas burzy. Zrozpaczony ojciec chciał, żeby alpiniści wspinający się w tym miejscu mieli szansę ucieczki przed załamaniami pogody, bo do doliny jednak kawałek stąd jest. I to stromo z każdej strony.
Schodzimy na północną stronę, co oznacza dużo śniegu po ostatnich opadach. Dużo śniegu wydeptanego przez wielu turystów… da się schodzić, ale pluję sobie w brodę, że raczki zostawiłam w hotelu! O ileż by teraz pomogły! Idziemy powoli, wąską ścieżką, gęsiego. I zostajemy przyblokowani przez włoską rodzinkę, wyraźnie zdenerwowaną warunkami. Owszem, łatwo nie jest, ale naprawdę nie trzeba zatrzymywać się co kilka kroków, blokując kilkadziesiąt osób za sobą! W końcu jednak rodzinka odsuwa się trochę na bok i możemy przejść. Ufff. Od przewodnika wiemy, że mamy konkretną obsuwę i teraz trzeba będzie „cisnąć”. Mimo to zatrzymujemy się na chwilę w kolejnym schronisku, m.in. po to, by zaczerpnąć wody.
Następny postój robimy po dłuższym czasie na przepięknej łące z równie pięknymi widokami na otaczające nas góry. Na część z nich wejdziemy w ciągu tych kilku dni. Teraz jednak leżymy na trawie, jemy, rozmawiamy i focimy. I znów trudno się ruszyć na komendę przewodnika, bo sielski nastrój mocno trzyma.
Od tego momentu wędrujemy ładnym trawersem, prowadzącym prosto do schroniska, w którym zasiadamy już na dłużej i jemy obiad. Menu leży na stołach, kelnerzy zbierają od nas zamówienia, a potem przynoszą minestrone, różnego rodzaju spaghetti i inne potrawy, co kto zamówił. Nie ma co, w tamtejszych górach można zjeść jak w restauracji!
Powrót na przełęcz Sella (z której startowaliśmy rano) odbywa się łagodną ścieżką w dół, do parkingu, na którym czeka już na nas druga grupa, która dziś wędrowała przez płaskowyż Puez. Jeszcze ostatni rzut oka na Sassolungo tonące w promieniach zachodzącego słońca (widok jak z pocztówki!) i wracamy do hotelu. Jak zwykle, radosny przewodnik puszcza jakieś wesołe piosenki i żartuje z nami, ale też opowiada co nieco o okolicy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Dzień 4. Piz Boe.
Wczesnym rankiem budzi nas słońce wyłaniające się zza góry naprzeciwko hotelu. Takie pobudki to rozumiem! Dziś towarzyszą mi nieco większe emocje, ponieważ planujemy wejść na górę, która wznosi się 3152 m. n.p.m. Wiem, że dla wielu osób czytających te słowa to nic szczególnego, ale dla mnie to dotychczasowy rekord wysokości.
Rano chcę jeszcze przyspać w autokarze, ale przewodnik skutecznie to uniemożliwia, mówiąc do mikrofonu o historii regionu i puszczając wesołe piosneczki. Niektóre śpiewa pół autobusu, więc nie pośpię :mrgreen:
Krętymi jak zwykle drogami dojeżdżamy na przełęcz Pordoi (2241 m. n.p.m.). Wszyscy idziemy na Piz Boe, ale nie całą 40 os. watahą tylko w dwóch grupach, w pewnym odstępie czasowym. Moja ekipa rusza później, początkowo zwiedzając mauzoleum żołnierzy włoskich poległych w I wojnie światowej. Z daleka wygląda ono jakby było wykonane z drewna, jednak kiedy tam docieramy okazuje się, że jest to konstrukcja betonowa. Mamy rok 2018, dla całej Europy rocznica zakończenia Wielkiej Wojny.
Wracamy na parking i kierujemy się w stronę kolejki, która wywiezie nas na wysokość 2952 m. n.p.m., na Sass Pordoi. W związku z tym do podejścia mamy „aż” 200 m na szczyt Piz Boe. Początkowo wędrujemy księżycowym płaskowyżem, na którym wznosi się kopiec będący naszym dzisiejszym celem.
Przewodnicy przypominają nam, żebyśmy się nakremowali i dużo pili, bo to jednak już jest jakaś wysokość. Moje zapasy wody kurczą się dość szybko i w pewnym momencie staje mi przed oczami wizja wdrapywania się na szczyt na sucho. Na szczęście na trasie leży jeszcze śnieg z niedawnych opadów i spokojnie sobie topnieje, więc mijając malutki wodospadzik zatrzymuję się, żeby zaczerpnąć wody. Uff, można iść dalej.
Nasza grupa rozciąga się trochę. Samo podejście nie sprawia trudności, w dwóch czy trzech miejscach jest lina, żeby się łatwiej podciągnąć, ale to wszystko. Samopoczucie mam świetne. A najlepsze na szczycie! Proszę jednego z chłopaków z ekipy o pamiątkową fotkę i zasiadam do posiłku ze swoich zapasów. W tym czasie docierają pozostałe osoby z grupy. Siedzimy, rozmawiamy, przewodnik opisuje bliższą i dalszą okolicę, w tym wznoszący się dumnie naprzeciwko nas masyw Marmolady. Wyjaśnia nam też znaczenie tajemniczej konstrukcji na Piz Boe, wyglądającej jak wielka reklama przy autostradzie. Nie jest to oczywiście żadna wielka reklama tylko wiatrochron. Na szczycie znajduje się bowiem lądowisko dla helikopterów i tenże wiatrochron ma chronić te maszyny. Nic to, że wygląda jak metalowy koszmarek – życie ludzkie jest tu ważniejsze niż estetyka.
Obok metalowego wiatrochronu jest drewniane schronisko. Wychodek parę metrów niżej, po ścieżce ubezpieczonej linową poręczą :mrgreen: .
Powietrze jest cudownie lekkie, kryształowe, wieje tylko lekki wiaterek. Och. Nie da się tu zostać? Niestety. Schodzimy z „kopca” na płaskowyż stromą ścieżką, momentami piarżystą. Są nawet jakieś łańcuchy. Po drodze widzimy drugą część naszej ekipy, rozpoczynającą wymarsz ze schroniska, do którego my właśnie zmierzamy. Generalnie w rejonie szczytu Piz Boe jest kilka schronisk położonych niedaleko od siebie.
W schronisku zamawiamy, a jakże, minestrone (chcieliśmy gulaszową, ale się skończyła). Za to porcja minestrone jest całkiem, całkiem, do tego chleb. A na deser apfelstrudel, w tym schronisku akurat bardzo smaczny (różnie to bywa). Jedząc podziwiamy pilota śmigłowca, który dostarcza różnorakie elementy konstrukcyjne na budowę – zapewne schronisko będzie się rozbudowywać. Jak on pewnie, pięknie i zwinnie lata! Każdy z nas chce mieć ładne zdjęcie śmigłowca – zachowujemy się jakbyśmy nigdy helikoptera nie widzieli!
Dalsza część tej wycieczki to powrót do kolejki na Sass Pordoi, którą zjeżdżamy na przełęcz Pordoi do autokaru. Stojąc w wagoniku tyłem do kierunku jazdy odkrywam, że w ¾ wysokości góry poprowadzona jest ferrata. Robi wrażenie.
Powrót do hotelu wcale nie oznacza końca atrakcji. W związku z tym, że wycieczka była lajtowa, wybieramy się na zwiedzanie naszego Vigo di Fassa. Podążamy w górę miasteczka, przechodząc obok malowniczego, średniowiecznego, murowanego kościółka, a dalej na cmentarz wojskowy z I wojny światowej, nad którym wznosi się kolejny malowniczy, stary kościółek. Wieczorem, już mocno wygłodniali, wracamy na ciepłą kolację, która u nas spokojnie mogłaby zostać uznana za bardzo bogaty obiad – składa się bowiem zawsze z 3-5 dań.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Dzień 5. Przez Płaskowyż Puez.
W tym dniu nasze grupy znów się rozdzielają. Moja ekipa jedzie na Puez, druga na Sassolungo.
Przewodnik mówi, że na początek musimy pokonać trzy przełęcze. Na pierwszą z nich wspinamy się stromą ścieżką z dużej przełęczy Gardena, do której dojechaliśmy autokarem. Na każdą kolejną podejście jest już spokojniejsze, a wysiłek wynagradza popas nad małym jeziorkiem wyglądającym jak klejnot na pustkowiu. Niektórzy nawet się kąpią (ale to nikt z naszej grupy). Z punktu, w którym siedzimy, widać schronisko, do którego mamy dotrzeć na obiad. Stąd to jeszcze ok. 1,5 – 2 h raczej płaskiej drogi.
Krajobraz jest księżycowy, choć wg mnie mniej księżycowy niż na Piz Boe, bo teren jest bardziej trawiasty. Ktoś mówi, że można by tu kręcić „Gwiezdne wojny”. Coś w tym jest.
Miejsca, które mijamy, są przepiękne. Zwłaszcza jedno, zwężenie szlaku, z którego rozpościera się widok na fantastyczną dolinę. Nie ma chyba osoby, która przeszłaby tamtędy obojętnie. Wszyscy zatrzymują się na zdjęcia, ale, wg mnie, żadna fotografia nie odda tego piękna.
W schronisku Puez (2475 m n.p.m.) zajadamy włoskie smakołyki, np. spaghetti. I minestrone :-D Poza naszą grupą jest dość dużo turystów oraz zwierzaki, np. kozy. I pies pasterski. Kiedy przechodzi obok kóz, te jak jedna śledzą go wzrokiem. Obserwując tę sytuację o mało nie krztuszę się ze śmiechu. Widać, kto kogo ma się bać. Pies za to kompletnie ignoruje to stadko.
Teraz przed nami tylko zejście, najpierw trawersem, potem konkretnie w dół. Za nami otwiera się górna część doliny, do której podążamy. I znów niezliczone foto-stopy. No bo jak nie fotografować tych wszystkich fantastycznych skał i piargów? Na dole zaś mijamy jeziorko, którego kilka tygodni wcześniej nie było. Czyżby efekt letnich roztopów?
Końcówka to monotonny marsz asfaltem do autokaru, okraszany niezliczonymi rozmowami. Kiedy docieramy do celu, mamy w nogach ok. 20 km.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Dzień 6. Pomiędzy znanym i nieznanym.
Po przebudzeniu widzę szare niebo. A więc jednak – prognozy o pogarszającej się pogodzie niestety się sprawdziły. Nic to, ruszamy na kolejną wycieczkę. Dziś będziemy się poruszać niewysokim grzbietem między masywem Piz Boe (znane) a masywem Marmolady (nieznane).
Znów wyjeżdżamy na przełęcz Pordoi. Stamtąd nasze kroki kierujemy do niewielkiej kapliczki. Tutaj, na ścianach, znajdują się tabliczki upamiętniające osoby, które zginęły w tej okolicy. Po chwili zadumy ruszamy wyżej. Ku chmurom, które kłębią się na okolicznych szczytach. W końcu pogoda faktycznie nie wytrzymuje i zaczyna padać. Ale my jesteśmy sprytni i mamy peleryny 8-)
Idąc w górę wyraźnie słyszymy świstaka. Musi tu gdzieś być! Wytężam wzrok – jest! Siedzi sobie na wielkim głazie na lewo od nas i dosłownie na nas gwiżdże, nie zamierzając się chować. W końcu to jego włości.
Po niezbyt długim marszu docieramy do schroniska, w którym instalujemy się na dłuższą chwilę, ponieważ już konkretnie leje. Dociera do nas dźwięk grzmotu. Czekając na rozwój sytuacji wcinamy dobre rzeczy i rozgrzewamy się herbatą. Znów grzmi. Wygląda na to, że akurat z tej strony, w którą mamy podążać. Przewodnicy odtrąbiają odwrót.
Nie poddajemy się jednak – istnieje oczywiście plan „B”. Do jeziora Lago di Fedaia, do którego mieliśmy zejść szlakiem, jedziemy autokarem. W ten sposób znajdujemy się dokładnie u stóp Marmolady. Mamy czas wolny, który postanawiamy z koleżanką poświęcić na wizytę w Muzeum I Wojny Światowej, a jakże.
W tym czasie podziwiam też to, jak szybko zmieniają się w górach warunki pogodowe. Niby wiem, że tak jest, ale naprawdę mnie to zadziwia. Gdy przyjechaliśmy nad jezioro, trzeba było mieć na sobie cały ekwipunek (w tym czapka, rękawiczki), a gdy wracamy, można spokojnie zdjąć polar.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Dzień 7. Różany ogród.
Ostatni dzień przeznaczony na wycieczkę w góry budzi nas deszczem. Dziś nie podjeżdżamy nigdzie autokarem, tylko podchodzimy pod kolejkę w Vigo di Fassa i wjeżdżamy nią na wysokość ok. 2000 m n.p.m., wśród chmur i mżawki. Kiedy docieramy do górnej stacji kolejki, pada już mocno. Patrząc na pogodę zaczynam powątpiewać w sens wycieczki, ale przeczekujemy chwilę w stacji i kiedy deszcz trochę słabnie, ruszamy w kierunku schroniska Vajolet. Deszcz raz się wzmaga, raz słabnie, chmury wiszą nisko i nic nie widać. A gdybyśmy szli tędy przy zachodzie słońca, zrozumielibyśmy, skąd nazwa tej części gór – Rosengarten, czyli właśnie Różany Ogród. Podobno w słoneczne dni okoliczne szczyty mają czerwonawe zabarwienie. My możemy widzieć to jedynie oczami duszy.
Podejście jest dość strome, poza tym teraz leje już równo. Śmiejemy się, patrząc na siebie w pelerynach, że na szlak wyległy leśne dziadki. Z jednej strony morale jest wysokie, z drugiej strony część osób zawraca.
Docieramy do końca podejścia i tam robimy krótką przerwę. Dzielimy się też na dwie grupy – ci, którzy chcą, mogą jeszcze podejść z przewodnikiem wyżej i zejść potem z góry na szlak trawersujący zbocza Rosengarten. Pozostali, z drugim przewodnikiem, mogą wybrać sam trawers, bez podchodzenia. W związku z tym, że docieram na postój akurat gdy silna grupa rusza wyżej, idę potem dalej samym trawersem. Co ciekawe, deszcz nagle zanika, jakby ktoś zakręcił kurek. Wieje natomiast dość mocny wiatr, który bardzo szybko wysusza nasze mokre spodnie.
W pewnym momencie obie grupy spotykają się i już razem docieramy do schroniska, położonego na dużej skalnej półce. Nie wiem dlaczego, ale akurat to schronisko urzekło mnie najbardziej ze wszystkich, które odwiedziliśmy podczas tego wyjazdu. Atmosfera w obiekcie była jakaś taka… sympatyczna. Ludzie z obsługi uśmiechnięci (my z resztą też), dobre jedzenie, ładny wystrój wnętrza… Aha, no i pyszna kawa z czekoladowym rysunkiem na piance – każdy miał inny, ja dostałam kwiatuszka ;-)
Powrót do kolejki minął szybko, a to z powodu intensywnych rozmów i wspólnego podśpiewywania różnorakich, bardziej lub mniej sensownych piosenek. Później jeszcze pamiątkowa fota całej grupy i zjazd do miasteczka. I pakowanie, bo następny dzień to niestety wyjazd…

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Dzień 8. Wracamy.
Co to za dziwna prawidłowość Wszechświata, że dobre rzeczy kończą się tak szybko?
Przed południem przychodzi nam pożegnać wspaniałe Dolomity i wyruszyć w drogę do domu. Wracając zatrzymujemy się jeszcze w Bolzano na krótkie zwiedzanie. Jako archeolog nie mogę sobie odmówić wizyty u Ötziego, czyli Człowieka z Lodu, znalezionego w topniejącym lodowcu na wysokości ok. 3200 m n.p.m. przez przypadkowych, niemieckich turystów. Było to w 1991 roku. Dzięki temu, że leżał w lodowcu, zachował się bardzo dobrze jak na swoje ok. 5 tys. lat – a dzięki badaniom fizykochemicznym wiemy, że zmarł ok. 3300 lat p.n.e. Co równie ważne, zachowało się jego wyposażenie – siekierka, oszczep, trochę gorzej już wyglądają plecak czy spodnie. Na podstawie takich znalezisk archeolodzy odtwarzają życie ludzi sprzed tysięcy lat. Niestety, w części muzeum, w której eksponowane są oryginalne zabytki, nie można robić zdjęć.
Podsumowanie: wyjazd fantastyczny, góry wspaniałe, ludzie wspaniali. Razem z materiałami dotyczącymi wyjazdu dostaliśmy… śpiewnik do wydrukowania :) Dawno mi się nie zdarzyło, żeby ludzie, którzy się kompletnie nie znają, chcieli siąść razem taką grupą i śpiewać. Włosi mieszkający w hotelu, podobnie jak obsługa, byli zachwyceni! Naprawdę, warto było zaryzykować „last minute” , zebrać się i pojechać.
Dziękuję za uwagę :-)

Obrazek


PS. Dziękuję Sosikowi za pomoc w ogarnięciu wrzucania zdjęć ;-)

Awatar użytkownika
sosikhehe
Posty: 220
Rejestracja: 2014-09-24, 22:14
Lokalizacja: Tyskie (Ślunsk)

Re: Dolomity

Post autor: sosikhehe » 2019-02-03, 14:59

Piękne te Dolomity, muszę tam kiedyś zaglądnąć bo już Lienzkie Dolomity mi się baaardzo spodobały, a włoskie chyba lepsze bo to te "oryginalne" :-D i do tego ta włoska kuchnia którą uwielbiam. Taki właśnie jest urok Alp że śnieg wyżej można spotkać przez cały rok i nawet pojeździć na nartach. Świetne uczucie też pomaszerować w śniegu ubranym w koszulkę i krótkie spodenki 8-)
My body lie but still I roam

Awatar użytkownika
Marco
Posty: 2103
Rejestracja: 2008-11-18, 19:05
Lokalizacja: Opole

Re: Dolomity

Post autor: Marco » 2019-02-04, 14:50

No Aga,
Gratuluję Piz Boe... piękne widoki z niego można podziwiać a Marmoladę na się na wyciągnięcie dłoni.
Przypomniałaś jak to z Zieloną i Tymkiem wchodziliśmy tam pewnych wakacji.
Pozdrowienia
...only way to cure stupidity is death...

AgaŻet
Posty: 6
Rejestracja: 2018-12-29, 19:58

Re: Dolomity

Post autor: AgaŻet » 2019-02-05, 22:14

O, tak, Marmolada jak na dłoni ;) Pozdrawiam Was ciepło! :)

Awatar użytkownika
Michun
Posty: 7320
Rejestracja: 2009-04-24, 13:03
Lokalizacja: Western Front

Re: Dolomity

Post autor: Michun » 2019-02-06, 17:31

Piękne, po prostu piękne góry. A krowa-wiata wymiata! :mrgreen:

ps czytałem, że Otziego najpierw wzięli sobie Austriacy ale potem sprytni Włosi wymierzyli, że jednak leżał kilkadziesiąt metrów po ich stronie granicy i zażądali zwrotu "krajana" :-D
"I don't hate people, I just feel better when they aren't around"
Ch. Bukowski
"Patriotism is the last refuge of a scoundrel" S. Johnson

Awatar użytkownika
rambi
Posty: 1251
Rejestracja: 2009-05-24, 17:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: Dolomity

Post autor: rambi » 2019-02-06, 18:50

No Aga w końcu! O tych Dolomitach rozmawialiśmy na zlocie ale w końcu się zebrałaś i relacja jest! :-) Garść świetnych informacji i fotek. Teraz na szybko przejrzałem ale przed wyjazdem tam wrócę do tematu :-)
Pasjami brukuj drogę swojego życia..

AgaŻet
Posty: 6
Rejestracja: 2018-12-29, 19:58

Re: Dolomity

Post autor: AgaŻet » 2019-02-06, 19:12

Michun pisze:
2019-02-06, 17:31
ps czytałem, że Otziego najpierw wzięli sobie Austriacy
Były chyba nawet walki w sądzie! :mrgreen:

Michun pisze:
2019-02-06, 17:31
A krowa-wiata wymiata!
O, tak!
rambi pisze:
2019-02-06, 18:50
No Aga w końcu!
Trochę mi to zajęło, ale uffff, wreszcie napisałam ;)

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5486
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Re: Dolomity

Post autor: Lidka K. » 2019-02-12, 12:12

debiut "nowej" forumowiczki z przytupem :-)
jest we mnie wiary okruszek....

ODPOWIEDZ