Świdowiec - Gorgany - kwiecień/maj 2012

Moderatorzy: Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
grubinio
Posty: 13
Rejestracja: 2011-06-23, 14:41
Lokalizacja: dębica/kraków
Kontakt:

¦widowiec - Gorgany - kwiecień/maj 2012

Post autor: grubinio » 2012-06-09, 10:38

Cześć!

Chciałbym podzielić się z Wami relacją z wyjazdu majowego na Ukrainę. Odwiedziliśmy część ¦widowca i część Gorganów. Zarpaszam do czytania :)

Wschód przyciąga jak magnes. W zasadzie od samego początku planowania weekendu majowego wiedzieliśmy, że udamy się w tym kierunku, w Karpaty Ukraińskie, które mi jeszcze nie było dane zobaczyć. Jakoś odstraszała nas myśl spędzenia tego czasu w polskich górach, wśród tłumów górołazów...Kwestią sporną, która pojawiła się na etapie planowania była tylko decyzja wyboru miejsca, w które udamy się (¦widowiec, Gorgany, Bieszczady Wschodnie, a może Czarnohora?) oraz niepewna pogoda i warunki panujące w górach, o których sporo próbowaliśmy się dowiedzieć z różnych źródeł, relacji, kamer i prognoz pogodowych. Pytanie czy zastaniemy jeszcze dużo śniegu i rozmoknięte szlaki w lesie pozostało pytaniem bez odpowiedzi. Ostatecznie wybór padł na ¦widowiec i Gorgany oraz na zabranie (jednak!) rakiet śnieżnych w razie napotkania dużej ilości śniegu. "Zimowy" ekwipunek w czasie niemal letniej pogody był wiodącą częścią naszego wyposażenia, bynajmniej nie z powodu intensywnego wykorzystywania, i kilka razy był obiektem zdziwienia i drwin (w szczególności ze strony Ukraińców), jednakże czuliśmy się bezpiecznie wiedząc, że niesiemy go na plecach.
6 pozytywnych osób, ambitny plan całodniowych wędrówek, noclegi w (pod) milion gwiazdkowym hotelu, radość, nadzieja, góry, wolność - czego chcieć więcej, ruszamy! :)

Dzień 1. Przemyśl - Medyka - Lwów

Wyjeżdżając na Ukrainę (Rumunię), za każdym razem podążamy tą samą trasą. W Przemyślu mamy zbiórkę, po chwili wszyscy podążamy ściśnięci w busie wypełnionym do granic możliwości w kierunku przejścia w Medyce. Bez większych problemów przechodzimy przez bramki kontrolne, przestawiamy zegarki, pakujemy się do marszrutki z tabliczką "Lwów" na przedniej szybie. Standardowo. Ku naszemu zaskoczeniu stan drogi w kierunku Lwowa znacznie się poprawił, na większości trasy położony jest nowy asfalt! Dzięki Euro na zachodnią Ukrainę zawitała "nowoczesność". Docieramy do Lwowa, mamy ok. 2 h czasu do odjazdu pociągu do Tiaczewa, wykorzystujemy go na rozmowach, kupnie piwa, ciastek, cukierów i kwasu chlebowego. Kilka zdjęć z ciężkimi plecakami przed okazałym budynkiem dworca, przywitanie z dość wychudzonym prowadnikiem, i wreszcie możemy się rozgościć w jak zwykle gorącym i dusznym plackartnyjm. Podążamy do Tiaczewa!

Dzień 2. Tiaczew - Ust-Czorna - okolice Tempej

8:01 na zegarkach, jesteśmy punktualnie. Noc minęła bez większych problemów i przygód. Zaraz po wyjściu z pociągu zostaliśmy otoczeni przez kilku taksówkarzy, z których jeden był mocno natrętny. Jeździł ciągle za nami, namawiając na kurs. Oferował 400 UAH za podwózkę do Ust-Czornej, która jest oddalona od Tiaczewa o ok. 60 km. Cena zaporowa. Gdy okazało się, że marszrutka do naszego następnego celu odjedzie dopiero za 2,5 h zapytaliśmy innego taksiarza, czy nie zechciałby odbyć kursu do Ust-Czornej. Po chwili negocjacji zgodził się zawieść nas za 200 UAH :)
Dociaramy do Ust-Czornej, przywitani przez duży znak "Herzlich willkommen". Jak podają różne źródła, to pozostałość po ludności niemieckiej, która osiedliła się na tych terenach w XVIII w. i w pewnym okresie stanowiła 80% miejscowej populacji. Ust-Czorna (niem. Kenigsfeld) to mała miejscowość, mająca potencjał na bycie centrum turystyki górskiej. To tutaj rozchodzi się wiele znakowanych szlaków, które powstały kilka lat temu z inicjatywy Czeskiego Klubu Karpackiego, m.in. na Popadię (niebieskie znaki), ¦widowiec (czerwone znaki), Połoninę Krasną (czerwone znaki), z Doliny Płajskiej na Przełęcz Legionów (żółte znaki), z Turbatu na Przełęcz Okole i ¦widowiec (niebieskie znaki) i kilka innych. Punkt ratownictwa medycznego ma tu Zakarpacka Służba Górska, którego przedstawiciela, a zarazem jednego z autorów naszych map, poznaliśmy udając się na szlak. Duże wrażenie zrobiły na nas potężne pojazdy służące do transportu drewna, zwane "gruzawikami", pamiętające jeszcze czasy słusznie minionej epoki, kiedy to Ukraina stanowiła część ZSRR.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Ruszamy w drogę! Naszym pierwszym górskim celem jest dotarcie pod Tempą, za znakami czerwonej farby, gdzie planujemy nocleg. Początkowo trasa wiedzie dość stromo przez las, szybko nabieramy wysokości, dość szybko również docieramy na pierwsze szczyty (Hora Ljubovi, Stohy) z których po raz pierwszy możemy podziwiać połoninę Krasną i rozległy, główny grzbiet ¦widowca.
Obrazek
Obrazek
Następnie podążamy wśród pożółkłych i jakby wyblakłych traw, które jeszcze niedawno pokryte były śniegiem. Na północnych stokach jest jeszcze go trochę.
Wszędobylskie krokusy ciągle zwracają na siebie uwagę - aparaty mocno się napracowały.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Towarzyszyła nam słoneczna pogoda, było ciepło. W pewnym momencie sugerując się mapą, zaczęliśmy poszukiwania źródła wody na północno-wschodnim skłonie, gdyż nasze zapasy powoli kończyły się. Bez efektów. Spragnieni postanowiliśmy topić wodę ze śniegu, przy okazji podziwiając otaczające nas wzgórza i nabierając trochę sił na ostatni odcinek wędrówki.
Ok. godz. 19 docieramy do dogodnego miejsca na nocleg i postanawiamy rozbić pierwszy obóz. Rozległy, trawiasty i tego dnia cichy grzbiet był miejscem wymarzonym na spędzenie nocy. Idealnym stał się wówczas, gdy w niedalekiej odległości od namiotów znaleźliśmy źródełko! Nie trzeba było długo czekać na powstanie kolejki oczekujących na kąpiel :) Przyrządzamy posiłki, rozpalamy ogień z napotkanych suchych gałęzi kosówki, podziwiamy zachód Słońca. Gdy jest już ciemno, na oddalonym grzbiecie, po przeciwnej stronie doliny dostrzegamy migoczące punkty świetlne. Domysły, co może być ich źródłem nie dają nam spokoju...Z nadmiarem endorfin i uśmiechem na twarzach kładziemy się spać w towarzystwie nieodległej Tempy. Pierwszy spędzony w górach, niezwykle udany dzień zapowiadał znakomity wyjazd. Jednak nadzieja bywa złudna...
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień 3. Tempa (1634) - Ungarjaska (1707) - Tataruka (1707) - Przełęcz Okula - źródła Cisy

Wstajemy przed wschodem Słońca. Nieco zaspani wykonujemy obozowe czynności: gotowanie, mycie, pakowanie, składanie namiotów, napełnianie butelek wodą. Gdy wyruszamy, Słońce, jak na tak wczesną porę mocno przygrzewa. Będzie gorąco. Po niedługim czasie osiągamy Tempą (1634). Ze szczytu roztacza się widok m.in. na główne pasmo ¦widowca, Połoninę Krasną, Gorgany czy Góry Marmaroskie.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Dalej podążamy grzbietem, przez który przebiega świdowiecka autostrada, psująca nieco harmonijny krajobraz.
Obrazek
¦nieg, w sporych ilościach zalega na północnych stokach, a my ciągle wspominamy nasze rakiety przytroczone do plecaków.
W rejonie Ungarjaskiej robimy sobie popas, delektując się otoczającym nas wspaniałym krajobrazem oraz walczymy z wiatrem, który porywa nam suszące się wkładki do butów i mapę, która ląduje w szczelinie między śniegiem a skałami.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Wędrując dalej spotykamy grupę studentów z Krakowa. Wśród nas są doktoranci AGH i byliśmy wielce zaskoczeni kiedy okazało się, że Przemek i Olga są ich akademickimi nauczycielami. To oni poprzedniej nocy puszczali nam świetlne sygnały.
Następny etap wędrówki to szlak niebieski prowadzący na Tatarukę. Schodząc z niej pokonujemy duże pole śniegowe. Każdy na swój sposób: na plecaku, biegiem, na czterech literach :) Ten odcinek sprawił nam sporo frajdy, ale był również trochę męczący ze względu na zapadające się w śniegu nogi, mniej więcej na wysokość kolan. Kuba nawet założył rakiety, ale jakoś nie przekonał się do nich (źle mu się schodziło po stromym stoku) i znów wylądowały na plecaku. Po przygodach ze śniegiem rozgościliśmy się na "ganku" bacówki.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Ostatnia na ten dzień część trasy prowadział przez las. Na przełęczy Okula, która rozdziela ¦widowiec i Połoninę Czarną należącą do Gorganów, stoi duży drewniany budynek, pewnie jakiś schron, niestety jeszcze w maju pocałowaliśmy klamkę.
Obrazek
Wczesnym wieczorem żegnamy ¦widowiec i docieramy na polanę, gdzie postanawiamy rozbić drugi obóz. Jest to popularne miejsce biwakowe, więc widok kilkunastu osób, które tak jak my postanowiły przenocować w pobliżu specjalnie nas nie dziwi. Popularność tego miejsca nie jest przypadkowa. To tutaj swój początek bierze jedna z większych rzek w tej części Europy, licząca 966 km Cisa (wg wikipedii jej długość przed regulacją wynosiła aż 1419 km!), będąca lewy dopływem Dunaju. Miejsce wypływu wody jest od kilku lat zagospodarowane, spokojnie można wziąć orzeźwiający po upalnym dniu prysznic pod dość mocno bijącym źródłem.
Dołączamy się do dwóch rodaków, którzy rozpalili ognisko, spędzamy czas na rozmowach. Do szczęścia brakuje pieczonych kiełbasek, ale pomimo to i tak kolejny dzień kończymy z uśmiechem na twarzach, szczęśliwi, że możemy zasypiać w tak pięknym miejscu...Jest radość! :)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień 4. Wielka Bratkowska (1788) - Gropa (1758) - Durna (1705) - Pantyr (1213) - Przełęcz Legionów

Następnego dnia ruszamy w Gorgany. Podążamy szlakiem koloru zielonego, który doprowadzi nas na Wielką Bratkowską. Spory kawał trasy trzeba przejść w lesie. Podejście na W.Bratkowską jest wymagające. Spore nachylenie ścieżki oraz ciężkie plecaki z nieszczęsnymi rakietami dają się we znaki, dobrze, że to początek dnia i nasze akumulatory są pełne. Widoki ze szczytu warte są wyrzeczeń, robimy odpoczynek. Jest upalnie, na nic zdaje się krem ochronny, który wychodzi ze skóry wraz z potem, tworząc mało przyjemną konsystencję. W moim wyposażeniu nie znalazła się żadna cienka koszulka z długim rękawem więc mocno przypieczone ręce postanawiam chronić przed Słońcem...elastycznym bandażem. Wyglądam jak mumia. Dużo czasu zajmuje nam podziwianie widoków, robienie zdjęć, rozpoznanie okolicznych szczytów. Przecież nigdzie nam się nie śpieszy...
Obrazek
Obrazek
Obrazek
W.Bratkowska to miejsce, w którym po raz pierwszy spotykamy słupki dawnej granicy polsko-czechosłowackiej, które będą nam towarzyszyć i służyć za kierunkowskaz przez długi długi czas, aż do Połoniny Ruszczyna przed masywem Sywuli następnego dnia.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Grzbietem Połoniny Czarnej udajemy się w dalszą podróż. Mijamy Gropę i Durną, wchodzimy w las. Przy słupku nr 55 (najwyższy numer na naszej trasie) postanawiamy odbić w prawo i odpocząć chwilę na dużej polanie. Było gorąco, zapasy wody kończyły się więc postanowiłem zaczerpnąć jej trochę z pobliskiego strumyka, lecz musiałem obejść się smakiem, była zbyt zanieczyszczona. Ostatni odcinek trasy pokonywaliśmy idąc ciągle przez las, ale już w towarzystwie rodziny słupków nr 2,3,4,5 i 6 (słupek 1, jak i szczyt Pantyr ominęliśmy trawersem). Naszą wędrówkę dnia czwartego zakończyliśmy na legendarnej Przełęczy Legionów (zwaną również Rogodze Wielkie, Pantyrską), słupek 6/3, przez którą prowadzi Droga Legionów. Miejsce to, przeorane okopami z czasów I wojny światowej, było świadkiem przemarszu polskich oddziałów, które walczyły z Rosjanami. Na pamiątkę tego wydarzenia postawiono krzyż i wmurowano symboliczną tablicę. Obecnie miejsce to służy turystom za pole biwakowe. Jest tutaj sporo dogodnych miejsc na rozbicie namiotu, są dwa słabe źródła. Wraz z naszą szóstką noc na przełęczy spędzała bardzo duża i głośna grupa Ukraińców. Ogólnie namiotów tego dnia było kilkanaście, co trochę zabijało podniosłość i wagę tego miejsca. Zasypiamy zaraz po zapadnięciu zmroku, chcemy dobrze zregenerować się przed następnym dniem, który zapowiadał się na najcięższy podczas całego wyjazdu. Oczami wyobraźni widzę żołnierzy legionów polskich, przechodzących przez przełęcz...
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dzień 5. Taupiszyrka (1464) - przełęcz Pereniz - Połonina Ruszczyna - Połonina Bystra - Wielka Sywula (1836) - Łopuszna (1694) - Przełęcz Borewka

Dzień rozpoczynamy bardzo wcześnie, znów zawstydzając Słońce. Poranna, obozowa krzątanina zajmuje więcej czasu niż zwykle. Na niebieski szlak prowadzący na Taupiszyrkę ruszamy gdy wszyscy na przełęczy jeszcze nawet nie myślą o wstawaniu. Początkowa faza naszej marszruty to nieco monotonne, leśne przejście. Trudności zaczynają się przed podejściem na Taupiszyrkę, tutaj poziomice prawie nachodzą na siebie. Krótką chwilę przedzieramy się przez wysoką i gęstą kosówkę. Dość szybko osiągamy grzbiet Taupiszyrki, z którego Wielka i Mała Sywula prezentują się wyśmienicie. Tu szlak niebieski się kończy. Większą część grzbietu pokonujemy idąc w płytkim śniegu, jednak nikomu nie przychodzi do głowy pomysł założenia rakiet...może dlatego, że z nieba leje się żar?
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Schodzimy z grzbietu, ciągle wzdłuż słupków granicznych, docieramy do Przełęczy Pereniz, gdzie organizujemy dłuższy odpoczynek. Pierwszy raz podczas naszego wyjazdu pogoda zaczyna się zmieniać. Nadciągnęły ciężkie, ciemne chmury, spadają pierwsze krople, słyszymy grzmoty, w pośpiechu zakładamy przeciwdeszczowe wyposażenie. Następnie zielonym szlakiem znów zaczynamy się wspinać. W połowie podejścia pada coraz mocniej, burza zbliża się w naszym kierunku, by w niedalekiej odległości od Połoniny Ruszczyna dogonić nas i zmusić do schowania się w lesie i przeczekania ulewy. Kilkanaście minut przymusowego odpoczynku dobrze nam zrobiło. Powietrze zrobiło się rześkie, zaczęło się wypogadzać. W drodze na Połoninę Ruszczyna mijamy obszar chaotycznej i chyba rabunkowej "gospodarki leśnej".
Bezpośrednio przed podejściem na masyw Sywuli znajduje się duża polana, przez którą płynie potok Bystrzyca Sołotwińska. Jest to popularne miejsce na biwak, o czym świadczą liczne pozostałości po ogniskach i dużo śmieci. Kiedyś było tu również schronisko, dziś to kupa gruzu.
Obrazek
Obrazek
Podążamy czerwonym szlakiem. Widząc, że przez niebo ciągle przemieszczając się ciężkie cumulonimbusy, postanawiamy trawersować Małą Sywulę. Szlak wiedzie charakterystycznym rumoszem skalnym zwanym gorganem, od którego to nazwę przejęło całe pasmo. Ok. godz. 14 stajemy na najwyższym szczycie całych Gorganów - Wielkiej Sywuli (1836). W swoich szeregach mamy prawdopodobnie pierwszego polskiego zdobywcę Wielkiej Sywuli, który szczyt osiągnął wchodząc...bez spodni, w samych majtkach :) Do dziś nie wiem co było motywem takiego wejścia...Z dachu Gorganów widoki są onieśmielające.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Na kontemplacji nie spędzamy wiele czasu, ciągle wokół nas tańczą ciemne chmury, musimy się śpieszyć, żeby w razie nadejścia kolejnej burzy nie być na odcłoniętym grzbiecie. Masyw Sywuli jest rozległy, w okolicy Łopusznej (1694) robimy sjestę. Po drodze gdzieniegdzie widać jeszcze umocnienia z czasów wojny.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Ostatnia część drogi na dziś prowadzi przez las. Jest to przyjemny fragment, ciągle wzdłuż jednej poziomicy. Kilka minut przed Przełęczą Borewka zatrzymujemy się przy potoku, po części wypływającego z topniejącego śniegu. Mimo okropnie zimnej wody, ci odważniejsi z nas (bardziej odporni na zimno) biorą szybki prysznic. Kiedy docieramy na polanę, zaczyna kropić deszcz, słychać nadciągającą burzę. Trochę czasu zajmuje nam znalezienie dogodnego miejsca na postawienie namiotów. Gdy rozłożyliśmy już małe domki, z nieba spadają strugi wody. Z pogodą tego dnia byliśmy bardzo dobrze zgrani. Przedostatni dzień dostarczył sporo pozytywnych wrażeń, usypiamy w rytm spadających na tropik kropel deszczu.
Obrazek

Dzień 6. Ihrowyszcze - Ihrowiec (1804) - Wysoka (1803) - Matachów - Sofera - Osmołoda

Ostatni dzień w górach zaczął się wspaniale.
Obrazek
Zwinięcie obozowiska poszło tego dnia bardzo sprawnie i szybko udaliśmy się w ostatnią górską wędrówkę. Dość szybko wyszliśmy z lasu, przed nami ukazał się masyw Ihrowyszcze a za nami dumnie prężyła się Królowa.
Obrazek
Chwilę spędzamy na Ihrowcu (1804), natomiast bardzo dużo czasu spędzamy na Wysokiej (1803), rozmowom i podziwianiu otaczających nas okoliczności przyrody nie ma końca. Słoneczna pogoda, już nie tak ciepło jak przez ostatnie dni, jednym słowem bajka!
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Z żalem ruszamy w ostatni odcinek naszego wyjazdu, wciąż za znakami czerwonego szlaku. Powoli żegnamy odsłonięte grzbiety. Mniej więcej w połowie drogi dostrzegamy chatkę, którą postanowiliśmy zwiedzić. Jak się okazało jest to bardzo dobre miejsce na schronienie czy nocleg. Na dole rozległy podest na mniej więcej 10 osób wraz z piecem, na górze podłoga. Można fajnie spędzić noc wraz z sporą ekipą. Sądząc po wpisach w zeszycie, wszyscy z odwiedzających chatkę mają podobne odczucia co my.
Obrazek
Obrazek
Końcowy fragment trasy jest bardzo monotonny i wręcz denerwujący. Duże nachylenie stoku spowodowało, że ścieżka wije się serpentynami w dół, ciągle musimy pokonywać zakręty (miliony zakrętów) i iść niemal w poprzek stoku. To zejście dało nam wszystkim w kość. Dużą radość sprawiło nam dotarcie do brzegów rzeki Łomnica. Przeszliśmy po zdezelowanym moście. Dziwnie szło nam się po płaskiej szutrówce w stronę Osmołody. Tuż przed mostem na kolejnej rzece - Mołodzie - po lewej stronie zauważamy fajnie zagospodarowane miejsce biwakowe, gdzie rozbijemy nasz ostatni już obóz po zrobieniu zakupów.
Osmołoda to mała wioska typu ulicówki. Zakupy robimy w dwóch sklepach, w rejonie których spotykamy dużą grupę naszych rodaków. W naszych siatkach lądują piwa, chleby, ciastka, lody i....wędzone łososie! W jednym ze sklepów podają genialny kwas chlebowy. Udajemy się na pole namiotowe, w altankach robimy prawdziwą ucztę.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Sielską atmosferę co jakiś czas psują pędzące po dziurawej drodze wielkie gruzawiki, raz puste, raz pełne drewna i....burza. Szybko zwijamy imprezę i po chwili wszyscy siedzimy w namiotach.
Wreszcie najedzeni, z pełnymi brzuchami kładziemy się spać. Zmęczenie i piwo pomagają w zasypianiu.
Obrazek

Dzień 7. Osmołoda - Kałusz - Lwów - Przemyśl

Wstajemy o 5, jest jeszcze ciemno. Chcemy zdążyć na busa do Kałusza, który odjeżdża z centrum wsi o 6.30. Obóz sprawnie ląduje na plecach, oczywiście nikt nie zapomina o rakietach :) Na przystanek przybywamy na 20 min przed odjazdem marszrutki, robimy zdjęcia, po wsi swobodnie chodzą konie. Jeden z nich ma związane przednie nogi...
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Z żalem wsiadamy do marszrutki, ostatni widok na wzgórza, w których przeżyliśmy tyle wspaniałych chwil. Odjeżdżamy. Od Kałusza dzieli nas 67 km, jednak tragiczny stan drogi bardzo wydłuża czas podróży. Do Kałusza dojeżdżamy po ok. 3 h. Mamy pecha do busów udających się w kierunku Lwowa, wszystkie są zapełnione i kierowcy nie pozwalają nam wsiąść. Postanawiamy zrobić zrzutę na taksę. Zależy nam na czasie, gdyż doświadczeni przez wiele nieprzyjemności na pieszym przejściu granicznym, do ojczyzny chcemy dojechać autobusem relacji Lwów-Przemyśl, który miał odjechać o 12.30. Z taksówkarzem udaje nam się wynegocjować w miarę rozsądną cenę. Podróż do Lwowa mija sprawnie. Na dworcu Stryjskim okazuje się, że miły kierowca chce od nas więcej niż ustaliliśmy wcześniej. Dostaje tyle, ile było mówione, odwracamy się i nie zwracamy uwagi na awanturującego się jegomościa. Gdy kupujemy bilety dowiadujemy się, że autobus odjeżdża godzinę później, więc nie czekając ani chwili udajemy się do sklepów w celu zakupienia "suvenirów" (piw) naszym rodzinom. Wreszcie podjeżdża autobus, którego kierowcą jest niezwykle sympatyczny pan, mistrz kawalarstwa i ciętej riposty. Rozbawia nas do łez. Na granicy nie czekamy długo, z okna widzimy tłumy próbujące przejść granicę o własnych nogach. Podróż autobusem okazała się strzałem w dziesiątkę.
W Przemyślu żegnamy się. Część z nas jedzie samochodem do Krakowa, ja z Basią pędzimy na pociąg do Rzeszowa, który już czeka na peronie. Duże wrażenie zrobił na nas wyremontowany budynek dworca. Po chwili siedzimy w osobowym, do Rzeszowa docieramy wczesnym wieczorem.

Wschód znów nas nie zawiódł. Nasze oczekiwania i nadzieje co do wyjazdu zostały dużo więcej niż spełnione. Nadzieja na znakomity wyjazd po pierwszym dniu rzeczywiście okazała się złudną. Był znakomitszy od znakomitego. Piękna przyroda, mnogość pasm górskich i ich różnorodność, oszałamiające widoki - to coś czego zawsze nam będzie mało i coś co tak mocno przyciąga. A jeśli to wszystko możemy podziwiać w gronie przesympatycznych osób, to czego chcieć więcej? Otrzymaliśmy coś, o czym nawet nie potrafiliśmy marzyć.
A rakiety zobaczyły spory kawał świata :)



Dzięki za wytrwanie do końca, pozdrawiam! :)

Awatar użytkownika
Michun
Posty: 7320
Rejestracja: 2009-04-24, 13:03
Lokalizacja: Western Front

Post autor: Michun » 2012-06-09, 11:04

Bardzo pięknie. Przeczytałem wszystko :-D POnieważ nie mam mapy tych rejonów , pytanko: ile robiliście średnio km?
Z tymi rakietami to był chyba nadmiar ostrożności ;-)
"I don't hate people, I just feel better when they aren't around"
Ch. Bukowski
"Patriotism is the last refuge of a scoundrel" S. Johnson

Awatar użytkownika
Ronc
Posty: 6133
Rejestracja: 2009-04-22, 18:59
Lokalizacja: Kościan

Post autor: Ronc » 2012-06-09, 11:19

Ja właśnie też skończyłem :-) No rakiety to przegięcie w maju :mrgreen:

Dołączam się do pytania Michuna. Ile w sumie całą trasa liczyła kilometrów? Ile godzin dziennie szliście?

Trasa świetna, pogoda mimo paru chwil naprawdę Wam dopisała (patrząc po fotkach). Chcąc się tam wybrać, musiałbym wziąć 10 dni urlopu, dlaczego te góry są tak daleko ? :-/

Aaa i jeszcze jedno . Fjord rządzi :-) Jakie modele mieliście?

Awatar użytkownika
grubinio
Posty: 13
Rejestracja: 2011-06-23, 14:41
Lokalizacja: dębica/kraków
Kontakt:

Post autor: grubinio » 2012-06-09, 12:02

Jeśli chodzi o dzienne wędrówki, warto spojrzeć na profile wysokości które zamieściłem. Dobrze odzwierciedlają długość i zróżnicowanie trasy.

12,8 + 18,4 + 18 + 18,6 + 14,9 = 82,7 km

Dziennie wychodziło średnio po 9-10 h, z kilkoma krótszymi i jednym dłuższym postojem.

Jeśli chodzi o namioty Fjorda, jeden to było chyba Troll, a drugiego nie pamiętam :)

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5486
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2012-06-09, 19:26

Ronc pisze:dlaczego te góry są tak daleko ?
no właśnie!! ale apetyt mam taki,że kto wie :-)
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
Ronc
Posty: 6133
Rejestracja: 2009-04-22, 18:59
Lokalizacja: Kościan

Post autor: Ronc » 2012-06-09, 19:29

grubinio pisze:eśli chodzi o dzienne wędrówki, warto spojrzeć na profile wysokości które zamieściłem. Dobrze odzwierciedlają długość i zróżnicowanie trasy.
Teraz widzę, bo nie powiększałem . Dzięki :-)
grubinio pisze:Jeśli chodzi o namioty Fjorda, jeden to było chyba Troll
Taaa, tak myślałem :-)

Awatar użytkownika
grubinio
Posty: 13
Rejestracja: 2011-06-23, 14:41
Lokalizacja: dębica/kraków
Kontakt:

Post autor: grubinio » 2012-06-09, 19:34

Jakie to szczęście mieszkać na południu Polski i Karpaty Ukraińskie mieć na wyciągnięcie ręki :)

Awatar użytkownika
menel
Posty: 9840
Rejestracja: 2009-01-10, 09:11
Lokalizacja: Wro

Post autor: menel » 2012-06-09, 19:52

Grubinio, kapitalna impreza.Może faktycznie pora na rakiety nie bardzo, ale coż,też jestem zdania,że lepiej nosić niż się prosić.
Ronc pisze:Chcąc się tam wybrać, musiałbym wziąć 10 dni urlopu, dlaczego te góry są tak daleko ?
Ronc, teraz normalnie grzeszysz. :-D
ПУНКС НОТ ДЭД !

Awatar użytkownika
Ronc
Posty: 6133
Rejestracja: 2009-04-22, 18:59
Lokalizacja: Kościan

Post autor: Ronc » 2012-06-09, 19:55

menel pisze:Ronc, teraz normalnie grzeszysz. :-D
No dobrze, wezmę 5 dni + dwa weekendy i powinno dać radę :-) Tylko kiedy najlepiej jechać co by zlewki nie było? Zapewne jesień :-)

Awatar użytkownika
Satan
Posty: 5521
Rejestracja: 2009-02-22, 20:22
Lokalizacja: Gdańsk/Beskid Płaski

Post autor: Satan » 2012-06-12, 18:00

¦wietne. Kolejna dobra relacja w Twoim wykonaniu (po Rodnianach :-) ).
Wypad przezacny, fotki - rewelacja. W kilku miejscach dane mi było być, miło powspominać.
Gratulacje, bo wyprawa naprawdę przednia, o przeżyciach i wspomnieniach nie wspomnę, bo kto był tam, ten wie o czym piszę, a kto nie był musi po prostu pojechać. :-P
For God Your Soul... For Me Your Flesh

Dark Side of N.P.M.

Awatar użytkownika
grubinio
Posty: 13
Rejestracja: 2011-06-23, 14:41
Lokalizacja: dębica/kraków
Kontakt:

Post autor: grubinio » 2012-06-13, 14:33

Satan pisze:Gratulacje, bo wyprawa naprawdę przednia, o przeżyciach i wspomnieniach nie wspomnę, bo kto był tam, ten wie o czym piszę, a kto nie był musi po prostu pojechać. :-P
Dzięki za miłe słowa! Racja, kto nie był musi pojechać :)

Awatar użytkownika
buba1
Posty: 3119
Rejestracja: 2012-01-13, 17:07
Lokalizacja: Oława
Kontakt:

Post autor: buba1 » 2012-06-13, 14:57

grubinio pisze:Pierwszy spędzony w górach, niezwykle udany dzień zapowiadał znakomity wyjazd. Jednak nadzieja bywa złudna...
czemu złudna nadzieja? przeciez wyjazd byl znakomity?
grubinio pisze:Nadzieja na znakomity wyjazd po pierwszym dniu rzeczywiście okazała się złudną. Był znakomitszy od znakomitego.
no dobra- juz wiem :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:

Milo bylo zobaczyc znane i nieznane tereny! nigdy nie bylam tam wiosna- te krokusowe morza na ¦widowcu musza robic wrazenie!

grubinio pisze:okazuje się, że miły kierowca chce od nas więcej niż ustaliliśmy wcześniej. Dostaje tyle, ile było mówione, odwracamy się i nie zwracamy uwagi na awanturującego się jegomościa
Zupelnie jak taksowkarz ktory nas wiozl w Tarnopolu.. Tamten nawet grozil ze nie odda plecakow z bagaznika..
Z ciekawosci - ile gosc mial lat? bo my zauwazylismy dziwna zaleznosc ze im mlodszy taksowkarz tym wieksza szansa ze bedzie niefajny...
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..

Awatar użytkownika
grubinio
Posty: 13
Rejestracja: 2011-06-23, 14:41
Lokalizacja: dębica/kraków
Kontakt:

Post autor: grubinio » 2012-06-13, 15:31

buba1 pisze:Z ciekawosci - ile gosc mial lat? bo my zauwazylismy dziwna zaleznosc ze im mlodszy taksowkarz tym wieksza szansa ze bedzie niefajny...
Był młody, na oko 30-35 lat. Trzeba na nich uważać, bo niestety często dochodzi do takich sytuacji...

ODPOWIEDZ