Sudety od końca do końca

Moderatorzy: Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
Cisy2
Posty: 733
Rejestracja: 2012-12-13, 00:10
Lokalizacja: Świebodzice

Sudety od końca do końca

Post autor: Cisy2 » 2013-04-13, 11:54

W lecie 1986 r. Studenckie Koło Przewodników Sudeckich zorganizowało pierwsze udokumentowane przejście czeskich Sudetów - od ich zachodniego krańca w dolinie Łaby po dolinę Odry na wschodzie. W trwającej 32 dni wędrówce uczestniczyło 8 osób, jednak całość trasy przeszła jedynie piątka piechurów. Ja sam miałem szczęście być w ósemce uczestników wyprawy i jednocześnie nieszczęście w trójce, która całości trasy nie zrobiła. "Stety" albo "niestety" - obowiązki zawodowe wzywały mnie na Ostrów Tumski do Wrocławia, gdzie trwały wykopaliska archeologiczne - wtedy topowe w tej części Europy. Na bazie materiałów wtedy odkrytych powstało wiele poważnych prac naukowych - w tym i jakieś moje. "Archeologicznie" więc - nie żałuję, "turystycznie" - jest jakaś maleńka zadra. Grupę opuściłem w Nachodzie, czyli mniej więcej w połowie przejścia.

[center]Obrazek

"Trzeba czas odejść z gór"... jak śpiewał Andrzej Wierzbicki w "Widoku z Lackowej". A ja opuszczam przyjaciół na campingu w Beloves koło Nachodu i zmierzam do Kudowy Zdroju[/center]

Artykuł o SKPS-owskim przejściu Sudetów, autorstwa Michała Tomczaka (pomysłodawcy przejścia; pełnił w tym czasie też obowiązki prezesa SKPS), ukazał się w czerwcowym numerze Miesięcznika Turystów i Krajoznawców GO¦CINIEC w 1987 r. (R. XIX, Nr 6 (211), s. 18-20). Ograniczenia wydawnicze, głównie konieczność zmniejszenia objętości tekstu, spowodowały, że Michał musiał w pierwotnie wysłanym do Redakcji tekście dokonać wielu skrótów, przez co po przeczytaniu artykułu może pojawić się maleńki niedosyt, że wrażenia z 32 dni intensywnej wędrówki ściśnięto na zaledwie dwóch gazetowych stronicach. Mimo michałowej woli zniknęły akapity mówiące o tym, że grupa wędrowała też przez Pogórze Łużyckie (wschodząc na najwyższy szczyt tej jednostki Hrazeny 608 m n.p.m.), południową część Gór Bystrzyckich i Góry Odrzańskie. Dociekliwi Czytelnicy musieli jednak, patrząc na zamieszczoną w artykule mapkę, szybko zorientować się, że trasa prowadziła także i przez te jednostki fizjograficzne Sudetów. Opublikowany artykuł był też stosunkowo skromnie zilustrowany. Jedna mapka i trzy czarno-białe fotografie (w tym dwie wykonane przez Włodka Szczęsnego, który kilka lat po przejściu Sudetów stał się znany wśród wrocławskich górołazów jako twórca sieci sklepów ze sprzętem turystycznym i alpinistycznym "Skalnik") to też stanowczo za mało.
Zamieszczony w "Gościńcu" tekst Michała postanowiłem przepisać i przypomnieć turystycznemu "światu". Nie dokonywałem korekt w tekście: nie "rozpisywałem" skrótów typu NRD, FWP itp., nie wyjaśniałem niektórych dziś już być może niezrozumiałych sformułowań (np. zaproszenia do NRD, czy też dlaczego oficjalne biura turystyczne musiały współorganizować tego rodzaju przedsięwzięcia). Dodałem natomiast trochę moich fotografii z przejścia. Były to NRD-owskie przeźrocza (slajdy) firmy ORWO. Obejmują one tylko połowę zrealizowanej trasy. Wspomniałem wyżej, że musiałem z powodu wyższej konieczności opuścić Małgosię i moich kolegów. Ostatnie moje zdjęcie zostało zrobione w Nachodzie. Mam jednak wielką nadzieję, że uda się wyciągnąć jeszcze trochę fotografii od kolegów, którzy dotarli do ostrawskiego brzegu Odry, zrobić skany tych zdjęć i przedstawione poniżej opowiadanie Michała o przejściu Sudetów z 1986 r. uzupełnić o przynajmniej kilkanaście obrazków.


Michał Tomczak

SUDETY OD KOńCA DO KOńCA

Studenckie Koło Przewodników Sudeckich Oddziału Akademickiego PTTK we Wrocławiu zorganizowało w ubiegłorocznym sezonie przejście całych Sudetów czeskich. O ile nam wiadomo, przedsięwzięcie to nie miało dotychczas precedensu. Właściwie nikt nie pamięta, kiedy zrodził się pomysł. Na pewno wiadomość o przejściu przez kolegów ze Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich z Warszawy całego łuku Karpat w 1980 roku skonkretyzowała i przyśpieszyła nasze plany. Pozazdrościliśmy im fantazji.
Jednak początek lat osiemdziesiątych nie sprzyjał tego typu inicjatywom. Nie od razu też udało sie znaleźć biuro podróży, które zechciałoby się podjąć zorganizowania tak nietypowego przedsięwzięcia. Wyraźne postawienie w Biurze Turystyki Zagranicznej PTTK na turystykę kwalifikowaną rozwiązało problem, zaś bezpośrednią zachętą stała się trzydziesta rocznica powstania Koła.

[center]Obrazek[/center]

24 sierpnia 1986 roku wyruszył z Wrocławia 8-osobowy zespół w składzie: Krzysztof Jaworski, Marek Lewy, Zbigniew Osiński, Jacek Pawłowski, Jarosław Rubin, Włodzimierz Szczęsny, Małgorzata Tomczak i Michał Tomczak (kierownik). Niestety, jeszcze przed rozpoczęciem, planowany zakres przejścia został ograniczony. Zamierzaliśmy połączyć dwa najbardziej wysunięte na pn.-zach. i pd.-wsch. punkty w Sudetach. Uczyniliśmy tak na podstawie literatury czeskiej, która tereny na zachód od Bramy Łużyckiej również zalicza do Sudetów. Konsekwencją przyjętego przez nas podziału była konieczność umiejscowienia punktu wyjściowego w NRD, w rejonie Drezna. Niestety, planowany 2-3-dniowy odcinek niemiecki okazał się dla nas nieosiągalny bez zaproszeń. W związku z tym musieliśmy ograniczyć nasze przejście do Sudetów czeskich. Wybrany wariant przejścia łączył wszystkie ważniejsze (i dostępne) pasma i szczyty.

Wystartowaliśmy w miejscowości Horni Poustevna, leżącej w pobliżu granicy z NRD.

[center]Obrazek[/center]
[center]Wyjście na szlak ze stacji Horni Poustevna - pierwszy cel to Jeèny vrch (503 m) na Pogórzu Łużyckim [/center]

Dojazd, mimo niedużej odległości w linii prostej od Wrocławia, trwał kilkanaście godzin i wymagał 6 (!) przesiadek. Na szczęście, połączenia były dobrze zgrane i punktualne.

Pierwszymi górami na trasie naszej wędrówki były Góry Łużyckie. Nie są one zbyt wysokie (nie przekraczają 800 m npm), za to są bardzo efektowne krajobrazowo. Ich zachodnia część tworzy zrównaną powierzchnię, ponad którą sterczy kilkanaście izolowanych, bardzo stromych stożków.

[center]Obrazek

Wśród szczytów Pogórza Łużyckiego - na pierwszym planie Vlèi hora (581 m), na którą oczywiście weszliśmy. O naszej wędrówce przez czeską część Pogórza Łużyckiego w artykule w "Gościńcu" brakuje choćby zdania[/center]

To pozostałość po dużej aktywności wulkanicznej na tych terenach w trzeciorzędzie. każdy ze szczytów kusi swą śmiałą sylwetką, ale pokonanie znacznej różnicy względnych wysokości kosztuje sporo wysiłku. Ograniczyliśmy się jedynie do Jedlovej (774 m), z pomniczkiem Fryderyka Schillera i niszczejącą wieżą widokową na szczycie. Tego samego dnia mieliśmy okazję zwiedzić jedyną w Sudetach jaskinię lodową.

[center]Obrazek

Wieża widokowa na Jedlovej
[/center]

[center]Obrazek

Nasza grupa na Jitravskem sedle - przełęczy rozdzielającej Góry Łużyckie od Pasma Je¹tìdu. Od lewej Jarek Rubin, Włodek Szczęsny, Krzysiek Jaworski, Zbyszek Osiński, Małgosia Tomczak, Michał Tomczak. Fotkę wykonał Jacek Pawłowski a Marek Lewy gdzieś się zawieruszył[/center]

Kolejnym naszym celem był Je¹tìd (1013 m), góra-symbol całych północnych Czech. Rzadko kiedy dzieła człowieka mogą konkurować z samą przyrodą, tutaj jednak nastąpiło umiejętne uzupełnienie. Na stromym wierzchołku postawiono wieżę telewizyjną o stożkowym kształcie z restauracją, hotelem i platformami widokowymi. Krzywiznę wieży idealnie dostosowano do kształtu góry, tak że z daleka wygląda niczym "czapeczka". K. Hubaèek zdobył międzynarodowe uznanie za architektoniczny projekt tej wieży.

[center]Obrazek[/center]

Na szczycie znaleźliśmy się wieczorem. Widok olbrzymich połaci Czech, usianych niezliczoną ilością dawno wygasłych stożków wulkanicznych, oświetlanych promieniami słońca - na długo pozostanie w naszej pamięci.

[center]Obrazek[/center]

Gdy osiągnęliśmy wierzchowinę Gór Izerskich, potwierdziły się, niestety, nasze najgorsze oczekiwania. Klęski ekologiczne nie uznają granic i krajobraz jaki ujrzeliśmy nie odbiega od tego, co dzieje się po stronie polskiej. Większość drzew jest już martwa. Intensywnie się je wycina. W ten sposób, że z każdą chwilą powiększają się koszmarne łysiny urozmaicone gdzieniegdzie granitowymi skałkami. Wierzchowina Gór Izerskich jest bardzo podmokła, występują tu liczne torfowiska. Wymagało to specjalnego utwardzenia dróg, którymi zwozi się drewno. W rezultacie, w każdym zakątku straszy asfalt a w samym sercu tych kiedyś naprawdę bezludnych gór można ulec wypadkowi drogowemu.
Niespodziewana burza gradowa zmusiła nas do awaryjnego noclegu pod jedną z postawionych niedawno wiat turystycznych.

[center]Obrazek

Poranek po przymusowym noclegu w izerskiej wiacie - koło niej widać jeszcze pozostałości po gradobiciu[/center]

Pogoda zresztą od początku nas nie rozpieszczała. Nawet tak gwałtowna nawałnica nie okazała się przesileniem. W rezultacie w Karkonosze wkroczyliśmy przy akompaniamencie deszczu.

[center]Obrazek

Wieś Jizerka AD 1986[/center]

Nie najlepsze wspomnienia wynieśliśmy ze spotkania z najwyższym pasmem Sudetów. Gęsta mgła szczelnie otulająca góry skutecznie pozbawiła je jednego z głównych atutów: rozległych widoków. Chwile rozpogodzenia były rzadkie.

[center]Obrazek

Zejście do Martinowej Boudy podczas chwilowej poprawy pogody :lol: A ten ostatni plan z charakterystycznym szczytem rozpoznają chyba wszyscy wędrujący po Karkonoszach - także po polskiej części gór[/center]

Nie dane nam było również obejrzenie z bliska największej atrakcji Karkonoszy - kotłów polodowcowych. Po stronie czeskiej, podobnie jak u nas, wytyczony został park narodowy. Jego władze okresowo zamykają niektóre szlaki ze względu na ochronę przyrody. Dotyczy to przede wszystkim szlaków prowadzących poprzez najcenniejsze przyrodniczo tereny, które przyciągają szczególnie wielu ludzi. Doceniamy troskliwość wobec przyrody, ale staje się ona dwuznaczna w sytuacji silnego "ucywilizowania" gór: liczne wyciągi, gęsta - jak na warunki górskie - zabudowa niektórych partii, sieć asfaltowych dróg. Co więcej - nie wygląda na to, by działalność tego typu była ograniczana. Widzieliśmy kilka nowych inwestycji. Co w tej sytuacji pomoże okresowe zamknięcie szlaku?
Przeciętny turysta nie ma żadnej korzyści z większości wspomnianych budynków. Stanowią one zamknięte ośrodki wypoczynkowe ROH (odpowiednik naszego FWP). Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze kiedy, w obliczu wyjątkowo niesprzyjającej aury, musieliśmy zrezygnować z własnych namiotów. Kolejno mijane obiekty odsyłały nas z kwitkiem - okazywały się być dawnymi schroniskami przekształconymi w ośrodki wypoczynkowe. Dopiero na szczycie Czarnej Góry (1299 m) dosłownie wpadliśmy we mgle na budynek hotelu górskiego. Nocleg w Sokolskiej Boudzie kosztował słono, ale był pierwszym noclegiem w ogóle pod dachem. Nareszcie udało sie dosuszyć ciągle wilgotną odzież.
Dopiero wschodni kraniec Karkonoszy - Rychory, przywrócił nam wiarę w urodę tych gór. Ich podstawowe atuty to prawie zupełny brak ludzi i nienaruszona przyroda. A może po prostu przychylniej patrzyliśmy na świat w chwili wyraźnego rozpogodzenia?

[center]Obrazek

W Rychorach - najbardziej na wschód wysuniętej części czeskich Karkonoszy[/center]

Nasze spotkanie z Sudetami ¦rodkowymi rozpoczęliśmy od wypadu w Góry Krucze. Wykorzystaliśmy w ten sposób możliwość "zaliczenia" ich najwyższego szczytu, wspaniałego Kraloveckiego ©pièaka (881 m), który jest nieosiągalny od strony polskiej. Następnie szybko przemknęliśmy przez Góry Jastrzębie. Ich zlepieńcowymi skałkami można by się zachwycać, ale nie wówczas, gdy niebawem czekały nas Skalne Miasta rejonu Teplic i Adrszpachu.
[center]
Obrazek

Wędrówka :mrgreen: przez Góry Jastrzębie


Obrazek

¦niadanie w Radvanicach po zejściu z Pasieki, przysiółka (raczej kilku domków) leżącego u stóp Żaltmana (739 m), najwyższego szczytu Gór Jastrzębich. Na fotce Michał, Gosia i Mareczek[/center]

Wspomniane tereny, zaliczające się do czeskiej części Gór Stołowych, od bardzo dawna stanowią wielką atrakcję. Można zagubić się w labiryncie wyniosłych turni, którym przyroda nadała najbardziej fantastyczne kształty. Kto ze zwiedzających zapomni o Skalnej koronie, Kochankach, Głowie Cukru, Staroście i Starościnie, Rzeźnickim Toporze? Dochodzą do tego malownicze ruiny średniowiecznych zamków - prawdziwe orle gniazda, zaskakująco położone jeziorko zakończone efektownym wodospadem, niecodzienna kalwaria. Długo można wymieniać wszystkie atrakcje tego terenu.
[center]
Obrazek

W Teplickich i Adrszpachskich Skałach byliśmy w tym samym czasie, gdy w Teplicach nad Metują odbywał się największy w ówczesnej Czechosłowacji festiwal filmów górskich. Do miasteczka i w skały przybyli chyba wszyscy czescy, morawscy i słowaccy horolezcy. Dla nas atrakcją było patrzeć na nieznane nam z naszej części gór techniki wspinaczki w skałach piaskowcowych. [/center]

[center]Obrazek

Na Bozanovskym Spicaku - z widokiem na Szczeliniec Wielki i Mały. Dla fotografującego, czyli mnie, był to jeden z ostatnich dni na przejściu, dla fotografowanych Zbyszka i Jacka - może szesnasty od końca.[/center]



Osiągnięcie miasta Náchod było równoznaczne z pokonaniem połowy całego dystansu. Skorzystaliśmy z okazji, by obejrzeć pobliski, słynny system umocnień w rejonie góry Dobro¹ov (624 m). Od pierwszych dni spotykaliśmy na szlaku pozostałości pasa obronnego, jaki wznosili Czesi przed drugą wojną światową. Rejon Dobro¹ova został szczególnie mocno ufortyfikowany, aby kontrolować jedno z najdogodniejszych przejść przez Sudety. Kolejne betonowe kondygnacje ciągną się do 30 m wgłąb ziemi. Gdyby nie wyraźnie oznakowana trasa, łatwo byłoby się pogubić w tym labiryncie. Obserwując rozmiar wysiłku, jaki musieli ponieść budowniczowie, nie sposób zadumać sie nad przewrotnością historii. Czesi nigdy nie wykorzystali tych umocnień, co więcej - późniejsi okupanci zastosowali je przeciwko nim!
Przejście przez Góry Orlickie znowu dało okazję do robienia niewesołych porównań. Oto jeszcze kilka lat temu rejon najwyższego szczytu - Velkej De¹tnej (1115 m) porośnięty był gęstym i zdrowym lasem. Dzisiaj krajobraz do złudzenia przypomina wspomniane wcześniej Góry Izerskie. Dopiero południowa, niższa część Gór Orlickich mogła się podobać. Dotyczy to zwłaszcza rejonu Zemskiej Brany, gdzie poprzez górotwór przebija się Dzika Orlica.
Pierwszym masywem górskim w Sudetach Wschodnich na trasie naszej wędrówki był ¦nieżnik. Szlak prowadzący na niego doliną Moravy jest wyjątkowo piękny. Rzeka bierze swój początek z charakterystycznej zaklęsłości tuż pod szczytem. Rozległa dolina jest prawdziwą ostoją zwierzyny, o czym mogliśmy się przekonać nocując w drewutni chatki myśliwskiej na zboczach ¦nieżnika. Właśnie rozpoczęło się jesienne rykowisko jeleni i koncert, jaki słyszeliśmy w nocy, zrobił na nas mocne wrażenie.
Zresztą nie było to jedyne nietypowe miejsce noclegowe. Zwłaszcza w rejonie Gór Orlickich i Masywu ¦nieżnika mieliśmy duże kłopoty z noclegami. Hotele i schroniska bardzo niechętnie przyjmują niezapowiedzianych gości, poza tym część była już zamknięta po sezonie, a pola biwakowe w większości zostały zlikwidowane. Pozostają niezawodne autokempingi, których rozmieszczenie trudno jednak pogodzić z potrzebami piechura. Z tych powodów byliśmy często zdani na własne siły. Nocowaliśmy w rozbitych "na dziko" namiotach, zapoznaliśmy się z podłogami schroniska, hotelu robotniczego, przebieralni kąpieliska i plebanii.
Wysoki Jesionik powitał nas efektownie. Ujrzeliśmy jego wysokie partie, wystające ponad morzem mgieł, schodząc ze Smreka (1125 m) w Górach Rychlebskich. Jeśli szukać w Sudetach konkurenta dla Karkonoszy, to może być nim tylko Wysoki Jesionik. Ma on jedną zdecydowaną przewagę nad Karkonoszami - nie jest tak ucywilizowany. Są i tu rejony, które trzeba spisać na straty, ale większość robi korzystne wrażenie. jednym z bardziej zagospodarowanych terenów jest rejon Pradziada (1491 m), najwyższego poza Karkonoszami szczytu Sudetów.
Właśnie na Pradziadzie zdarzył sie cud. Ciągle kapryśna pogoda, towarzysząca nam od pierwszych dni, uległa radykalnej poprawie. Jeszcze wczoraj taplaliśmy się w błocie wierzchowinowych torfowisk i z trudem zapewniliśmy sobie nocleg w schronisku, a rano wychodziliśmy na szczyt w gęstej mgle. Tymczasem, w czasie naszego pobytu na Pradziadzie, wiatr rozerwał mgłę i niemal natychmiast zrobiła się świetna widoczność. Mogliśmy wreszcie zobaczyć potężny (162 m) maszt wieży telewizyjnej stojącej na szczycie, a przede wszystkim naprawdę rozległą, niczym nie ograniczoną panoramę. Dobra pogoda towarzyszyła nam już do końca.
Od krańca wędrówki oddzielał nas jeszcze rozległy Niski Jesionik. Nie spodziewaliśmy się po nim większych niespodzianek. Tymczasem ujrzeliśmy wspaniały przełom rzeki Moravicy. To, co wyczynia ona na długości kilkudziesięciu kilometrów, przyprawić może o zawrót głowy. Rzeka tworzy szereg zakoli i meandrów, niektóre o kącie zbliżonym do 180 stopni. Wszystko to w jarze wciętym na głębokość około 200 m, w terenie bardzo ciekawym geologicznie. Prowadzone stromymi zboczami jaru ścieżki są bardzo uciążliwe. Wymagają ciągłej zmiany wysokości, a liczne przewrócone drzewa nie ułatwiają marszu. Czujemy się jak na wysokogórskiej perci - w terenie wzniesionym 300-400 metrów nad poziom morza, a więc położonym niżej niż niedalekie pola orne.
Ostatni dzień przejścia był bardzo męczący psychicznie. Jeszcze na początku umówiliśmy się, że za linię mety przyjmiemy Odrę. Tymczasem dojście do niej wymagalo przebycia Poruby, całej potężnej dzielnicy Ostravy, przypominającej nieco krakowską Nową Hutę. Kiedy wreszcie dotarliśmy do upragnionej Odry, wciśniętej między nowoczesną arterię komunikacyjną i liczne nitki szyn kolejowych, nie mogliśmy się nawet bliżej z nią przywitać. Po prostu już w tym miejscu jest ona cuchnącym ściekiem, w którym strach zamoczyć rękę, mimo że w tym czasie nie płynął żaden mazut, ani olej.
Tu dobiegła końca nasza wyprawa przez Sudety. W ciągu 32 dni pokonaliśmy trasę o długości ponad 700 km i łącznej sumie przewyższeń 18 500 m. Niektóre fragmenty trasy przeszliśmy odmiennymi wariantami. 5 osób zachowało ciągłość przejścia, tzn. w ogóle nie korzystało ze środków komunikacji. Byli to: Z. Osiński, J. Pawłowski, J. Rubin i M. M. Tomczakowie. Nie korzystaliśmy z pomocy żadnych grup wspomagających, co wiązało się z koniecznością dźwigania ponad dwudziestokilogramowych plecaków. Przez cały czas tylko dwa dni przeznaczone były na odpoczynek. Wszelkie koszty związane z wyjazdem uczestnicy pokryli sami.
Na koniec jeszcze jedna uwaga. Pomimo, że omawiany teren leży tak blisko Polski, na całej trasie w ogóle nie spotkaliśmy polskich turystów, bo trudno nazwać nimi uczestników wakacyjnych hufców pracy. A przecież Sudety czeskie warte są lepszego poznania. Może nasze przejście i ten artykuł przyczynią się do tego?
Ostatnio zmieniony 2013-04-15, 11:06 przez Cisy2, łącznie zmieniany 4 razy.

Awatar użytkownika
Satan
Posty: 5579
Rejestracja: 2009-02-22, 20:22
Lokalizacja: Gdańsk/Beskid Płaski

Post autor: Satan » 2013-04-13, 12:02

Ależ Ty masz bogatą przeszłość górską, czapka z głowy. Zaraz zabieram się za czytanie ;-)
For God Your Soul... For Me Your Flesh

Dark Side of N.P.M.

Awatar użytkownika
menel
Posty: 9897
Rejestracja: 2009-01-10, 09:11
Lokalizacja: Wro

Post autor: menel » 2013-04-13, 12:08

Cisy2 pisze:W ciągu 32 dni pokonaliśmy trasę o długości ponad 700 km i łącznej sumie przewyższeń 18 500 m.
Czapa z głowy,Proszę Pana. :-D
Cisy2 pisze:Nie korzystaliśmy z pomocy żadnych grup wspomagających, co wiązało się z koniecznością dźwigania ponad dwudziestokilogramowych plecaków. Przez cały czas tylko dwa dni przeznaczone były na odpoczynek. Wszelkie koszty związane z wyjazdem uczestnicy pokryli sami.
Takie imprezy szczególnie poważam.
Cisy2,wspominasz w relacji jednego z uczestników: Włodzimierz Szczęsny: to ten Włodek?? W sensie Od Skalnika?
Przedostatnia foteczka,pomijając dwie ostatnie :mrgreen: mmmmm.. klasa sam w sobie.
Ostatnio zmieniony 2013-04-16, 16:59 przez menel, łącznie zmieniany 1 raz.
ПУНКС НОТ ДЭД !

Awatar użytkownika
Cisy2
Posty: 733
Rejestracja: 2012-12-13, 00:10
Lokalizacja: Świebodzice

Post autor: Cisy2 » 2013-04-13, 13:24

Satan, Menel - dzięki Panowie,
... ale z tymi "Czapkami z głów" to nie pod mój adres (niestety :-( ). Ale "Czapkę" przekażę Michałowi, gdy tylko go kiedyś dopadnę.

Ja się zadowolę co najwyżej skromnym "berecikiem" - za to, że chciało mi się w mieszkaniu moich Rodziców poszukać (i udało znaleźć) numer wydanego przed 26 laty "Gościńca" z tekstem Michała. A potem ten tekst jeszcze przepisać :lol:

Menel, tak to ten sam Włodek od "Skalnika", niekiedy zwany przez nas "Bazowym" (tak od 1985 r.). Włodka poznałem w 1982 r.

A przedostatnia fotka, na którą zwracasz uwagę -

o ta:

Obrazek

... mam nadzieję, że jak wkleję jeszcze kilka fotografii swoich i otrzymanych od kolegów (zapewne od Zbysia Osińskiego), to stanie się ona którąśtamnastą od końca :mrgreen:
Ostatnio zmieniony 2013-04-17, 09:19 przez Cisy2, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
buba1
Posty: 3146
Rejestracja: 2012-01-13, 17:07
Lokalizacja: Oława
Kontakt:

Post autor: buba1 » 2013-04-13, 17:02

Cisy2 pisze:Grupę opuściłem w Nachodzie, czyli mniej więcej w połowie przejścia.
86 rok??? :shock: jak ty to robisz ze sie nic nie zmieniles na gębie przez tyle lat???? :shock:
Cisy2 pisze:zapoznaliśmy się z podłogami schroniska, hotelu robotniczego, przebieralni kąpieliska i plebanii.
ale fajne miejsca noclegowe!!!!
Cisy2 pisze:Właśnie rozpoczęło się jesienne rykowisko jeleni i koncert, jaki słyszeliśmy w nocy, zrobił na nas mocne wrażenie.
Ja mam jakiegos pecha do rykowisk... Tyle razy probowalam ale nie udalo mi sie wstrzelic w odpowiedni czas aby takowego posluchac... :-(
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5559
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2013-04-14, 07:07

Cisy2 pisze: O naszej wędrówce przez czeską część Pogórza Łużyckiego w artykule w "Gościńcu" brakuje choćby zdania
a może dopiszesz jakieś własne zdanie? ;-)
czy już pisałam, że uwielbiam Twoje opowieści ? :-D
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
Cisy2
Posty: 733
Rejestracja: 2012-12-13, 00:10
Lokalizacja: Świebodzice

Post autor: Cisy2 » 2013-04-14, 09:59

Bubo moja droga, co do pierwszego Twojego zdania, to go nie komentuję... i się z nim nie zgadzam ....... :-(

Co do drugiego, to zgadzam się w pełni :lol: , dodam tu w tajemnicy :mrgreen: i jednocześnie rumieniąc się :oops: , że mieliśmy jeszcze jedną metę super, o której jednak Michał oficjalnie nie mógł wtedy napisać. W Pasece pod Zaltmanem przynajmniej dwie osoby, którym nie chciało się rozbijać namiotu, przenocowały w jednej z tamtejszych dacz - była otwarta, kusiła :lol: , miała przestronny przedpokój - tam kimnęliśmy (na pokoje nie wchodziliśmy). A weszliśmy - całą grupą - do tego domku po to, aby w czymś większym niż przestrzeń największego z naszych namiotów, wreszcie pośpiewać sobie przy gitarze. Bo ciągnęliśmy instrument ze sobą przez całe przejście - tak się wtedy chodziło, i nawet podczas wyjazdów wymagających zarzucenia na plecy nawet przeszło trzydziestokilogramowych plecaków to jeżeli w grupie był ktoś, kto potrafił grać, gitara musiała być. Nosił ją oczywiście nie tylko delikwent obdarzony mniejszym czy większym talentem, lecz cała męska część grupy - na zmianę.

Paulinko, jeśli chcesz usłyszeć podochocone jelenie to wybierz się wieczorową porą, najlepiej w ostatnich dniach września, zielonym szlakiem z Pielgrzymów do "Odrodzenia" (lepiej - znając Ciebie - idąc w stronę "Odrodzenia", bo granica parku narodowego podchodzi prawie pod schronisko i schodząc w stronę Przesieki po kwadransie będziecie już poza parkiem; namiot możecie rozbić chociażby wśród skał Suchej Góry - jest już poza parkiem - gdzie załapiecie się jeszcze na późne wrześniowe karkonoskie czarne borówki). Jeżeli w czasie wycieczki szlakiem zielonym i podczas noclegu na Suchej Górze nie usłyszysz jeleni, to zgodzę się z Twoim zdaniem, że "masz jakiegoś pecha do rykowisk" :lol:

Lidko, obiecuję, że napiszę... Tym bardziej, że jest o czym. Szliśmy wtedy przez te najbardziej zachodnie z zachodnich Sudetów jak urzeczeni. Tak w ogóle to był niesamowity wyjazd. Ze względu na ówczesną antypolską fobię władz socjalistycznej Czechosłowacji, po 1980 r.wyjazdy turystyczne - z obawy przed importem z Polski nastrojów antykomunistycznych - praktycznie zostały wstrzymane (tylko kolegom ze Studenckiego Koła Przewodników Górskich z Krakowa udało się utrzymać obozy w Tatrach Słowackich; nasze SKPS-owskie oferowane studentom z całego kraju "Jesioniki" i "Karkonosze czeskie i polskie" zostały na lata skasowane). Efekt był taki, że do 1987 r. praktycznie wszyscy przewodnicy z naszego koła, którzy zrobili uprawnienia po 1981 r. (ja byłem wśród nich) zupełnie nie znali Sudetów czeskich. W naszej ośmioosobowej grupie tylko Michał, króry trafił do Koła dwa lata przede mną, liznął trochę czeskich Sudetów (lepsze byłoby słowo "półliznął"). Inni z nas poznali góry Rumunii, Bułgarii, byli w Alpach i Himalajach, Mareczek zahaczył o Norwegię, a na Sudety czeskie mogliśmy co najwyżej popatrzyć z karkonoskiej grzbietowej "Polsko-czechosłowackiej ¦cieżki Przyjaźni" :lol: :mrgreen: :lol: lub ze szczytu ¦nieżnika. Stąd ten zachwyt. Naprawdę pełna egzotyka ! ¦mieszne, ale dopiero wtedy - mając 25 lat - poznałem smak czeskiego piwa. Rok wcześniej piłem jakieś dziwne, zrobione z ryżu - różnica przeogromna, przepaść niczym Rów Mariański.

A co do Twojego ostatniego zdania, Lidko, to jest mi bardzo miło :-) i gorąco dziękuję :-D

Krzyś66
Posty: 1122
Rejestracja: 2012-06-07, 09:54
Lokalizacja: Mazowsze

Post autor: Krzyś66 » 2013-04-14, 10:56

Cześć.
Duuuża rzecz, po latach wprawdzie, ale gratulacje się należą :->
Cisy2 pisze: gitara musiała być. Nosił ją oczywiście nie tylko delikwent obdarzony mniejszym czy większym talentem, lecz cała męska część grupy - na zmianę.
A to dzisiaj to już byłby seksizm, takie czasy.Jedna z głównych wojowniczek o dobro? kobiet skrytykowała gest otwierania drzwi kobietom przez mężczyzn.A świadome rozróznianie płci przy dźwiganiu gitary to dziś może i karalne jest ;-)
Nie wiem czy nie krzywdzę swych synów, ucząc ich zasad kindersztuby w stosunku do pci przeciwnej.

Hejka.
”Wydarzenia nie zawsze spełniają nasze oczekiwania, ale zawsze jest dla nich jakieś logiczne wytłumaczenie. Często nie jest ono krzepiące, ale zawsze logiczne.”

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5559
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2013-04-14, 11:07

Krzyś66 pisze:A świadome rozróznianie płci przy dźwiganiu gitary to dziś może i karalne jest
ja Ci dam :mrgreen:
gitarę jackową sama osobiście zanoszę .... do samochodu :-P potem już jej nie tykam :mrgreen:
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
buba1
Posty: 3146
Rejestracja: 2012-01-13, 17:07
Lokalizacja: Oława
Kontakt:

Post autor: buba1 » 2013-04-14, 19:22

Krzysztof Jaworski pisze: Co do drugiego, to zgadzam się w pełni Laughing , dodam tu w tajemnicy Mr. Green i jednocześnie rumieniąc się Embarassed , że mieliśmy jeszcze jedną metę super, o której jednak Michał oficjalnie nie mógł wtedy napisać. W Pasece pod Zaltmanem przynajmniej dwie osoby, którym nie chciało się rozbijać namiotu, przenocowały w jednej z tamtejszych dacz - była otwarta, kusiła Laughing , miała przestronny przedpokój - tam kimnęliśmy (na pokoje nie wchodziliśmy). A weszliśmy - całą grupą - do tego domku po to, aby w czymś większym niż przestrzeń największego z naszych namiotów, wreszcie pośpiewać sobie przy gitarze. Bo ciągnęliśmy instrument ze sobą przez całe przejście - tak się wtedy chodziło, i nawet podczas wyjazdów wymagających zarzucenia na plecy nawet przeszło trzydziestokilogramowych plecaków to jeżeli w grupie był ktoś, kto potrafił grać, gitara musiała być. Nosił ją oczywiście nie tylko delikwent obdarzony mniejszym czy większym talentem, lecz cała męska część grupy - na zmianę. .
No to nocleg byl zarabisty! I fajnie, raz ze zawsze byla gitara a dwa ze byli chetni zeby razem spiewac.. Bo teraz to o to drugie jakos zwykle najtrudniej...
Krzysztof Jaworski pisze: Paulinko, jeśli chcesz usłyszeć podochocone jelenie to wybierz się wieczorową porą, najlepiej w ostatnich dniach września, zielonym szlakiem z Pielgrzymów do "Odrodzenia" (lepiej - znając Ciebie - idąc w stronę "Odrodzenia", bo granica parku narodowego podchodzi prawie pod schronisko i schodząc w stronę Przesieki po kwadransie będziecie już poza parkiem; namiot możecie rozbić chociażby wśród skał Suchej Góry - jest już poza parkiem - gdzie załapiecie się jeszcze na późne wrześniowe karkonoskie czarne borówki). Jeżeli w czasie wycieczki szlakiem zielonym i podczas noclegu na Suchej Górze nie usłyszysz jeleni, to zgodzę się z Twoim zdaniem, że "masz jakiegoś pecha do rykowisk" Laughing.
W ostatnich dniach wrzesnia tego roku zapewne sie nie uda- ale moze sie udac w pierwszych dniach pazdziernika :-) Nie omieszkam skorzystac w twojej rady!




Krzyś66 pisze:Cisy2 napisał/a:
gitara musiała być. Nosił ją oczywiście nie tylko delikwent obdarzony mniejszym czy większym talentem, lecz cała męska część grupy - na zmianę.

A to dzisiaj to już byłby seksizm, takie czasy.Jedna z głównych wojowniczek o dobro? kobiet skrytykowała gest otwierania drzwi kobietom przez mężczyzn.A świadome rozróznianie płci przy dźwiganiu gitary to dziś może i karalne jest ;-)
Nie wiem czy nie krzywdzę swych synów, ucząc ich zasad kindersztuby w stosunku do pci przeciwnej.
Jakies dziwne te dzisiejsze baby! Ja tam sie ciesze jak faceci nosza gitary, namioty, wode i zarcie. Fajnie tez jak mi otwieraja drzwi i ustepuja miejsca w autobusie. Fajnie tez jakby oddawali piwo jak jest go mała ilosc ale na to zwykle nie ma co liczyc ;-)
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..

Awatar użytkownika
mniklas
Posty: 501
Rejestracja: 2009-07-08, 21:42
Lokalizacja: Goleniów

Post autor: mniklas » 2013-04-14, 20:16

Przejście: pierwsza klasa!
Krzyś66 pisze:Cisy2 napisał/a:
gitara musiała być. Nosił ją oczywiście nie tylko delikwent obdarzony mniejszym czy większym talentem, lecz cała męska część grupy - na zmianę.

A to dzisiaj to już byłby seksizm, takie czasy.Jedna z głównych wojowniczek o dobro? kobiet skrytykowała gest otwierania drzwi kobietom przez mężczyzn.A świadome rozróznianie płci przy dźwiganiu gitary to dziś może i karalne jest ;-)
Nie wiem czy nie krzywdzę swych synów, ucząc ich zasad kindersztuby w stosunku do pci przeciwnej.
buba pisze:Jakies dziwne te dzisiejsze baby! Ja tam sie ciesze jak faceci nosza gitary, namioty, wode i zarcie. Fajnie tez jak mi otwieraja drzwi i ustepuja miejsca w autobusie. Fajnie tez jakby oddawali piwo jak jest go mała ilosc ale na to zwykle nie ma co liczyc ;-)
Te niezbyt roztropne baby, to chyba tylko w TV, albo jakiś "mądrych inaczej" gazetach występują. Na szczęście większość kobiet jakie poznałem jest w tych sprawach znacznie normalniejsza i ma zdrowe podejście zaprezentowane przez Bubę.

W harcerstwie byłem w drużynie męskiej, ale na bieszczadzkie wędrówki braliśmy koleżankę -- fajna, "szwarna" dziewczyna. No i przy rozdziale puszek, chleba i części do namiotów po prostu jej nie liczyliśmy. Kiedyś po wędrówce robimy postój, każdy z ulgą ściąga plecak, a koleżanka nie. Ktoś zdziwiony pyta, dlaczego nie ściąga plecaka. Usłyszał odpowiedź: przecież mam leciutki, a jak ściągnę, to będzie wiało po plecach :-)

O kobiety trzeba dbać i basta!

Awatar użytkownika
menel
Posty: 9897
Rejestracja: 2009-01-10, 09:11
Lokalizacja: Wro

Post autor: menel » 2013-04-14, 20:26

mniklas pisze:przy rozdziale puszek, chleba i części do namiotów po prostu jej nie liczyliśmy.
Już myślałem,że ją głodziliście,że nosiła plecak i nawet kromki chleba.. :mrgreen:
ПУНКС НОТ ДЭД !

Awatar użytkownika
creamcheese
Posty: 1830
Rejestracja: 2012-06-07, 11:19
Lokalizacja: lublin

Post autor: creamcheese » 2013-04-14, 21:18

mniklas pisze: przecież mam leciutki, a jak ściągnę, to będzie wiało po plecach :-)

O kobiety trzeba dbać i basta!
Może chciała żeby ją przyutulić??
Z nimi to nigdy nic nie wadomo!!

Krzyś66
Posty: 1122
Rejestracja: 2012-06-07, 09:54
Lokalizacja: Mazowsze

Post autor: Krzyś66 » 2013-04-15, 10:21

Może by tak to przenieść , co by Cisowi nie nie bruździć?

Słowa mogą być źle poukładane ale sens na bank zachowałem.
Pani ¦. mówi ~~otwieranie drzwi kobietom przez mężczyzn to jedna z oznak ich panowania...patrz otwieram ci drzwi, ale przecież mogę je też przed tobą zamknąć...

a za wielką wodą : http://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiat ... 16777.html

:shock: :roll: :shock:
”Wydarzenia nie zawsze spełniają nasze oczekiwania, ale zawsze jest dla nich jakieś logiczne wytłumaczenie. Często nie jest ono krzepiące, ale zawsze logiczne.”

Marek S
Posty: 717
Rejestracja: 2010-11-30, 12:38
Lokalizacja: Małopolska

Post autor: Marek S » 2013-04-16, 09:27

Cześć Cisy

Na wstępie wyrazy szacunku za trud jakiego się podjąłeś. Pomysł świetny ! Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte to wspaniały okres w historii turystyki studenckiej. Nie tylko dlatego, że to czasy naszej młodości, ale naprawdę wyczyniano wówczas rzeczy, którymi można by się i dziś pochwalić. Wiele relacji i opisów rozrzuconych jest w aperiodycznych wydawnictwach poszczególnych kół czy innych ulotnych drukach. Trzeba pamiętać, że ich autorzy często pisali je tak aby teksty przepuściła cenzura. Z przyczyn technicznych w „ Watrach i „Harnasiach” nie publikowano zdjęć. Wiele ciekawych i nieopisanych faktów zostało tylko w naszych wspomnieniach. Z wolna odchodzą uczestnicy tamtych wydarzeń. Myślę, że korzystając z obecnych dobroci techniki warto to przypomnieć i uporządkować, żeby na zawsze nie uciekło. Póki jeszcze pamięć jako taka. ;-)
Cisy2 pisze: tylko kolegom ze Studenckiego Koła Przewodników Górskich z Krakowa udało się utrzymać obozy w Tatrach Słowackich
W istocie udało się utrzymać bazy w Starej Leśnej i na Slabejce. Zwłaszcza ta ostatnia była niesamowita. Nota bene to chyba jedyny camping w ¦rodkowej Europie, który pozostał do dziś takim jakim był, ze swoim klimatem i swobodą. Jesienią każdego roku staramy się tam wpadać z przyjaciółmi choć na kilka dni.
Czasy się pozmieniali. Dzisiejsi młodzi ludzie są też całkiem inni. Już po reformach próbowano wskrzesić ideę baz i tanich turnusów wędrownych dla studentów po Tatrach. No cóż, zainteresowanie tą formułą wypoczynku było prawie zerowe i nie wypaliło.
Cisy2 pisze:
Ze względu na ówczesną antypolską fobię władz socjalistycznej Czechosłowacji, po 1980 r.wyjazdy turystyczne - z obawy przed importem z Polski nastrojów antykomunistycznych - praktycznie zostały wstrzymane
Niezapomniany rok 1981. W piękny dzień siedzimy większą grupą na Lodowym podziwiając panoramę. Po polskiej stronie w dolinach kłębią się ciemne chmury. Podchodzi do nas Słowak i pokazując je ręką żartuje
- no co, z Polski komunizm paruje.

ODPOWIEDZ