Góry Rodniańskie lipiec/sierpień 2011 (relacja)

Moderatorzy: Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
grubinio
Posty: 13
Rejestracja: 2011-06-23, 14:41
Lokalizacja: dębica/kraków
Kontakt:

Góry Rodniańskie lipiec/sierpień 2011 (relacja)

Post autor: grubinio » 2011-08-26, 11:49

Witajcie!

Jakiś czas temu wypytywałem Was o informacje dotyczące G. Rodniańskich. Wielu z Was już tam było (nawet całkiem niedawno), mimo to chciałbym się z Wami podzielić moją pierwszą relacją na tym forum. Mam nadzieję, że uda mi się choć trochę przedstawić piękno tego niesamowitego pasma, zachęcić do wyjazdu w ten region Rumunii, a tym którzy już tam byli, przypomnieć zapewne miłe chwile spędzone na wędrówce grzbietem Muntii Rodnei. Serdecznie zapraszam!

Prolog
Będąc w Bieszczadach w lipcu 2010 r. z moją ukochaną towarzyszką życiowych (i górskich) ścieżek odwiedziliśmy wraz ze znajomym GOPRowcem kultowe miejsce wszystkich bieszczadników – Bazę Ludzi z Mgły w Wetlinie. Siedząc przy wysłużonych, drewnianych ławach, w nastrojowym półmroku, popijaliśmy złocisty trunek i rozmawiali o górskich wyprawach, tych bliższych i tych dalszych. Był Mount Blanc, Triglav, gdzieś przemknął Gerlach wraz z Mięguszem, były też Beskidy na czele z Diablakiem i Pilskiem. Jednakże w pewnym momencie Szczurek (goprowiec) zapytał: - Byliście kiedyś w Karpatach Rumuńskich? - Nie. A jak tam jest – odpowiedzieliśmy szybko. - Wyobraźcie sobie, że stoicie na Haliczu i rozglądacie się wokół. I pomnóżcie ten piękny krajobraz razy 10, a otrzymacie widoki Karpat Ukraińskich. Teraz pomnóżcie wszystko razy 100 i będziecie widzieć majestat Karpat Rumunii. Rozmarzeni i rozochoceni tym co usłyszeliśmy rozstaliśmy się z przyjacielem na polu namiotowym, i z głowami pełnymi myśli o bezkresnych połoninach, kładliśmy się spać z nadzieją, że kiedyś odwiedzimy to magiczne miejsce. Najlepiej jak najszybciej. Dziś, kiedy wspominam to, co usłyszałem w Wetlinie ponad rok temu, śmiało mogę stwierdzić, że jest to kompletną nieprawdą...

Podróż
Kilkutygodniowe przygotowania: fizyczne, mentalne, sprzętowe, edukacyjne zakończyły się pomyślnie i 28 lipca mogliśmy cieszyć się rozpoczęcia naszej przygody. A zaczęła się ona w Rzeszowie. Osobowy zawiózł nas do Przemyśla. Z Przemyśla już rzut beretem na granicę w Medyce, oczywiście za pomocą busa. Sprawny „przemyt” przez granicę i po chwili pędziliśmy w jak zwykle zatłoczonej marszrutce do Lwowa. Z biletami w ręku wsiedliśmy do plackartnyjego relacji Lwów-Czerniowce, była 22.05. Noc spędzona w dusznym pociągu na zbyt krótkich pryczach ma swoje uroki. O godz. 8 meldujemy się w Czerniowcach. Złapaliśmy taxi na granicę do Siretu, później już bus z rodzinką Ukraińców i po 3h spędzonych na granicy z Rumunią, wreszcie podążaliśmy w kierunku Suczawy. Z Suczawy pociągiem udaliśmy się do Campulunga Moldovenesc, który przywitał nas burzą i silnymi opadami deszczu. Mieliśmy sporo szczęścia, że młody Rumun imieniem Oktavian, służbowym autem podwiózł nas na samą przełęcz Rotunda. Z Campulunga to ponad 100 km, był naszym wybawcą :) Dotarcie do schroniska na przełęczy zajęło nam 1,5 doby. Sporo :)

Dzień I. Przełęcz Rotunda – Lac Lala Mica
Pełna przygód i dość wyczerpująca podróż była mocnym otwarciem naszej wyprawy. Aż strach pomyśleć co się dalej wydarzy :P Pełni energii przystąpiliśmy do pokonania głównego szlaku G.Rodniańskich.

Obrazek
Przed schroniskiem na przełęczy Rotunda.

Podążaliśmy za czerwoną farbą. Pogoda nie była rewelacyjna na początku wędrówki, dobrze, że nie padało, a tańczące wokół nas i szczytów chmury rekompensowały brak dalekosiężnych widoków.

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Pierwszy wodopój na trasie.

Obrazek

Obrazek
Pierwsze spojrzenia na Ineut.

Wraz z pokonywaniem kolejnych km i nabieraniu wysokości, po ok. 4h, pogoda robiła się coraz bardziej niepewna, doszliśmy do podstawy chmur.

Obrazek

Obrazek
Jezioro Lala Mare uwolnione od chmur.


Tuż przed podejściem na Ineut (2222 m n.p.m) zaczęło kropić, a na szczycie mocno wiało i padało. Widoczność 20-30 m. Dość szybko zeszliśmy na przełęcz Saua Ineutului, by dalej intuicyjnie, za dźwiękiem wodospadu znajdującego się pomiędzy dwoma platformami Lac Lala Mica i Lala Mare, dojść do tego pierwszego, gdzie rozbiliśmy namiot. Nie było to łatwe, wiało i padało dość mocno. Przemoczeni do suchej nitki siedzieliśmy w namiocie do końca dnia. Co jakiś czas wyglądałem, czy pogoda ma się ku lepszemu, niestety z trudem dostrzegałem taflę jeziora od którego dzieliło nas niespełna 20 m. Na rychłą poprawę pogody nie było co liczyć. Z nadzieją na lepsze jutro zasnęliśmy w ciepłych śpiworach.

Obrazek
Nasza mapa nie wytrzymała trudności pogodowych pierwszego dnia.


Dzień II. Lac Lala Mica.
Noc była ciężka. Na przemian ze snu wybijały nas mocne podmuchy wiatru i głośne krople wody uderzające w tropik naszego namiotu niczym pociski artyleryjskie. Rano warunki atmosferyczne się nie zmieniły. Ciągle padało, mocno wiało, byliśmy w „mleku”. Nie pozostało nam nic innego jak tylko przeczekać tę niesprzyjającą aurę. W namiocie czas leciał bardzo powoli. Oprócz leżenia w śpiworach nie robiliśmy w zasadzie nic. Wszystko było mokre. I do tego jeszcze okrojona racja żywnościowa nie wprawiała nas w dobry nastrój. Wieczorem, gdy aura na zewnątrz była wciąż taka sama, postanowiliśmy dowiedzieć się jakie są prognozy na kolejne dni. Optymistyczny sms otrzymany od kumpla dał nam nadzieję, że jutro rano w końcu wyruszymy i cokolwiek zobaczymy. Kolejna noc u stóp Vf. Ineu (2279 m n.p.m) była zdecydowanie bardziej spokojna od poprzedniej.

Dzień III. Lac Lala Mica – okolice Vf. Gargalau
Kolejnego dnia pogoda nieco się poprawiła. Najważniejsze, że przestało padać, jednakże ciągle nie mogliśmy liczyć na wyjście z chmur. Rozłożywszy wciąż mokre rzeczy na skałach, obserwowaliśmy co się wokół nas dzieje i rozważaliśmy co wydarzyć się może. Widoczność nieco lepsza, ale wciąż wszystkie okoliczne szczyty spowite były chmurami.

Obrazek
Jezioro Lala Mica u stóp Vf. Ineu (w chmurach), miejsce pierwszego obozowiska.

Słysząc jakieś głosy zauważyłem grupkę piechurów kierujących się w stronę Lala Mare. Podbiegłem do nich i spytałem skąd i dokąd idą, jak pogoda itd. Grupka Rumunów wcześnie rano wyszła ze schroniska na przełęczy Rotunda i po zejściu z Ineuta, zadecydowali, że wracają. Wg nich na szczycie wiało i padało tak mocno, że ze smutkiem na twarzach musieli odpuścić dalszą wędrówkę. Odradzali wychodzenia w górę. Z takimi wiadomościami wróciłem do namiotu. Kolejny sms z prognozą pogody i decyzja – idziemy! Ma być lepiej! Zwinięcie całego obozowiska zajęło nam sporo czasu. Gdy założyliśmy plecaki na ramiona, gotowi do wyjścia, zaczęło padać! Nie było odwrotu. Wspinanie na Ineu z wodą chlupiąca w butach i widocznością na ok. 20 m nie dawały wielkiej radości. Gdy schodziliśmy z Ineu, gdzieś we mgle słychać było odgłosy owiec i szczekanie psów. Po chwili doszliśmy do małej przełęczy, która była „zakorkowana”. Dziesiątki owiec tłoczyło się by zejść w dół, a przejście obok nich było ryzykowne ze względu na 3 dość agresywne psy pasterskie. I oto pierwsze spotkanie z tymi stworzeniami, o których tak wiele słyszeliśmy. Robiło się dość niebezpiecznie gdyż ujadając i pokazując swe kły zbliżyły się na odległość kijków trekingowych. Nie wprawieni w sztuce ich odganiania (schylanie się po kamienie nic nie dawało) i trochę przestraszni odpuściliśmy i postanowiliśmy poczekać, aż wszystkie owce zejdą ze szlaku. Po ok. 10 min. na szlaku pojawia się dwójka Rumunów, Dani i Petrika i z ich pomocą udaje nam się ominąć pieski i owce. Okazało się, że podążają tak jak my, w stronę Vf. Gargalau, i od tej chwili tworzymy czteroosobowy team. Mimo że ciągle pada, wieje i nie widzimy nic oprócz ścieżki, czas mija nam miło na pogawędkach z sympatycznymi Rumunami.

Obrazek
Niestety widoków brak.

Po długiej i męczącej wędrówce, nawet nie wiedząc kiedy przeszliśmy przez Vf. Cisa i Vf. Omului, dochodzimy do Vf. Gargalau (2158 m n.p.m). Ciesząc się chwilę ze zdobycia szczytu, idziemy dalej, gdyż podczas deszczu i słabej widoczności nie ma nad czym zbytnio kontemplować. Wartko schodzimy ścieżką ze szczytu, grupka rozciągnęła się nieco, na czele Petrika. Po upływie może 20 min, pozostający z tyłu Dani zaczyna nas nawoływać. Czekamy kilka chwil, nie pojawia się. Postanowiłem zawrócić. Spotkałem go zdyszanego spory kawał drogi od pozostałej dwójki. - Where is red line? - zapytał. Odpowiedziałem mu, żeby się uspokoił i że idziemy szlakiem. Dołączyliśmy do Basi i Petriki, jednakże byłem coraz mniej pewien czy ta ścieżka która idziemy jest właściwą. Orientację utrudniała znikoma widoczność. Po dłuższej chwili doszliśmy do skarpy, ścieżka się rozwidlała. Zaniepokojeni wszyscy szukaliśmy szlaku. Nigdzie nie ma. Chłopaki zaczynają się denerwować, atmosfera gęstnieje. Zgubiliśmy drogę. Po ostrej wymianie zdań między współtowarzyszami, Petrika postanowił wrócić na szczyt Gargalau i tam poszukać czerwonej farby. Wraca po 30 min i oznajmia, że żadnego znaku nie widział! Zaczyna się ściemniać, zmęczeni i zdenerwowani rozbijamy namioty. Na domiar złego zaczyna coraz mocniej padać. Jak do tej pory nie mieliśmy szczęścia do Rodnianów... Dobrze chociaż, że wody nam nie brakowało...

Dzień IV. Vf. Gargalau – Saua Galatului
Budzimy się wcześnie rano. Plan na kolejny dzień to znaleźć szlak :) Wystawiając głowę po raz pierwszy z namiotu, wiedziałem, że nie będzie to takie proste. Pogoda bez zmian. Bez zbędnych ceregieli zwijamy namiot i ruszamy. Dojście na szczyt Gargalau zajmuje nam ok. 40 min. Zawzięcie szukamy szlaku, sprawdzamy mapę, chwytamy za kompas. - Jest! Tam na skale jest czerwona kreska! - woła uradowana Basiulka. Rzeczywiście, w odległości może 50-60 m od słupka na szczycie pojawił się zza chmur czerwony znak. Dzień wcześniej powinniśmy się po prostu wrócić ten kawałek i pójść w prawo, zamiast pójść prosto. Na mapie Dimapu w skali 1:50000 trudno było autorom uwzględnić, że szlak dochodzi do szczytu, a następnie zawraca. Szczęśliwi robimy sobie pamiątkowe zdjęcia.

Obrazek

Widoków jak zwykle brak. Chwilę później idziemy już właściwą ścieżką. Dochodzimy do przełęczy Saua Gargalau, gdzie pożegnaliśmy naszych towarzyszy wędrówki. Oni poszli szlakiem niebieskim w dół do doliny, a my w przeciwnym kierunku czerwonym.

Obrazek
Dani naprawia oznakowanie szlaków na przełęczy Saua Gargalau.

Po raz pierwszy od dwóch dni warunki atmosferyczne zaczęły się poprawiać, pokazały się pierwsze nieodległe panoramy, chmury unosiły się w górę, wyglądało to optymistycznie.

Obrazek
Jest nadzieja :)

Około godz. 14 dotarliśmy do małego jeziorka (właściwie dużej kałuży) Cailor na przełęczy Saua Galatului. Postanawiamy rozbić obóz, w końcu porządnie się najeść i choć trochę wysuszyć przemoczone rzeczy. Wieczorem nastąpiło to na co tak długo czekaliśmy. Wreszcie pokazało się Słońce! Naszym oczom ukazał się przepiękny widok, oto mogliśmy zobaczyć trasę, którą dwa dni wcześniej przeszliśmy. Niesamowicie oświetlony Ineu wraz z Cisą i Omului, aż w końcu swój majestat pokazał sam Vf. Gargalau.

Obrazek
Jeziorko (kałuża) Cailor. Miejsce kolejnego obozu.

Obrazek

Obrazek
To co przeszliśmy w chmurach, teraz widzimy już odkryte :) Po lewej Vf. Gargalau

Po drugiej stronie przez przełęcz przewalały się chmury, raz po raz smagając szczyt Galatului. Cudnie. Wracamy do namiotu. Zasypiamy z uśmiechem na twarzy, nie mogąc doczekać się kolejnych dni.


Dzień V. Saua Galatului – Vf. Pietrosul – Lac Rebra
Piąty dzień dał nam to, czego oczekiwaliśmy przed przybyciem w Rodniany: słoneczną pogodę, cudowne widoki i prawdziwą górską marszrutę. Rano pozwalamy wysuszyć się naszemu ekwipunkowi, tylko buty wciąż się sprzeciwiają. Trudno, musimy iść w mokrych. Wspaniałe widoki rekompensują nam wszystkie trudności poprzednich dni. Jak dobrze, że nie daliśmy za wygraną, że nie posłuchaliśmy grupy zawracających Rumunów, jak dobrze, że jesteśmy tak uparci :P

Obrazek
Wyjście na Vf. Galatului. W dole widoczne J.Cailor

Obrazek

Obrazek

Powoli mijamy trawersem kolejne szczyty, Laptelui Mare, Puzdrelor, Negoiasa Mare.

Obrazek

Obrazek
Vf. Laptelui Mare

Obrazek
Vf. Puzdrelor

Obrazek

Obrazek

Gdzieniegdzie spotykając pasterskie pieski. Chyba lubią nas obszczekiwać.

Obrazek

Na trudnych nazwach szczytów łamiemy sobie języki :) Idziemy i idziemy, co chwilę zatrzymując się by podziwiać piękno tych gór. Bezkres gór, aż po horyzont.
Dochodzimy do przeprawy przez wysoką kosówkę. Gdy udaje nam przejść przez jej gąszcz robimy przerwę na posiłek i kontemplację. Podziwiamy masyw Pietrosula, a za nami Puzdrelora i innych. Pół godziny wystarczyło, by naładować akumulatory dużą ilością węglowodanów, więc w drogę.

Obrazek
Najwyższa część G.Rodniańskich

Obrazek

W miejscu rozwidlenia się szlaku postanawiamy ominąć Repede (2074 m n.p.m) zostawiając więcej sił na deser w postaci Pietrosula.

Obrazek
Vf. Negoiasa Mare, w dole przełęcz Saua Intre Izvoare, na dalszym planie Vf. Puzdrelor

Obrazek
Vf. Buhaescu Mic i Mare, dalej wierzchołek Pietrosula


Następnie dotarliśmy do przełęczy Tarnita La Cruce, w dole ukazała nam się dolina z jeziorem Rebra i kilkoma namiotami. Wymarzone miejsce na biwak. Decydujemy się wziąć ze sobą plecaki i pójść z nimi na Pietrosul. Było już dość późno, nie chcieliśmy ryzykować powrotu w ciemnościach ze szczytu aż do jeziorka Rebra. Bliżej była stacja meteo.

Obrazek
Jezioro Rebra, w potężnej dolinie, popularne miejsce biwakowe

Obrazek

I znów decydujemy się na ominięcie głównej grani, tym razem szlaku niebieskiej farby, wraz z Vf. Rebra (2119 m n.p.m), trawersujemy, osiągamy Buhaescu Mic, następnie większego brata Buhaescu Mare (2268 m n.p.m), na którym spotykamy uroczą krakowiankę. Na miłych pogawędkach spędzamy dłuższą chwilę na szczycie, z którego widoki są onieśmielające.

Obrazek
Vf. Rebra

Obrazek
Vf. Buhaescu Mic, dalej większy brat Mare

Obrazek
Nawet najlepsza panorama nie odda w pełni piękna tych krajobrazów, tu z Buhaescu Mare

Obrazek
Kolejna panorama z Buhaescu Mare, tym razem w kierunku Pietrosula

Zebrawszy siły na atak szczytowy na Pietrosul, żegnamy się z nowo poznaną koleżanką. Po dość długim i wyczerpującym podejściu, przed 18 meldujemy się na najwyższym szczycie Gór Rodniańskich i Karpat Wschodnich – Pietrosulu (2303 m n.p.m). Cieszymy się z osiągniętego celu naszej wyprawy. Na szczycie obok paskudnego schronu spotykamy grupkę przewodników beskidzkich z Katowic. W sumie tak my jak i oni nie jesteśmy zaskoczeni spotkaniem swoich rodaków. Przecież Polacy kochają góry! Cudne widoki z najwyższej góry uwieczniliśmy na kartach naszych aparatów. Czas schodzić.

Obrazek
Vf. Buhaesu Mare widziany z Pietrosula

Obrazek
Jeszcze panorama w kierunku pd-wsch. Widać główne pasmo Muntii Rodnei

Po krótkich namowach zdecydowaliśmy się wrócić do bazy przy jeziorze Rebra, gdzie spotkani przez nas ¦lązacy mieli rozstawione namioty. Pietrosul żegnał się z nami spowity ostatnimi promieniami zachodzącego Słońca.

Obrazek
Stacja meteo i Jezioro Iezer

Obrazek

Obrazek

Obrazek
To się nazywa wolność :)

Niecałe 2h zajęło nam dotarcie do bazy i rozbicie namiotu. A tam uczta. Barszcz z uszkami i ryż z jabłkami kompletnie nasz zaskoczyły. ¦wietne zakończenie cudownego dnia. Pozdrawiam grupkę ze ¦ląska! (pewnie ktoś z nich tutaj zagląda :)

Dzień VI. Przełęcz Tarnita La Cruce – Przełęcz Setref
Piękny wschód Słońca zapowiadał kolejny dzień dobrej pogody. Niestety szósty dzień w górach był naszym ostatnim. Mieliśmy spory odcinek drogi do przejścia, dlatego też zebraliśmy się dość wcześnie.

Obrazek
Wschodzące Słońce nad polskim obozowiskiem

Obrazek

Pożegnawszy się z jeszcze zaspanymi obozowiczami wyszliśmy na szlak, na którym spotkaliśmy dziesiątki półdzikich koni. Zrobiły na nas niesamowite wrażenie. Piękne, wolne, na bezkresnych halach...

Obrazek

Obrazek
Jednak zdecydowanie więcej było owiec

Idąc dalej spotkaliśmy Georga, rodniańskiego juhasa, który zaprosił nas do swojej koliby. Poczęstował świeżym serem, boczkiem, mlekiem i chlebem. Rozmów nie było końca. Zapoznał nas z życiem na halach, z produkcją sera, ze zwyczajami panującymi na tych terenach. ¦wietny, miły, przesympatyczny człowiek. Umówiliśmy się na przyszły rok, że przywieziemy mu oprawione w ramkę zdjęcie z naszej wizyty. Czas uciekał, musieliśmy się rozstać. Spotkanie z nim było dla nas wielkim przeżyciem. Idąc ścieżką ciągle zatrzymywaliśmy się oglądając to wszystko co nas otacza. Jak to mówią: cud, miód i orzeszki! Wraz z pokonywaniem kolejnych km w tyle zostawialiśmy najbardziej okazałe wierzchołki głównego pasma Muntii Rodnei. Przechodząc przez płaski jak stół, rozjeżdżony grzbiet ze smutkiem zbliżaliśmy się do granicy lasu. Czas z pięknymi widokami wokół powoli dobiega końca. Chcemy chwilę, w której możemy się przyglądać najwyższym wzniesieniom tego pasma przeciągać w nieskończoność.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Ostatnie tak rozległe widoki, w tle masyw Pietrosula

Czas ucieka szybko, a przed nami jeszcze wiele drogi do pokonania. Wchodzimy w las. W okolicy przełęczy Pietrii prowadzony jest intensywny wyrąb drzewa. Po drodze spotykamy drwali ciągnących za pomocą wielkiego mechanicznego potwora wielkie bale.

Obrazek

Szlak na tym odcinku jest mało atrakcyjny. Las ciągnie się niemiłosiernie, czasami tylko przechodziliśmy przez niewielkie polany. Na jednej z takich polan, Jon, juhas, którego koliba usytuowana jest przy szlaku, zaprosił nas na ciorbę (zupę). Pyszna jarzynowa na serwatce podana z wielkiego gara dała nam siły na końcowy odcinek naszej wędrówki. Zachodnia część czerwonego szlaku przysporzyła nam wielu problemów związanych z kiepskim oznakowaniem. Kilka razy musieliśmy zawracać, kilka razy poszliśmy nie tą ścieżką co trzeba tracąc wiele sił i dobrego samopoczucia. Trasę, którą wg przewodnika mieliśmy przejść w 9,5h, pokonaliśmy w ponad 12 i zaraz po zachodzie Słońca, zmęczeni, ale szczęśliwi osiągnęliśmy końcowy punkt szlaku i całej naszej wyprawy – Przełęcz Setref. Nie przeszkadzał nam już nawet mały pokój z widokiem na ruchliwą drogę i lodowatą wodą pod prysznicem. Ważne, że się udało przejść cały główny szlak G. Rodniańskich, wraz ze zdobyciem ich najwyższej kulminacji. Przecież po to tu przyjechaliśmy. Towarzyszyły nam radość i smutek jednocześnie. Żal żegnać się z tak pięknym miejscem! W nocy spaliśmy jak zabici...

Podróż powrotna
W drogę powrotną udaliśmy sprawdzoną już wcześniej trasą, jedynie odcinek do Borszy, do której dostaliśmy się za pomocą stopa i busa nie był nam znany.

Obrazek
Ostatnie spojrzenie na Pietrosul, zdjęcie zrobione z Borszy

Później jeszcze 2 stopy, pociąg i jesteśmy w Suczawie. Stąd do granicy zabiera nas bus, a później kolejny do Czerniowców. Wszystko sprawnie idzie, a my w szybkim tempie pokonujemy sporą ilość kilometrów. W Czerniowcach meldujemy się ok. 20.30 na pół godziny przed odjazdem pociągu do Lwowa. Niestety jest za późno by liczyć na plackartyjego, więc całą noc spędzamy na drewnianych ławkach. Próbowaliśmy brać przykład z Ukraińców, którzy spali w najlepsze na tych niewygodnych siedziskach. Nic z tego i właściwie całą trasę nie spaliśmy. Do Lwowa ok. 6.30 dojechały zwłoki :) Szybko wsiedliśmy w marszrutkę na granicę. Swoje musieliśmy odczekać na granicy, te chwile nie należały do miłych. Później jeszcze jeden kurs busem do Przemyśla, z Przemyśla do Rzeszowa osobowym i o godz. 13.30 6 sierpnia dojechaliśmy do ostatniej stacji naszej tułaczki – Rzeszów Główny. Cali, zdrowi, szczęśliwi, zmęczeni i wychudzeni. Warto było, oj bardzo!

Epilog
Podróż w Góry Rodniańskie była dla nas niesamowitym doświadczeniem, życiową przygodą. Nigdy wcześniej nie byliśmy w tak pięknych, odludnych i w miarę jeszcze dzikich zakątkach gór. Mimo początkowych trudności związanych z niesprzyjającą do górskich wędrówek pogodą, wyjazd przerósł nasze najskrytsze oczekiwania. To co zobaczyliśmy i przeżyliśmy podczas tamtego pobytu zostanie w naszych pamięciach zapisane złotymi zgłoskami na zawsze. Ciągle mam przed oczami ten bezmiar górskich szczytów, bezkres hal, dziesiątki półdzikich koni, wolnych i szczęśliwych. W ustach smak świeżego sera i Jonowej ciorby, a w głowie jedną myśl: Szczurek się mylił. Żadne mnożenie, czy przez 100 czy przez milion nie jest w stanie oddać majestatu i piękna tych gór.

Awatar użytkownika
Ariel Ciechańsk
Posty: 857
Rejestracja: 2010-12-02, 17:08
Lokalizacja: Skierniewice
Kontakt:

Post autor: Ariel Ciechańsk » 2011-08-26, 12:06

Wow. Gratuluję traski i relacji. Wymiotłeś :-D.
Pozdr.
CAr.

Tomekk

Re: Góry Rodniańskie lipiec/sierpień 2011 (relacja)

Post autor: Tomekk » 2011-08-26, 12:16

grubinio, w pas się kłaniam. Fantastycznie napisana relacja !! Jedna z najlepszych jakie kiedykolwiek tutaj na forum czytałem...
Pogoda Was nie rozpieściła zanadto, ale upór się opłacił i zobaczyliście sporo !
Zdziwiło mnie natomiast, że tak dużo ludzi spotkaliście po drodze ;-)



grubinio pisze: W miejscu rozwidlenia się szlaku postanawiamy ominąć Repede (2074 m n.p.m)

Hmmmm, sorry, ale to Wasz błąd życia ;-) Ale do naprawienia w przyszłości !!

Awatar użytkownika
cthulhu
Posty: 1010
Rejestracja: 2009-07-31, 10:21
Lokalizacja: Tarnów
Kontakt:

Post autor: cthulhu » 2011-08-26, 13:01

No to teraz zazdroszczę !! Też tak chcę. :-D

Relacja jak i zdjęcia fenomanalne. Pogratulować ;-)

Awatar użytkownika
grubinio
Posty: 13
Rejestracja: 2011-06-23, 14:41
Lokalizacja: dębica/kraków
Kontakt:

Post autor: grubinio » 2011-08-26, 13:32

wielkie dzięki za miłe komentarze :)
Hmmmm, sorry, ale to Wasz błąd życia Ale do naprawienia w przyszłości !!
jak najbardziej, poza tym jesteśmy umówieni z Georgem na przyszłoroczne odwiedziny ;-)
Zdziwiło mnie natomiast, że tak dużo ludzi spotkaliście po drodze
tak, ale miło było spotkać fajnych ludzi na szlaku, raz na kilka godzin :-)

Awatar użytkownika
Red-Angel
Posty: 2670
Rejestracja: 2011-04-16, 16:54
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: Red-Angel » 2011-08-26, 13:53

Zazdroszczę!

Zdjęcia rewelacyjne, a Wasz upór zaowocował pięknymi widokami. Gratuluje!

Awatar użytkownika
Satan
Posty: 5521
Rejestracja: 2009-02-22, 20:22
Lokalizacja: Gdańsk/Beskid Płaski

Post autor: Satan » 2011-08-26, 13:59

Po kilku godzinach przemeblowywania, wynoszenia, dźwiagania, wnoszenia, pakowania w mieszkaniu, wchodzę sobie na "foruma", a tu...taka niespodzianka!! Wspaniała relacja z pięknych gór jakimi są Rodniany! :-D

Ja też pamiętam te stada koni na zboczach, piękna sprawa, też zaszokowało mnie to bardzo. Nasz pierwszy biwak miał miejsce nad "waszym" jeziorkiem, widac wszyscy czują magię tego miejsca , byłem tam w 2004r. Ja z Alpami Rodniańskimi mam też porachunki do wyrównania, więc jszcze kiedyś tam wrócę (Pietrosul do zdobycia!)

Co więcej? Gratuluję też przygody samej w sobie jaką jest przebycie odcinka Czerniowce - Suczava...nie jest to łatwy kawałek chleba ;-) , w samej Rumunii, taż jak piszesz, dziarsko sobie radziliście. I dobrze!

Reasumując - bardzo fajna relacja, piękne zdjęcia i piekne przygody na całej trasie, takich rzeczy się nie zapomina i dla przeżycia takich chwil warto się namęczyć. :-)


PS - offtop!!! :arrow: ostatnio sypnęło dużą ilością fajnych relacji, kiełkuje we mnie aby w okolicy listopada/grudnia zrobić plebiscyt na relację roku, w kategoriach => góry polskie i góry zagraniczne? Hym?
For God Your Soul... For Me Your Flesh

Dark Side of N.P.M.

Awatar użytkownika
grubinio
Posty: 13
Rejestracja: 2011-06-23, 14:41
Lokalizacja: dębica/kraków
Kontakt:

Post autor: grubinio » 2011-08-26, 14:22

Satan pisze:Co więcej? Gratuluję też przygody samej w sobie jaką jest przebycie odcinka Czerniowce - Suczava...nie jest to łatwy kawałek chleba , w samej Rumunii, taż jak piszesz, dziarsko sobie radziliście. I dobrze!
Na samą podróż potrzebna byłaby osobna relacja, wiele się działo, tak jak powiedziałeś "przygoda sama w sobie". Jednakże to jest forum górskie, wolę koncentrować się na górach :-P

Awatar użytkownika
Satan
Posty: 5521
Rejestracja: 2009-02-22, 20:22
Lokalizacja: Gdańsk/Beskid Płaski

Post autor: Satan » 2011-08-26, 14:50

Grubinio - info praktycznych również nigdy za wiele, bo aby dotrzeć do tych gór transportem publicznym, trzeba najpierw godnie przeżyć te przygody właśnie :-D , a nasza nauczka może pomóc kolejnym. ;-)
For God Your Soul... For Me Your Flesh

Dark Side of N.P.M.

Awatar użytkownika
Michun
Posty: 7320
Rejestracja: 2009-04-24, 13:03
Lokalizacja: Western Front

Post autor: Michun » 2011-08-26, 16:45

Piękne smaczki w tych widoczkach...mmm

Tylko te dojazdy mnie zawsze zniechęcają w opisach ukraińskich , rumuńskich itd
"I don't hate people, I just feel better when they aren't around"
Ch. Bukowski
"Patriotism is the last refuge of a scoundrel" S. Johnson

Awatar użytkownika
catty101
Posty: 1016
Rejestracja: 2010-01-10, 13:24
Lokalizacja: okolice Krakowa

Post autor: catty101 » 2011-08-26, 17:22

Bardzo fajnie się czytało :-) Rodniany w lecie robią chyba trochę inne wrażenie niż na wiosnę, nie ma rododendronów, jest więcej ludzi, konie i krwiożercze psy ;-)
Tomekk pisze:grubinio napisał/a:

W miejscu rozwidlenia się szlaku postanawiamy ominąć Repede (2074 m n.p.m)


Hmmmm, sorry, ale to Wasz błąd życia ;-) Ale do naprawienia w przyszłości !!
Z ust mi wyjąłeś ;-)
Satan pisze:PS - offtop!!! :arrow: ostatnio sypnęło dużą ilością fajnych relacji, kiełkuje we mnie aby w okolicy listopada/grudnia zrobić plebiscyt na relację roku, w kategoriach => góry polskie i góry zagraniczne? Hym?
Również o czymś takim myślałam, masz moje poparcie :-)

Awatar użytkownika
Marco
Posty: 2103
Rejestracja: 2008-11-18, 19:05
Lokalizacja: Opole

Post autor: Marco » 2011-08-26, 17:49

No pięknie, powtórzyliście naszą czerwcową trasę. I tak jak poprzednicy dołączam się do słów... szkoda że odpuściliście Repede. Moim zdaniem widok z tego szczytu jest tysiąckroć piękniejszy niż z Pietrosula z tym obskurnym bunkrem.
Ale skoro chcecie tam wrócić to nic straconego.
...only way to cure stupidity is death...

Awatar użytkownika
karolox81
Posty: 851
Rejestracja: 2009-09-19, 10:39
Lokalizacja: Olesno

Post autor: karolox81 » 2011-08-26, 18:09

Gratuluje wypadu !!!

Fantastyczna relacja zakończona słusznym podsumowaniem.
grubinio pisze:Powoli mijamy trawersem kolejne szczyty, Laptelui Mare, Puzdrelor, Negoiasa Mare.


Widzę, że nikomu nie chce się wchodzić na Puzdrelor. :mrgreen:
Karol

Awatar użytkownika
karolox81
Posty: 851
Rejestracja: 2009-09-19, 10:39
Lokalizacja: Olesno

Post autor: karolox81 » 2011-08-26, 18:16

Marco pisze:No pięknie, powtórzyliście naszą czerwcową trasę.

Prawie, ponieważ nam się zachciało trawersu i podejścia na przełęcz Curmatura Pietrosuli dołem koło jeziorek w drodze na Pietrosula. Wracaliśmy na Rebre tradycyjnie, północną odnogą od grani głównej.
Karol

Awatar użytkownika
Vlado
Posty: 5079
Rejestracja: 2011-01-14, 11:23
Lokalizacja: Wega XXI

Post autor: Vlado » 2011-08-26, 20:29

piekna trasa, a zdjęcia inspirują do wyjazdu, brawo ;-)
Nasza mapa nie wytrzymała trudności pogodowych pierwszego dnia.
Jako że trudności pogodowe zazwyczaj mam pierwszego dnia, w dodatku takie, że pseudolaminowane mapy też szlak trafia, (może to barbarzyństwo) zacząłem ciąć mapy na kawałki. Noszę je teraz w zasuwanej, przeźroczystej koszulce. Tylko te części, które są mi niezbędne na dany dzień ;-) Od tej pory nie zamokła mi ani kartka...

ODPOWIEDZ