Poprzedni temat «» Następny temat
Rowerowe wycieczki Roberta J
Autor Wiadomość
Robert J 

Wiek: 38
Skąd: Charbielin
Wysłany: 2018-08-31, 21:04   

Dzierżoniów, Świdnica, Jawor, Środa Śląska - 27.05.2018

Czyli koleje 300 kilometrów(z małym hakiem) w tym roku zaliczone ;-)

Jak to u mnie bywa ostatnio zamiary miałem inne. Chciałem wyruszyć skoro świt, ale tradycyjnie był u mnie problem by się zwlec z wyra ;-) Wiedziałem tylko, że chcę przejechać dużo kilometrów, bardzo dużo. Najlepiej jak zrobię tegoroczny rekord pod względem przebytych kilometrów jednego dnia. Najlepiej jakby osiągnąć 400... Pakuję się minimalistycznie(jak na moje standardy) i dosiadam cienkiego koła.

Wyruszam gdy słońce jest już na horyzoncie od dobrych kilkunastu minut. Kieruję się na zachód. Tak sobie pomyślałem, że fajnie byłoby objechać kotlinę kłodzką dookoła, a na dokładkę jakby brakowało kilometrów to można by jeszcze okrążyć Góry Sowie ;-P





Jednak po przekroczeniu granicy państwa coś mnie skusiło na zmianę swych zamiarów i zamiast jechać dalej na Jesenik to odbijam na Vidnave.



Do Javornika jedzie się całkiem przyjemnie choć już w okolicy przejścia granicznego na Złoty Stok jakby się wzmagał wiaterek. Nie jest on jeszcze mocny jednak im później tym podmuchy te będą się coraz bardziej wzmagać. I nie chodzi o to iż wiać będzie w twarz tylko o to, że będzie niebezpiecznie puszczać drona podczas silnego wiatru.









Kieruję się na Ząbkowice Śląskie. Szybko przejeżdżam przez Kamieniec Ząbkowicki.



W Ząbkowicach Śl. bywałem w przeszłości wiele razy. Przeważnie tylko przejazdem. Bodaj tylko raz zatrzymałem się tutaj na dłuższą chwilę by trochę obejrzeć to jakże ciekawe miasto.

Chyba najbardziej znanym zabytkiem miasta jest "krzywa wieża" będąca w początkowym okresie swego istnienia prawdopodobnie wieżą zamkową. Od XIV wieku wieża pełni funkcję dzwonnicy pobliskiego kościoła parafialnego. 24 sierpnia 1598 wieża przechyliła się o 1,5 m. Spowodowane to było prawdopodobnie ruchami tektonicznymi. Inna wersja mówi, że grunt nie wytrzymał obciążenia nadbudowanego obiektu. Obecnie odchylenie wieży wynosi aż 2,14 metra !



Oczywiście Ząbkowice to nie tylko krzywa wieża. Ciekawy jest rynek z ratuszem i jego strzelistą wieżą. Co prawda obiekt nie jest jakoś bardzo stary bo to neogotyk wystawiony w miejsce wcześniejszego, który spłonął w 1859 roku ale i tak robi wrażenie.





Są też ruiny zamku.... Renesansowa budowla obrona wzniesiona w latach 1522–1532 na miejscu gotyckiego zamku obronnego.





A ja dość szybko przemieszczam się do oddalonego o dwadzieścia kilometrów Dzierżoniowa. Od razu wbijam do ścisłego centrum. Obecny ratusz, a w zasadzie jego wieża oraz sukiennice to pozostałość po średniowiecznym obiekcie. Cała reszta została dobudowana w XIX wieku.





Kościół poewangelicki.





Nepomucen...



W mieście zachowały się również częściowo mury obronne.





Po gminie żydowskiej zachowała się synagoga zbudowana w 1875 roku na planie prostokąta w stylu neoromańskim.







A mnie czas goni i jadę dalej. Tym razem do Świdnicy.





Świdnica z racji swego historycznego znaczenia posiada wiele cennych zabytków architektury sakralnej, mieszczańskiej, jak i przemysłowej. Miasto uniknęło zniszczeń w czasie ostatniej wojny światowej. Pozwoliło to zachować drugi co do wielkości zespół zabytkowej architektury na Dolnym Śląsku(po Wrocławiu).
Najważniejszym zabytkiem miasta jest katedra św. Stanisława i św. Wacława. Ten gotycki obiekt posiada wieżę wysoką na 103 metry i jest jedną z najwyższych w kraju.





W Świdnicy znajduje się Kościół Pokoju pw. Trójcy Świętej. Jest to drewniany zabytkowy budynek sakralny wybudowany na mocy porozumień traktatu westfalskiego kończącego wojnę trzydziestoletnią. Od 2001 roku jest on wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Cesarz Ferdynand III Habsburg pod naciskami protestanckiej Szwecji wydał pozwolenie na wybudowanie trzech świątyń na obszarach sobie podległych. Ich budowa była jednak ograniczona wieloma warunkami, które miały sprawić że świątynie te nie przetrwają próby czasu.
Przede wszystkim obiekty te miały powstać poza granicami miast i być wybudowane z materiałów nietrwałych. No i czas budowy nie mógł przekroczyć jednego roku od jej rozpoczęcia. Nie mogły posiadać wież i dzwonnic w ogóle nie mogły z wyglądu przypominać ówczesnych sobie kościołów.







Do kościoła prowadzi aż 27 wejść i ma pojemność 7,5 tyś. osób. Otoczony jest starym cmentarzem powoli ale sukcesywnie rewitalizowanym. W sąsiedztwie znajdują się również inne obiekty mające status zabytku.











Przebijam się przez Strzegom. Szkoda, że się zachmurzyło....





Najcenniejszym zabytkiem miasta, które wzbogaciło się na wydobywanych w okolicy pokładach granitu jest bazylika mniejsza Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Zasadniczy zrąb świątyni powstał w latach 1250-1390, a budowę ukończono dopiero na początku XVI wieku.







Skoro był Kościół Pokoju w Świdnicy to nie może zabraknąć tego w Jaworze. Tym bardziej, że miasta te nie dzieli jakaś wielka odległość. Po drodze podjeżdżam do Rogoźnicy i znajdującego się na peryferiach wsi pozostałości nazistowskiego obozu koncentracyjnego, istniejący w latach 1940–1945.Nad Gross-Rosen odważyłem się wzbić w powietrze dronem chociaż porywy wiatru były zbyt duże. Z obozu zachowa się jedynie brama wjazdowa oraz fundamenty baraków mieszkalnych.









Więźniowie byli wykorzystywani do ciężkich prac w sąsiednim kamieniołomie.





Pora odwiedzić Jawor gdzie znajduje się drugi z zachowanych kościołów Pokoju. Jednak najpierw odwiedzam starówkę. Powiem, że rynek ładny jednak bardzo zaniedbane elewacje renesansowych kamienic. Są obdrapane, a z większości odpada farba całymi płatami....







Następnie udaję się pod wspomniany kościół szachulcowy z lat 1654–1655. Ten Obiekt powstał podobnie jak jego odpowiednik w Świdnicy na mocy porozumień traktatu westfalskiego. Oba są wpisane wspólnie na listę UNESCO.









Był jeszcze jeden w Głogowie, ale tamten nie dotrwał do dzisiejszych czasów. No i nie będę musiał jechać tak daleko....

Trafiam przejazdem przez miasto na niewielki cmentarz żołnierzy radzieckich.





Robi się coraz później. Powoli zaczynam kombinować z trasą powrotną. Postanawiam, że dzisiaj dotrę jeszcze do Środy Śląskiej, a później to już tylko powrót.... no prawie....

Przejeżdżam przez niewielką miejscowość Luboradz. Stoi tu trochę zaniedbany pałac będący pierwotnie dworem z końca XVI wieku.









W miejscowości Chełm stoi pałac z XIX wieku będący własnością prywatną. Zdjęcie tylko zza bramy wjazdowej ;-)





Przed siedemnastą docieram do Środy Śląskiej.



Środa Śląska to niewielkie, dziewięciotysięczne miasteczko położone w samym centrum Dolnego Śląska. Jako ośrodek miejski jest jednym z najstarszych na terytorium obecnej Polski. Prawo średzkie(1235 r.)stało się wzorcem dla ponad 100 miast śląska.
Na rynku(Pl. Wolności) - stoi ratusz jest to obiekt ze średniowiecznym rodowodem(głównie chodzi o jego wieżę).



Okazały kościół Św. Andrzeja skupia w sobie trzy style architektoniczne - romański, gotycki oraz barokowy. Obok świątyni stoi wysoka piętnastowieczna dzwonnica.







Opuszczając miasto postanowiłem trochę powłóczyć się po "zadupiach" Analizując mapę i trasę powrotną do domu moją uwagę przykuła miejscowość o nazwie Czechy. Zresztą później okazało się iż w okolicy Jaworzyny Śląskiej(więc całkiem nie daleko) jest kolejna o tej samej nazwie ;-)



Na mojej dzisiejszej trasie jest jeszcze dwa większe ośrodki miejskie. Pierwszym z nich są Kąty Wrocławskie.
Obok kościoła świętych Piotra i Pawła znajduje się cmentarz sowieckich żołnierzy.





Na rynku stoi tradycyjnie ratusz. Ten posiada okazałą, renesansową wieżę.





Postanawiam już ograniczać postoje do minimum. Jestem pewien, że do domu dotrę późno.

Przy drodze do Korbielowic stoi mauzoleum feldmarszałka Gepharda Leberechta von Blüchera. Był on jednym z najważniejszych dowódców pruskich okresu wojen napoleońskich. Mauzoleum sprofanowane i uszkodzone wiosną 1945 roku.







Zachód słońca zastaje mnie przed Strzelinem. Przez miasto szybciutko śmigam i kieruję się przez Wzgórza Strzelińskie na południe ku domowi.





Przed wyjazdem zakładałem, że uda mi się osiągnąć 400 km... nie udało się, ale i tak jest przyzwoicie ;-)





Obszerna fotorelacja pod linkiem:

https://photos.app.goo.gl/TpU4GHnyPwT5qwnm7
_________________
http://roweromaniakk.blogspot.com/

https://www.facebook.com/...82637058891185/
 
 
     
Robert J 

Wiek: 38
Skąd: Charbielin
Wysłany: 2018-09-07, 15:20   

Rowerowy Eurotrip 2018 - Dzień 1 - 328 km na początek ;-) - 14.07.2018

Na tegoroczny wypad rowerowy miałem kilka pomysłów. Jednak już dawno temu powiedziałem sobie, że nie będzie nigdy więcej żadnego wcześniejszego planowania bo i tak później wszystko mi się sypie ;-) Większość moich wypadów to ostatnio zwykły zbieg okoliczności. Wyznaczam przede wszystkim punkt docelowy, a którędy tam dotrę nie ma już dla mnie większego znaczenia.

Na tegoroczny dwutygodniowy wypad rowerowy już wcześniej zapisał się Grzesiu. Chyba się już pogodził z formą podróży rowerem jaką preferuję ;-) I jest to jak na razie jedyna osoba , która nie ma lęku przed takim wypadem...



Wcześniej myślałem by w tym roku zaliczyć kraje Beneluksu + Francja. Jednak gdy swój akces w wyprawie zgłosił Grzesiu to wiedziałem, że to kierunek który go nie interesuje. Nic nie konkretyzujemy odnośnie wyprawy. Jedyne co to zaznaczam, że chcę odwiedzić Serbię bo to kraj bałkański którego jeszcze nie dane mi było odwiedzić. Jedziemy więc standardowo na południe, na Bałkany...

Jedyny plan wyjazdu to 200 km dziennie. Jak się później okazało było to bardzo trudne do osiągnięcia. Trasę na konkretny dzień de fakto wymyślaliśmy dzień wcześniej, a często zmiana następowała dosłownie już w trakcie jazdy. Wszystko zależało np. od pogody lub od zwykłego "widzimisię"....

Przygotowań sprzętowych do wyjazdu nie było żadnych(poza wymianą opon na nowe). Zamontowałem bagażnik, założyłem sakwy, do których spakowałem swój standardowy ekwipunek wyprawowy i wio na południe !

Umawiamy się, tym razem we Frydku na rynku. Ja wyruszam około pierwszej w nocy by na miejscu być w okolicach wschodu słońca. Pogoda dopisuje i dość dobrze mi się jedzie po nocy. O świcie odwiedzam Bilovec. Większość zabytkowej zabudowy pochodzi z okresu renesansu ale np. pałac został przebudowany w duchu baroku. Ratusz natomiast pozostał w oryginale.





W północnej części rynku stoi kościół św. Mikołaja, a na środku pomnik na cześć wyzwolicieli zza wschodniej granicy...





Mijając stawy w okolicy Odry widać już ładnie Beskid Śląsko-Morawski. Jednak najwyższe szczyty pasma skryte są w chmurach.







We Frydku jestem z kilkuminutowym poślizgiem czasowym. Trochę się zdziwiłem, że Grzesiu jeszcze nie dotarł. Próbuję dzwonić, ale abonent niedostępny.... Okazało się, że owszem dotarł na miejsce wyznaczonym czasie, ale podjechał na rynek w drugiej części czyli w Mistku i o zgrozo okazało się, że wszystkie jego pakiety minut czy smsów nie są dostępne poza granicami kraju i musiał znaleźć wifi by móc doładować sobie konto w telefonie....

W końcu dociera na miejsce. Jemy śniadanie, pijemy pierwsze piwo na tym wypadzie i ruszamy trasą rowerową wzdłuż rzeki Ostravica na południe.







Pierwszym dzisiejszym wyzwaniem jest podjazd na przejście graniczne ze Słowacją w miejscowości Konečná. Pogoda zmienia się. Zanosi się na burzę(zresztą tak było w prognozach pogody).







Gdy nie masz statywu bardzo dobrze zastępuje go puszka po piwie ;-)



Na przełęczy działa niewielki bufet. Można kupić piwo, a to aktualnie najważniejsze :-p







Niestety z piciem piwa musimy się śpieszyć bo deszcz nadciąga.... Uciekamy, nieskutecznie. Już po kilkuset metrach zaczyna lać i to tak konkretnie. Stoimy kilkanaście minut pod jakimś zadaszeniem w oczekiwaniu aż ustanie. Przejeżdżamy przez Turzovke i zaczynamy podjazd na przełęcz Semeteš. Oj zapiekły łydy na podjeździe. Jednak najważniejsze, że wyszło słońce i jezdnia szybko zaczęła schnąć.









Po szybkim zjeździe zatrzymujemy się w mieście Bytča. Byłem tutaj wiele lat temu.

Niewielkie miasteczko, ale wiele tu ciekawych zabytków. Przede wszystkim na uwagę zasługuje renesansowy pałac wybudowany na fundamentach wcześniej stojącej w tym miejscu twierdzy. Masywna budowla o czworokątnym rzucie poziomym z dziedzińcem w środku oraz arkadami i okrągłymi basztami cieszy oko turystów niemal niezmienioną formą od czasu swego powstania.





Na początku XVII wieku Juraj Thurzo buduje pałac ślubów jedyny tego typu obiekt na terenie obecnej Słowacji. W pałacu tym odbyły się uczty weselne jego siedmiu córek. Jednak w historii tego obiektu są również mroczne czasy. Chociażby była tu sądzona Elżbieta Batory czasami nazywana najsłynniejszą seryjną morderczynią w historii lub też "wampirem z Siedmiogrodu”.







Na rynku również wiele renesansowych kamienic. Przez środek przebiega odnoga kanału wodnego. Pełno w nim ryb, które "żebrzą" za jedzeniem ;-)







W mieście jest też synagoga wybudowana w stylu neoromańsko-mauretańskim. Obecnie w opłakanym stanie.





Pora ruszać dalej. Tym razem wzdłuż najdłuższej rzeki Słowacji - Wagu. Tendencja delikatnie w dół, więc jedziemy dość szybko. Kilometrów przybywa. Ciężkie granatowe chmury pozostały nad górami.
W miasteczku Považská Bystrica planowa przerwa na piwo w knajpie. Okazuje się, że serwują tam produkt niewielkiego browaru z Terchovej. Piwo smakuje rewelacyjnie ! Jeden miejscowy pyta się czy nam smakowało, a gdy zgodnie stwierdziliśmy że tak to postawił nam po jeszcze jednym :-D









Po trzydziestu kilometrach docieramy do Dubnicy nad Vahom. Jedyne miejsce, które odwiedzamy to pałac z przełomu XVI/XVII wieku. Obiekt częściowo zrekonstruowany. Reszta czeka na lepsze czasy.









Dosłownie kawałek dalej odbijamy na Trenčianske Teplice. Jest to jedno z najstarszych, a jednocześnie najpopularniejszych uzdrowisk na Słowacji. Pierwsze wzmianki na temat tutejszych wód termalnych pochodzą już z XIII wieku. Natomiast rozkwit uzdrowiska przypada na XIX wiek.







Na deptaku ludzi bardzo wielu. Ciekawa sprawa, że nie ma tu zakazu poruszania się rowerem tak jak to przeważnie bywa w podobnych uzdrowiskach. Fajnie bo szybciej można objechać cały kompleks. A jest tutaj wiele ciekawych obiektów zarówno pamiętających XIX wiek jak również pochodzących już z okresu powojennego.











W parku zdrojowym można się natknąć na wiele pomników oraz współczesnych rzeźb.









Zbliża się zachód słońca. Czeka nas teraz przedostanie się przez Góry Strażowskie. Co prawda przełęcz, którą planujemy zdobyć wysokością nie grzeszy, ale ten stromy podjazd nieźle odczuły już zmęczone nogi. W końcu pracują już od 300 kilometrów....



Na przełęczy zagaduje nas pewien Słowak. Pytania oczywiście standardowe. Dokąd, po co, gdzie będziemy spali etc. Szczególnie interesuje go forma noclegu w hamaku. Zdecydował się nam potowarzyszyć przez jakiś czas. W sumie to dość sporo kilometrów pokonaliśmy wspólnie. Jak na gościa w sandałach to 35-40 km/h było niezłym wynikiem. I tak wieziemy się za nim aż do miejsca gdzie mieszka czyli gdzieś przed miastem Banovce nad Bubravau. W między czasie przyłącza się do nas jeszcze jeden rowerowy turysta ale ten to nie odezwał się nawet słowem przez cały czas. Gdy zostaliśmy bez pilota Grzesiu utrzymuje wcześniejsze tempo jazdy. Dziś już zbyt wiele nie przejedziemy. Mapa mówi, że gdzieś na obrzeżach miasta Topoľčany jest wieża widokowa, a takie obiekty to z reguły dobre miejsca na biwak. Problem w tym iż jest to w parku przy dużym osiedlu mieszkalnym i bardzo wielu ludzi się tam kręci. Jedziemy, więc dalej jakimiś zadupiami i wynajdujemy miejscówkę gdzieś głęboko w krzakach....

Myślałem, że pierwszego dnia uda się zrobić trochę więcej kilometrów, ale nie oszukujmy się 328 kilometrów na mtb, a do tego sakwy oraz ciężki plecak to i tak całkiem sporo :-)





Tradycyjnie po większą ilość zdjęć zapraszam do galerii:

[url] https://photos.app.goo.gl/nkyhcQ7juiWUGFqk7[/url]

cdn....
_________________
http://roweromaniakk.blogspot.com/

https://www.facebook.com/...82637058891185/
 
 
     
rambi 


Skąd: Wrocław
Wysłany: 2018-09-07, 20:59   

No trzeba przyznać, żę odległość imponująca i to jeszcze przez górki. Niektóre z tych kawałków trasy znam.

I dzięki za info o browarze w Terchowej :-) Mam go na liście do odwiedzenia a jak dobre piwko to na pewno podjadę :-)
_________________
Pasjami brukuj drogę swojego życia..
 
     
Robert J 

Wiek: 38
Skąd: Charbielin
Wysłany: 2018-09-07, 21:08   

rambi napisał/a:
No trzeba przyznać, żę odległość imponująca i to jeszcze przez górki. Niektóre z tych kawałków trasy znam.

I dzięki za info o browarze w Terchowej :-) Mam go na liście do odwiedzenia a jak dobre piwko to na pewno podjadę :-)


Ostatnio kilka razy byłem w Terchovej. Wiedziałem nawet, że funkcjonuje tam browar, ale nie wiedziałem, że tamtejsze piwo jest tak dobre ! Naprawdę polecam :)
_________________
http://roweromaniakk.blogspot.com/

https://www.facebook.com/...82637058891185/
 
 
     
Marco 


Skąd: Opole
Wysłany: 2018-09-10, 11:15   

No i się zaczyna... Ciekawość mnie zżera gdzie tym razem dotarłeś w swoim wakacyjnym wypadzie.
A fotka z pomnikiem gdzie mamy do czynienia z palcem w nosie... jako żywo nowy avatar dla menela.
_________________
...only way to cure stupidity is death...
 
     
Robert J 

Wiek: 38
Skąd: Charbielin
Wysłany: 2018-09-13, 14:37   

Marco napisał/a:
No i się zaczyna... Ciekawość mnie zżera gdzie tym razem dotarłeś w swoim wakacyjnym wypadzie.
A fotka z pomnikiem gdzie mamy do czynienia z palcem w nosie... jako żywo nowy avatar dla menela.

Z racji braku mocy przerobowych publikacja kolejnych odcinków telenoweli będzie w dość dużych odstępach czasowych...

A menelowi mogę udostępnić tą fotkę jeżeli będzie chciał podmienić avatara :-P
_________________
http://roweromaniakk.blogspot.com/

https://www.facebook.com/...82637058891185/
 
 
     
Robert J 

Wiek: 38
Skąd: Charbielin
Wysłany: 2018-09-13, 15:01   

Rowerowy Eurotrip 2018 - Dzień 2 - Słoneczna Słowacja i Węgry - 15.07.2018

Mimo, iż w nocy jest dość ciepło to już sam poranek jest chłodny. Po wczorajszym dniu ciężko jest się nam zwlec z hamaków i dlatego w drogę ruszamy przed dziewiątą. Jedziemy na miasto trochę się pokręcić po centrum. Znaczy się tylko ja się kręcę bo Grzesia zwiedzanie miast nie interesuje i przeważnie czeka gdzieś na mnie w jakimś ustronnym miejscu ;-)



Topoľčany to przeszło trzydziestotysięczne miasto w północnej części regionu Ponitrza. Nie ma tak wiele do zaoferowania turyście jak nieodległa Nitra, ale ja właśnie takie mniejsze miasteczka lubię :-)

Niedzielny poranek wita nas zupełnymi pustakami w centrum. Tylko czasami ktoś gdzieś przemknie ukradkiem. Pogoda bardzo dopisuje i zdjęcia ma się rozumieć też wychodzą bardziej udane.

Objeżdżam rynek dookoła. Stoi tam okazały barokowy kościół Wniebowzięcia NMP.









Z Topoľčan do Nitry postanawiamy jechać po wschodniej stronie rzeki. Ruch powinien być tam znacznie mniejszy aniżeli na drodze krajowej, a i może coś ciekawego uda się trafić. I właśnie tak było. Już w pierwszej miejscowości(Solčany) jest klasycystyczny pałac wybudowany przez właścicieli okolicznych dóbr czyli włoski ród Odescalchi. Obecnie pałac opuszczony i coraz bardziej się sypie.







Jakby tak popatrzeć na mapę to wynika z niej, że w co drugiej okolicznej miejscowości znajduje się jakiś pałac lub dwór. My odwiedzamy ten w Oponicach. Obiekt zadbany ponieważ znajduje się tu hotel trochę wyższego standardu ;-)
Za to fajnie, że można się tu pokręcić po parku przypałacowym. Obiekt reprezentuje styl renesansowy.









Docieramy do Nitry. Z racji tego iż byłem tu całkiem nie dawno nie ma sensu zwiedzać ponownie i opisywać tego miasta. Jeżeli jednak ktoś jest zainteresowany znajdzie coś na ten temat pod tym LINKIEM.

http://roweromaniakk.blog...4-03052018.html

Jednak mimo wszystko decyduję się zatrzymać w parku i wypuścić drona by wykonać kilka ujęć miasta z zupełnie innej perspektywy. Robi wrażenie !









No i git, jedziemy dalej na południe. Staramy się w dalszym ciągu kontynuować podróż bardziej podrzędnymi drogami, tak by natężenie ruchu było mniejsze. W sumie odcinek drogi do miasta Šurany, niewiele miał do zaoferowania. Jedziemy dość szybko robiąc tylko stosowne przerwy by się napić zimnego browarka...





Wcześniej wspomniane przeze mnie Šurany to niespełna dziesięciotysięczne miasteczko. W zasadzie niewiele tu ciekawych obiektów. Przede wszystkim swą sylwetką zwraca uwagę XVII wieczny kościół.



W dużym markecie robimy konkretne zakupy, z których większość konsumujemy w pobliskim parku. Zostawiam Grzesia i jadę trochę pokręcić się po mieście.

Udaje mi się dotrzeć pod synagogę i tyle było w sumie zwiedzania....







Wracam do Grześka. Ten siedzi na ławce i pije kolejne piwo. Obok kilkoro chłopaków, których cera wskazuje romskie pochodzenie. Próbują zamienić z nami kilka zdań. Nie są jakoś upierdliwi. Jeden z nich przed chwilą rozwalił sobie kolano. Widząc mój zaciekawiony wzrok mówi po polsku "przed chwilą się wypier......." :-) Nie zdziwiłbym się gdyby tego wyrażenia nauczyli się od Grzesia gdy ja kręciłem się po mieście ;-p

No cóż pora jechać dalej. Przejeżdżamy przez Nove Zamky bez postoju. Kierujemy się dalej już główną trasą ku leżącemu na granicy z Węgrami Komarnie. Do leżącej nad Dunajem dawnej twierdzy docieramy o 14tej.







Tutaj trzeba obowiązkowo pozwiedzać ścisłe centrum. Wielu turystów jest zainteresowanych znajdującymi się w mieście fortyfikacjami ja jednak wolę zabudowę centrum. Byłem tu niedawno, ale wówczas była jakaś impreza i nie byłem w stanie dostać się z rowerem na rynek tak wielki był wówczas tłum. Teraz jest inaczej i przyznam szczerze, że nie spodziewałem się iż Komarno jest takie ładne !

Komarno po słowackiej stronie jak i Komarom po węgierskiej w przeszłości były jednym miastem. W wyniku wytyczenia granicy państwowej na Dunaju w 1919 roku zostało ono podzielone na dwie części. Węgrzy dostali ochłapy, a Słowacy historyczne centrum miasta gdzie obecnie mieszka przeszło 35 tyś. ludzi. Ponoć 60% z nich to i tak Węgrzy.

Miasto od zarania dziejów było swoistą twierdzą, która miała za zadanie powstrzymywać ataki najeźdźców ze wschodu. Pierwsze obiekty forteczne powstały tu już w latach 1546-1557. W kolejnym stuleciu twierdza została powiększona. Kolejna rozbudowa przypada na okres wojen napoleońskich.

Obecnie forty przechodzą rewitalizację bo ponoć zostały podjęte starania o wpisanie obiektów na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Trochę dziś wieje, ale decyduję się na wypuszczenie drona. Stara twierdza z lotu ptaka wygląda okazale. Dodatkowego smaczku zdjęciom nadaje wpadający w tym miejscu Wag do Dunaju. Obie rzeki mają inny kolor wody i przez pewien odcinek płyną jakby oddzielnie co fajnie wygląda do momentu aż się ich wody wymieszają.













Jednak zanim dotarliśmy do starej twierdzy oglądamy starówkę. Naprawdę jest co oglądać. Znajduje się tu bardzo wiele ciekawych obiektów. Główny plac miasta(nam. Gen. Klapku) jest otoczone wieloma zadbanymi kamienicami, a jego centralny obiekt stanowi neorenesansowy ratusz.









Na dziedzińcu naddunajskiego muzeum stoi pomnik najbardziej znanej osoby wywodzącej się z tego miasta - Móra Jókaia, węgierskiego pisarza oraz parlamentarzysty.





Warto podejść na Dziedziniec Europy (Nádvorie Európy). Jest to wyjątkowe dzieło architektoniczne reprezentujące zabytkową architekturę, charakterystyczną dla różnych obszarów Europy.

Na środku placu wybudowano kopię studni, która do 1878 r. znajdowała się przed ratuszem na Rynku Głównym.













By przekroczyć granicę musimy przejechać mostem Elżbiety przerzuconym nad Dunajem. Na nabrzeżu pamiątkowe foty i jedziemy na węgierską stronę. Tam tylko kilka fotek lecimy dalej krajową jedynką.











Kilka kilometrów dalej odbijamy na południe. Początkowo myślałem o odwiedzinach miasta Tatabánya jednak ostatecznie postanowiliśmy jechać zadupiami. I tak trafiliśmy do miejscowości Kocs czyli do "ojczyzny" wozów. Miejscowi kołodzieje i kowale wymyślili i zaczęli wyrabiać 'kocsi czyli lekki powóz.
Kocs to malutka wieś, zamieszkała przez zaledwie 3 tyś. osób, którzy są bardzo dumni z długiej historii swej miejscowości.
Raz w roku odbywa się tu tradycyjna impreza gdzie głównym wydarzeniem są wyścigi w pchaniu lekkich wozów. Tak się jakoś złożyło, że na tą imprezę właśnie trafiliśmy !

Zadaniem zawodników jest przepchnięcie po pagórkowatej drodze powozu od skraju miejscowości do znajdującego się w centrum Domu Wiejskiego.











Przy znaku z nazwą miejscowości robimy sobie jaja bo nazwa z czymś nam się kojarzy ;-)





Dalsza trasa staje się trochę mniej przyjemna ponieważ przychodzi nam pokonywać wredne pagóry. Najpierw przedzieramy się przez Góry Vértes, które co prawda wysokością nie grzeszą, ale zupełnie inaczej to wygląda gdy podjeżdżasz na 400 m n.p.m. w wysokości zaledwie 100...







Chcąc nadgonić trochę dystansu staramy się zbyt często nie zatrzymywać. Chcemy w dniu dzisiejszy dotrzeć w okolice miasta Velence, a to oznacza jeszcze jeden podjazd. Ale udaje się osiągnąć założony cel. Jadąc wzdłuż jeziora Valencei-to szukamy odpowiedniej miejscówki na spędzenie najbliższej nocy. Z tym jest spory problem ponieważ nad jeziorem trwa właśnie jakaś hiper ogromna impreza. Dosłownie jak okiem sięgnąć porozstawiane namioty, a w koło setki porozstawianych namiotów, a śmieci walają się dosłownie wszędzie ! Uciekamy możliwie najdalej na zachód w okolicę arboretum na wzniesieniu Meszeg-hegy. Przy głównym wejściu do parku stoi fajna wiata i jest parking na kilkadziesiąt rowerów. Najważniejsze jednak to odpowiedni rozstaw drzew gdzie możemy rozwiesić hamaki !

Oczywiście jak to mam w zwyczaju podczas kolacji wyciągam notes gdzie staram się zrelacjonować mijający właśnie dzień. Później te notatki posłużą mi jako ściąga podczas pisania niniejszej relacji ;-)





No i na koniec link do galerii:

https://photos.app.goo.gl/Uzud1L1dzEmc3ZjE7


cdn...
_________________
http://roweromaniakk.blogspot.com/

https://www.facebook.com/...82637058891185/
 
 
     
Robert J 

Wiek: 38
Skąd: Charbielin
Wysłany: 2018-09-19, 22:43   

Rowerowy Eurotrip 2018 - Dzień 3 - Przez naddunajskie miasta ku Serbii - 16.07.2018

To była jedna z przyjemniejszych nocy spędzonych w hamaku. Temperatura bardzo odpowiednia ani za ciepło ani też za zimno. Przeważnie jest tak, że wieczorem jest zbyt ciepło by kłaść się w śpiwór natomiast o poranku wychładza się tak bardzo iż człowiek szuka dodatkowej bluzy bo tak się telepie z chłodu.
W dniu dzisiejszym dla odmiany ruszamy dość szybko od momentu zwleczenia się z hamaków. Chcemy zjechać nad jezioro by się tam wykąpać. Dlatego szybko zwijamy obóz i udajemy się nad wodę. Nad akwenem z przystanią na jachty i inne obiekty pływające jest sporych rozmiarów pole kempingowe. Namiotów stoi może ze dwa + jeden kamper. Kiedyś zapewne miejsce to tętniło życiem bo jest cała infrastruktura łącznie z kiblami i prysznicami. Jednak są one doszczętnie zniszczone. Teraz teren ten bardziej służy jako parking na samochody, których jest tu dość sporo. Zapewne to za sprawą imprezy którą wczoraj mijaliśmy.





Zażywamy kąpieli, jemy śniadanie. Ja swoje czynności kończę dość szybko. Grzesiowi zajmuje to przynajmniej dwa razy tyle czasu, więc na spokojnie mogę wysłać Igora na rekonesans ;-)













Przez Velence szybciutko śmigami i odbijamy na Adony. W jakiejś niewielkiej miejscowości pauza na zakupy i konsumpcję piwa.



W miejscowości Pusztaszabolcs ciekawy egzemplarz parowozu ustawiony jako pomnik na tamtejszej stacji kolejowej.



Z Adony wyjeżdżamy krajową"szóstką", a tam okazuje się, że jest zakaz jazdy rowerem. Nie ma możliwości by gdziekolwiek odbić jesteśmy zmuszeni wrócić się przez niemal całe miasto i pojechać w kierunku miejscowości Perkata. Po kilku kilometrach odbijamy na szlak pieszy czerwony. Jedziemy wzdłuż pól kwitnących słoneczników.





Jedziemy kilka kilometrów trasą rowerową do Dunaújváros. Jest ono jednym z najnowszych miast w kraju. Zostało wybudowane w latach pięćdziesiątych w czasach industrializacji kraju pod rządami socjalistów jako nowe miasto i przez dziesięć lat nosi ono nazwę Sztálinváros ;-)









Jednak obszar ten był zamieszkany już w czasach starożytnych. Kiedy to zachodnie Węgry były prowincją rzymską pod nazwą Pannonia, w tym miejscu stał obóz wojskowy i miejscowość Intercisa. Węgrzy podbili ten obszar na początku X wieku.

Na mapie pozaznaczane są w mieście jakieś stanowiska archeologiczne, więc warto byłoby może tam podjechać.
Próbujemy dotrzeć do muzeum kamienia z czasów Rzymskich. Na ogrodzonym terenie dość sporo tego zgromadzono. Niestety zwiedzanie po wcześniejszym umówieniu się telefonicznie... pozostaje mi wykonać kilka zdjęć zza płotu :-/











Grzesiu nie był tym zainteresowany. Wolał widok wieży ciśnień i jak stwierdził jeszcze takiej wykurw... wielkiej nie widział ;-)

Szukamy innych pozostałości po Rzymianach. Na kilka kamieni można natrafić niedaleko kortów tenisowych...





Dosłownie pomiędzy blokami mieszkalnymi znajdują się z kolei pozostałości łaźni...





Na deptak biegnącym po wysokim brzegu Dunaju robimy przerwę na conieco ;) Wszędzie pełno pomników czy też innych rzeźb.









Jedziemy dalej na południe. Mijamy ogromną hutę, równie wielkie zakłady papiernicze i dosłownie zadupiami próbujemy się dostać do widocznego z dala mostu autostradowego przerzuconego nad Dunajem. Gdzieś po drodze mijamy kilkudziesięciu uchodźców koczujących w cieniu drzew.

Mostem wiedzie ścieżka rowerowa, którą przejeżdżamy na drugi brzeg.







Kontynuując jazdę wyznakowaną rowerówką naddunajską docieramy do miejscowości Apostag. Okolice wsi zamieszkane były już około 6 tyś. lat temu o czym świadczą prowadzone w przeszłości wykopaliska archeologiczne. Obecnie większość zbytów pochodzi z okresu Baroku.





Są też pozostałości po XII wiecznej rotundzie.





Na naszej trasie następnie jest Solt. Grześ zostaje przy głównej trasie, a ja robię objazd okolicy.















Późnym popołudniem docieramy do ciekawego miasta, którym jest Kalocsa. Jedno z najstarszych miast Węgierskich. Arcybiskupstwo od X wieku i jest drugim po Esztergomie na Węgrzech. W 1001 biskup Anastazy-Astryk koronował tu pierwszego króla Węgier - Stefana I Świętego.



Z ważniejszych zabytków to dumnie stojąca, barokowa katedra czy też pałac arcybiskupi.







Ścisłe centrum całkiem ładne. Sporo tam zieleni.







Aha i jeszcze jedno... Kalocsa to ojczyzna papryki co roku pod koniec lata odbywa się tu Festiwal Papryki.

Chcą przejechać w dniu dzisiejszym jeszcze trochę kilometrów decydujemy się jechać dalej drogą krajową. Tak tuż przed zachodem słońca docieramy do miasta Baja.

Baja to spokojne miasteczko. Centrum miasta stanowi rozległy, wybrukowany i otoczony z trzech stron zabytkowymi budowlami rozległy rynek (Szent-háromság tér). W jego centrum stoi barokowa kolumna Świętej Trójcy, która wedle źródeł jest najstarszą budowlą miasta. Pozostałe ważne zabytki to m in. imponujący budynek Ratusza (dawny Pałac Grassalkovicha), barokowa serbska cerkiew parafialna, neoklasycystyczna synagoga.













W mieście tym podziwiamy zachód słońca...



... i jedziemy dalej. Jeszcze dzisiaj mamy w planach przekroczyć granicę z Serbią. Żaden to wyczyn bo do przejścia pozostało nam 30 kilometrów. Granicę przekraczamy gdy jest już zupełnie ciemno. Robimy pamiątkowe zdjęcia i rozpoczynamy swój debiut w tym państwie ;-)



Po przekroczeniu granicy zeszło z nas powietrze i mimo wcześniejszych zamiarów postanawiamy wcześniej zakończyć dzień. Z wyszukaniem miejscówki na biwak jest mały problem. Mapy internetowe okolicy są bardzo kiepskie. Grzesiu musiał wykarczować trochę krzaczorów by rozwiesić hamak. Ja miałem lenia i po prostu walnąłem się na płachtę biwakową obok na trawie ;-)

Po tym dniu czułem większe zmęczenie jazdą aniżeli pierwszego dnia gdy dystans był nieporównywalnie większy. Wydaje mi się, że przyszedł pierwszy kryzys podczas tej wyprawy. Taka kolej rzeczy jest czymś normalnym :-P





No i na koniec link do bogatej galerii:

https://photos.app.goo.gl/v9vNA27cVpzXQDyv9


cdn...
_________________
http://roweromaniakk.blogspot.com/

https://www.facebook.com/...82637058891185/
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do: