Poprzedni temat «» Następny temat
Gdzieś na Dolnym Śląsku
Autor Wiadomość
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2018-02-21, 20:27   

Trop napisał/a:
buba1 napisał/a:
Trop napisał/a:
Zainteresują Cię być może dwa nazwiska ze strony tytułowej:


Jakie nazwiska? Cos stronka mi sie nie otwiera....


Początkowo zauważyłem, że współautorami projektu z 1982 są znani wrocławscy historycy (H. Wrabec, K. Eysymontt).
A dokładniejsze googlanie informuje, że ten zespół wykonał więcej podobnych opracowań:
>link<
które prawdopodobnie są równie (jak to określiłaś) niesamowite.

.


Ciekawe ile do dzis z tych palacowych parkow pozostalo... Bo ostatnio kupe palacow poszlo w prywatne rece a jak tylko ktos kupi to pierwsze jest płot, a drugie wyrżniecie polowy (lub wiecej) drzew....
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2018-02-21, 20:30   

Na tej wycieczce postanowilismy sie powłóczyc po wioskach miedzy Środą Śląska a Legnicą i poszukac tam zapomnianych pałacyków i innych ciekawych klimatow.

Pierwsze odwiedzamy Szczedrzykowice. Kabaczę akurat usnelo. Żal ją budzic, a samą zostawiac w aucie tez jakos niezręcznie. Toperz decyduje sie wiec potowarzyszyc jej w drzemaniu. Szczedrzykowice ide wiec zwiedzac sama.

Tutejszy pałac nie jest za bardzo dostepny do obejrzenia. Jest prywatny, szczelnie ogrodzony i otoczony tabunami pasących sie koni.





Na murze okalającym pałac zachowowało sie troche fajnych napisów i malunków z czasow, gdy gospodarzył tu PGR. Co ciekawe wystepuje tu inna nazwa wsi “Kunice” - nie wiem o co w tym chodzi.







Ten napis to chyba jest odnowiony!



W oddali majaczy kilka popegieerowskich blokow.



Przy niektorych powiewają sznury z praniem. Lubie takie klimaty wiec ide im zrobic zdjecie.



Po drodze przykuwa uwage droga z betonowych płyt. Płytówka zawsze prowadzi w kierunku przygody - to juz sprawdzilismy wielokrotnie. Widzisz płyty- idz/jedź za nimi, 99% szans, ze bedzie fajnie.



Skręcam. Mijam blok pełen antenowych krążków, zaraz obok ciekawą konstrukcje gołebnika.



Przy płocie okalającym teren pałacu jest menelskie miejsce biesiadne - kanapy, fotele, stolik zrobiony z jakiejs starej szafki czy lodowki.



Latem, gdy wszystko wokol zarosnie bujna roslinnoscią, musi tu byc bardzo przytulnie. Dziś, mimo dość chlodnej aury miejsce ma uzytkownika, siedzi młody chlopak z butelczyną. Ów od razu mnie zauwaza i podbija w moją strone. Wiem jakie bedzie pytanie.. Nie mam złudzeń. "Czy moge o cos zapytac?" - zaczyna sie klasycznie... "Ma pani moze kubeczek?". Drugie pytanie totalnie zbija mnie z tropu. "Że co? Po kiego diabła panu kubeczek? Przeciez ten napoj - tu wskazuje na butelke, jest juz w naczyniu! Przeciez z gwinta smakuje najlepiej!". Chłopak uśmiecha sie z przekąsem. Dopiero teraz dostrzegam, ze ma rozcietą warge i krew mu płynie za kołnierz. "Tak, ja tez lubie pić z gwinta, ale nie dzisiaj..". Tajemniczy poszukiwacz kubecznkow ma na imie Tomek i jest osobą, ktora podniosła lenistwo do rangi sztuki. Ma 23 lata i ogolnie nudzi sie w zyciu. Pochodzi z jakiejs okolicznej wioski, ale sporo pomieszkuje tu - u kuzyna, dziewczyny albo babci. Tego do konca nie ogarnełam, gdyz ta czesc jego opowiesci byla mocno niespójna. Dzis rano Tomek poszedł do lasu. Nie wiem czy przypadkiem czy dobrze wiedzial po co idzie. Spotkal tam mysliwych i ci jako rowne chłopaki dali mu butelke wina. Tylko niestety nie takiego wina jak Tomek lubi. Tomek lubi wino zakręcane. A dostał Kadarke. Z korkiem, jego psia mać! Gdzie tu na trasie las - menelskie kanapy znalezc otwieracz? Parszywi mysliwi, burżuje jedne - mysli Tomek i probuje wcisnąc korek do srodka za pomoca jakiejs zbrojonej żerdzi wystającej z betonowej płyty. Na tym etapie pęka szyjka butelki. Na szczescie na tyle nisko, ze ponizej korka i na tyle wysoko, ze drogocenny płyn nie wsiąka w piasek. Uszczerbione szkło patrzy na Tomka ironicznie. Tomek ma 200 metrow do domu. W domu są kubeczki. Ale fotel jest 5 metrow stad. Głupi by sie wahał i chodził tak daleko. Tomek probuje pić na przekór złemu losowi, ale ostre kanty są nieubłagalne. A to pierwsze dzis wino, wiec jeszcze zwraca sie uwage na takie pierdoły. W tym momencie na planie dramatu pojawia sie "dziecko we mgle". Nigdy nie widziana tu wczesniej postac z głupim bananem na twarzy, robiaca zdjecia kurnikom i rozgladajaca sie dookola jakby wlasnie spadła z ksiezyca. Moze wiec ma tez kubeczek???? Takowego niestety nie mam. Przeszukuje chlebak. Proponuje woreczek strunowy albo dekielek od obiektywu ;) Tomek sie zasępia. A ten dzien zapowiadał sie tak szczesliwie!

Tomek przewaznie nie siedzial tu sam. Zwykle towarzyszył mu Marek i Artur. Artur jednak poznal dziewczyne, a ta powiedziała "Albo sie bierzesz do jakiejs roboty albo koniec z nami". I Artur wyjechał do Niemiec. Sprzata klatki jakis norek i nawet jak wroci na kilka dni to juz nigdy nie zaglada na podpłotowe fotele. Natomiast z Markiem sprawy potoczyły sie jeszcze gorzej... Marek stał sie ofiarą internetu. Naczytal sie gdzies na fejsbuku relacji jakiegos gościa, ktory pojechał autostopem na Syberie. I to zupelnie bez pieniedzy. I cały czas tam chodził nabombiony w trzy diabły i to zupelnie za darmo, bo Rosjanie to taki "złoty naród", ze mu ciagle stawiali wódke. Marek tez nie miał kasy i tez lubil sie napic. Poczuł wiec, ze znalazl cel w zyciu i swoje przeznaczenie! Spakował plecak, zabrał 10 bułek i ruszył na wschod. Juz w Kielcach go okradli jak spał na lawce w parku. Jednak prawdziwy dramat czekał na Marka w Terespolu. Nie miał wizy, wiec nie puszczono go przez granice. Tam tez od innych podroznych dowiedział sie, ze do swojej wymarzonej Rosji tez musi miec wize - i to jeszcze droższą niz białoruska... Marek wiec wrocil pod Legnice. Bez straconego w Kielcach telefonu i z poczuciem totalnego oszukania. A tam juz czekali kumple, ktorzy zaczeli drzeć z niego łacha, ze tak łatwo dał sie zrobic w jajo i uwierzyc w bajki. Tomek darł chyba tego łacha najbardziej.. Kilka tygodni pozniej Marek nachlał sie jakis wynalazków i powiesił sie w garażu. Tomkowi teraz głupio...

Za blokowiskiem sa jeszcze jakies ruiny, ktore nie omieszkam obejrzec. Mozna wejsc na piętro skad roztacza sie widok na pałac i na okoliczne lasy gdzie myśliwi rozdają wina.





Znajduje tam tez emaliowany kubeczek w groszki. Mocno obity i wypełniony deszczówką. Zanoszę go Tomkowi. Tomek jest szczesliwy.

Potem zanosi nas do Wągrodna. Gdzies kiedys czytałam, ze w miejscowy mur okalający kościół wmurowane sa fragmenty starych nagrobków. Nawet jakies zdjecia tych potłuczonych nagrobków kiedys oglądałam,.. Nic takiego jednak nie znalezlismy. Nie wiem czy nam sie pomyliły nazwy wsi, czy elementy, ktorych szukamy zostaly celowo ukryte? Mur byl obecnie w duzej czesci zabetonowany...



Wmurowano w niego tez dwa krzyze pokutne - jeden fajnie widoczny, z drugim trzeba uwierzyc tabliczce na słowo.





Miejscowi na pytanie o mur z nagrobków zachowuja sie jak Ormianie zapytani o Agdam, robią sie opryskliwi i szybko zmieniaja temat - wiec moze cos jest na rzeczy?

Potem szukamy ruin dworu. Idzie nam to dosyc wolno, bo co chwile gdzieś obok jest kot czy kura i kabak domaga sie, aby je przez pół godziny obserowac ;)





Do zawalonego juz dworu docieramy przez czyjes podworko, czesciowo zalaną droge i mijając jakies ruiny zabudowan gospodarczych.



Dworek złozyl sie juz zupelnie w srodkowej czesci. Ruina stoi w miejscu gdzie wies sie konczy a zaczynaja pola. Bardzo spokojne, ciche i malownicze miejsce.





Stan jego wnetrz nie zachęca nas aby zaznajomic sie z nimi blizej. Mam wrazenie, ze chrząkniecie moze spowodowac zawalenie sie na łeb ścian, ktore wiszą na słowo honoru. Pękniecia zdają sie powiekszac w oczach. Ogladanie z zewnatrz wspomagane duzym zoomem w pełni nam wystarcza!





W Komornikach trafiamy na kolejny dawny pałacyk. Obecnie jest zamieszkany, jest tez jakis napis o “świetlicy wiejskiej”. Wokól niego wiją sie sympatyczne drogi gruntowe i z kostki brukowej.





Zwracają uwage rzezbione okienka o dziesieciu szybkach i wyjatkowo uroczy, słoneczny balkonik!





Kręcąc sie koło pałacu cały czas słysze głosy - rozmów jakis facetów, bawiących sie dzieci, szczekajacego psa. Jakas dziwna akustyka tu panuje, bo mam wrazenie, ze akcja rozgrywa sie za mną. Gdy sie odwracam - nic tam jednak nie ma. Nikogo tez nie spotykam, acz firanki w oknach mocno falują, wiec chyba sporo oczu mnie obserwuje.

Jedziemy tez do Polanki, gdzie w pałacyku znajduje sie szkoła. Przynajmniej tak informuje umieszczona na budynku tabliczka. Dzis szczelnie pozamykana wiec zajrzec do srodka nam sie nie udaje.









Nieopodal stoja tez ogromne zabudowania gospodarcze, ktore same wyglaja jak jakis zamek. Przytykają one do zamieszkalego gospodarstwa, acz same sa raczej w ruinie.



Potem na naszej trasie wypada Rogoźnik. Pierwsza rzuca sie tu w oczy ruina koscioła, ktorą mielismy okazje zwiedzac 8 lat temu.











Wtedy jednak przegapilismy pałac, ktory znajduje sie zaraz obok. Jest na tyle zasłoniety od drogi innymi budynkami, ze nie wiedząc, ze trzeba go szukac raczej nie wpadnie sie na niego przypadkiem. Pałac jest otabliczkowany zakazami wstepu i wygląda na tyle porzadnie, ze raczej nie mamy złudzen na zwiedzanie go od srodka.



Zaglądamy zatem do okolicznych wielkich stodół z kolumnadą. Mamy potem spory problem wyciągnąć stamtad kabaka! Tak sie maleństwu spodobało maszerowanie miedzy kolumnami, tubalne echo kroków, echo i chrzęszczące pod butami siano, ze … jest ciężko wywabic spowrotem na słoneczny swiat ;)





Część przypałacowych zabudowan jest nadal zamieszkana i uzywana, kręcą sie ludzie, stoją auta.

Ide obfocic pałac i z drugiej strony. Wtedy rzuca mi sie w oczy piwniczne okienko… Otwarte.. Długo przy nim rozważam rozne za i przeciw. Jest dosyc wysoko do zeskoczenia. W dół pewnie pójdzie łatwo. Ale co potem? Nie wyleze, nie ma szans! A moze znajde w srodku jakies krzesło? Albo deski, zeby podstawic? Jednak rozsądek bierze góre nad ciekawością i eksploratorskim instynktem. I w tym konkretnym przypadku zostaje to szybko nagrodzone. Bo jeszcze 10 kroków i widze to…



Chyba by mnie jednak szlag trafil ze złości jakbym sobie tam w piwnicy skreciła noge ;)

Wnętrza sa w stanie srednim. Mozna nacieszyc oko róznymi drzwiami do kolejnych pokoi albo do ściennej szafy ;)





Złomiarze juz tu grasowali bo wiekszość pieców jest rozpierniczona i ma wybebeszone wkłady.





Zastanawiaja zniszczenia na jednym z ładniejszych piecyków. Ktoś wyrwał boczną, wielką kafle i ją rozbił o podłoge. Leży bidula obok.. Poszukiwacze skarbów? Albo ktoś chciał ją zajumać ale był niezdara i mu upadła?



Jeden z kominków robi wrazenie jakby ktos w nim nadal czasem palił!



Są miejsca wskazujące na pobyt bezdomnych lub żuli. Głównie chodzi o wyrazny “zapach człowieka” ;)



Najwieksze wrazenie robia jednak schody. Jedne i drugie sa tak samo kręcone, drewniane i cholernie skrzypiace.















Świat pałacowych lamp.









Część pałacowych pokoi robi wrażenie świeżo odmalowanych.



W innych farba odpada płatami i pamieta zapewne jeszcze poprzednie stulecie (a dekoracje jakis bal!!!)



W kilku miejscach widać, ze zaczynają sie juz walić stropy, wiec mam wrazenie, ze jest to juz ostatnia chwila na swobodne zwiedzanie tego miejsca...



I na koniec najciekawsza rzecz. Coś co wywołało wielki uśmiech na naszych pyskach! Mgnienie, które przenosi nas w inne czasy, w inny wymiar. Nagle znajdujemy sie w tym samym pałacu, ale pewnie ze 40 lat temu. Komnaty sa zamieszkane, uzywane, w budynkach wokół gospodarzy w najlepsze PGR. Po drodze nieopodal pewnie przemykaja jakies maluchy i syrenki. Droga zapewne jest bardziej pylista, tylko zruinowany kosciół wyglada podobnie. W jednej z wiekszych pałacowych sal mieści sie kino. Takie zwykłe, bez zadęcia. Pewnie na ścianie wisi prześcieradło i wyświetlaja na nim filmy. Ciekawe jaki mają repertuar? Pewnie każdy widz przychodzi z własnym krzesłem, jak to opowiadała moja mama, ze niegdys bywało. Nie lubie obecnie chodzic do kin. Odrażają mnie multipleksy i inne temu podobne paskudztwa. Ale do kina związkowego “Plon” poszłabym w ciemno! Nieważne na jaki film!



Fajna jest sama tabliczka. Widac wykonana chałupniczo, ktoś ręcznie wymalował lakierem literki. I mozna było. Teraz kazda tabliczka musi zostac zrobiona przez profesjonalna firme robiącą tabliczki i być równa co do milimetra… Tylko ciekawe czy przetrwa tyle lat w dobrym zdrowiu?

Na tabliczce zagnieździł sie ptak…

Nad jeziorkiem w Jaśkowicach zapodajemy dzisiejszy podpiekany obiad. Wokół wyboista droga, szelest trzcin na wietrze i ciepłe promienie słonca chylacego sie ku zachodowi.









Sielsko brzmi nie? Mysmy tez tak poczatkowo mysleli... Ale jest jeszcze jeden element krajobrazu... Dziesiątki ludzi włóczących sie tam i spowrotem. Głownie z psami, ale jest to tez dyzurne miejsce na randki, jazde rowerem lub autem w kółko, juz nie wspomne o wędkarzach, ktorych jednych sie tu spodziewalismy. Cóż wrazenienie troche dziwne - jakbysmy rozpalili ognisko gdzies na środku rynku ;)

Powietrze nad naszymi głowami jest jednym wielkim kwakaniem i szumem setek skrzydeł. Własnie przelatują dziesiatki ptasich kluczy. Czy to znaczy, ze bedzie juz wiosna? Ze nadejdą ciepłe i sloneczne dni? Że białe g… zwane potocznie sniegiem juz nie zawita w nasze progi a mróz nie sprobuje ukąsić w kuper?









Na koniec wycieczki jeszcze rzut oka z daleka na pałacyk w Gozdawie…



I Danielowicach. Oba sprawiajace wrazenie raczej średnio dostępnych do blizszego zaznajomienia.

_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
rambi 


Skąd: Wrocław
Wysłany: 2018-02-21, 21:29   

Świetne klimaty. Dolny Śląsk ma niezliczoną liczbę takich interesujących miejsc. Za to go kocham.

A opowieść o Tomku i Marku to klimaty jak z reportaży Hugo Badera. Tylko tam to tysiące kilometrów na wschód w "krainie szczęśliwości" Marka. Smutne....
_________________
Pasjami brukuj drogę swojego życia..
 
     
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2018-02-22, 12:54   

rambi napisał/a:
Świetne klimaty. Dolny Śląsk ma niezliczoną liczbę takich interesujących miejsc. Za to go kocham.


Ja tez! Tak sie ciesze ze wlasnie tu mieszkam!


rambi napisał/a:

A opowieść o Tomku i Marku to klimaty jak z reportaży Hugo Badera. Tylko tam to tysiące kilometrów na wschód w "krainie szczęśliwości" Marka. Smutne....


W najsmielszych snach sie nie spodziewalam, ze tym razem płytowa droga doprowadzi mnie do takiej fascynujacej opowiesci! Historia smutna ale jednoczesnie tez bardzo intrygujaca i ciekawa. Myslac o "zgubnym dzialaniu internetu" nigdy bym nie wpadla, ze moga byc takie "ofiary"...
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
Trop 


Skąd: Wrocław
Wysłany: 2018-02-25, 22:00   

buba1 napisał/a:
Ciekawe ile do dziś z tych palacowych parkow pozostalo... Bo ostatnio kupe palacow poszlo w prywatne rece a jak tylko ktos kupi to pierwsze jest płot, a drugie wyrżniecie polowy (lub wiecej) drzew....



Każdy park, każda aleja to pewnie jakaś historia. Niektóre mają szczęście, inne mniej.
Charakterystyczną aleję widoczną z pociągu na trasie Wrocław - Świebodzice - Wałbrzych, na wysokości stacji Sadowice, poddano kilka lat temu restauracji uzupełniając ubytki, ogarnięto całość:


Postawienie płotu lub muru nie zawsze oznacza wyrok dla parku. Przypałacowy w Ciechanowicach ma się (za murem) całkiem nieźle:


Nie zawsze to wyrok, ale chyba masz lepszy przegląd sytuacji i sporo racji.

.
 
     
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2018-03-07, 16:12   

Na wyjazd w rejon Góry czyli północne krance woj. dolnośląskiego zasadzalismy sie juz od jakiegos czasu. Teren jest dosc oddalony od wiekszych miast i raczej nie zawiera popularnych atrakcji, wiec nie jest zbyt zadeptany turystycznie. Dla nas jest jednak ciekawy - lasy, pola, malownicze wioski gdakające jeszcze kurami - i co najwazniejsze ogromne zagęszczenie starych pałacyków. I to takich jak lubimy najbardziej - opuszczonych, zapomnianych, porosłych chaszczem, bluszczem gigantem i kilkunastoma odcieniami mchu. Przy bocznych drogach pełno jest owych budowli, gdzie czesto da rade zajrzec w mroczne i wilgotne czeluscie komnat. Gdzie mozna sie na spokojnie powłóczyc sie i posłuchac ciszy na terenach dawnych folwarkow/PGRów, wsrod brukowanych kocim łbem alejek i placyków, wsrod pordzewiałych stacji benzynowych i punktow przecipozarowych. Jako ze to juz kawalek drogi od nas - czekalismy na nieco dłuzsze, marcowe dni. W koncu takie nadeszły, niestety jednoczesnie połączone z upiornym mrozem. Ale coz bylo robic - grunt, ze po kilku poprzednich szaroburych wyjazdach wreszcie wylazło słonce, błekit nieba a i w serca wkradła sie nadzieja, ze do wiosny juz blizej niz dalej.

Poznym wieczorem docieramy do Wołowa, gdzie osiedlamy sie w przystadionowym hoteliku. Jest to kolejne takie miejsce, gdzie oprocz nas zamieszkują tylko ukrainscy robotnicy. W zwiazku z tym korytarze wypełnia muzyka rodem z karpackiej czy poleskiej marszrutki, a kuchnie spowijają zapachy smażonej cebuli, mięsiwa i wędzonych ryb. Nie wiem czemu, ale Polacy jakos przywiązuja mniejszą wage do jedzenia, jakos mniej to celebrują i mniej sie cieszą wspolnymi biesiadami przy zastawionym stole.

Korytarze naszej noclegowni przypominają troche szkołę. No i zasiedlają je dziesiatki sympatycznych kwiatkow doniczkowych. Jakos tak od razu przyjemniej jak troche zielonosci wokół! :)



Rano w kuchni napotykam jakąs miednice wypelnioną moczącą sie chyba wątróbką. Sądząc po wielkosci chyba należała do słonia albo dinozaura ;) To akurat nie wyglada zbyt apetycznie... ;)



Chyba przyjechaly jakies nowe chłopaki bo rowniez szafki kuchenne zapelniają sie po brzegi zawekowanymi pysznościami przyrządzonymi przez zapobiegliwe żony i mamusie :)



Z naszym jedzeniem jest natomiast nieco gorzej. Zapomniałam o kilkunastostopniowym mrozie i torbe z żarciem zostawiłam na noc w busiu… Mamy wiec lody paprykowe, cebulowe i rybowe. Chleb tez zamienił sie w cegłe, ktora łacno mogłaby pełnic funkcje obronne.. No coż… Ponoc na Syberii jada sie struganine, czyli mrożoną rybe, postruganą na drobne plasterki. Skoro oni mogą - to czemu my nie? Powinno sie to jeszcze zapić wódką dla lepszego trawienia, co ja na wszelki wypadek czynie, aby zapobiec kłopotom żołądkowym ;) Biedny toperz jednak ma w planach bycie dzis kieerwcą wiec sprawdzimy czy zielona herbata rowniez zlodowaciałe ryby rozpuszcza ;)

W Wołowie rzucają nam sie w oczy dwa ciekawe pomniki - wołów i samolotu. Oba raczej pochodzące z czasów powojennych, wiec nie wiem czy mogą sie czuc bezpiecznie czy ktos je gotów uznac za niepolityczne.





Jeden z mijanych domów ma fajną elewacje - pełną drewnianych rzezb! Chyba zamieszkuje go jakas pokrewna mi dusza, ktora rowniez nie cierpi gładkich scian!



Pierwszy opuszczony folwark, zupelnie nieplanowany, trafia nam sie w wiosce Bożeń. Niewielki dworek z drewnianym ganeczkiem był ponoc siedzibą zarzadcy folwarku. Główny pałac chyba nie przetrwał albo sie dobrze schował przed nami ;) Wszystko siedzi za dość szczelnym ogrodzeniem, gdzie biega kilka sporych psów, wiec ochota na dogłębne zwiedzanie nam nieco spada.





W Moczydlnicach - Dworskiej i Klasztornej tez sa ruiny pałaców. Nie zatrzymujemy sie tu jednak dzisiaj - juz kiedys je zwiedzalismy.









Przypałacowa Nyska - ciekawe czy wciaz tam stoi?



W Moczydlnicy Dworskiej włóczylismy sie tez po ruinach gorzelni.









W miejscowości Irządze jest pałac, ktory chyba nadal służy jako szkoła, albo byl nią jeszcze calkiem niedawno. Coś mi sie zdecydowanie pomieszało bo na mapie go sobie zaznaczyłam jako opuszczony...



Obok stoi fajny ceglany budynek dawnej gorzelni. Uzywany zgodnie z przeznaczeniem juz nie jest, ale zachowało sie troche cieszących oko pordzewiałych baniaków, pewnie wypełnionych niegdys smakowitą substancją.







Na kolejny, chyba prywatny pałac rzucamy okiem w Szaszorowicach.







W nastepnej wiosce, Miechowie, tez jest takowa pamiątka po dawnych czasach. Tu główny budynek jest zamieszkany, wokol płynie leniwie zwykle zycie. Ktos rąbie drzewo, kogut pieje na płocie, suszy sie pranie (na takim mrozie? nie połamie sie???)





Gdy robie zdjęcia podbiega do mnie dwóch młodych chłopakow, a potem tez starsza kobieta. Są dosyc agresywni, nie podoba im sie, ze sie tu kręce. Nie wiem czemu biorą mnie za obcokrajowca. Gdy udaje mi sie odezwać do nich po polsku, bez akcentu świadczącego, ze jestem przybyszem gdzie z hen dalekich lądów, od razu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stają sie mili. Mówią, ze telewizja od kilkunastu lat straszy obcokrajowcami, ktorzy węszą wokol pałacow, potem je kupują, a zamieszkujący budynki ludzie kończą na bruku. Na szczescie tym razem lokatorzy mają szczescie - buba jest raczej nieszkodliwa i nie ma niecnych planów pozbawienia kilku rodzin mieszkania :)

We Wronińcu miejscowy pałacyk charakteryzuje sie solidnymi bocznymi wzmocnieniami, przez które wygląda nieco jak bunkier.





Ma tez kudłate rynny!



Balkonik o wygladzie anteny skrzyzowanej z radarem



We wnetrzach mozna zaobserwowac rzezbione sufity i fototapety osadzone w realiach złotej, polskiej jesieni.





Ozdoba jakiejs przypałacowej stodoły.



W miejscowosci znajdziemy tez opuszczony kosciół tzn. glownie jego wieże. Reszta gdzieś przepadła w odmętach powojennej historii.







A do jednego z gospodarstw prowadzą malownicze drzwi!



Lokalny sklepik ma dość nietypową nazwe.



Początkowo myslelismy, ze to moze jego adres, ale adresowy numer jest inny. Jestesmy bardzo ciekawi czy ta nazwa ma jakąs historie, czy po prostu komus w duszy zagrało? Juz po powrocie do domu udaje sie nam wykopac w internecie odpowiedz - nazwa sklepu pochodzi od słupka drogowego (15 kilometr 4 setka) stojącego przy sklepie. Nawet był ogloszony konkurs pt. “Skad ta nazwa”, wiec widac nie tylko nas to intrygowało. Fajna sprawa! Lubimy takie smaczki spotykac na naszych sciezkach!

Kolejny pałacyk jest tuz obok - w Naratowie. Tu dla odmiany wita nas dziwna tabliczka. Siedzi za kratami okienka jednej ze stodoł, na dodatek do góry nogami. Pstrykam jej zdjecie, zakładajac, ze przeczytam pozniej. Pewnie jakis “zakaz wstepu” lub “przestrzegaj przepisy BHP”. Jest jednak bardziej interesująco! :D Z jakim wydarzeniem w historii Naratowa była zwiazana ta tabliczka wciaz jest dla nas tajemnicą… Starannosc literek sugeruje, ze nie jest to zwykły nascienny bohomaz..



Pałac sprawia wrazenie nieuzywanego i opuszczonego, jednak gdy podchodzimy blizej słychac, ze w piwnicach działa jakis generator, agregat, przepompownia lub jakas inna nie-cicha maszyna. Nie podejmujemy wiec dalszych prób dostania sie do środka.





Budynek ma fajny nieregularny kształt, taki “gargamelowaty” jak u pałacyków lubie najbardziej - wieżyczki, balkoniki, jakies narośle i inne przybudówki.







Otacza go staw, pokryty dzis zielonym, kudłatym od rzęsy lodem.



Niewielka część folwarku jest zamieszkana wiec jest gdzie połazić. Sympatyczna jest malutka stacja benzynowa, o podłozu z omszałej na rudo trylinki. Ściany dystrybutorów idealnie koponują sie kolorystycznie z odcieniem mchu.







Drogi są tu ziemne, żłobione bieżnikiem kół ciezkich maszyn rolniczych. Koleiny chrupią dzis pod nogami jakby łazić po soplach.





Innym budynkom wokół tez trudno odmowic malowniczosci, bluszcze, kolumienki, drewniane wieżyczki, cegła pokruszona patyną lat…











A przede wszystkim cisza. Przerywana jedynie chrupem grud ziemi pod butami, świszczacym nieco na mrozie oddechem i czasem nieśmiałym zakwileniem jakiegos ptaka, ktory na przekór wszystkiemu oznajmia światu, ze wiosna jednak bedzie - i to juz calkiem niedługo.

Na okolicznych polach spotykamy sporo stad. Są żurawie, gęsi, sarny i jelenie ;)











_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2018-03-09, 18:00   

Ledwie opuszczamy Naratów i wjezdzamy do kolejnej miejscowosci - Łękanowa a tu bęc! znow pałac. W tym rejonie nie opłaca sie zapinac pasów w aucie bo i tak po chwili znow sie wysiada! ;) Tutejszy pałacyk jest dosc niewielki i niewysoki, kojarzy sie z polskim dworkiem szlacheckim ze starych obrazow.





Herbowy orzełek jak z godła na urzędzie ;)



Miejscowi chetnie opowiadają ciekawostki z najnowszej historii tego miejsca. Kilka lat temu powstała fundacja, ktora wygrała przetarg na remont pałacu. Ponoc miał powstac w nim wypasny, acz niewielki hotel, z kilkoma apartamentami. W pobliskim spichlerzu byla planowana sala koncertowa. Dostali ponoc dotacje z unii i rowniez jakąs kase od ministerstwa. Były tez jakies darowizny od osob prywatnych. Prace jednak stanely w miejscu...

Los widac napisał jakis inny, swoj wlasny scenariusz…

Budynek obecnie sprawia wrazenie opuszczonego. Widac ślady prowadzonych niegdys jakis prac np. tu i ówdzie leżą kupy zwiezionego i rozsypanego gruzu.





Część wnetrz wyglada na dosc swieżo odmalowane w jaskrawe kolory, inne wyłozone sa tapetami z czasow bardziej odległych. Widać wyrazne ślady jakiegos niedawnego pożaru - osmolone ściany i całkiem świeżą woń spalenizny. Okopcone sa głownie sufity.









Na piętro prowadzą schody- jedne malownicze kręcone, drugie zwykle proste, nieco urwane. Nie mam odwagi na nie wejść. Pierwszy schodek wydaje dźwiek ostrzegawczy - “buba spadaj stąd”. Od czasów odwiedzin w pewnej opuszczonej papierni uwaznie słucham co mówią do mnie stare budynki… ;)







Lampa, ktora mnie urzekła! Wszelakie sprzety wyplatane z wikliny mają niesamowity urok!



Piwnice mają bardzo solidne stropy!



Komu sie chciało tu wtaczać te gigantyczne kamulce? I po co?



Akuku!!



Strona internetowa wciaz działa i potwierdza świetlaną, hotelową przyszlosc obiektu.



Zaglądamy do kilku przypałacowych zabudowań. Panują w nich niesamowite przeciagi. Na zewnatrz powietrze jest nieruchome - w srodku duje jak na plaży w czasie sztormu! Dwa razy zrywa mi czapke. Ki diabeł?











Martwa natura w pewne zimowe popoludnie.




Kolejna wioska na naszej trasie to Siciny. Tu pałac jest rozmiarow dosc znacznych. Od powojennych czasów zawsze pelnil jakies funkcje publiczne. Byla tu szkoła, bank, milicja. Obecnie działa jeszcze biblioteka. Nie wiem jak z przedszkolem. Tabliczka wisi…





Dzis niestety nie mamy szczescia aby dostac sie do srodka. Biblioteka jest czynna tylko w dni powszednie a mamy sobote. Acz i wczoraj pracowała w formie skróconej - nie dziwie sie, ciezko chyba ogrzac budynek takich gabarytow. Uzywane jest pewnie kilka pomieszczen, a z pozostałych wyobrazam sobie jak musi pizgac! Ktoś w srodku jednak jest, wyglada jakby przyszedł napalic w piecu. Nie udaje sie jednak nawiazac kontaktu.



Z dachu przygladają nam sie tłuste, kamienne amorki ;)





Nie wiem czy tylko mnie tak cieszą okienka wieloszybkowe?





Wedlug opowiesci miejscowych palac jest nawiedzony... czesciowo. Tzn. mozna swobodnie przebywac od parteru po strychy, nawet nocą i nie obawiac sie spotkania nietypowych istot. Wybitnie złą sławe ma natomiast piwnica, gdzie nieraz ludzie slyszeli dziwne dzwieki lub spotykali widmo w kapturze. “I to zupelnie na trzezwo!” - podkreśla pan Jurek z powazną miną.

Drzwi do “złej piwnicy” wygladają calkiem zachęcająco (gdyby nie kłodka ;)



Nieopodal stoi tez pomniczek, poswiecony “pionierom osadnikom” z ciekawym orzełkiem w obroży!





Chcielismy sie tez wybrac na zakupy, ale niestety było zamkniete!



Potem trafiamy do wioski Siedlnica Dolna. Zaraz przy kosciele stoją ruiny ceglanego pałacu o wielu wiezyczkach, idealnych na bocianie gniazda. Totez przynajmniej jedna z nich jest w ten sposob zagospodarowana.












Część palacu (środkowa) to juz kompletna ruina - brak stropów, bujna roslinnosc porastająca dawne pokoje.





W bocznej części jakby ktos mieszkał, albo raczej - pomieszkiwał. Wygląda troche na koczowisko bezdomnego albo meline żula. Napewno lokum osoby, oględnie mówiąc, nie przywiązującej zbytniej wagi do porządku. A moze ktos tu mieszkał i sie wyprowadził, a pozostawiony dobytek zostały rozwłóczony przez lokalnych miłosników demolki? Nie wiem.







Po całym terenie pałęta sie sporo poprzewracanych kanap, foteli, krzeseł, lodówek, opon. Butelek jest cała pryzma. Jest tez kuchenka gazowa i “letnia kuchnia” w postaci grila.



Drzwi do najmniej zniszczonej części pałacu sa strzeżone w sposob dosyc nietypowy. Najpierw prawie dostaje zawału, gdy probuje zajrzec przez szpare w drzwiach i nagle kątem oka widze, ze koło mnie ktos stoi. Bardzo blisko. A przed chwilą nie było nikogo. Widze nogi, ręke, widze ruch.. Właże komuś w siedlisko.. Może nie byc zachwycony... Serce mam w gardle… Tajemniczy straznik pałacu okazuje sie mieć podobne gusta jak ja ;) Nosi zielono- brązową odzież, wysokie buty i mimo dojmujacego mrozu nie lubi nosic rękawiczek. Spod puchatej czapy wystają mu warkocze.. Minę ma nietęgą. Tak.. Na krześle siedzi lusterko :) Ciekawe czy znalazlo sie tu przypadkiem czy jest posadzone celowo w tym własnie konkretnym celu?



Drugimi, skuteczniejszymi jeszcze strażnikami sa pchły. Jeszcze nie widziałam nigdy na raz tylu pcheł! One się wręcz roją. Niestety na zdjęciu to nie wyszło, ale ponizszy fotel był otoczony jakby mgiełką, jakby smugą. Muszę sie chwile przyjrzec co to w ogole jest? A tam skacze i sie kłebi! Na takim mrozie? Toto nie wyzdychało z zimna? Jakos trace zupelnie ochote na zblizanie sie do tego fotela, a wiec i sprawdzania co jest za drzwiami i zapodaje dosc szybki odwrot. Do konca dnia mam wrazenie, ze mnie wszystko swędzi!



Jest jeszcze piwnica pełna zlewozmywaków, odkurzaczy, plastikowych pojemników, kaloryferkow, kabli, drutów.. Wyglada jakby kiedys miesćil sie tu jakis zakład naprawczy?









Przypałacowa skrzynka na listy jest jak nowa…



Kawałek dalej jest kolejny pałac. To juz ponoc Siedlnica Górna. Ten tez sprawia wrazenie opuszczonego, ale stoi na terenie uzytkowanego i ogrodzonego gospodarstwa.





W wiosce jest tez tabliczka. O ile skuteczniejsza niz jakies zakazy wjazdu czy parkowania :) My tez nie sprawdzamy!



Na obrzezach miejscowosci natrafiamy tez na stary, zarosniety cmentarz. Drzewa oplecione typowymi dla takich miejsc pnączami, pokrzywione płyty, niemieckie napisy wyłażące spomiedzy mchu...













cdn
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2018-03-11, 19:18   

Kolejną miejscowoscia na naszej trasie jest Żuchlów. Juz kiedys tu bylismy - w 2010 roku, jak jezdzilismy tu w rejonie za drewnianymi wiatrakami - http://jabolowaballada.bl...-wiatrakow.html

Zrobiłam wtedy dwa zdjecia okolicy okołopałacowej - a potem kompletnie zapomniałam skąd one są... Cos mi sie wtedy poknociło w aparacie, ze kompletnie wymieszał mi zdjecia - nic nie bylo po kolei. Dopiero dzis sobie przypomnialam - ja tu juz kiedys byłam!





Dzis ponownie zagladamy na teren folwarku. Prowadzi tam sympatyczna droga wykładana kolorowymi kamulcami.



Zabudowania gospodarcze maja miłe dla oka faliste dachy. Falki sa zroznicowane - mniejsze:



I wieksze:



Sam pałac jest wystawiony na sprzedaz.





Chyba kiedys miesciła sie w nim szkoła, na drzwiach pozostały jeszcze tabliczki np. “Klasa nr 1”. W niektorych komnatach przydałby sie parasol - prószy nieco tynkiem. Nie wiem czy opad jest ciągly czy wywolują go miniwstrzasy od naszych kroków, ale nie czujemy sie z tym faktem zbyt komfortowo. Tynk jest nieszkodliwy- ale szlag wie czy za nim nie pojdzie grubszy kaliber opadu? ;)



Odkładając na bok kwestie tego tynku - to pałac jest w calkiem niezłym stanie.





Tu zapewne miejscowi mają w zwyczaju sączyc browara w pochmurne dni.



Inne meble zostaly zgromadzone wszystkie w jednym pomieszczeniu. Inne pokoje sa puste. Moze z racji na brak tynkopadu?





Miłe kolumienki przyporęczowe.





Po raz kolejny na tym wyjezdzie wjezdzamy do Wronińca.



A potem suniemy do Brzeżan (Brzeżanów? nie wiem jak to sie odmienia). I nie wiem tez, czy owe dolnoslaskie mają cos w wspolnego z tymi ukrainskimi Brzeżanami pod Tarnopolem? Oprocz tego, ze tam tez mają ciekawe do zwiedzania ruiny? ;) Moze tu po wojnie przyjechali przesiedleńcy wlasnie stamtad? Czesto takowi mogli nadawac swoje nazwy - tak jak moj dziadek nazwał ulice w Lubinie, przy ktorej zamieszkał na jakis czas, gdy miasto bylo jeszcze prawie puste.

Tutejszy pałac jeszcze niedawno sluzyl jako mieszkania.





Dzis wnetrza nie są juz w najlepszym stanie, stropy zaczynają osiadac.





Na wyzsze pietra wole sie wiec nie pchac, choc schodki sa klimatyczne.





Dawnych sprzetów pozostało niewiele, a te ktore sie jeszcze pałętają zwalone są na pryzmy i porastają pleśnią. Z okiennego parapetu przygląda sie nam święty obraz, ktoremu ktos wydłubał twarze…



We wszechobecnym śmietnisku mozna znalezc sporo zeszytów szkolnych, ksiażek czy ćwiczen. Zapisanych starannym, dziecinnym pismem.









Są tez zabawki, grzechotki. W jednym z nocników z kaczuszką jakis ptak uwił gniazdko…

Nie wiem komu sie chcialo tak mozolnie rozbijać piece na poszczegolne kafle.. Kupa roboty w tym szale zniszczenia. Nie lepiej bylo siąść i pogapic sie w niebo?



Wiekszosc przypalacowych budynkow tez stoi pusta.





W promieniach zachodzącego slonca i temperaturze powodującej przymarzanie rąk do aparatu odwiedzamy ostatnią na dzis pałacykową miejscowosc - Glinke. Miejsce jest często nazywane “pałacem samobójców” - nie wiem ile w tym prawdy, a na ile ktos jeden zarzucił tajemniczym i mrocznym okresleniem wiec sie przyjelo. Nawet miejscowe dzieciaki biegna za nami wołając: “To palac samobojców, nie idzcie tam! Tam mieszka zło! Tam nie wolno chodzic po godzinie 16”. Ostatnie zdanie rozwala mnie najbardziej. Czyli wczesniej mozna? A juz myslalam, ze matki straszą dzieci duchami, aby nie wlaziły do wnetrz, ktore wyraznie grożą rychłym zawaleniem. Kwestia godzinowa jednak rozwala moje domysły w drobny pył ;)

Chyba najpopularniejsze ujęcie pałacu, kazdy takie ma - mam i ja :P Trzeba przyznac, ze kuta brama jest fotogeniczna, nie da sie powiedziec, ze nie!



Z wiekszosci stron pałac jest mocno obrosły splątaną roslinnoscia o lisciach zielonych nawet w tą pore roku.







Poddasza pałacu zamieszkują dziesiatki, jak nie setki ptakow. Chyba jakies wronowate, bo przeciagle "kra kra kra" niesie sie spomiedzy dziurawych dachowek a nieraz i znad naszych głow, gdzie kołują czarne ptaszyska. Potęguje to ponury klimat tego miejsca.

Pewien zapach, ktory przywiewa nagle wiatr, przypomina mi wydarzenie sprzed bardzo wielu lat. Zapach palonego tapczanu, wypełnionego starymi wilgotnymi ubraniami. Jak zywe przed oczami staje mi pewne miejsce. Chyba pierwszy opuszczony budynek gdzie ruszylam na samodzielną eksploracje. Przechylona mocno do tyłu kamienica - familok w starej czesci bytomskich Miechowic. Wracalismy z mszy szkolnej. Po drodze byl ten budynek. Co wieksi gieroje z klasy wlazili i na 3 pietro - a nawet i na dach. Ja weszłam tylko na pierwsze. Dalej byl juz zbyt wyrazny przechył. Zostalam z kolezanką w pełni umeblowanym pokoju pelnym starych zdjec. Niestety nie mialam aparatu. Czekałysmy az chłopaki wrócą z dachu. I tam w jednym z pokojów tlił sie tapczan. Ten sam zapach. Ten sam, ktory teraz wywiało z pałacowych czelusci w Glince. Nie napotkałam go nigdzie indziej przez ponad 25 lat…

Nie wlazimy do srodka palacu. Jakos nie zacheca. Walące sie dachy, duchy samobojcow, dziesiatki kraczących wron i dziwny palony tapczan. No i temperatura po zachodzie słonca leci na łeb na szyje. Chyba jest z - 15! Dla bub to warunki zdecydowanie nie nadające sie do zycia, nawet wspomagając sie pigwową nalewką trudno odzyskac czucie w rękach. Spadamy stąd. Czas poszukac cieplego miejsca do spania!

Na polnocnych krancach Góry rzuca sie nam w oczy hotel. To wyglada zdecydowanie na jedno z takich miejsc, w ktorych lubimy nocowac! :)





Ostatecznie lokum do spania okazuje sie byc w budynku obok (a nie w silosie ;) ) ale całe otoczenie ma fajny klimat!

Zmierzając wieczorkiem w strone centrum zastanawiamy sie czy nie trafilismy w jakies okienko teleportacji. Mijamy kilka osob - podchmielonych robotnikow świetujacych poczatek weekendu, kobiete z wózkiem nawijającą do telefonu. Po polsku to oni nie rozmawiają.. ;) Moze nie zauwazylismy jakiegos tunelu i wlasnie wyjechalismy gdzies na obrzezach Lwowa albo innej Odessy? Ten hotelik tez jakis taki za sympatyczny! Ogłoszenie na latarni potwierdza, ze cos jest na rzeczy ;)))



Kilka migawek z wieczornego miasta, gdzie włoczymy sie w poszukiwaniu jedzenia i ciekawych zaułkow.










cdn
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2018-03-12, 22:54   

Mroznym porankiem suniemy sobie w dal. Celem sa kolejne pałacyki ale akurat teraz naszą uwage przykuwa stacyjka w Sławięcicach. Mały budyneczek przy zarosnietych torach. Opuszczony, z drzwiami otwartymi na ościez. Niedawno byl chyba jeszcze zamieszkany.







Tarasik, dorodne tuje, obetonowane miejsce grilowe...





Wnetrza witają nas rozwalonym dziecinnym wózkiem, stertą pudeł i kilkoma zapchlonymi fotelami.











Znajdujemy w srodku kilka kalendarzy i bezładnie rozrzuconych zdjec z zajeć terapeutycznych w Rawiczu sprzed 10 laty.







Jest tez list, ktory robi na nas spore wrazenie. Dziwnie sie go czyta wsrod mroźnych, opuszczonych scian i świstu stacyjnych przeciagow. Dlaczego on jeden tu zostal - wciśniety gdzies za kanape? Co tam teraz słychac u Dajanki, Irka i Izy? Jak potoczyly sie ich losy? “Jestes ladna i gruba. Wlasnie o takiej dziewczynie marzylem”. Chłopak pisze do dziewczyny, z którą łączą go juz dosyc zażyle relacje, niektore fragmenty listu sugerują, ze nie jest to tylko jego kolezanka.. Podoba mu sie zarówno ta dziewczyna jak i jej matka. A jaką role gra tam Iza - oficjalna dziewczyna Irka? Przewija sie tez wątek planowanej walki owych dwoch dziewcząt o chlopaka. A moze wizja tej walki istnieje tylko w marzeniach Irka? : “Powiedz - biłaś sie kiedys z kolezankami w szkole? A biłas sie o chlopaka czy o pieniadze?” Jest tez sprawa ojca, ktory jeszcze poki zyje to rozkręca synowi kolejne rowery i kradnie żelazka… Zwiedzanie opuszczonych miejsc wiele razy skłania do zadumy nad zawiłościami natury ludzkiej… ;)

;) Jakby ktos chcial sie wczuć w klimat osobiscie - to ów ciekawy list do wglądu ponizej:









Witoszyce widziane z dala przedstawiają sobą obraz typowy. Cos pałacowego, cos przemyslowego i popegieerowskie bloki. Dolny Śląsk w pigułce.



Sam pałac jest prywatny i szczelnie ogrodzony.





Po terenie dawnej fabryczki mozna połazic i pozaglądac w rozne kąty.







Fajny jest wiszący korytarzyk - tunelik.



Zaraz niedaleko jest kolejna wieś - Chróścina, gdzie znajduje sie spory opuszczony folwark - jak cała dzielnica ruin...











Odezwa do sumienia złomiarzy… chyba… ;)



Z pałacu zostalo juz nie za wiele..







Trafi sie gdzieniegdzie jakis balkonik, malowane odrzwia, rzezbiony portal czy mniej lub bardziej malowniczo zapadniety dach, przez ktory przebijają promienie słonca, rozszczepiające sie na mieszaninie kurzu i mgły.













W przypałacowych stajniach stoja resztki kolumnad, czesto spotykanych w bydlęcych miejscach na Dolnym Śląsku















W Czerninie Dolnej pałac jest prywatny i w dobrym stanie. Udaje mi sie obejsc dookoła, acz nie chyba nie jest to calkiem legalne. Widac, ze sa tu prowadzone jakies prace, na trawie lezy sporo rur, plastikowych węży, sporych świdrów itp.









Fajne mają tu rynny! Smokowate!



W Czerninie Górnej tez sa ruiny palacu otoczone przez użytkowane zabudowania - bloki, komórki, działki. Teren jest bardzo obfity w koty - spotykamy ich tu ich kilkanascie sztuk i udaje sie je nakarmić naszymi nie do konca rozmrozonymi rybkami. Kocurkom to chyba nie przeszkadza!

Palac wersja zimowa!












8 lat temu tez przewijalismy sie przez tą miejscowosc, w pewien upalny wakacyjny weekend. Ruiny były wtedy otoczone jednym wielkim placem zabaw, miejscami grilowymi, piknikami. Ciezko bylo na spokojnie porobic zdjecia, nie mając wrazenia, ze sie ładujesz komus z butami w jego prywatne zycie. Klimat sielskiego letniego popoludnia rozlewal sie wokolo.









Zaraz obok jest tez ruina koscioła, z ktorego pozostala tylko wieza. Wieze sa jakies najbardziej solidne! Nie wiem czy to dlatego, ze zwykle siedziały tam ciezkie dzwony i konstrukcja musiała tez wytrzymywac wibracje? Ale chyba tak budowali - jak jezdzilismy w czerwcu po Obwodzie Kaliningradzkim - to na 21 opuszczonych kosciołów w 15 w najlepszym stanie była wlasnie wieża!

Relacja o kaliningardzkich kosciołach tutaj: http://jabolowaballada.bl...w-obwodzie.html

Wieża koscielna z Czerniny Gornej.



Pałac w Jabłonnej przytyka do uzywanych zabudowan gospodarczych i mieszkalnych. Wyboiste błotniste drogi rozchodzą sie na rozne strony. Mimo mrozu okoliczna pylistosć zdaje sie zapodawac ciepłem i atmosfera sielskiego letniego dnia.





Kilka razy spotykamy tu goscia, ktory woła “dzien dobry”, zadaje podobne pytania. Dopiero za trzecim razem dochodzimy do tego, ze jest to wciaz ta sama, jakas mocno zakręcona osoba. Koleś dopytuje, skad przyjechalismy, co nas tu interesuje, opowiada cos niecoś o historii palacu - po czym znika - i pojawia sie 50 metrow dalej, tym razem bez czapki, w innej bluzie i z zestawem identycznych pytan…

Jak zwykle w cieniu palacowych ruin płynie zwykle, wiejskie zycie.







Naścienny herb z motywem schodów.



Obecnie we wnetrzach juz prawie nic sie nie ostało...













Tu jakies wspomienia pokoju dziecinnego?



Podlogowe kafle nadal trzymają sie dobrze!





Rzezbiona brama na teren pałacu







Wieżyczka sprawia wrazenie jakby miala sie calkiem niedługo zapaść.



Przesłania lokalnych ścian...




cdn
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
Lidka K. 
jędza włocławska


Skąd: 555 km od Bies...
Wysłany: 2018-03-13, 08:43   

buba1 napisał/a:
do Brzeżan (Brzeżanów? nie wiem jak to sie odmienia).

ja bym strefiła i napisała: do miejscowości Brzeżany ;-)

buba1 napisał/a:
Kilka razy spotykamy tu goscia, ktory woła “dzien dobry”, zadaje podobne pytania. Dopiero za trzecim razem dochodzimy do tego, ze jest to wciaz ta sama, jakas mocno zakręcona osoba. Koleś dopytuje, skad przyjechalismy, co nas tu interesuje, opowiada cos niecoś o historii palacu - po czym znika - i pojawia sie 50 metrow dalej, tym razem bez czapki, w innej bluzie i z zestawem identycznych pytan…

trochę chyba strach , bo się starał was zmylić
_________________
jest we mnie wiary okruszek....
 
     
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2018-03-15, 10:10   

Lidka K. napisał/a:
trochę chyba strach , bo się starał was zmylić


No wlasnie dziwne to bylo ale za kazdym razem byl ciut inaczej ubrany. Pierszy raz mial czapke, potem czapki juz nie mial a pamietam ze mial wojskowa bluze (zwrocilam uwage bo mi sie podobala) a potem mial bluze z kapturem. Moze to byl przypadek bo np. bylo mu cieplo i sie stopniowo rozbieral a mysmy sobie wkrecili? Tylko czemu zadawal te same pytania? To raczej sugeruje ze jednak wariat! :lol: Albo trzech braci bylo! :lol:
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2018-04-23, 17:41   

Jadąc do Ligoty wiedzielismy, ze tamtejszy, pozornie opuszczony palac, zamieszkuje jeden koleś. Troche koczuje tam jak bezdomny - bez prądy, wody czy kanalizacji, w zapachu oględnie mówiac nieprzyjemnym. I co najwazniejsze - bez mozliwosci zamkniecia za sobą drzwi na klucz, wiec czesto pada ofiarą kradziezy czy pobicia. Nieraz juz spalili mu wszystkie zgromadzone w pałacu ubrania czy koce. Głownie agresorami bywa rozwydrzona i znudzona młodziez. Do plecaka wsadziłam wiec flaszeczke i kilka konserw aby nieco podreperowac pałacowemu lokatorowi wikt na najblizsze dni. A moze i choc troche poprawic humor, bo chyba niezbyt poukładało mu sie w zyciu.

Na drodze prowadzacej do pałacu spotykam innego miejscowego, spacerujacego z pieskiem. Niegdys tez mieszkał w tym palacu. Potem zaczeli go wysiedlac, ludziom dawac inne mieszkania, czasem w dosc oddalonych stad gminach. Im mniej mieszkancow, tym palac coraz bardziej podupadał, w koncu odcieli wszystkie media a i dach zaczał przeciekac. Jeden lokator odmówil opuszczenia obiektu. Ponoc tu mu bylo dogodniej - niedaleko ma rodzicow, byłą żone, moze czasem liczyc na jakies wsparcie. Czy tak bylo naprawde, ze odmówil przeprowadzki? Inna kobieta w wiosce twierdzi, ze nie zglosil sie do urzedu na czas, czegos nie podpisal i mu lokalu zastepczego nie przyznali. Fakt napewno jest taki, ze mieszka tu juz prawie 30 lat. Niektorzy twierdzą, ze moglby z racji “zasiedzenia” rościć prawa do wlasnosci pałacu ;)

We wsi ponoc nie jest zbyt lubiany. Ludzie od niego stronią glownie ze względu na chorobe - ogromne narośla na twarzy. Wiele osób boi sie, ze jest to zaraźliwe, wiec woli sie trzymac na dystans. Nie przeszkadza to jednak młodym zwyrodnialcom. Ponoc w ostatnich tygodniach pałacowy mieszkaniec znow zostal dotkliwie pobity przez grupe gimnazjalistow, pokłuli go tez strzykawkami. Odgrażał sie, ze skombinuje sobie maczete i nastepnym razem bedzie sie bronic. Moj rozmówca przestrzega mnie wiec przed wchodzeniem obecnie do pałacu bez zaproszenia, gdyz lokator moze byc mniej goscinny niz kiedys. Kręce sie chwile po obejsciu, jednak nikogo wiecej nie spotykam. Do srodka nawet nie zaglądam. Licho nie śpi. Coz - mam tylko nadzieje, ze maczetą dostanie zasłuzenie ktorys młodociany skurwiel a nie jakis niewinny eksplorator…







A tu “domek stangreta”, tez jeszcze niedawno zamieszkiwany na wpół-dziko, ale jego lokator przeniosl sie juz do lepszego swiata… Chyba sensowniejsze lokum dla bezdomnego niz pałac? Łatwiej chyba ogrzac…





Od tyłu pałac przeglada sie w tafli wody, dzis nieco twardej ;)



W Górze rzuca nam sie w oczy cmentarzyk radziecki. O dziwo jest odnowiony, ognista czerwień az bije po oczach. Leżą swieze kwiaty. Ktos wyraznie pilnuje tego miejsca i o nie dba. Obchodze cały teren z nadzieją na jakis ciekawy pomnik. Niestety sa tylko rzędy identycznych nagrobków i pamiątkowe tablice. Ciekawe czy z racji na miejsce pochówku jest bezpieczny czy tez padnie ofiarą masowej walki z przeszloscią i tuszowania historii? Na wszelki wypadek robie mu duzo zdjec…











Kolejna miejscowosc gdzie sie zatrzymujemy to Kłoda Górowska. A co tu jest? Niespodzianka! Opuszczony palac! ;) Suniemy przez park porosły wspinającym sie na drzewa bluszczem, ktory zawsze kojarzy sie nam ze starymi cmentarzami.



Pałac lezy nad jeziorkiem, dzis zamarzlym. O wyjatkowo lśniacym lodzie. Az by sie chcialo ubrac łyzwy i tu poszusowac w tych okolicznosciach przyrody i architektury. Wręcz slysze zgrzyt łyzew o tafle jeziora i widze swoje odbicie w lustrze lodu, ktory jest tu jak wypolerowany. Niestety jest to tylko przebitka z jakiejs innej, rownoleglej rzeczywistosci. Łyzew brak…



Pałac przedstawia sie calkiem solidnie. Nie mamy złudzen - napewno nie uda sie wejsc do srodka.











Rzeczywistosc potrafi jednak czasem zaskoczyc na plus! Wejsc mozna - tzn da rade. O ile sie jest w miare szczupłym. Ja musze zdjąc kurtke. Przy - 10 w samym swetrze? Coz zrobic. Dalej nie jest prosto. Brzuch mozna wciagnac, gorzej z kuprem ;) Musze chyba mniej jesc! Troche sobie rozdzieram spodnie ale sie udaje. Toperz niestety nie ma szans, wiec nawet nie podejmuje prób. Znow jestem sam na sam z posępnym, wilgotnym wnetrzem. 8 postaci bacznie mi sie przygląda. Wiem, ze na mnie patrzą, choc niektorzy zezują w inną strone lub ukrywają swe oblicze za zamknietą przyłbicą…





Malowidła sa zdecydowanie powojenne. Nie wiem jaką funkcje pełnil pałac w momencie jak zostaly namalowane, nigdzie nie udało mi sie znalezc tej informacji. Kojarzy sie troche z knajpą albo recepcją jakiegos motelu.


Drewniane skrzypiace schody prowadzą na wyzsze piętra. Mozna znalezc kilka rzezbionych sufitów czy odrzwi.












Kibelki byly wykładane w szachownice.



Złomiarze juz tu byli. Wszystek metal uległ wypruciu. A mówia, ze polska wies nie dba o recykling ;)

Pałac otacza cały opuszczony folwark, pelen zabudowan gospodarczych i miejszkalnych. Wszystko puste. Spotykamy tylko jakas babeczke, przemykającą przez srodek kompleksu z siatkami i wózeczkiem wypelnionym zakupami. Wózek podskakuje na brukowanej kamieniami drodze. Butelki brzeczą, wyskuje kilka pomarańcz. Ich ucieczka szybko zostaje udaremniona - ląduja tym razem w przepastnych kieszeniach kurtki, ktore babeczka zapina na zamek. Na nas kobiecinka patrzy nieufnie, nie odpowiada na pozdrowienie, przyspiesza kroku, co przeklada sie na bardziej donośny brzęk zawartosci wózeczka.











Wnętrza przypałacowych budynków.













Zaraz niedaleko jest Szedziec. Tutaj tez mają palac, a jakze. Częściowo jest on zamieszkany a pozostala czesc to zupelna ruina, z oknami pełnymi nieba...







Chyba kiedys byla tu szkoła albo jakis inny urząd bo zaplątał sie orzełek. Teraz przybity jakos tak nietypowo i na uboczu..



W miejscowosci mozna tez znalezc inne ruiny, roznych gabarytów i przeznaczen.





Jest tez fabryczka, chyba niedziałająca ale szczelnie zamknieta.



Zerkając za płoty ujrzymy czasem ciekawe konstrukcje o nieznanym przeznaczeniu uzytkowym. Bo mniemam, ze do czegos mialo to słuzyc a nie tylko upiększac ogrodek. Ja bym sobie wprawdzie postawiła to dla samych celów artystyczno- estetycznych, ale zycie mnie juz nauczyło, ze jestem dziwna a wiekszosc ludzi mysli i działa zupelnie inaczej ;)



Pałac w Brunowie dawniej był szkołą. Miejscowosc jest malutka… Chyba musiały tu zjezdzac dzieciaki z całego powiatu, zeby zapełnic te ogromniaste wnetrza!









Nieopodal pałacu jest boisko konsumowane przez mech… Krok za krokiem, za mchem wpełzaja tez zioła i krzaczki. Przyroda swoje odbiera.. Ludziom sie wydaje, ze mają nad nia wladze.. Ze piła i kosiarka w rękach czyni ich panami tego świata.. Ale wystarczy chwila nieuwagi, kilka lat… Jeszcze poki co widac, ze ludzie tu byli… jeszcze….



Miła ławeczka z dawnych lat…



Płot zniknał pod plątaniną pnączy. Latem musi byc jeszcze bardziej malowniczy!



Bunkierek przyszkolny. Pewnie tu zamykali niegrzeczne dzieci :P A moze trzymali domowe wino aby bylo odpowiednio schłodzone? ;)





Zabudowania wokółpalacowe nadal sa uzywane. Tzn. tylko te mieszkalne mam na mysli - bo dymu z komina nie widac....



Tym akcentem konczymy nasze wędrówki z rejonie Góry. Trza kierowac sie w strone domu… Napewno tu wrocimy!
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2018-04-24, 10:19   

Na ostatnią tego sezonu wycieczkę okołopałacykową wybieramy sie w rejon Wołowa. Wiosna robi sie na całego, krzaki i drzewa sie zielenią, niebawem ruiny znikną w gąszczu zielonego kożucha i ciezko sie bedzie do nich przedrzec. A i inne ciekawsze pomysły wyjazdowe w tym czasie mają pierwszenstwo!

Pierwszy odwiedzamy Miłcz Leśny, spore ruiny połozone na skraju niewielkiego przysiólka. Została juz tylko niezadaszona wydmuszka.







O pałacowej historii przypomina kilka zdobionych kolumn, czesciowo przytwierdzonych jeszcze do budynku, inne leżą sobie na ziemi.





Zawsze mnie śmieszą w takich miejscach okna szczelnie zacementowane pustakami. To nic, ze dach sie wali, ale grunt to, zeby ktos przez okno nie wszedł albo nie zajrzał do srodka!



Zabudowa wioseczki jest sielska i miła dla oka. Stary dom pełen okienek, nieopodal powiewajace na sznurku dywany, drewniane omszałe płoty.







W kierunku nastepnej wsi wiedzie polna droga. Nie mozemy sobie odmówic wycieczki tą trasą, wsrod pachnacych pól wczesnej wiosny, szczebiotu skowronków i ciepłego, wrecz letniego wiatru, niosącego w kazdym podmuchu pylistosc przesuszonej ziemi.







Przerwa na głaskanie omszałego drzewa!



Staszowice to juz wieksza wieś, acz niestety nie na tyle aby byl sklep. Musimy wiec zwiedzac o suchym pysku i nie zaznamy lokalnego folkloru.

Miejscowy pałac sprawia wrazenie zamieszkanego.



Nie tylko zasiedlają go ludzie - okoliczne szopy i komórki służą rowniez puszystym futrzakom, ktore wygrzewają na daszkach zziebniete przez długą zime grzbiety i ogony.





Okienko ze specyficzną formą lufcika.



Kolejna wioska, chyba to była Proszkowa, zasysa nas na dłuzej. Znajdujemy tu bowiem sklep. Taki sklep, ktory mocno zbliza sie do ideału. Ceglany budynek, przed nim oczywiscie sloneczna ławeczka, z wygrzewajacym sie inwentarzem.





Za sklepem są kolejne ławeczki, lekko juz chybotliwe, nadgryzione zębem czasu i mchoporostami. Zakątek biesiadny jest juz na terenie prywatnym, co przy obecnej modzie zaglądania ludziom do talerzy i żołądków jest informacją bardzo istotną. Miejscowi nam opowiadali, ze kilkukrotnie przewijali sie tu rowerzysci - kapusie, ktorym sie wydawało, ze zbawiają świat na własna modłe, ale skonczyli z przysłowiową ręką w nocniku a raz nawet z mandatem na “nieuzasadnione wezwanie”.

Za płotem gdakają kury, roznoszą sie pierwsze wiosenne zapachy - impregnowanego drewna, rozmiękłej ziemi, przyrzadzanego gdzies niedaleko zupy ogórkowej. I smaru pomieszanego z benzyną...







Zaraz obok jest kibelek.



Taki z gatunku dosyc specyficznych - miedzy dwoma “kabinami” jest okienko, na wysokosci glowy. Zeby mozna porozmawiac ze wspoluzytkownikami, patrzac sobie głęboko w oczy? ;)





Jeden z klientów sklepu podjezdza furmanką. Nie ma opcji aby nie podejsc i sie nie wdac w pogawędke. Koniki tez musza zostac pogłaskane małymi łapkami! Kabaczę bliskie spotkanie z “iha” przezywa jeszcze pół dnia!







Są miejsca, ktorych nie ma sie ochoty opuszczac. Takie wyspy lepszego świata, w ktorych chciałoby sie pozostac na zawsze, wierząc, ze wszedzie wokol jest tak samo! To podsklepie zostanie nam w pamieci jako jedno z tych miejsc - sielskie, spokojne, przyjazne, pełne sympatycznych, otwartych, chetnych do pogawędki ludzi.

Mineły dwie godziny? Albo trzy? Tu czas płynie inaczej... Ale chyba mamy tez cos w sobie co nas gna naprzód, kłuje jak szpilką w kuper zmuszajac do ciągłego przemieszczania sie. Bo moze tam, za zakretem czeka na nas cos jeszcze fajniejszego?

Pod sklepem dowiedzielismy sie o pałacyku w Górowie.

Środkowa czesc pałacu jest w stanie dosc znacznego zruinowania. Dach sie jeszcze trzyma, ale nieco na słowo honoru.







W oczach pękają stropy i kolumny..





W jednej z wnęk dość nietypowe znalezisko - skąpo odziana kobita galopująca na wielbłądzie oraz calkiem porzadne narty!





We wnetrzach pałacu mozna odnalezc troche sufitowych zdobien sprzed lat, jak rowniez pozniejszych tapet we wzorki. Niektore pokoje wygladają jak odmalowane kilka lat temu.















Schody juz niezbyt zachęcaja do wspinaczki.







Mała przybudówka z boku pałacu chyba jeszcze niedawno była zamieszkana.





Chyba lokator lubił kwiaty. Tu i ówdzie przewijają sie doniczki i wazoniki..



W srodku walają sie jeszcze fotele, powiewają na wietrze firanki.



A na koniec niespodzianka! Fragment pałacu jest zamieszkany! Ciekawe czy nocami słychac jakies dziwne dzwieki z niezamieszkanej czesci budynku?




Na jakiejs pobliskiej stodole suszy sie kukurydza!



Kolejną miejscowoscia jest Warzęgowo. Tu tez jest palac ale sporo ludzi sie wokól niego kreci. Opadaja mnie tez wsciekłe psy, co zwykle powoduje spadek entuzjazmu do zwiedzania. Udaje sie jakos wycofac bez poszarpanych łydek.





Na tyłach pałacu ciekawa maszyna!



Lokalny sklepik tez badzo sympatyczny, acz poprzedni bardzo wysoko postawil poprzeczke!


cdn
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2018-04-26, 16:14   

Kolejne miejsce jakie zwiedzamy to Nieszkowice. Na koncu wsi, na uboczu, tam gdzie konczy sie asfaltowa droga - stoi sobie pałac. A raczej wielki folwark, bo pałac jest tylko jedna z wielu budowli. Wszystkie sa zapomniane, puste, wypatroszone... Byla tu chyba tez gorzelnia - jeden z ceglanych budynkow ma komin. Są stodoly, jakby kamienice i to wszystko okala jeden dziedziniec, na teren ktorego prowadzi aleja. Jest tu cicho, pusto, jakby w jakims innym swiecie, z ktorego znikneli ludzie. Zostalismy tylko my. I całe stada skowronków drących japy gdzies wysoko pod niebem!

















Przemieszczamy sie dosc powoli. Kabaczę stwierdziło, ze jest tygrysem… ;)



O tym, ze ludzie wciaz istnieją, a nawet dosc czesto tu bywają świadczą głeboko wyryte koleiny jakiegos sprzetu, chyba rolniczego. W żłobionych rowach po kołach gigantach stoją bajora o dziwnym zapachu, jakby troche wanilii?...









We wnetrzach pałacu rzucają sie w oczy rozwalone piece, skrzypiace schody... I dosc intensywny zapach trawy... Chyba niedawno jakas imprezka tu byla!











Nie wiem czemu ale ten łososiowy sufit jakos głeboko zapadł mi w pamiec, moze nawet nie w pamięc ale gdzies wbił sie w podświadomosc. Kilkukrotnie śnił mi sie pozniej w roznego rodzaju koszmarach. Nadmienie, ze zawalenie stropu na łeb było jedną z łagodniejszych wersji tych przedziwnych snów ;)



Wnetrza budynków przypałacowych z przykurzonym króliczkiem...











Folwark w pelnej krasie widziany z oddali



Potem idziemy szukac ruin kaplicy. Poczatkowo idziemy w zupelnie zła strone wiec kaplicy nie znalezlismy. Były za to żaby w wersji zdecydowanie juz wiosennej, drzewa uginające sie od jemioły i zamiatanie szutru bagiennymi witkami.











A kaplica znajduje sie zupelnym przypadkiem. Gdy juz siedzimy w busiu i suniemy dalej - w oczy rzuca sie zadrzewiona kępa wsrod pól.



Zapodajemy wiec kolejne podejscie ruinoposzukiwawcze, starając sie leźć koleiną po traktorach i mając nadzieje, ze zaden rolnik nas nie pogoni.







Z kaplicy pozostało niewiele ale w formie bardzo malowniczej. Ciekawe czy dawni mieszkancy pałacu nadal zalegają gdzies w podziemnych kryptach?







Widoczki nieco górskie.



A na koniec zwiedzania Nieszkowic znów cos dla kabaka. Idziemy popatrzec na dzwigi i posłuchac wizgu pił. Stworzenie az klaszcze w łapki z radosci!

_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2018-05-03, 00:13   

Kawałek dalej przemykamy przez Głębowice. Na wjezdzie wita budynek sporego klasztoru.



W wiosce tej bylam juz dwukrotnie - w 2010 i 2012 roku. Jest tu spory park, w ktorym siedzą ruiny pałacu. Miejsce wyglada dosyc upiornie głownie za sprawą martwego drzewa stojącego przy samym pałacu.



Drugie, nieco podobne drzewo, rośnie z przeciwleglej strony budynku i pożera go bluszcz gigant…



Część pałacu w czasie naszej wizyty miała jeszcze nieco ażurowe dachy, w innych dawno juz sie zawaliły. Gdzieniegdzie stały jeszcze jakies kolumny lub fragmenty schodów.







Jakies ptaszyska jeszcze trzymaja sie muru.





Piwnice jeszcze zadaszone, stropy solidne, troche jak bunkier!



W zakamarkach parku zajrzelismy tez do dawnej oranżerii.









Jest tez kaplica grobowa, gęsto zarosła przez krzaki i malownicze bluszcze.









Ogromne płyty nagrobne sa porozbijane. Nie wiem jaka siłę ktos musiał przyłozyc aby to potrzaskało. Chyba wcale nie było tak łatwo to potłuc! Że sie tez komus chciało tak męczyć - tylko dla samej manii zniszczenia!





“Parter” kaplicy jest zalany, w wodzie pływają resztki trumien… Zupa na kosciach… Okna dosc szczelnie zarosłe pajęczynami...





Z Głębowic pochodzi jedna z naszych ladniejszych sciennych dekoracji. Ktos piłą wycinał bluszcze… Jeden z uciętych fragmentow został porzucony. Trafił w dobre ręce.



A tu pałac w Głębowicach wersja letnia. Dlatego wycieczki pałacykowe zwykle zapodajemy od listopada do poczatkow kwietnia ;) Choc busz zielonosci tez ma swoj ogromny urok!









Zabudowania przypalacowe, czesciowo zamieszkane, otoczone przez rabatki.







Latem i kaplica wyglada inaczej..









Mamy okazje tez obejrzec stary magazyn zbozowy.



No i jeszcze zawijamy do pałacyku w Turzanach.. Niewiele z niego zostalo..



Ale przynajmniej w okolicy jezdzą ciekawe pojazdy!



Miejscowe gniazda bocianie sa zelektryfikowane!



cdn
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do: