Poprzedni temat «» Następny temat
W górach Şureanu, czyli z wizytą u starożytnych Daków
Autor Wiadomość
Michun 
SOCJOPATA


Skąd: Western Front
Wysłany: 2014-09-04, 16:02   

Rozumiem , ze dawni Dakowie nie mają nic wspólnego pod względem etnicznym ze współczesnymi mieszkańcami Rumunii?
_________________
"I don't hate people, I just feel better when they aren't around"
Ch. Bukowski
"Patriotism is the last refuge of a scoundrel" S. Johnson
 
     
Hoffi 
Zapalony górołaz


Skąd: Poznań
Wysłany: 2014-09-04, 16:56   

Piękne zdjęcia, ciekawe zupełnie nieznane mi zakątki, tajemnicze uroki dackiego ducha...

Podoba mi się to poranne ciepłe światło!
_________________
Pozdrawiam, Hoffi
Dwoje wędrowców
"Życie jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiesz, co Ci się trafi..."
 
     
Lidka K. 
jędza włocławska


Skąd: 555 km od Bies...
Wysłany: 2014-09-04, 17:26   

no to Anioły czy Demony? ;-)
Cisy, moim marzeniem jest usłyszeć te opowieści przy ognisku :-)
_________________
jest we mnie wiary okruszek....
 
     
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2014-09-04, 17:45   

Snopki o takich ksztaltach widzialam nie raz- ale zeby wisialy na drzewach nie dotykajac ziemi to po raz pierwszy! :shock: Niesamowite!

Lidka K. napisał/a:

Cisy, moim marzeniem jest usłyszeć te opowieści przy ognisku :-)


z Krzyskiem to jest tak ze przy ognisku to ja bym zawsze chciala zeby i opowiadal i grał na gitarze, bo jedno jest fajniejsze od drugiego a wspolne ogniska sa takie krotkie, ciezko wszystko polaczyc i zawsze pozostaje niedosyt :-D

Mam nadzieje ze relacja z tej Rumunii tez sie pojawi! :mrgreen:
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
Cisy2 


Wiek: 56
Skąd: Świebodzice
Wysłany: 2014-09-05, 16:16   

michun napisał/a:

Rozumiem , ze dawni Dakowie nie mają nic wspólnego pod względem etnicznym ze współczesnymi mieszkańcami Rumunii?



Michun, na tak zadane pytanie bardzo ciężko odpowiedzieć. Bo wszak wśród mieszkańców dzisiejszej Rumunii są i Węgrzy (całkiem spory odsetek), Serbowie, Sasi, Romowie, Ukraińcy i nawet garstka Polaków. Przypuszczam, że masz na myśli tych, którzy uważają język rumuński za swój język ojczysty. Ale i w tym aspekcie sprawa jest bardzo skomplikowana. Trzeba bowiem wiedzieć, że słowo "Rumunia" i wszystkie słowa pochodzące od tego rzeczownika ("Rumun", "rumuński", "rumuńskość", "rumuńskojęzyczny" itp. itd.) są stosunkowo świeżej daty. Na dobrą sprawę pojawiły się dopiero w latach 70. XIX w. ! Tak, nie pomyliłem się. Wtedy właśnie powstawało na mapie Europy nowe państwo - właśnie Rumunia. Nastąpiło to po wojnie rosyjsko-tureckiej 1877-1878, przegranej Turcji i połączenia dwóch pozostających wcześniej pod zwierzchnictwem tureckim (tu trochę upraszczam, ale mam nadzieję, że historycy wybaczą) krain historyczno-geograficznych - Mołdawii i Wołoszczyzny (w średniowieczu i czasach wczesnonowożytnych odrębnych hospodarstw), [Siedmiogród pozostał w rękach Austro-Węgier] i formalnego ustanowienia w 1881 r. nowego państwa o statusie królestwa, które nazwano właśnie Rumunią (dynastia wywodziła się z niemieckich Hohenzollernów). Obszary te były wieloetniczne, ale wśród prawosławnej ludności nowego państwa dominowały różne dialekty zaliczane przez językoznawców do języków romańskich, wywodzące się z tzw. "ludowej" łaciny. Potrzebą chwili w nowym państwie było stworzenie języka literackiego i opracowanie jakiejś narodowej mitologii i historiografii. Programowo, jak twierdzi część historyków, do tego nowo tworzonego języka literackiego nie wprowadzano funkcjonujących w 1 połowie XIX w. dość powszechnie m.in. słowiańskich leksykalnych zapożyczeń, archaizmów a nawet zwrotów w niektórych rejonach nawet powszechnie występujących (pamiętajmy też, że językiem liturgicznym na terenie dzisiejszej Rumunii był przez całe stulecia język staro-cerkiewno-słowiański). Właściwie dopiero w ostatnich dekadach XIX w. stworzono nowy język - rumuński. Wielce pomocne było też odejście od wcześniejszego alfabetu stosowanego na tych terenach - cyrylicy, na rzecz alfabetu łacińskiego.
A teraz wróćmy do Daków i dzisiejszych Rumunów. Według tej - jak napisałem wcześniej - narodowej mitologii, dzisiejszy naród rumuński to potomkowie przede wszystkim zromanizowanych w II-III w. n.e. Daków i osiadłych na terenie dzisiejszej Rumunii Rzymian, którzy nie opuścili tego obszaru po likwidacji rzymskiej prowincji Dacja (nazwa prowincji rzymskiej brzmiała tak samo, jak podbitego u progu II w. n.e. państwa Daków) przez cesarza Aureliana w 271-73 r. Dakowie, według tej koncepcji, mieli przejąć język łaciński jako język kultury wyższej, atrakcyjniejszej i bardziej - jakbyśmy to dziś powiedzieli - kosmopolitycznej i światowej. Podobnego mechanizmu niektórzy nasi historycy doszukują się w stosunkowo szybkim przejęciu języka niemieckiego przez mieszkańców historycznego Śląska (myślę tu głównie o Dolnym Śląsku). Ta stojąca u podstawy narodowej rumuńskiej historiografii koncepcja stała się z czasem wręcz dogmatem. Pojawia się nie tylko w podręcznikach do szkół podstawowych, ale nawet akademickich.
Trzeba bowiem wyraźnie zaznaczyć, że jest ona bardzo mocno uproszczona. Po likwidacji rzymskiej prowincji teren dzisiejszej Rumunii (włączając w to pozyskane po I w. św. przez to państwo obszary - przede wszystkim Siedmiogród i Banat) był ojczyzną najrozmaitszych ludów reprezentujących różne grupy językowe - germańskie, słowiańskie, uralskie i in. W żyłach dzisiejszych Rumunów płynie więc krew wywodząca się z wielu źródeł. Sporo jest - i to niestety naukowcy rumuńscy przez dziesiątki lat dość starannie przemilczali - też krwi słowiańskiej.
Taki mały przykładzik. W gablotce w muzeum w Sighişoarze stoją sobie wyklejone garnki gliniane. Takie proste, bezuche. Dla archeologa są to "ręcznie lepione, górą obtaczane naczynia o esowatym profilu, wykonane z gliny schudzonej domieszką mineralną, zdobione ornamentem rytym (najczęściej zwielokrotnioną linią falistą) etc. etc.". Nawet, gdyby te garnki z Sighişoary rozbić o muzealną posadzkę na setkę fragmentów, to i tak każdy polski, czeski i słowacki student archeologii (przynajmniej ten po III r.) na podstawie jednego małego fragmenciku powie, że jest to wczesnośredniowieczna ceramika słowiańska. Była ona charakterystyczna, zwłaszcza od 2 poł. VIII po początki XI w., dla olbrzymich połaci Słowiańszczyzny.



To najmniejsze naczynie w lewym dolnym rogu jest naczyniem z epoki brązu. Reszta jest ewidentnie słowiańska.

Tymczasem przy słowiańskich garnkach z Sighişoary widniała taka oto karteczka (a była tam przynajmniej w latach 2007-2010), z której wynikało, że datowane na IX-X w. materiały ceramiczne ze stanowiska w Albeşti (grodzisko "Cetǎţea") związane są z nową archeologiczną kulturą, która nie ma analogii w południowo-wschodniej części Europy.



Nie jest to niestety przykład odosobniony. Podobną sytuację zauważyłem w Muzeum Historycznym w historycznej stolicy Mołdawii, czyli w Jassach.

A to swoiste dacko-rumuńskie rozdwojenie jaźni dzisiejszych Rumunów przyjmuje nieraz zaskakujące obcokrajowców formy. Na głównych placach niektórych miast stoją obok siebie pomniki dwóch śmiertelnych wrogów - króla Daków Decebala i rzymskiego cesarza Trajana. Na przykład w Devie są oni trochę oddaleni od siebie. Trajan znajduje się na centralnym placu miasta (fotka z 2000 r.)



Decebal natomiast w parku u podnóża średniowiecznej twierdzy (zdjęcie sprzed tygodnia)



Ale za to tegoż Decebala w brutalny sposób zromanizowano, umieszczając mu pod stopami rzymską wilczycę kapitolińską karmiącą Remusa i Romulusa. Decebal się w swoich dwóch grobach przewraca (odciętą głowę króla Daków zawieziono po zdobyciu Sarmizegetusy do Rzymu)!!!!

Zresztą wilczyca kapitolińska pojawia się w wielu miejscach i miastach (tu np. w Sighişoarze)



A że Decebal wielką postacią był, to przed kilkunastu laty Rumuni pozazdrościli Amerykanom ich wykutych w skale prezydentów i sami wyrzeźbili - tuż nad lustrem Dunaju - w olbrzymiej skale popiersie króla. Sęk w tym, że rzeźbę tę najlepiej można oglądać od przeciwległej, serbskiej strony rzeki.



Ta pozioma ciemna kreska tuż pod nosem Decebala to nie wąsik a'la Adolf, tylko wiszący pomost dla rzeźbiarzy (zdjęcie zrobiłem w sierpniu 2001 r., kiedy kończono prace nad monumentem); później tam już nie byłem - w internecie znajdziecie stan obecny).

Lidko, najważniejsze, że nie wampiry. Ponoć tam ich dużo, tak przynajmniej myśli połowa tzw. Zachodniego Świata.

Paulino, przyznam się, że sam nie wiem, czy gdziekolwiek w Rumunii poza górami Şureanu są podobne stogi siana. Próbowałem popytać naszych wrocławskich etnografów - nie wiedzą. Nie wiem też, kiedy one znikną z krajobrazu tych gór - bo że niestety znikną, to pewne. Już teraz jest ich mniej, niż w 2000 r., kiedy je po raz pierwszy widziałem w pobliżu Gradiştea de Munte (pamiętam, jak ktoś w 2005 r. w Górach Bihor w Rumunii rzucił, patrząc na odchodzące w przeszłość tamtejsze elementy kulturowe - "dlatego trzeba jeździć w Karpaty rumuńskie, bo fioletowe krowy w Alpach będą zawsze"). Dwie fotki z maja 2000 r.





A czy relacja, Paulino, się pojawi? Nie wiem, ja przecież jeszcze nie skończyłem tej sprzed roku!!!!

Hoffi, miło mi - już nie wiem który raz - czytać Twoje słowa! Bardzo Ci za nie dziękuję!

Satan, nosz krzywa... Muszę Ci w końcu powiedzieć jak to było!

Gdzieś tam w pierwszych dniach sierpnia 1985 r. w Manali, takiej zagubionej u stóp Himalajów indyjskiej mieścinie, śpiący obok mnie w olbrzymim postkolonialnym wiktoriańskim hotelowym łóżku mój kolega Tomek, westchnął i obrócił się w moją stronę
- Krzysiek, śpisz?
- Nie, myślę o tych małpach (mieliśmy jakąś przygodę z tymi zwierzakami w pobliżu tego miasteczka - rzecz w tej chwili, tj. w 2014 r., błaha i nieistotna)
- Bo wiesz, krzywa... , właściwie to jest groteska, jaja jakieś - rzuca Dziamdziak (znaczy się Tomek)
- Ale o co ci chodzi?
- Bo widzisz. Przyjeżdżamy w te góry. Robimy ten trekking przez przeszło dwa tygodnie, z jakąś przełęczą po drodze (chodziło o Shingo La 5096 m n.p.m.), wracamy na tydzień do Delhi po sprzęt i znowu wracamy, aby przez miesiąc włazić na jakiś szczyt...
-No, ale dalej nie czaję... [tu kilka słów wyjaśnień: po jednej trzeciej naszego pobytu w Indiach musiała część grupy wrócić do Delhi, rozładować ten oto pojazd, który wiózł graty dwóch wrocławskich wypraw



po czym powrócić ze sprzętem w Himalaje, ale w inne już miejsce niż to, w którym kończyliśmy trekking, będący naszym wysokogórskim treningiem, by wreszcie zrobić jedną górę - w tej chwili nieistotne o jaką chodzi. Ponieważ nasz "Jelcz" się mocno do Delhi spóźnił - w tym numerze "Taternika" w artykule Wieśka Panejki, kierownika tej drugiej ekspedycji, przeczytacie dlaczego - http://pza.org.pl/download/taternik/315583.pdf - ta druga część naszego pobytu w Himalajach się troszeczkę pogmatwała - ale to też nieistotne]

- Bo widzisz - zaczyna znowu Tomek - wyobraź sobie, że ktoś na przykład z Warszawy, albo z jakiegoś innego miasta, przyjeżdża do Dzierżoniowa. Później autobusem miejskim dociera do Kamionek, tam zakłada plecak, idzie żółtym na Przełęcz Jugowską. Zje bigos w "Zygmuntówce", po wszystkim zaś zejdzie do Ludwikowic Kłodzkich.
- Co dalej? - pytam
- No potem ten gość pojedzie po coś na dzień do Wrocławia, nazajutrz podjedzie przez Dzierżoniów do Rościszowa, znowu założy plecak i przez przełęcz Walimską wejdzie na Wielką Sowę... I zejdzie z niej. Do Rościszowa!
- Dziamdziak, krzywa... mów co dalej? - to pytanie zadał ktoś z boku, ale głosem cokolwiek nie sennym.
- No bo taki facet wróci do Warszawy i powie tam, że był w Sudetach. A może, że je nawet poznał. No jaja, nie?

No rzeczywiście, relacje podobne do naszych himalajskich. Gdzież tam podobne - wyraźnie na korzyść sudeckich. Pomyślałem sobie wtedy, właśnie tamtej nocy w Manali, kiedy miałem dopiero 24 lata, że fajnie byłoby naprawdę poznać jakieś inne niż nasze Sudety (nasze, czyli polskie, bo czeskich i niemieckich wtedy jeszcze zupełnie nie znałem) góry. Wybór musiał paść na Karpaty Rumuńskie. Wcześniej w latach 1982-1984 corocznie w sierpniu jeździłem na dwa-trzy tygodnie w rumuńskie Karpaty Południowe i Wschodnie. Myślałem, że je znam już dość dobrze, a może uda się je poznać jeszcze lepiej. O ja naiwny!!!! - ale pracuję, aby je jeszcze trochę zgłębić. Od 1990 r. do tej rumuńskiej miłości doszła karpackoukraińska. I tak to trwa.

Były oczywiście i inne góry - jakieś Alpy, jakieś inne góry w Azji, opisywany przeze mnie w innym wątku zimowy Piryn. Ładnie tam, ale serca mi jednak te góry nie poruszyły.

Nieco wyżej podałem link do "Taternika" z 1986 r. W rubryce "Pożegnania" jest mały biogram Rafała Chołdy z Klubu Wysokogórskiego w Katowicach. Znałem się z nim kilka godzin. Tyle ile trwa lot z Moskwy do Delhi (może ciut dłużej, bo mieliśmy planowe międzylądowanie w Taszkiencie, stolicy Uzbekistanu). Ganiał po całym samolocie (było kupę wolnych miejsc), rozmawiał z każdym, radosny, wesoły, cieszył się swoją pierwszą himalajską wielką górą, jaką miało być Lhotse. Gadaliśmy o górach, "Doorsach" i nie wiem jeszcze, o czym ponadto. Może o bawełnianych indyjskich ciuchach? Zginął właśnie na Lhotse.

Był jedynakiem, jego Mama, która pracowała w którymś z katowickich banków, była niemal współuczestniczką wyprawy. Chłopaki zawdzięczali jej przyznanie jakiejś promesy dolarowej - wtedy, w 1985 r., było to jak wygranie w totka.

W lutym 1986 r. w Bielicach, podczas spotkania tzw. Rady Przewodnictwa Studenckiego, od kolegi z katowickiego SKPB Bogdana dowiedziałem się o śmierci Rafała. Bardziej to przeżyłem niż tę chwilę, kiedy widziałem po raz pierwszy, jak ratownicy przynoszą w plastikowym worku do Pięciu Stawów zwłoki jakiejś dziewczyny spod Świstówki. I podjąłem wtedy, w Bielicach, ważną w swoim życiu decyzję. I to nie chodzi o jakieś tam moje techniczne umiejętności, czy też brak w nie wiary. Raczej zabrakło wiary w ówczesny sprzęt. Wyginające się zęby raków - nieważne, czy od Kazia-Mordercy czy W. z Bielawy, łamiące się łopatki czekanów, bezatestowe uprzęże uszyte z taśmy technicznej. Z taką uprzężą, jaką mieliśmy wtedy w Himalajach dziś nie puściliby nas na pięciometrową miejską ściankę treningową. Po prostu mając takie coś, jak na tym zdjęciu, zacząłem się bać.



No, ale przecież miałem całe Sudety i całe Karpaty!
Ostatnio zmieniony przez Cisy2 2017-08-20, 23:08, w całości zmieniany 2 razy  
 
     
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2014-09-05, 16:52   

Cisy2 napisał/a:
. Raczej zabrakło wiary w ówczesny sprzęt. Wyginające się zęby raków - nieważne, czy od Kazia-Mordercy czy W. z Bielawy, łamiące się łopatki czekanów, bezatestowe uprzęże uszyte z taśmy technicznej. Z taką uprzężą, jaką mieliśmy wtedy w Himalajach dziś nie puściliby nas na pięciometrową miejską ściankę treningową. Po prostu mając takie coś, jak na tym zdjęciu, zacząłem się bać.


A teraz sprzet jest mega wypas a ludzie w Himalajach wciaz gina... Sprzet na pewno pomaga ale rozsadku i szczescia nie zastapi...
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
Vlado 
Wiek: 4+


Skąd: Wega XXI
Wysłany: 2014-09-05, 20:39   

Ufff, Cisy, Panie Profesorze, mam nadzieję, że jak już będziesz na akademickiej emeryturze,
znajdziesz czas na spisanie w jednej książce wszystkich swoich przygód z tego i poprzedniego wieku:)
 
     
Lidka K. 
jędza włocławska


Skąd: 555 km od Bies...
Wysłany: 2014-09-06, 07:26   

Vlado, to nie moze być jedna, co najmniej seria :-)

a pod zdaniem
Cisy2 napisał/a:
"dlatego trzeba jeździć w Karpaty rumuńskie, bo fioletowe krowy w Alpach będą zawsze").

podpisuję się wszystkimi konczynami :-D
_________________
jest we mnie wiary okruszek....
 
     
buba1


Skąd: Oława
Wysłany: 2014-09-06, 12:06   

Vlado napisał/a:
na spisanie w jednej książce


to chyba by musiala miec metr grubosci ;-)
_________________
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..
 
     
Cisy2 


Wiek: 56
Skąd: Świebodzice
Wysłany: 2017-08-20, 20:27   

Po latach oczekiwań wreszcie pojawia się mapa Gór Sureanu, w dodatku w przyzwoitej skali 1:50 000. Jest to jedno z ostatnich karpackich pasm przekraczających swoją wysokością 2000 m n.p.m., które nie doczekało się dotąd przyzwoitej mapy turystycznej. Podczas wędrówek po tych górach korzystano dotąd albo z map sprzed I wojny światowej, albo z kilku rumuńskich wydawnictw z końca lat 60. i z lat 80. (w tym chyba z najlepszej mapy tych gór, w bliżej nieokreślonej skali, dołączonej do wydanego w ramach serii Muntii Nostri przewodnika po Górach Sureanu).

Na stronie węgierskiego wydawnictwa DiMap jako nowość na 2017 r. zapowiadana jest mapa tego masywu ( http://www.dimap.hu/mapshop.html ). Do moich rąk mapa ta jeszcze nie trafiła - czekam z dużą niecierpliwością. Cała moja wiedza o tym wydawnictwie opiera się więc tylko na zapowiedzi umieszczonej na internetowej stronie DiMap-u.

Okładka mapy jest typowa dla serii karpackich map turystycznych tego wydawnictwa:



Na "okładkowych" fotografiach przedstawiono osadę turystyczną Luncile Prigoanei, leżącą we wschodniej części masywu - dość blisko najwyższego szczytu w tych górach Vf. Lui Patru (2130 m n.p.m.). Fotka - trzeba to przyznać - mało ciekawa. Druga fotografia to tzw. "Wielki krąg" w stolicy państwa Daków - Sarmizegetusie.

Przedstawienie rzeźby terenu i szczegółów topograficznych jest typowe dla map DiMap-u:



Na kolana nie rzuca. W porównaniu do starusieńkiej mapy z przewodnika po Górach Sureanu pod względem nasycenia szczegółami topograficznymi jest chyba nawet uboższa. Na mapie w skali 1:50 000 na pewno można było umieścić więcej szczegółów (brak np. kilku szałasów, które widziałem podczas moich wypadów w te góry; chyba nie zaznaczono też jednego ze szczytów w pobliżu Vf. lui Patru, czyli Vf. Clăbucet - 1940 m n.p.m.). Możliwe jednak, że finalna wersja mapy będzie bardziej dopracowana i uzupełniona o przynajmniej najistotniejsze szczegóły.

Kolejna sprawa to zasięg mapy. Jest on również przedstawiony na stronie internetowej wydawnictwa DiMap.



I tu należy się wydawnictwu chyba największa porcja krytyki. Z mapy wycięto duży fragment południowo-zachodnich peryferii tych gór. Fragment bardzo ciekawy, gdyż nasycony fantastycznymi formami krasowymi - zapadliskami krasowymi, jaskiniami, wywierzyskami i ponorami. W dodatku obszar fantastyczny pod względem etnograficznym i archeologicznym (Dakowie!).

Brakuje mi właśnie tego fragmentu Gór Sureanu.



Teren ten topograficznie jest dosyć "mylny". Sporo zalesionych dolinek, dość chaotyczny układ grzbietów - jak to w terenie krasowym. Wędrówka wzdłuż potoków - logiczna w innych górach - może niespodziewanie zakończyć się skalną ścianą i jaskinią, do której wpływa "nasz" potok. Tak jest chociażby w rejonie wioski Federi, której to wsi na mapie nie zobaczymy. A zatem wielka szkoda, że ten fragment Gór Sureanu nie znalazł się na nowej mapie.

Mapa Gór Sureanu ważna jest też dla tych turystów, którzy chcieliby przejść Łuk Karpat linią wododziałową. Właśnie przez ten masyw biegnie główny wododział karpacki. Większość dotychczasowych zdobywców Łuku Karpat "prostowało" swoje przejście przez odcinek południowokarpacki Łuku, przechodząc przez leżące poza Łukiem Karpat Góry Paring.

Podsumowując - fajnie, że mapa jest. Może będzie nawet lepsza niż się w tej chwili wydaje, gdy ocenia się ją na podstawie jedynie wstępnych informacji zamieszczonych w sieci. Możliwe, że jej "niedopracowanie" wynikało z pośpiechu podczas prac redakcyjnych, związanym z chęcią wyprzedzenia konkurencji. Przypuszczam bowiem, że na Góry Sureanu ma "chrapkę" również wydawnictwo "Schubert & Franzke", które od kilku lat wydaje mapy z tzw. nowej serii "Muntii Nostri" (od strony kartograficznej na pewno lepsze od map DiMap-u). Pożyjemy, zobaczymy!
 
     
Arni

Wysłany: 2017-08-24, 17:16   

Akurat za 2 tygodnie tam jadę, przyda się jak nigdy :)
 
     
Gryf 
Homo Viator


Wiek: 41
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2017-08-24, 19:01   

Arni napisał/a:
Akurat za 2 tygodnie tam jadę, przyda się jak nigdy :)


Może się nawet spotkamy? :mrgreen:

Zaanonsowałem się na poniedziałek u dziewcząt na Wita po mapę Sureanu więc jak jakby co to społem będziemy błądzić paluchami po mapie. :mrgreen:
_________________
Świniopas, łazęga, powsinoga, wałkoń i szaławiła.


"Lisy mają nory i ptaki powietrzne - gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć" (Mt 8, 9-20)

(FFWK)
 
     
Gryf 
Homo Viator


Wiek: 41
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2017-09-01, 01:42   

Miloslav Nevrly napisał/a:
. "Karpackie gry" W centralnej części Szureanu wznosi się Czarna góra, ciemne połacia kosodrzewiny kontrastują z połoninami przyciągając wzrok pielgrzyma, jak magnetyczna góra. Braciszku! Dobrze ci radzę, omiń tę górę ale nie skracaj drogi przez kosodrzewinę.


O jakim szczycie pod rumuńską nazwą może być mowa?
_________________
Świniopas, łazęga, powsinoga, wałkoń i szaławiła.


"Lisy mają nory i ptaki powietrzne - gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć" (Mt 8, 9-20)

(FFWK)
 
     
Cisy2 


Wiek: 56
Skąd: Świebodzice
Wysłany: 2017-09-01, 12:28   

To z pewnością Vîrful Negru (czyli po polsku Czarna Góra), o wysokości 1860 m n.p.m. Na mapie DiMapu (też ją mam od przedwczoraj) nawet widać, że ścieżka grzbietowa nie wchodzi na sam szczyt, gdzie jest największe skupisko kosodrzewiny, tylko trawersuje kulminację od strony wschodniej, tam gdzie tej kosówki jest najmniej. I faktycznie, Vîrful Negru znajduje się mniej więcej w połowie długości głównego grzbietu Gór Şureanu.

Chyba jest to dobre miejsce na biwak - na południowo-wschodnim skłonie, już na połoninie, jest woda. Gdy będziecie w tym miejscu za półtora tygodnia, pobliska bacówka powinna być już opuszczona.

Sam na tej górze jeszcze nie byłem (mam nadzieję, że faktycznie "jeszcze nie byłem"). Mam dość sporą "dziurę" na głównym grzbiecie gór Şureanu - wszystko przez "tych Daków" i moje koncentrowanie się na stanowiskach archeologicznych znajdujących się w nieco niższych partiach tych gór. Ale Czarną Górę (Vârful Negru) mam na paru swoich zdjęciach. Na jednym z nich widać, jak kosodrzewina wchodzi na sam grzbiet główny masywu - na prawo rozpoczyna się już ciąg połonin biegnących do szczytu Comarnicelul (1893 m n.p.m.). Zdjęcie zrobiłem w maju 2000 r. z rejonu szczytu Scîrna (1655 m n.p.m.).



Druga fotografia tego szczytu zrobiona została z leżącej nieco na północny wschód od grzbietu głównego kulminacji Batrîny (1792 m n.p.m.), oddalonej na północ od Czarnej Góry ok. 5 km. Vîrful Negru to właśnie ta porośnięta kosówką kulminacja - za nią połoninny Comarnicelul. Zdjęcie zrobił mój kolega Maciek. Samą wycieczkę na Batrînę opisywałem wcześniej w tym wątku (post z 30 września 2013 r.).

 
     
sparkus 


Skąd: Jurajska Kraina
Wysłany: 2017-10-11, 11:37   

Cisy2 napisał/a:
Po latach oczekiwań wreszcie pojawia się mapa Gór Sureanu, w dodatku w przyzwoitej skali 1:50 000.

Taka wiadomość i dla mnie jest bardzo cenna. Wiele bym dał, aby mieć chociaż taką mapę podczas naszego przejścia przez te góry w 2015 r.
Mieliśmy do dyspozycji tylko zwykłą graniówkę w niewiadomej skali (wydruk z rumuńskiej strony górskiej), ale i tak zdała egzamin w trudniejszych momentach i udało nam się przejść całą zaplanowaną trasę.


Teraz dysponując nową mapą można się pokusić o bardziej rozbudowaną trasę, bo góry te zasługują na kilkukrotne odwiedziny, na co mam wielką ochotę. Zrobiliśmy trasę na kierunku południe-pólnoc, a teraz chętnie bym poszedł z zachodu na wschód. Mógłbym wtedy powiedzieć, że Góry Sureanu poznałem.

Cisy2 napisał/a:
To z pewnością Vîrful Negru (czyli po polsku Czarna Góra), o wysokości 1860 m n.p.m. Na mapie DiMapu (też ją mam od przedwczoraj) nawet widać, że ścieżka grzbietowa nie wchodzi na sam szczyt, gdzie jest największe skupisko kosodrzewiny, tylko trawersuje kulminację od strony wschodniej, tam gdzie tej kosówki jest najmniej.

Nie mając dokładnej mapy nie do końca miałem pewności na które szczyty udało nam się wejść. Teraz po opisach mam przekonanie, że na jeden ze szczytów, na który weszliśmy była właśnie wspomniana powyżej Virful Negru.



Na moim ujęciu prezentuje się jako dość długi grzbiet. Wejście nie nastręcza żadnych trudności, ale przejście dalej wzdłuż szczytu jest nie przebrnięcia przez zwarte połacie kosówki. Musieliśmy zejść ze szczytu i po jego zachodniej stronie, przedeptaną ścieżką przedostać się dalej na północ, na pofalowany płaskowyż. Po drodze faktycznie co najmniej w dwóch miejscach sączyła się woda.
_________________
W górach jest niewiele, ale jest to co najlepsze.
  
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do: