TS+ return!!

Moderatorzy: Madziul, Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
creamcheese
Posty: 1830
Rejestracja: 2012-06-07, 11:19
Lokalizacja: lublin

Post autor: creamcheese » 2016-09-03, 08:47

I nastał piątek, dzień który miał być wyrypą przez Czerwone Wierchy z całym dobytkiem na plecach. Miał być, ale gdy założyłem plecak, kolana powiedziały stop. Wyrypa to będzie ale po Kościeliskiej i busem do Zakopanego!
Poszliśmy więc doliną do Kir. O tej porze pojedynczy piechurzy schodzili z gór...mało kto szedł w stronę schroniska. Ale im bliżej wylotu doliny, tym większy tłumek parł na spotkanie Tatr...z kocami, wózkami, koszami...na piątkowe śniadanie na trawie...szli Hunowie w tumanach kurzu a przeciw nim samotnie remedios i creamcheese...jakoś doszliśmy pod ten prąd do Kir...przy kasie kłębiła się kilkudziesięcioosobowa kolejka. Czym prędzej poszliśmy łapać busa.
Wysiedliśmy na środkowych Krupówkach, by choć przez chwilę poczuć się po zakopiańsku, by poczuć się jak nie przymierzając Modrzejewska z Kasprowiczem na przedobiednim spacerze. Jak już się poczuliśmy... uciekliśmy do Kuźnic a stamtąd Doliną Jaworzynka pod górę do Murowańca. Spieszno nam nie było więc czasu nie liczyliśmy...na szlaku tłok, na Przełęczy Między Kopami tłok...a w Murowańcu horror. Udało nam się zakwaterować w wieloosobowym (dzięki nieocenionej pomocy MarkaS – ukłony), by przeczekać największy nalot turystyki górskiej. Po osiemnastej zaczęło się przerzedzać, by po kilkudziesięciu minutach zrobiło się całkiem przyjemnie. Zostali tylko nocujący, po części zmęczeni więc cisi. Zupełnie inny Murowaniec niż kilka godzin wcześniej.
Rozmowa z Markiem o planach na jutro i spać...bo piwo po dziesięć!!


Wstajemy rano, bo już niedługo można spodziewać się pierwszych przybywających.
Atineb, MarekS i tadeks wyruszyli z Zakopanego kole 7.oo i przed dziewiątą zameldowali się w schronisku...czekamy na resztę…
...przed dziesiątą dotarli z gór yaretz’cy, szczęśliwi posiadacze biletów na Kasprowy, skąd zeszli...czekamy na TS+
...niedługo później zawitała Justyna z Krzysiem...szli przez Boczań...gdzieś zaraz za nimi powinni pojawić się Monika, Adaś i Janusz...ale, ale!!
Aby tradycji stało się zadość grupka tradycjonalistów szła, szła i dojść nie mogła. Pomimo stałego wręcz kontaktu telefonicznego, pomimo zapewnień, że są już tuż tuż...miałem wrażenie, że grawitacja ciągnie ich w stronę Zakopanego. Fakt...nie mieli kompasu!!!
Koło 11.oo zapadła decyzja...idziemy bez nich! I ruszyliśmy...najpierw pod Czarny Staw Gąsienicowy, później na Skrajny Granat...cóż tu pisać...jak jest w górach każdy wie; jak na Granatach też zapewne wielu...idzie się na mijanki, czasem jest przepaściście, czasem patrząc w przód wydaje się niemożliwe, że uda się wejść; a patrząc w tył potwierdza się że to mało możliwe, że cud jakiś...Widoki niesamowite, choć żołądek się zaciska a nogi jak z waty. I mówię sobie: ostatni raz! nigdy więcej!!!
Pod Zadnim Granatem grupka bardziej złachana i sponiewierana, a może żądna innych wrażeń, poszła nielegalną ścieżką mijając szczyt...na połączeniu ze szlakiem do Koziej Dolinki spotkaliśmy się...Obejrzałem się za siebie i już żal mi było, że odpuściłem, że nie zacisnąłem zębów i mimo bólu nie poszedłem z nimi...to tylko 10 minut dłużej. Trzeba wrócić, bo żal.
Schodzimy dolinką, obok Zmarzłego Stawu, prawie wszyscy razem. Prawie bo tadeks pobiegł do Zakopanego. Nie chciał waletować. Przyjdzie jutro rano.
W schronisku toaleta i rozpamiętywanie dzisiejszego dnia przy flaszeczce małego coś niecoś...tak sobie siedzimy i gawędzimy a tu hops...i wchodzi catty!! Miło, że chciało jej się przyjechać choć na jeden wieczór by się z nami podzielić tymi darami!!

Nie wspomniałem o trójcy, która walczyła dzielnie z grawitacją. Gdy wróciliśmy z Granatów ok. 19.oo oni już dotarli. Nie pytałem czy dużo wcześniej...widać było po nich trud walki i zmęczenie. Każdy ma takie granaty jakie potrafi udźwignąć.

Czarny Gąsienicowy spod Granatów
Obrazek


Niedziela miała być dla Kościelca. Marek jednak miał obawy czy tak duża grupa...a było nas 13 (z dochodzącym codziennie tadeksem), będzie dostatecznie bezpieczna na szlaku i na szczycie. Wyszło mu że nie. I słusznie.
Jako, że ciężkie opady zapowiadano już koło południa, zrezygnowaliśmy też ze ¦winicy, tym bardziej, że straszyło burzami. Poszliśmy więc nad Czarny Staw Gąsienicowy i na Mały Kościelec. Może to nie jest jakiś wyczyn, ale nie będziemy siedzieć pod dachem. Szliśmy w dwanaście osób...tadeks szedł nam naprzeciw od strony jeziorek. Miła wycieczka, sesja zdjęciowa nad Zielonym Stawem i do schroniska bo kropić zaczyna.
W schronisku pożegnań czas i czas na strzemienne...najpierw odchodzi remedios, catty i MarekS...później Justynka i tadeks...pozostała ósemka do wieczora, aczkolwiek z odrazą i niechęcią, przesiedziała przy próżniejących naczyniach. Jutro powrót.
Tu słów kilka podziękowań wszystkim uczestnikom tej wycieczki. Miło było Was zobaczyć, miło powspominać i miło snuć plany na rok następny. Największe podziękowania dla MarkaS, który nawet gdyby nic nie robił to najważniejsze, że był...i dodawał skrzydeł i pewności siebie.
A rok przyszły, to już tradycyjnie druga połowa sierpnia 19-20.08.17 – Dolina Chochołowska i, być może, Rohacze… Już widzę koszulki zaprojektowane przez yaretzky’ego na tą okazje. W końcu znam jego „poczucie” humoru i złośliwość!!

Kościelec z Karbu
Obrazek
W poniedziałek schodzimy do Zakopanego...najpierw yaretzky’e później reszta. Atineb została w schronisku...chce iść na Czerwone Wierchy. Człapiemy człap, człap, człąp...deszczyk siąpi...wszyscy przez Jaworzynkę...ja przez Boczań...żeby jeszcze przez chwilę być z górami, by iść pustym szlakiem. Samotnie w górach czasem smutno, czasem straszno, czasem niebezpiecznie, ale po kilku dniach przepełnionych ludźmi znów chce się samotności...chce się do gór bo dla nich u przyjechałem.

koniec
Ostatnio zmieniony 2016-09-07, 06:17 przez creamcheese, łącznie zmieniany 2 razy.
Lekarz zabronił mi chodzić po górach. Chodzę więc chyłkiem. Żeby nie widział.

Awatar użytkownika
_Falco_
Posty: 84
Rejestracja: 2015-08-11, 20:14
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: _Falco_ » 2016-09-04, 18:44

creamcheese bawi... creamcheese wzrusza...

jak dobrze było poczytać i na chwilę znowu przenieść się w góry ;-)
"Wobec potęgi gór prościej odkrywa się siebie, a przynajmniej to, że większość granic i lęków to tylko ułomność naszego umysłu, poza którą zaczyna się wolność"

Awatar użytkownika
yaretzky
Posty: 641
Rejestracja: 2015-03-13, 20:11
Lokalizacja: Lubin

Post autor: yaretzky » 2016-09-04, 18:57

Piękna relacja Prezesie... Jak zwykle zresztą...
Trzeba przyznać, że podreptałeś "trochę" po mniej popularnych szlakach Taterek...
Nam udało się w tym roku wyskoczyć (a właściwie "doskoczyć" do Was) jedynie na dwa dni... Ubiegłoroczne bogate plany wzięły niestety "w łeb" (z przyczyn od nas niezależnych :-( ) i jakikolwiek wyjazd w ogóle do samego końca nie był właściwie nawet brany pod uwagę... :-(
I w tym właśnie momencie zaważyła siła Twojej Cream... "perswazji", Twój urok osobisty, smak Twojej nalewki i - przede wszystkim - Twoja upierdliwość...!!! :-P
Jak sobie do tego jeszcze uświadomiliśmy, że ominie nas spotkanie z Falco (a dla nas po prostu Justysią... :-) ), Remi, MarkiemS, Benitą i całym sławetnym TS+ (w osobach Moniki, Krzysia, Janusza, Adasia i Piotrka) to - co tu dużo mówić - żal zaczął d****ę ściskać i cholerna zawiść że Wy się spotkacie a nas tam nie będzie nie pozwoliła nam jednak odpuścić... :-P
O tym, że ominęłoby nas kolejne spotkanie z Catty i (pierwsze) z Tadeksem nawet nie mieliśmy wtedy pojęcia... To dostaliśmy "w bonusie"... :-)

Decyzja zapadła - z piątku na sobotę krótko po północy wsiedliśmy w auto i kierunek Zakopane... Do Kuźnic (a dokładnie na Camping "Pod Krokwią") dotarliśmy ok. 6 rano z silnym postanowieniem wypełnienia tajnej misji, którą powierzył nam Creamcheese.
Dostaliśmy zadanie obudzenia, postawienia na nogi (i w stan - że się tak wyrażę - używalności :-) ) całej ekipy TS+, która przybyła przybyła tam poprzedniego wieczoru na nocleg i pierwsza doba świeżego górskiego powietrza mogła u nich spowodować stan pewnej niedyspozycji następnego dnia rano (ewentualne bóle głowy i problemy z grawitacją spowodowane choćby chorobą wysokościową i brakiem dłuższej aklimatyzacji).
Naszej misji niestety nie dane nam było wypełnić... Nie zdążyłem jeszcze zapłacić za parking a już zostaliśmy powitani (nawet nie "na progu" a jeszcze przed nim... ) przez całą ekipę TS+ z Justyśką na czele...
Po gorących uściskach i - tradycyjnym w takich sytuacjach - zamieszaniu zostaliśmy nawet zaproszeni na śniadanko !!! Ponieważ jednak czas naglił (na godz. 8 mieliśmy zaklepane miejscówki w wagonie sypialnym PKL na Kasprowy... ;-) ) więc szybka zmiana butów, szafy na grzbiet i (ja z Yaretzkową) do Kuźnic. TS+ miał w planach wyruszyć (do Murowańca) tuż za nami... ;-)

Nasza kolejka w kolejce bez kolejki do kolejki (linowej) miała lekki poślizg, w którego efekcie na Kasprowym desantowaliśmy się krótko przed 9. Zostawiliśmy więc tylko na górze po 2 zł zapracowanej pani w "gabinecie odnowy urologicznej" i... "z górki na pazurki..."

Obrazek

Przed obliczem Prezeza Creamcheese w Murowańcu zameldowaliśmy się ok. godz. 10. Na progu przywitała nas Remi, a na salonach czekał na nas Prezes we własnej osobie oraz MarekS, Benita i - surprise ! ;-) - Tadeks...

W planach na sobotę było wyjście na Granaty całą ekipą a tu drugiej jej połowy "ani widu ani..., a nieeee... - "słychu" było bo czasami odzywali się telefonicznie... :mrgreen:
Ponieważ do godz. 11 nie "zdążyli" :lol: dotrzeć, "Prezes Wszystkich Prezesów" wydał rozkaz wymarszu !!! "Druga połowa" TS+ miała nas dogonić w drodze... Uprzedzając wypadki dodam, że nie dogoniła bo - jak później nam wytłumaczyli - widoki w drodze z Kuźnic do Murowańca były tak "powalające" że często "zwalały ich z nóg" i nie mogli oprzeć się długotrwałej ich kontemplacji... :mrgreen:

Początkowo "lekko, łatwo i przyjemnie" w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego, później wokół niego. Drogę (poza niewątpliwymi walorami natury widokowo-estetycznej) uprzyjemniały nam ciekawe opowieści - znawcy tematów tatrzańskich - Marka...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Później nie było już tak lekko i łatwo ale - na szczęście - cały czas przyjemnie...! :-) Granaty stawały się coraz większe a Staw Gąsienicowy - nie wiedzieć czemu - coraz mniejszy... ;-)


Obrazek

Obrazek

Obrazek


Ponieważ prowadzący MarekS chciał mieć "wgląd na całość" naszej posuwającej się w górę karawany zajęliśmy z Yaretzkową jedynie słuszną pozycję "w epilogu" ;-) - moja żarówiasta koszulka z łatwością pozwalała Markowi na prawidłową ocenę sytuacji na szlaku (dostrzegłby ją nad Stawem... nawet ze szczytu Granatów ;-) ). (Dowód pełnienia przez nas tej jakże "odpowiedzialnej misji" przedstawi być może w swojej relacji Falco :mrgreen: ).

Noga za nogą, czasami lajcikowo czasami "jakby nieco mniej" dotarliśmy po kamolkach wspomagając się niekiedy łańcuszkami na szczyt Skrajnego. A przed nami jeszcze przecież G.Pośredni i "mrożąca krew w żyłach" (a może powinienem to napisać bez znaków "..." ? :-) ) przeprawa przez "przepaścistą przepaść" ubezpieczoną jedynie lichym kawałkiem łańcuszka... Ech, gdyby to była Słowacja to pewnie przeszlibyśmy ten odcinek po solidnym, metalowym, pachnącym nowością pomoście !!! A tak... Wszyscy musieli poddać się próbie sił i postawić swe życie na szali... Dobrze chociaż, że wiatr był z drugiej strony... ;-) , bo ja szedłem na końcu... :-).


Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na samym szczycie zameldowaliśmy się z Yaretzkową kilka minut po zasadniczej ekipie... Po prostu daliśmy im czas by odetchnęli, uspokoili oddechy, dali wytchnienie walącym sercom i drgającym łydkom, poprawili fryzury i by czerwone z wysiłku i emocji twarze nabrały normalnego koloru. Na pamiątkowym foto nie wyszło by to specjalnie naturalnie. A tak...? Prawie jak na K2 !!! Pełna profeska !!! I ten luzik i pewność zdobywców na twarzach !!! :-) "Ochom" i "achom" spowodowanym widokami nie było końca... :mrgreen:


Obrazek

Obrazek

Obrazek


Wejście na Zadni Granat malutka część naszej ekipy już sobie odpuściła (nieskromnie dodam, że ja nie... :-) ) - po prostu chcieli by wszyscy którzy się tam jednak pchali mieli tę satysfakcję w stylu: "A ja dałem radę !!!". Dzięki Im za to ! :-)
Spotkaliśmy się wszyscy po kilkunastu minutach na szlaku i wspólnie już zeszliśmy do Koziej dolinki - na popas oczywiście... :-)
Muszę się przyznać, że zacząłem nieco spowalniać tempo marszu... Moje kolana zaczęły się zachowywać co najmniej - dla mnie - dziwnie... A raczej dziwnie zacząłem to odczuwać. Było to "fascynujące" odczucie jakby mi ktoś najpierw w prawe a później lewe kolano wbił po pięciocalowym gwoździu... :evil: Jeśli ktoś nie zna do tej pory tej przyjemności - polecam !!! Zapomina się o bólu głowy, bólu czegokolwiek... Niezła terapia... I - by tradycji stało się zadość - dotarliśmy w związku z tym z Yaretzkową do Murowańca z pół godziny po ekipie. Miało to jednak również swoje plusy - na miejscu czekało już na nas zimne piwo i "miłośnicy widoków" odcinka Kuźnice-Murowaniec... :-) Dzielenie się wrażeniami i licytacje które widoki piękniejsze trwało do - powiedzmy - późnych godzin wieczornych. W związku z tym że ok. godz. 21 dotarła do nas z terenów zbliżonych do cywilizacji również Catty "dzielenie się wrażeniami" przeniosło się na salony i przedłużyło do godzin nocnych. Dzieliliśmy się również napojami "energetyzującymi" z różnych stron Polski - warto znać walory lokalnych produktów i popierać ich producentów Hasło "Teraz Polska" zobowiązuje... ! :-) .

Obrazek

A jak już byliśmy wszyscy odpowiednio zregenerowani, wyleczeni i zmotywowani do trudów dnia następnego po korytarzach schroniska zaczęły rozchodzić się melodyjne i kojące odgłosy chrapania... :-) Wszyscy ci którzy wepchnęliście sobie w uszy wszelkiego rodzaju stopery - żałujcie... ;-)

Następnego dnia część "marnotrawna" ekipy TS+ (czyt. miłośnicy odcinka Kuźnice-Murowaniec) zameldowała się w pełnej gotowości bojowej przed godz. 7 rano. Silni, zwarci, gotowi... Wszyscy wyruszyli w kierunku Przełęczy Karb. Czasu mieli niewiele, bo na godz. 11 przewidywane były opady deszczu (co zresztą sprawdziło się co do minuty). Po drodze dogonił Ich jeszcze Tadeks, który w między czasie dobiegł sobie :lol: jeszcze z Kuźnic - widocznie już nie podziwiał widoków... ;-)
Moje kolana niestety całkowicie już odmówiły posłuszeństwa... :-( Zmęczenie (poprzednia noc w samochodzie, zejście z Kasprowego, chwilę potem Granaty i znowu "schody" w dół) dokonało swojego. Gdybyśmy byli choć ze dwa wcześniej pewnie byłoby OK. Chociaż
przydarzyło mi się po raz pierwszy. A że Cream nie wystąpił z inicjatywą zniesienia mnie z Karbu :lol: więc z żalem musiałem odpuścić atrakcje niedzieli... Zauważyłem jednak, że Yaretzkowa była wdzięczna moim chorym kolanom i - zapewne z bólem serca - poświęciła się i została ze mną by podtrzymywać mnie na duchu przy kufelku piwa... :-) Za dużo go nie było, bo 10 zeta za plastikowy kubek tego leku stanowczo hamowało zapędy lecznicze (a NFZ tego nie refunduje... :-( ) ;-) Już po drugim więc kufelku przywitaliśmy ponownie ekipę z Karbu (tudzież Małego Kościelca)...

Cream... już wspominał, że tego dnia musieliśmy pożegnać Remi, Marka i Catty których wzywały do domu obowiązki służbowe (na pewno cieszyli się, że są w pracy tak niezastąpieni... ;-) ) . "Chwilę" później również Justyna i Tadeks musieli udać się w drogę powrotną... :-( Po łzawych pożegnaniach musieliśmy się więc pocieszyć i utopić łzy w tym wstrętnym piwsku (wstrętnym bo po 10 zyla)... ;-)


Obrazek

Obrazek

Nadszedł poniedziałek i czas powrotu... Wszystkim żal... Nawet Tatry się rozpłakały... Lało, lało i lało... Ale komu w drogę...
My z Yaretzkową ruszyliśmy tym razem pierwsi przez Boczań, później TS+ przez Jaworzynkę i tylko Cream... (jak na Prezesa przystało) też przez Boczań...


Obrazek

Obrazek


A później "miło i przyjemnie", nie spiesząc się 4 godzinki jazdy z Zakopca do Krakowa cudowną zakopianką w towarzystwie kilkunastu tysięcy innych aut - ruszyliśmy ok. 12:30 a na bramkach w Kraku byliśmy ok. 17. :evil: Później jeszcze tylko 350 km kolejne 4 godziny i już mogliśmy zacząć tęsknić za Tatrami. :cry:

Dziękujemy wszystkim za towarzystwo na szlaku i poza nim oraz - jak zawsze - wspaniałą atmosferę...
MarkowiS za profesjonalną opiekę i "tonę" informacji (bez Niego często nawet nie wiedzieliśmy gdzie wchodzimy i na co patrzymy :lol: )...
Justyśce za zaufanie, uśmiech, życzliwość i cierpliwość...
I oczywiście Prezesowi-Creamowi... za.... Zaraz, za co ja to ja Mu miałem podziękować ? No nic, zapytam jutro mojego lekarza... Jak nie zapomnę... ;-)

Aaaaa, już sobie przypomniałem... Dzięki Ci Cream... za inicjatywę (te coroczne spotkania są dla nas znakomitą okazją do wspaniałego i całkowitego resetu...), za ogarnięcie tego wszystkiego "do kupy" (jakkolwiek by to nie zabrzmiało...)... :-).
I jeszcze moje specjalne podziękowania dla kolan Creama... za to, że też Go nap******y, bo przynajmniej mi było trochę lżej z tego powodu...! ;-)

A najbardziej dziękuję mojej niezastąpionej Yaretzkowej... Za to, że swoją dzielną postawą motywowała mnie do zwiększenia wysiłków w mojej walce na trasie, podtrzymywała mnie na duchu ("...Dawaj... Dasz radę... Nie bój się..., Ja Cię ubezpieczam..., Jakby co to zabiorę na dół Twój plecak z moją suszarką..., Spoko, mam numer telefonu po czerwoną latającą taksówkę...")... ;-)

Tegoroczna akcja "Granaty..." w ogóle była dość solidnie "zmilitaryzowana"... :-) Walka ze słabościami na szlaku (ekspozycje, kolana itp.) i przy stole (te ceny w bufecie... ;-) )... Walka z aurą - jeden dzień upalny, drugi deszczowy i wietrzny... Walka z własnym sumieniem i poczuciem obowiązku ("Muszę wracać do pracy a taaaaaaak mi się nie chce..."). Wszyscy chętni zostali w związku z powyższym "umundurowani" i dodatkowo dozbrojeni - nazwa Granaty w końcu zobowiązuje... :-)

(Wzór koszulki i wyposażenie osobiste każdego kto zamówił "mundur"... :mrgreen: ):

Obrazek

Obrazek


W przyszłym roku (jak wspomniał Cream...) Rohacze... Tym razem jednak przyjedziemy nieco wcześniej i - dla rozruszania nóg i rozgrzania kolan - zaliczymy jakiś spacer z Kościeliskiej na Gubałówkę, może "zagramy na nosie ¦piącemu Rycerzowi" albo innemu Nosalowi... ;-) A po rozgrzewce -> Orla Perć... :-) I nie ma, że boli... ;-) Ruszamy w zestawie Y & Y wraz z Justyną oraz tym razem już ze wsparciem Marty-Yaretzkówny !!!
Na Rohacze dołączymy już do reszty Ekipy...
Rohacze... Już się boję grafiki na koszulkach... ;-) No i jak my wtargamy na nie ewentualne "symbole" tej wyprawy... ;-) Oby Rohacz Ostry nie dał nam tak w kość, że przy podejściu na szczyt jego wyższego "brata" będziemy zanosić się płaczem... :-) A jeśli już to ze śmiechu...
I na to liczę !!! :-)

PS: Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć kilka więcej zdjęć Zapraszam tutaj...
"Od gór lepsze są tylko góry...
więc pocę się na szlaku i męczę
... i ciągle chcę więcej..."
https://photos.google.com/albums

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5559
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2016-09-05, 05:48

Pomijając całą paletę zachwytów nad wyprawa, ekipą i oczywiscie relacjami, to mam pytanie do mądrych tego swiata: czy to jakaś epidemia z tymi kończynami dolnymi w tym roku??? :roll:
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
yaretzky
Posty: 641
Rejestracja: 2015-03-13, 20:11
Lokalizacja: Lubin

Post autor: yaretzky » 2016-09-05, 06:55

Lidka K. pisze:czy to jakaś epidemia z tymi kończynami dolnymi
Ta "epidemia" ma chyba taką jakąś znajomo brzmiącą nazwę: "pesel" czy jakoś tak podobnie ? ;-)
"Od gór lepsze są tylko góry...
więc pocę się na szlaku i męczę
... i ciągle chcę więcej..."
https://photos.google.com/albums

Awatar użytkownika
creamcheese
Posty: 1830
Rejestracja: 2012-06-07, 11:19
Lokalizacja: lublin

Post autor: creamcheese » 2016-09-05, 09:58

¦więte słowa!! PSL wszystkiemu winien!!
Lekarz zabronił mi chodzić po górach. Chodzę więc chyłkiem. Żeby nie widział.

Krzyś66
Posty: 1122
Rejestracja: 2012-06-07, 09:54
Lokalizacja: Mazowsze

Post autor: Krzyś66 » 2016-09-05, 11:07

Pływanie kajakiem mniej obciąża kolana , tylko część ;-) górskich szlaków jest z niego niedostępnych :mrgreen:
”Wydarzenia nie zawsze spełniają nasze oczekiwania, ale zawsze jest dla nich jakieś logiczne wytłumaczenie. Często nie jest ono krzepiące, ale zawsze logiczne.”

Awatar użytkownika
Bonus
Posty: 436
Rejestracja: 2015-12-07, 07:22
Lokalizacja: Poznań

Post autor: Bonus » 2016-09-05, 14:27

yaretzky pisze: O tym, że ominęłoby nas kolejne spotkanie z Catty i (pierwsze) z Tadeksem nawet nie mieliśmy wtedy pojęcia... To dostaliśmy "w bonusie"... :-)
:shock:
Czy ja czegoś nie pamiętam ? Co mnie ominęło ? ;-)

Awatar użytkownika
creamcheese
Posty: 1830
Rejestracja: 2012-06-07, 11:19
Lokalizacja: lublin

Post autor: creamcheese » 2016-09-06, 16:53

yaretzky pisze:A po rozgrzewce -> Orla Perć... :-)
Z dedykacją dla yaretzkych
https://www.youtube.com/watch?v=bJPeA0JtDEc
Lekarz zabronił mi chodzić po górach. Chodzę więc chyłkiem. Żeby nie widział.

Awatar użytkownika
_Falco_
Posty: 84
Rejestracja: 2015-08-11, 20:14
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: _Falco_ » 2016-09-06, 17:09

Cześć wszystkim!
Moja aktywność na forum ogranicza się do dwóch wejść rocznie, w porywach do czterech. I mimo, że ciągle obiecuję sobie, że się uaktywnię to jakoś tak mi wychodzi na odwrót. Ale relacji z dorocznego, tradycyjnego najazdu TS+ na Tatry nie mogłam sobie odmówić ;-) A więc:

"Wystrzałowy weekend z g(G)ranatami w tle by Falco”

W piątek, 19 sierpnia 2016 mijało właśnie kilka miesięcy od mojego ostatniego pobytu w najpiękniejszych z gór. W sumie to i tak rekord, bo ostatnio jakimś cudem udało mi się zintensyfikować wyjazdy do dwóch rocznie (!!!) ale i tak tego jedynego w swoim rodzaju, szczególnego, nie mogłam się po prostu doczekać. W związku z tym, że przysługujący mi w tym roku, szczuplutki, 20 dniowy urlop, do 10 sierpnia miałam wykorzystany w całości mogłam sobie pozwolić aż na 2 dni weekendowego szaleństwa. Nie mogło się nie udać! Chociaż tak sobie teraz myślę, że gdyby zawalił choćby jeden etap podróży i dojechałabym do Zakopanego np. w sobotę około południa, wspólnego wyjścia z TS+ mogło by nie być. Było blisko, bo po dotarciu na Dworzec Centralny pierwszy komunikat, który usłyszałam brzmiał: „ruch pociągów na trasie Warszawa Centralna – Warszawa Zachodnia został wstrzymany do odwołania”. Jakoś tak czułam, że tym razem wszystko się uda, że na pewno dotrę na czas, że na pewno zobaczę się z wszystkimi TSami i plusami, że na pewno wejdę na Granaty, że na pewno wszystko będzie dobrze więc uśmiechnęłam się tylko i czekałam na rozwój wydarzeń. Poszło gładko, bo pendolino ma przywileje, więc mimo, że inne pociągi stały, ten pojechał, autobus do Zakopanego był na czas, a potem to już sama nie wiem jak się potoczyło. Pamiętam, że jakaś wesoła grupka odebrała mnie z dworca, pamiętam kemping „Pod skocznią” i przytulny 6 osobowy domek z łóżkami, na które trzeba się było wspinać bez mała po drabinie, pamiętam poranne przywitanie z Yaretzkimi, tradycyjnie gorące, serdeczne i ….na bosaka, przynajmniej z mojej strony ;-) ;-)

Big boss, vel prezes wszystkich prezesów vel ojciec dyrektor tak jak w roku ubiegłym częstował wszystkich dobrymi radami, w tym, dawał w prezencie zadania do wykonania :-D I tak na przykład Yaretzcy mieli za zadanie obudzić TS + w sobotę bladym świtem. Ja natomiast, kilka dni przed wyjazdem dowiedziałam się od pani Grażyny Yaretzkowej, że:Justysia, bojowe zadanie mam dla Ciebie. Creamcheese kazał Ci przekazać (!!!!!!!). Masz sprawić, żeby TS dotarł na 9:00 do Murowańca”. Nie powiem, starałam się! Bardzo! Jeszcze przed wyjazdem zadzwoniłam do kilku firm transportowych, z pytaniem czy taką usługę mają w swojej ofercie ale poniżej 500zł za kurs nie chcieli zejść. Prawie 100zł na łeb – dużo!! Tak samo było na miejscu. Jeden życzliwy góral zaoferował nawet swojego konia i wóz, ale na to my„prawdziwi” turyści nie mogliśmy się zgodzić! Czas naglił więc ruszyliśmy. Busem. Bus dowiózł nas do Kuźnic, pod samiuteńką kolejkę do kolejki. Tu ostatnia deska ratunku i pomysł, żeby śladem Yaretzkich, do Murowańca jednak zejść zamiast wchodzić czyli zrobić szybką rundę przez Kasprowy zamiast dymać pod górę. Można było za 15 złotych przesunąć się w kolejce o 4 miejsca. O to za ile przesunęliby nas na początek, już nie pytaliśmy.

Po intensywnej burzy mózgów, pół godzinnej analizie mapy, 7 krotnym upewnieniu Adasia, że na pewno idziemy niebieskim szlakiem (!!!!) użyciu siły perswazji z przewagą siły, ruszyliśmy przez Boczań. Wiem! Mój błąd!! Biorę to na klatę i przyznaję się publicznie do winy!!!! Gdybyśmy poszli przez Jaworzynkę, TS na pewno zdążyłby na czas!!!! Na początku szło się nieźle. Trochę pod górę, jak to w górach; las, las i jeszcze trochę lasu. Przez pewien czas wszyscy chyba szliśmy równo. To znaczy jak po 10 minutach naszego (Krzyś i ja) postoju, TS pojawiał się w zasięgu wzroku wiedzieliśmy, że jest ok. Z pola widzenia zniknęli nam jeszcze przed Skupniów Upłazem. Jako, że szli we trójkę, można ich było spokojnie, żeby nie powiedzieć nareszcie zostawić i podrałować na spotkanie z resztą.
Doszli gdzieś ok. 14:00, w czasie gdy my mieliśmy sesję zdjęciową na Granatach. Co się działo, w tym czasie w lesie, na stokach Boczania, nie mam pojęcia. Wiem za to, że TS ma na swoim koncie kolejny rekord prędkości przejścia trasy w Tatrach. Co tam Rysy w 2,5 godziny z Palenicy. Spróbujcie kiedyś iść 6 godzin z Kuźnic do Murowańca, to jest dopiero wyczyn. A za rok Chochołowska!

Szczegółów z przejścia Granatów nie pamiętam. Podejrzewam, że gdybym każdy fragment trasy rozłożyła na czynniki pierwsze i zaczęła myśleć i analizować to mogłoby się okazać, że było mega trudno ale że myśleć mi się nie chce, tym bardziej rozkładać to stwierdzam, że nie było tak źle. Mało tego: chcę jeszcze, chcę więcej, chcę trudniej. Pewnie to kwestia mojego mózgu, który ma cudowny dar wymazywania wszystkiego co złe i trudne więc na dzień dzisiejszy pamiętam tylko, że było przepięknie. Pamiętam też, że było trochę wolno i kiepsko kondycyjnie na dole. Ale to tylko taki mały, nic nieznaczący szczegół bo jak trzeba było zacząć przytulać się ze skałą to już było idealnie.

Najtrudniejsze chyba miejsce na trasie tj. ok. 1,5 metrową zionącą przepaścią szczelinę, przeszłam zupełnie bez wdzięku za to z lekkim popłochem w oczach i pomocną dłonią Krzysia. Widoki z Granatów po prostu przecudne. W pewnym momencie na samych Granatach widok był też przecudny bo cała atakująca tego dnia szczyty grupa TS+ pięknie zaprezentowała się granackiej publiczności, co nasz osobisty fotograf pan Yaretzki zdążył już Wam pokazać ;-)

Dzień drugi to piękna trasa na Karb i powrót, Zieloną Doliną Gąsienicową, do Murowańca. Nie przeszłam w Tatrach znowu aż tak wiele żeby oceniać czy klasyfikować ale ta droga jest według mnie jedną z piękniejszych po polskiej stronie no i jest mi też szczególnie bliska. W czasie jednego z pierwszych pobytów w Tatrach szłam tamtędy z Creamcheesem po zlodzonych kamolach ale widok z Karbu na lekko zaśnieżone zbocza Kościelca wynagrodził wtedy wszystkie trudy i strachy. Dwa razy byłam już tak blisko, tym razem też dusza i ciało rwały się do góry ale jak to mówią: do 3 razy sztuka albo… do 5. I w sumie, to fajnie jest mieć tę górę ciągle „przed sobą” ;-)

Po powrocie niezwykłe rzeczy działy się też w schronisku. Pani Grażyna na przywitanie robiła wszystkim zdjęcie z hydrantem a pisząca ten tekst Falco wystąpiła w niecodziennej roli kelnerki. Sytuacja była komiczna bo po zakupieniu 6 piw, jak tylko ruszyłam z pełną tacą w stronę drzwi wyjściowych schroniska, pojawił się Janusz i takim tekstem: „Czekaj. Pomogę Ci” I w tym momencie wziął 2 kufle z tacy….” Jak się wywalisz to chociaż tyle się uratuje” doprowadził mnie do łez. Jak doniosłam pozostałe 4 nie mam pojęcia ale naprawdę było wesoło.

Bardzo nie chciało się wracać, oj bardzo. Siedzieliśmy dobrych kilka godzin patrząc jak stopniowo cały świat znika za chmurami. Wygonił nas z Murowańca dopiero deszcz. Dalej już tylko pusty szlak do Zakopanego, cudowny mimo ulewy! Tadex przygarnął mnie na chwilę do swojej kwatery na gorącą herbatę!! Cała byłam przemoczona, ale jako, że w plecaku nie miałam nic suchego, nie musiałam się przebierać, na szczęście!! No a potem długa, nocna podróż do Warszawy, prosto do pracy. Wyschłam gdzieś w okolicach Radomia ;-)

Pozwólcie, że na koniec przedstawię moją prywatną statystykę z wyjazdu w liczbach: 2 dni, prawie 3 doby, w tym 13 godzin podróży w tą i z powrotem, 8 godzin snu, 14 godzin na szlaku, 4 (??) szczytowania, 0 upadków, 1 zarobienie głową w skalny daszek, 12 niesamowitych, dzielnych, silnych, pozytywnych tatromaniaków (siebie nie liczę), nieskończona liczba minut ze śmiechem i uśmiechem, 1 wielka nieuleczalna tęsknota ale to już po powrocie więc w sumie nieistotna ;-)

Bardzo dziękuję WSZYSTKIM za fantastyczne chwile i za to, że w Waszym gronie można być sobą. Żałuję, że nie było więcej czasu żeby się lepiej poznać i porozmawiać. A następna okazja dopiero za rok :-(

PS: Prezesie wszystkich prezesów, czy nie można by tak częściej??? ;-)
"Wobec potęgi gór prościej odkrywa się siebie, a przynajmniej to, że większość granic i lęków to tylko ułomność naszego umysłu, poza którą zaczyna się wolność"

Awatar użytkownika
creamcheese
Posty: 1830
Rejestracja: 2012-06-07, 11:19
Lokalizacja: lublin

Post autor: creamcheese » 2016-09-06, 18:24

_Falco_ pisze:
PS: czy nie można by tak częściej??? ;-)
Ależ można!! Proponuję zimowe Roztocze... ;-)
Wcześniej, bo jesienią zobaczysz się z TS+ na październikowym Czrtgraniu...na które oczywiście zapraszam wszystkich chętnych 7-9 października w Ustrzykach Górnych. A w następną sobotę (15.10) "Zeszłoroczne Grzybki"...też w Bieszczadach...też zapraszam.
Lekarz zabronił mi chodzić po górach. Chodzę więc chyłkiem. Żeby nie widział.

Awatar użytkownika
yaretzky
Posty: 641
Rejestracja: 2015-03-13, 20:11
Lokalizacja: Lubin

Post autor: yaretzky » 2016-09-06, 18:40

creamcheese pisze:
yaretzky pisze:A po rozgrzewce -> Orla Perć... :-)
Z dedykacją dla yaretzkych
https://www.youtube.com/watch?v=bJPeA0JtDEc
Phi...?! Orla w 1 dzień 16 godzin i 32 minuty ? Też mi coś ?! :-P ;-) :mrgreen: :mrgreen:
Zrobimy to w w 1 dzień 16 godzin i 27 minut !!!! :-P :mrgreen: :mrgreen:

A poważniej - jeśli to (te rekordy) dla niego ważne to OK... Nie się bawi... Dla mnie bez sensu, ale każdy się bawi tak jak lubi...
Ale filmik z "podglądem" na cała trasę Orlej fajny... :->
"Od gór lepsze są tylko góry...
więc pocę się na szlaku i męczę
... i ciągle chcę więcej..."
https://photos.google.com/albums

Awatar użytkownika
krzyś
Posty: 589
Rejestracja: 2013-10-28, 12:51
Lokalizacja: Katowice

Post autor: krzyś » 2016-09-06, 21:41

creamcheese pisze:sobotę (15.10) "Zeszłoroczne Grzybki"...też w Bieszczadach...też zapraszam.
... i to jest bardzo słuszna koncepcja, bardzo słuszna... :roll:

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5559
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2016-09-07, 05:14

_Falco_ pisze: nieskończona liczba minut ze śmiechem i uśmiechem, 1 wielka nieuleczalna tęsknota ale to już po powrocie więc w sumie nieistotna
ślicznie powiedziane :-D
tylko, że ta nieistotna część to większość żywota, do diaska ;-)
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
dakOta
Posty: 352
Rejestracja: 2016-07-01, 13:33
Lokalizacja: Kraków

Post autor: dakOta » 2016-09-07, 08:40

Lidka K. pisze:
_Falco_ pisze: nieskończona liczba minut ze śmiechem i uśmiechem, 1 wielka nieuleczalna tęsknota ale to już po powrocie więc w sumie nieistotna
[...]ta nieistotna część to większość żywota, do diaska ;-)
E tam, liczy się jakość, a nie ilość. Lidka, nie dawaj się! Falco ma rację.
krzyś pisze:
creamcheese pisze:sobotę (15.10) Proponuję zimowe Roztocze... [...] "Zeszłoroczne Grzybki"...też w Bieszczadach...też zapraszam.
... i to jest bardzo słuszna koncepcja, bardzo słuszna... :roll:
Absolutnie się zgadzam. Co do Roztocza takoż.
Jeśli wola Twa
jeśli wybór masz
rzekom wodę daj
wzgórzom radość daj
Litościwy bądź
dla płonących w piekle serc
jeśli wola Twa
to ulecz je

ODPOWIEDZ