styczeń 2015

oceń najnowszy numer n.p.m., skomentuj wybrane artykuły, napisz, co podobało ci się w numerze, skrytykuj lub pochwal autorów tekstów

Moderatorzy: Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
fado76
Posty: 397
Rejestracja: 2011-01-02, 15:04
Lokalizacja: Jelenia Góra

Post autor: fado76 » 2015-01-08, 15:24

Czepiacie się :-D Nawet autorom "najlepszych" serii wydawniczych - jak chociażby Lonely Planet, zdarzało się napisać przewodnik o miejscu w którym nie byli :-D

http://gadling.com/2008/04/13/lonely-pl ... ry-he-wro/

Awatar użytkownika
sparkus
Posty: 2462
Rejestracja: 2009-01-08, 19:21
Lokalizacja: Jurajska Kraina

Post autor: sparkus » 2015-01-08, 16:11

fado76 pisze:Nawet autorom "najlepszych" serii wydawniczych - jak chociażby Lonely Planet, zdarzało się napisać przewodnik o miejscu w którym nie byli
W dzisiejszych czasach łatwego dostępu do informacji wszelakich, to całkiem łatwo stworzyć takie "dzieło". Wystarczy pozbierać te informacje, dodać swoje wymyślone przeżycia i robota gotowa. :-/
Całkiem niedawno przeglądałem przewodnik w którym ze zdziwieniem wtedy jeszcze, zauważyłem, że wiele akapitów, a nawet fragmentów słowo w słowo zostało przepisanych z podobnej literatury, tylko wiele lat wcześniej wydanej :shock: ....uczciwość odchodzi do lamusa i słowo to dla wielu , jak się okazuje jest bez znaczenia, a może już i nieznane. :-(
W górach jest niewiele, ale jest to co najlepsze.

Awatar użytkownika
creamcheese
Posty: 1833
Rejestracja: 2012-06-07, 11:19
Lokalizacja: lublin

Post autor: creamcheese » 2015-01-08, 16:11

:mrgreen: ale Thomas K chociaż się przyznał.
Dostałem pozwolenie na opublikowanie odpowiedzi "naszego" autora. Wkleję ją dziś jeszcze.
Domyślacie się chyba, że "nasz" twierdzi,że był w Sowich.

Awatar użytkownika
creamcheese
Posty: 1833
Rejestracja: 2012-06-07, 11:19
Lokalizacja: lublin

Post autor: creamcheese » 2015-01-08, 22:05

Jak obiecałem:
Zamieszczam odpowiedź autora artykułu na moje wątpliwości (przekazana mi za pośrednictwem redakcji).
Mam napisany swój komentarz, ale pomyślałem, że nie będę Wam niczego sugerował...może jestem upierdliwym marudą ?
Zostawiam Wam 48 godzin na Wasze spostrzeżenia. Swoje zdanie wkleję w sobotę o 22:oo
Oto w całości odpowiedź autora artykułu, pana Tomasza Rzeczyckiego:
Gdy byłem na Przełęczy Woliborskiej ZIM¡, byłem kompletnie zmęczony, stąd odpoczynek w "pierwszym wolnym" miejscu - pod drzewem. Pamiętam, że była kompletna mgła. Wiatę pamiętam z pobytu letniego w 2014 roku. Mam nadzieję, że nie zrobiłem nic złego przez fakt, że nie wszedłem do istniejącej wiaty? Naprawdę nie mam potrzeby zaglądać do większości wiat wtedy, gdy jestem bardzo zmęczony.

Tak, nocowałem w byłym schronisku PTTK, przemianowanym na Villę Hubertus, a pod tekstem podałem namiar na Dom Wypoczynkowy "Pod Fortami". Wiem, że są to dwa inne obiekty. Wiedziałem to też wtedy, gdy pisałem tekst. Byłem w Srebrnej Górze zarówno wtedy, jak schronisko było schroniskiem PTTK, jak i po tym, gdy PTTK sprzedało ten obiekt. Pisząc tekst nie wiedziałem, że internauta będzie oczekiwać, iż podam namiar telefoniczny na Villę Hubertus.


Z pozdrowieniami-
Tomasz Rzeczycki

Leuthen

Post autor: Leuthen » 2015-01-08, 22:24

Jak na osobę parającą się pisaniem artykułów p. Rzeczycki nie bardzo chyba wie, jak stosować określenie "kompletnie". To prawdopodobnie jedno z jego ulubionych słów? Tymczasem "kompletnie zmęczony" to błąd frazeologiczny. Można być co najwyżej "kompletnie wyczerpanym". Także "kompletna mgła" to nadużycie (nieco mądrzej: kontaminacja). Mgła mogła być gęsta lub nieprzenikniona, a Przełęcz Woliborska mogła tonąć we mgle.

Awatar użytkownika
Vlado
Posty: 5079
Rejestracja: 2011-01-14, 11:23
Lokalizacja: Wega XXI

Post autor: Vlado » 2015-01-09, 11:42

Cc skoro autor pisze, że był, to ja mu wierzę, bo niby dlaczego mam nie wierzyć?
Dla mnie wiaty w górach zazwyczaj nie są celem samym w sobie, ani jakąś większą atrakcją.
Wolę usiąść na pniu czy kamieniu, niż w zasyfiałej wiacie.
Więc jakby rozumiem autora, gdy pisze:
"Cóż, trzeba się zatrzymać gdzieś przy jednym z drzew, wyciągnąć termos i chłodny prowiant"

Ale jednocześnie uważam, że pisząc artykuł do turystycznej gazety, autor powinien wspominać m.in. o istnieniu miejsc takich jak wiaty.
No i ta odpowiedź na Twoje zapytanie, jakaś taka niesmaczna...

Od zawsze mam wrażenie, że w NPMie promuje się styl sentymentalny, naszprycowany wewnętrznymi przeżyciami autorów, a niewielką uwagę przywiązuje się do wartości merytorycznej.
Mi to średnio odpowiada, ale to kwestia gustu.

Awatar użytkownika
creamcheese
Posty: 1833
Rejestracja: 2012-06-07, 11:19
Lokalizacja: lublin

Post autor: creamcheese » 2015-01-09, 12:03

Vlado !!
Jak pada śnieg, a do tego jeszcze duje wiatr, to jednak wolę choć na chwilę przysiąść we wiacie.
Zasyfiała, powiadasz...a byłeś w niej?
Czy opisywałem już historię z życia wziętą o wiacie?
Jeśli nie to poczytaj:

¦mierć w rodzinie zmieniła moje plany urlopowe...zająłem się uroczystością żałobną, ale potrzeba odpoczynku stała się jeszcze silniejsza. Skróciłem trochę trasy, odwołałem niektóre rezerwacje i wyruszyłem w góry z kilkudniowym opóźnieniem...
W niedzielę przed południem doszedłem do wiaty...jak na złość, choć do tej pory nie spotkałem nikogo na szlaku, w wiacie siedział człowiek. Piszę, jak na złość, bo właśnie za kilkanaście minut miała rozpocząć się msza za Zmarłego, a ja pełen wyrzutów, że jestem w górach a nie w kościele, chciałem choćby chwilą zadumy, w spokoju i samotności uczcić Jego pamięć. Chciałem choćby z daleka uczestniczyć w mszy.
Nieznajomy jadł śniadanie, rozmawialiśmy trochę, opowiadał o swojej fascynacji górami i...o swoim życiu na Syberii. W innych okolicznościach słuchałbym z zaciekawieniem, ale teraz zerkałem na zegarek, bo południe i początek mszy był tuż tuż, a on mówił, mówił, mówił.
Zaczynałem się niecierpliwić, być zły...gdy już dochodziła 12-ta nie wytrzymałem. Przeprosiłem mojego przygodnego towarzysza o chwilę ciszy, bo właśnie rozpoczyna się msza za...
- Nic nie dzieje się bez powodu – powiedział – jestem księdzem, misjonarzem na Syberii.
I modliliśmy się razem, w wiacie wśród lasu, gór...i „wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie a światłość...”
Nawet nie wziąłem od Tomka adresu, telefonu, nawet mu nie podziękowałem...
...kontakt z nim jednak udało mi się nawiązać, choćby po to by wysłać mu życzenia w srogie, syberyjskie Boże Narodzenie

Jak widzisz nie wszystkie wiaty są zasyfiałe.

A tak na marginesie...to była właśnie TA wiata...na Przełęczy Woliborskiej

Pozdrawiam ciepło

Awatar użytkownika
Vlado
Posty: 5079
Rejestracja: 2011-01-14, 11:23
Lokalizacja: Wega XXI

Post autor: Vlado » 2015-01-09, 12:17

Cc napisałem ogólnie o wiatach. Napisałem, że zazwyczaj. I napisałem, że autor powinien o niej wspomnieć.
I rozumiem, że akurat na tę wiatę już zawsze będziesz patrzył inaczej, ale o tym do teraz wiedziałeś tylko Ty.

Buziaki;)

Leuthen

Post autor: Leuthen » 2015-01-09, 14:38

Vlado pisze:skoro autor pisze, że był, to ja mu wierzę, bo niby dlaczego mam nie wierzyć?
Generalnie ja też wierzę ludziom i chcę wierzyć, że jak ktoś pisze jakiś tekst, to robi to uczciwie. Dziś wybrałem się do EMPIK-u, żeby przeczytać artykuł pana Rzeczyckiego. Rzeczywiście jest w nim coś, co w zestawieniu z przytoczoną odpowiedzią sprawia, że człowiek nabiera wątpliwości. Autor pisze w mailu a propos warunków na Przełęczy Woliborskiej: "kompletna mgła". W tekście artykułu mowa jest o "lekkiej mgiełce". Pan Rzeczycki pisze w mailu, że był "kompletnie zmęczony", a w artykule pisze o przeskakiwaniu przez przydrożny rów na przełęczy. Czy tak robi wyczerpana osoba? Ponadto sprawa Wielkiej Sowy... W tekście artykułu są dwa zdjęcia. To na początku prezentuje szczyt Wielkiej Sowy z wieżą widokową. Autor wspomina o jej remoncie i że był na jej otwarciu wiosną 2006 r. Tymczasem niewątpliwie zamieszczone w artykule zdjęcie jest wykonane przed remontem wieży (co najmniej 9 lat temu). Mimo tego, że na zdjęciu wieża jest pokryta śniegiem i szadzią, wyraźnie widać uszkodzenia. Także wygląd "balkonu" nad drzwiami na dole wskazuje ewidentnie, że zdjęcie wykonano przed remontem. Pan Rzeczycki pisze, że na szczycie Wielkiej Sowy jest wiata i że siedział w niej ze znajomym. Otóż od paru już dobrych lat wiat tych jest co najmniej trzy. Sama wieża jest oświetlona w nocy (o tym autor nie wspomina - pisze tylko o "latarniach ulicznych" na szczycie). Może wypadałoby jeszcze dopytać autora KIEDY rzeczona wyprawa miała miejsce?

Awatar użytkownika
sonar
Posty: 336
Rejestracja: 2011-12-20, 12:32
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: sonar » 2015-01-09, 14:50

Leuthen pisze:Pan Rzeczycki pisze w mailu, że był "kompletnie zmęczony", a w artykule pisze o przeskakiwaniu przez przydrożny rów na przełęczy. Czy tak robi wyczerpana osoba?
No to mamy oszusta i krętacza :-D :-) :lol:
Edit: podziwiam zdolności dedukcyjne Leuthena i nie uważam TR za "oszusta i krętacza. Pisżę to dlatego, gdyż prawdopodobnie za mało dałem uśmieszków i chyba Cisy2 nie zrozumiał tej ironii.
Ostatnio zmieniony 2015-01-12, 09:15 przez sonar, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Satan
Posty: 5592
Rejestracja: 2009-02-22, 20:22
Lokalizacja: Gdańsk/Beskid Płaski

Post autor: Satan » 2015-01-09, 19:19

Vlado pisze: Od zawsze mam wrażenie, że w NPMie promuje się styl sentymentalny, naszprycowany wewnętrznymi przeżyciami autorów, a niewielką uwagę przywiązuje się do wartości merytorycznej.
Mi to średnio odpowiada, ale to kwestia gustu.
Jak nigdy wcześniej i zapewnie nigdy później, zgadzam się jak jasna cholera. :mrgreen: ;-)
For God Your Soul... For Me Your Flesh

Dark Side of N.P.M.

Awatar użytkownika
atineb
Posty: 1445
Rejestracja: 2010-10-26, 21:06
Lokalizacja: depresja (ppm)

Post autor: atineb » 2015-01-10, 20:31

Leuthen pisze: Może wypadałoby jeszcze dopytać autora KIEDY rzeczona wyprawa miała miejsce?
Sama nie wiem jakie stanowisko zająć w powyższej dyskusji. Moje wątpliwości biorą się z tego, że i mój tekst znalazł się dwukrotnie w n.p.m.

I muszę przyznać, że obie, opisywane przeze mnie wyprawy miały miejsce nie w roku i tym bardziej miesiącu wydania numeru. Były to wędrówki sprzed dwóch, trzech lat.
Wprawdzie w miejscach tych byłam i wszystko, co opisałam przeszłam osobiście, a pisząc artykuły sprawdzałam, korzystając z internetu, czy stan miejsc i informacje są aktualne (np. etap remontu schroniska, czy stan spalonej boudy), ale opierałm się na wspomnieniach.

Głównie wynika to z tego, że numer powstaje przez jakiś czas i moja lipcowa wycieczka - gdyby miała być aktualna, pojawiłaby się w październikowym numerze. A redakcja dba, żeby artykuły były związane z miesiącem, porą roku wydania numeru.
Także z tego, że redakcja stara się dbać o róznorodność i potrzebuje tekstu z niekoniecznie tego pasma, w którym autor akurat był przed chwilą.

Z całą pewnością zgadzam się z tym, że autorzy nie powinni pisać o miejscach, w których nie byli. Natomiast, na własnym przykładzie widząc, pewne przesunięcie w czasie nie utrudnia bardzo pisania.

Myślę też , że pewne problemy mogą wynikać z rutyny. Ktoś, kto pisze regularnie, do każdego numeru, może po prostu jest trochę "zużyty" :lol: ?
Pamiętam, że ja, jako nowicjuszka, przeżywałam mój debiut bardzo, cyzelowałam każde słowo, sprawdzałam wszystko sto razy i nie odrywałam oczu od map i stron internetowych. Ale czasu miałam dużo, nie musiałam napisać artykułu do każdego numeru, mogłam sobie go dopieszczać. Z drugiej strony - redaktorowanie w tego typu piśmie kojarzy mi się z pracą - pasją. A w takiej nie powinno się sobie pozwalać na rutynę ;-)
byle do wakacji

Awatar użytkownika
ziaro
Posty: 105
Rejestracja: 2012-03-06, 14:08
Lokalizacja: Bytom
Kontakt:

Post autor: ziaro » 2015-01-10, 21:01

No ja przyznam, że chciałbym by artykuły w npm były jak najbardziej prawdziwe. Często czytam o miejscach, w których jeszcze moja stopa nie stanęła i chciałbym jednak czytać o czymś świeżym, prawdziwym. Bowiem jak bym się potem wybrał nie chciałbym zostać nie mile zaskoczony.

Betina, no to przyznam, że jestem zaskoczony tą informacją o ukazywaniu się artykułów. Przyznam, że one w miarę na bieżąco się ukazują.
#ziaronaszlaku

Awatar użytkownika
Cisy2
Posty: 742
Rejestracja: 2012-12-13, 00:10
Lokalizacja: Świebodzice

Post autor: Cisy2 » 2015-01-11, 05:07

Pozwolę sobie i ja wejść do tej dyskusji. Będzie to trochę obszerne, ale uważam, że podjęty przez creamcheese temat wcale nie jest taki błahy.

Pana Tomasza Rzeczyckiego nie znam. Nie znam bliżej... Widzieliśmy się zaledwie jeden raz i to przez jedynie kilka minut gdzieś tak na początku 2005 r. W jakieś czwartkowe późne popołudnie wracałem z pracy z Wrocławia do moich ¦wiebodzic i po drodze wstąpiłem do gmachu świebodzickiej Biblioteki Miejskiej, aby przekazać mojej koleżance ze szkolnej ławy, Małgosi, trochę skserowanych dokumentów dotyczących jakichś XVIII- i XIX-wiecznych epizodów z dziejów naszego miasta. W bibliotece było dość sporo ludzi, gdyż dosłownie kilka minut wcześniej zakończyło się spotkanie autorskie z panem Tomaszem Rzeczyckim, autorem wydanej kilka miesięcy wcześniej książki "Góry Polski" (Katowice 2004, książka recenzowana przez K. Mazurskiego, A. Matuszczyka i mojego SKPS-owskiego serdecznego przyjaciela, dziś już profesora Jacka Potockiego). Wcześniej tej książki w ręku nie miałem - był to okres kończenia przeze mnie pisania i redagowania mojej książki habilitacyjnej (dotyczącej wprawdzie Sudetów, ale tych z VIII-X w.), w związku z czym literatura turystyczna i krajoznawcza musiała na jakiś czas zejść na dalszy plan.

Małgosia nas sobie przedstawiła. Mnie - jako "archeologa i przewodnika górskiego". Pan Tomasz zapytał, z jakim kołem przewodnickim jestem związany. Gdy usłyszał, że z wrocławskim Studenckim Kołem Przewodników Sudeckich, rzekł mniej więcej coś takiego: "A, to wy wydajecie "Karkonosza" i "Pielgrzymy"... Fajne, ale ja za dokładnie ich nie studiuję, bo dużo jest tam tekstów o Sudetach czeskich i niemieckich sprzed 1945 r., a mnie interesują bardziej góry Polski i dzieje polskiej turystyki". Powiedziane było to szczerze, bez żadnej próby jakiegoś dowartościowania się czy może bardziej ukrycia jakiś nie do końca poznanych zakresów wiedzy o górach.

Belfrem, wprawdzie pracującym już z pełnoletnią młodzieżą, jestem od blisko 30 lat, pochodzę też z nauczycielskiej rodziny, i wierzcie mi, że potrafię określić, kto jest "oszustem i krętaczem" (a takie słowa - wprawdzie ozdobione uśmieszkami - pojawiły się w tym wątku). Pan Tomasz Rzeczycki na pewno, takie jest moje zdanie, "oszustem i krętaczem" nie był i nie jest.

Ale jestem jednocześnie przekonany, że przed miesiącem, może dwoma, autor tekstu w "N.P.M." z całą pewnością nie przebijał się wraz z towarzyszącym mu Adamem Miozgą (autorem fotografii w artykule) przez zaśnieżone Góry Sowie. Postaram się wyjaśnić tę sprzeczność.

Na pytanie creamcheese "Był Pan w tych Sowich kiedykolwiek??" mogę odpowiedzieć za T. Rzeczyckiego - "Tak!". Jestem jednak przekonany, że gdyby pytanie zabrzmiało nieco inaczej "Kiedy Pan odbył opisywaną przez siebie wędrówkę?", to odpowiedź na nią byłaby dosyć ciekawa "W 2000 roku". Jestem pewien, że przedstawiony w styczniowym numerze (z 2015 r.!) "N.P.M." opis przejścia przez zaśnieżone Góry Sowie jest retrospektywnym przedstawieniem wędrówki sprzed lat, na pewne potrzeby (o tym za jakąś chwilę) "przeniesionej w czasie" na początek zimy 2014/2015. Autor w swojej relacji kilkakrotnie wspomina swój pobyt w Górach Sowich w 2000 r. Ta data kilkakrotnie pada w tym artykule (raz wymieniona wprost "w 2000 r.", raz w formie "sprzed niemal 15 lat" i raz "na początku XXI w."). We wszystkich tych przypadkach autor dokonuje swoistych retrospekcji i porównuje stan schronisk i szlaków z rzekomo 2014 r. (słowo "rzekomo" jest moje -KJ) ze stanem z 2000 r. Okazuje się przy tym, że opisy dotyczące 2000 r. są bardziej plastyczne i jędrne niż te "aktualne" - i to jest pierwszy sygnał, że coś nie gra, że w pamięci żywe są właśnie te mające kilkanaście już lat przeżycia i obserwacje. I tu powiem coś od siebie - te elementy retro w artykule mi się podobają. Naprawdę!

Ale idźmy dalej. Skąd wiem, że pod koniec roku 2014 panowie Tomasz i Adam nie pokonywali sowiogórskich śnieżnych zasp? Ano dlatego, że ani w październiku, ani w listopadzie, ani też na początku grudnia 2014 r. (numer styczniowy za 2015 r. trafił do kiosków w połowie grudnia 2014 r.) zasp w Górach Sowich nie było. W dniu 22 grudnia 2014 r. zafundowałem sobie wycieczkę z Walimia przez Przełęcz Walimską, Wielką Sowę, Starą Jodłę i Kamionki do Pieszyc. Na Przełęczy Walimskiej (750 m n.p.m.), która leży nieco wyżej niż w artykule zawalona śniegiem Przełęcz Woliborska (711 m n.p.m.) śniegu jeszcze nie było (rozebranej wiaty, o którą pytała w swoim wątku Buba natomiast już nie było):


Obrazek

¦niegu nie było nawet na wysokości ok. 850 m n.p.m.

Obrazek

Nawet na szczycie Wielkiej Sowy (1015 m n.p.m.) nie sposób było ugrzęznąć w śnieżnych zaspach

Obrazek


Konkluzja musi zatem być tylko jedna - pan Tomasz nie był w Górach Sowich w ostatnich tygodniach 2014 r., a jeżeli był, to z niesprzyjającymi zimowymi warunkami pogodowymi nie walczył - ani na Przełęczy Woliborskiej, ani też w żadnym innym miejscu.

I tutaj znowuż wracamy do 2000 r. Leuthen w swoim poście zauważył, że przedstawiona na fotografii w artykule wieża na Wielkiej Sowie jest taka jakaś niedzisiejsza. I to jest prawda - tak wyglądała wieża przed jej remontem przeprowadzonym od jesieni 2005 do wiosny 2006 r.

Mam jedne z ostatnich fotek "pryszczatej" wieży, wykonane w lipcu 2005 r.

Obrazek

Obrazek

Jak wygląda dzisiaj, doskonale wiecie. Bo na tej mojej zamglonej fotografii sprzed dwóch tygodni, którą zamieściłem nieco wyżej, szczegóły są przez tą mgłę dość mocno zakamuflowane. Leuthen też zwrócił uwagę, że Tomasz Rzeczycki informuje Czytelników, że na szczycie jest jedna wiata, a powinien wspomnieć - jak zaznacza nasz forumowy kolega - aż o trzech takich obiektach. Ze swojej strony dodam, że w artykule pojawia się zdanie: "Obok elektrycznych latarni ulicznych postawiono jeszcze drewnianą wiatę z dwuspadowym dachem...", chociaż tak naprawdę dzisiaj uwagę wchodzących na szczyt turystów bardziej przykuwa największa na polanie szczytowej wiata, zbudowana na planie wieloboku.


Obrazek


Nie ma o niej ani słowa. Podobnie jak o budowanej na szczycie kaplicy czy też drewnianej dużej figurze sowy.

Zauważcie też, o ile macie pod ręką egzemplarz "N.P.M." z artykułem pana Rzeczyckiego, że na fotografii wieży widoczne są przed nią charakterystyczne dla dawnego województwa wałbrzyskiego szlakowskazy. Zaczęto je stawiać pod koniec lat 70. XX w., w złotych czasach województwa, gdy prosperowały w nim jeszcze kopalnie węgla kamiennego i wiele innych, dziś już nieistniejących zakładów przemysłowych. Także i wałbrzyskie PTTK miało się wtedy dobrze - zamówiło m.in. u rzeźbiarza M. Szpakowskiego z Ludwikowic Kłodzkich ozdobne duże szlakowskazy, rozmieszczone na wszystkich ważnych węzłach szlaków turystycznych w dawnym województwie wałbrzyskim, także na Wielkiej Sowie. Wyglądały one mniej więcej tak (ten szlakowskaz jest z okolicy Jeziorka Daisy na Pogórzu Wałbrzyskim - stan z sierpnia 1986 r.):


Obrazek



I taki właśnie szlakowskaz przedstawiony jest na zdjęciu w artykule pana Tomasza Rzeczyckiego. Natomiast na dwóch moich zamieszczonych nieco wyżej fotografiach z sierpnia 2005 r. już go nie ma. Dzisiaj szlakowskazy na Wielkiej Sowie zaś są takie:


Obrazek


W artykule T. Rzeczyckiego jest jeszcze jedno zdjęcie. Też stare. Przedstawia neogotycki kościół p.w. św. Antoniego w Pieszycach. Kościół wprawdzie się od 2000 r. nie zmienił, ale jego otoczenie owszem. W googlach można znaleźć wiele fotografii tego zabytku. Inna jest dzisiaj na przykład wiata autobusowa znajdująca sie naprzeciw kościoła, kilka innych różnic dostrzeżemy w pozostałych częściach kadru. Co ciekawe, pod zdjęciem znajduje się imię i nazwisko autora fotografii: Adam Miozga, czyli imię jest takie same jakie nosi wspominany kilkakrotnie w relacji towarzysz wędrówki pana Tomasza, przypomnijmy, że wędrówki która miała się odbyć na początku bardzo śnieżnej zimy 2014 r.

A zatem nasze początkowe przypuszczenie, że relacja zamieszczona w najnowszym numerze "N.P.M." jest tak naprawdę relacją z 2000 r., graniczy już niemal z pewnością. Można zadać więc kolejne pytanie - czy w 2000 r. na Przełęczy Woliborskiej stała drewniana wiata turystyczna. Przyznam się, że ja nie pamiętam - z moich notatek odczytałem przed chwilą, że przez przełęcz przechodziłem 11 lipca 1999 r., później miałem kilkuletnią przerwę w odwiedzinach tego miejsca (ponownie znalazłem się tam dopiero 5 maja 2006 r. i 5 lipca 2006 r., i z tego czasu wiatę już pamiętam). Myślę, że znalezienie informacji, czy w 2000 r. wiata w tym miejscu stała, czy też jej jeszcze nie było, nie stanowi jakiegoś większego problemu. Jeśli była, to znaczy, że autor artykułu o niej po prostu zapomniał. I tyle...

Większym problemem dla nas, a jeszcze większym zapewne po całej tej naszej forumowej aferze dla pana Tomasza Rzeczyckiego, jest wyjaśnienie kwestii, dlaczego wędrówka z ubiegłego stulecia i tysiąclecia (bo 2000 r. to jeszcze XX w.) została przeniesiona w czasie do roku 2014 r. Jestem przekonany, że była to po prostu sugestia redakcji miesięcznika "N.P.M.". To czasopismo ma zupełnie inny charakter niż "Płaj", "Wierchy", wywodzące się z różnych środowisk akademickich "Połoniny", "Pielgrzymy", "Magury", "Harnasie", "Watry", "Karkonosze" (l.poj. "Karkonosz") i "Pielgrzymy", których zespoły redakcyjne wręcz marzą o zdobyciu relacji z górskich wędrówek odbywanych przed laty. Celem redakcji "N.P.M." jest sprzedać jak największą część nakładu w ciągu miesiąca (do czasu zwrotu z kiosków i EMPiK-ów), dlatego kieruje swój produkt do trochę innego Czytelnika, niż czynią to zespoły redakcyjne "Wierchów" i innych specjalistycznych i prestiżowych periodyków. Wśród oczekiwanych przez Redakcję "N.P.M." odbiorców są bowiem i tacy, którzy jeszcze albo gór nie znają, albo dopiero zaczynają je poznawać, albo wreszcie - mając już pewne górskie doświadczenie - chcący znaleźć w piśmie poradę, w jakie to nowe, nieznane im dotąd pasmo, w najbliższym czasie się wybrać. I takim osobom - zdaniem Redakcji - nie można pod nos podstawić oferty "z 2000 r.". To przecież jasne. Przyznanie się, że relacja trąci ubiegłowieczną myszką byłoby, zdaniem redaktorów pisma, serią z kałacha w kolano. Towar musi być zawsze świeży.

I tylko z tego powodu, moim zdaniem, powstało całe to zamieszanie. A ja tak bym chciał przeczytać jeszcze raz całą "niesamoocenzurowaną" relację z odbytej kilkanaście lat temu wycieczki Pana Tomasza w Góry Sowie. Wraz z dokładnymi datami i wieloma innymi szczegółami, które musiał (albo chciał) ukryć przed Czytelnikami czasopisma.


Ale ponieważ "N.P.M." musi mieć stały dopływ tekstów, trafiających do redakcji co miesiąc, musi korzystać z pomocy autorów, którzy im artykuły potrzebne do kolejnych zeszytów pisma dostarczą, czy wręcz zagwarantują ich "seryjną produkcję" w dłuższym przedziale czasowym. Dlatego też tacy autorzy jak m.in. pan Rzeczycki są dla redakcji szczególnie cenni. Nie ma w moich słowach żadnej ironii - wiem, że tak musi funkcjonować przedsiębiorstwo zajmujące się działalnością wydawniczą na rynku prasowym. Co miesiąc wpływają od stałych współpracowników do redakcji teksty, które niejako z marszu idą na maszyny drukarskie. Ograniczenie się wyłącznie lub prawie wyłącznie do tekstów przysłanych do redakcji przez "zwykłych" turystów, tekstów nawet i bardzo dobrych, byłoby samobójstwem dla czasopisma. Artykuły muszą napływać stale - nie tylko po sezonie letnim czy zimowym. A to zapewniają właśnie tzw. stali współpracownicy. I bardzo często się zdarza, że przygotowując swoje teksty korzystają ze starych zasobów fotografii i starych pokładów pamięci. Raczej mało który spośród nich będzie co miesiąc wybierał się w góry w celu opracowania kolejnego artykułu. Koszt takiego wyjazdu zapewne przekraczałby honorarium otrzymywane przez stałych współpracowników od redakcji.


W tym moim, przyznaję, mocno już przydługawym tekście chciałbym jeszcze napisać, co mi się w artykule Tomasza Rzeczyckiego podobało. Ujął mnie anegdotką o podróży motorowej Andrzeja Scheera po wiaduktach, nasypach i przekopach pod torowiska dawnej kolei sowiogórskiej. Pan Andrzej opisywał tę przejażdżkę w swoim artykule "Zapomniane linie kolejowe w województwie wałbrzyskim", zamieszczonym w 1984 r. w "Roczniku ¦widnickim". Fajnie, że T. Rzeczycki trafił po latach na ten zapomniany tekst i wspomniał o nim w swoim artykule. Jeśli zaś chodzi o samego nieżyjącego już niestety Andrzeja Scheera, to jego nazwisko powinno być znane wszystkim miłośnikom średniowiecznych kamiennych krzyży, określanych niekiedy jako "krzyże pokutne" (i tej terminologii zawsze trzymał się A. Scheer), innym razem jako "krzyże pojednania" (są i inne propozycje terminologiczne, ale to byłby już zupełnie nowy temat). Nikt nie napisał tylu artykułów o tych zabytkach, ile właśnie świdniczanin Andrzej Scheer. Fajne też były "ozdobniki" o telefonie "Centertela" w dawnym schronisku PTTK w Srebrnej Górze, o starych ilustrowanych biletach na wyciąg narciarski. Nie podobało mi się natomiast plotkarskie potraktowanie personelu schroniska "Zygmuntówka" i opisywanie głośnej zakłócającej sen turystów kłótni małżeństwa prowadzącego schronisko. Wprawdzie autor informuje, że zdarzenie to miało miejsce nie dziś, lecz podczas jego pierwszego pobytu w obiekcie na Przełęczy Jugowskiej, ale - w świetle tego co napisałem wcześniej - dojście do personaliów bohaterów tej scysji (być może epizodycznej) jest naprawdę możliwe.


I na koniec moja ostateczna konkluzja dotycząca artykułu o Górach Sowich autorstwa Tomasza Rzeczyckiego - nie jest najgorszy, miejscami jest fajny, a i można nad nim trochę pogłówkować. Opisywaną w artykule trasę autor na pewno przeszedł, a to, że nie napisał wprost, kiedy jego wędrówka tak naprawdę miała miejsce, to już wynik jakichś innych uwarunkowań - zapewne na linii "redakcja-autor". Na pewno grzechem Tomasza Rzeczyckiego, grzechem związanym z tym artykułem, są jego słowa zawarte w mailu do creamcheese. Zacytuję je: "Gdy byłem na Przełęczy Woliborskiej ZIM¡, byłem kompletnie zmęczony, stąd odpoczynek w "pierwszym wolnym" miejscu - pod drzewem. Pamiętam, że była kompletna mgła. Wiatę pamiętam z pobytu letniego w 2014 roku." Wiemy, że autor w zaspy śnieżne nie zabrnął (przynajmniej pod koniec 2014 r.), ale zabrnął za to w jakąś zupełnie niepotrzebną werbalną gmatwaninę, zamiast szczerze - wszak było to adresowane TYLKO do creamcheese - napisać jak było naprawdę.


I to już naprawdę koniec moich przemyśleń na temat artykułu sowiogórskiego pana Tomasza. Ale nie byłbym sobą - belfrem, przewodnikiem, człowiekiem zainteresowanym historią ¦ląska - gdybym nie wytknął bohaterowi tego wątku (podkreślę raz jeszcze - bohaterowi wcale nie negatywnemu) jeszcze jednego grzechu z tego styczniowego numeru "N.P.M.". Panie Tomaszu - artykulik o wałbrzyskim tzw. Mauzoleum jest po prostu słabiutki ("Mauzoleum pod Niedźwiadkami" na s. 10) i Pan doskonale o tym wie. No jak można coś takiego puścić? Jestem przekonany, że jest to zamówienie Redakcji czasopisma "na jutro". Tylko że nawet przez noc można napisać i więcej, i lepiej, i rzetelniej.

Przeczytałem przed chwilą bardzo fajną i mądrą wypowiedź Benity. Zgadzam się z Tobą, że artykuły pisane przez Czytelników do Ich gazety są z reguły bardziej wypieszczone, lepiej dopracowane, jakieś takie "świeższe" (i nie chodzi tu o zgodność chronologiczną naszej wędrówki i opublikowania relacji). Ponieważ są przygotowywane okazjonalnie (wiem, że to niezbyt ładne słowo) nie ma w nich tego, co jest bolączką tekstów przygotowywanych seryjnie - czyli tzw. rutyny. I to jest właśnie urok tych tekstów. Cieszę się, że sporo tych fajnych artykułów umieścili na łamach "N.P.M." członkowie naszego forum. Ty Benito, w ostatnim numerze (tak - tym styczniowym!) Pisk - czekam, kiedy zacznie pisać wreszcie na forum o Karpatach rumuńskich (może nie chce wywoływać u nas kompleksów ?), nieco wcześniej Aleksandra i - gdy był jeszcze w naszej społeczności forumowej - Mazeno. Jego tekst o Azji Centralnej był naprawdę dobry, nie został upstrzony bowiem dziesiątkami nazw geograficznych, które większości Czytelnikom absolutnie nic by nie mówiły, a które z pewnością spowolniałaby lekturę tekstu, tylko bardzo fajnie i obrazowo przedstawił cały szereg specyficznych dla tego regionu procesów i zjawisk kulturowych. Byłem kiedyś, oj dawno temu, w Uzbekistanie - Mazeno mi pewne wspomnienia odświeżył.


Chciałbym jeszcze zwrócić się do creamcheese. Takie teksty, jak ten Twój o wiacie na Przełęczy Woliborskiej, powodują, że niektórzy z nas (przynajmniej ja do takich osób należę) wiążą się z danym forum i jego forumową społecznością. Właśnie takich słów szukam, i cieszę się, że na tym forum tak wiele mogę ich znaleźć. Nie będę wymieniał moich ulubionych wśród Was autorów, są wśród Was także osoby, których wątków i postów nigdy nie komentowałem, są i osoby piszące o Tatrach i wyższych od nich górach. Wcale nie wyszukuję w Waszych tekstach jakichś uniesień i egzaltacji, tylko autentyzmu i skrojonej na publiczne forum szczerości. I to na tym forum jest. A jeśli chodzi o poszukiwanie egzaltacji, to nie musiałbym wchodzić na żadne forum - wystarczyłaby mi "Księga Tatr wtóra" Jalu Kurka i permanentne upajanie się Jego zdaniem o "wbijaniu taternickiego haka w nagą pierś Koszystej".


Tak mi się wydaje, że potrzebny jest nam pewien dystans, także i do naszych wspomnień, również do oczekiwań wobec i względem innych ludzi odwiedzających góry, nieraz te nasze góry i te nasze wiaty. Też kiedyś tworzyłem sobie w górach pewne mentalne sanktuaria i byłem zły, że te miejsca innych nie wzruszają, że przechodzą obok nich obojętnie. Czymś takim były przez jakiś czas dla mnie nasze karkonoskie ¦nieżne Kotły. Pamiętam, jak w pierwszych dniach stycznia 1985 r. Władek, kierownik naszej późniejszej wyprawy w Himalaje, wyciągnął mnie do Chatki pod ¦mielcem, aby następnego dnia zrobić jakąś wspinaczkę skalno-lodową w ¦nieżnych Kotłach. Był to mój pierwszy kontakt ze skałą i lodem - nigdy wcześniej nie miałem na butach raków, nigdy wcześniej nie trzymałem w rękach czekana.

Przybyliśmy z Władkiem do Chatki... a w niej ludzie, o których się dziś czyta w książkach Alka Lwowa. Gadanie prawie do rana, bo wyszła mgła, ktoś miał imieniny, ktoś coś himalajskiego wspominał a ktoś coś himalajskiego planował. I tylko ja taki bidak, który już teraz w tej chwili chciał iść spać, aby z samego rana wreszcie móc te wypożyczone od Dziamdziaka raki (kieleckie, od Kazia Mordercy) założyć na buty, a w łapy wziąć również dziamdziakowy pomarańczowo-czerwony czekan Stubaia. A tu kroją się nici (o, wyszło mi bardzo krawieckie zdanie).

Gdy rano wstałem, wszyscy spali. Władek też. Narąbałem drzewa, zagotowałem wodę - aby tylko przybliżyć czas wyjścia w góry. Na szczęście pierwszą osobą, która raczyła się obudzić i wstać, był właśnie mój Władek.

Wyszliśmy z Chatki. Było już bardzo późno - dobrze po jedenastej...

Obrazek

A potem wędrówka niemal całkowicie zasypaną śniegiem ścieżką do ¦nieżnych Kotłów

Obrazek

I wejście w skałę

Obrazek

I to było ostatnie zdjęcie zrobione w tym dniu. Mgła zeszła, ale zrobiło się potwornie zimno. Cały czas prowadził oczywiście Władek - trzy, może cztery, a może nawet pięć wyciągów. Doświadczony instruktor i taternik, którego przejścia tatrzańskie były w "Taterniku" określane jako topowe przejścia sezonu zimowego, gdzieś tam nade mną walczył. Robiliśmy drogę Bartosza, wycenioną w "Skalnych Drogach Sudetów Zachodnich" J. Kolankowskiego na trudną 5 b (WK¦ 29), zaś przez Władka później określoną jako trochę w przewodniku niedoszacowaną. W jednym miejscu zawiodły śruby lodowe, pod zbyt cienką warstwą lodu był żwir zupełnie nie trzymający jakiegokolwiek haka. Władek coś oczywiście wynalazł, ale na mnie - unieruchomionego na dolnym stanowisku - wlazła przeraźliwie zimna chmura. Bałem się, bo robiło się już ciemno (styczeń), a my w połowie ściany - w pewnym momencie splunąłem na skałę, ot tak sobie, aby cokolwiek w tym zimnie robić. A do skały - oddalonej ode mnie o może 80 cm - doleciała nie ślina, lecz grudka lodu. Przeraziłem się wtedy jeszcze bardziej. Na szczęście po może 5 minutach (a może jednak 20?) usłyszałem z góry władkowe "Idziesz". I polazłem - do następnego stanowiska. Władziu, potwornie silny człowiek, wbił haka tak mocno, że nie byłem w stanie go kilkadziesiąt minut później wybić ze szczeliny. Został w skale - może jeszcze tam tkwi? I tak doszliśmy do górnej krawędzi Wielkiego ¦nieżnego Kotła. I taka była moja wspinaczkowa lodowa inicjacja. I tak też powstało moje górskie sanktuarium. I jak słyszałem, gdy ktoś na szlaku czy też w schronisku Pod Łabskim Szczytem mówił, że ¦nieżne Kotły to takie nic, że dopiero w Tatrach są skały, to mnie po prostu nosiło. Czułem się, jakbym osobiście był obrażany. Bo to przecież były "te moje ¦nieżne Kotły". Później mi przeszło, nie pamiętam nawet kiedy.


Fajny też moment "z tej serii" miałem w sierpniu minionego roku. Zbliżaliśmy się z Łukaszem, współtowarzyszem mojej wędrówki przez rumuńskie Karpaty Południowe, do przełęczy Plaiul Mic w Retezacie. Dla Łukasza to pierwsza w życiu Rumunia, dla mnie któraś tam nasta. Ale z każdym krokiem w stronę przełęczy to ja jestem bardziej podekscytowany, buzuję jakimiś emocjami, opowiadam Łukaszowi, gdzie 32 lata temu podczas mojej pierwszej wędrówki po rumuńskich górach miałem rozbity namiot, z którego źródła braliśmy wodę, i jeszcze o czymś mu pieprzyłem, i jeszcze o czymś. O właśnie, to była czysta egzaltacja. Wskoczyłem - już na przełęczy - na jakiś kamyk, aby pokazać Łukaszowi Peleagę, Papuºę, grań Slaveiu, Bucurę i wszystkie inne możliwe szczyty...


Obrazek


I nagle czuję, że do jednego buta wpadł mi mały kamień. Cholera, w takim uświęconym wspomnieniami i wzruszeniami miejscu... i coś ten kamyk jest jakiś miękki. Niepokój, a potem pewność. To nie kamień, to owczy bobek. Na tej przełęczy - mojej przełęczy. Łukasz ryknął przeraźliwym śmiechem - pretensji do niego nie miałem.



Na koniec tej mojej recenzji-nierecenzji wrócę do terenów, o których wcześniej w tym poście pisałem. Nie było to jednak zimą 2000 r., tylko czternaście lat wcześniej. Podobnie jak pan Tomasz Rzeczycki i jego towarzysz Adam dotarliśmy pociągiem do Ząbkowic ¦ląskich, lecz później nie mieliśmy już takiego szczęścia jak oni, którzy dotarli do Srebrnej Góry autobusem PKS. W marcową sobotę 1986 r. do Srebrnej Góry z Ząbkowic nie jechał żaden autobus. A naszym celem nie było schronisko PTTK w Srebrnej Górze, lecz oddalone dość znacznie od niego schronisko na Górze ¦więtej Anny na Wzgórzach Włodzickich. Srebrna Góra miała być punktem startu. Dotarliśmy do niej trzema taksówkami, był to pierwszy w dziejach SKPS przypadek wynajęcia taryf dla całej liczącej kilkanaście osób grupy. Wtedy to była przygoda...

Obrazek


Jesteśmy już w Srebrnej Górze


Obrazek


Zajeżdża ostatnia taksówka, a w niej Edziu, który na swoich plastikowych nartkach (opartych w tej chwili o samochód) ma zamiar przejść cały dystans - niesamowity wyczyn. A przy okazji zrobiłem chyba najwcześniejsze zdjęcie białej tablicy do mojej kolekcji


Obrazek


Dotarliśmy do schroniska PTTK w Srebrnej Górze i zaczęła się głupawka. Dzieci małżeństwa prowadzącego schronisko pozostawiły przy drzwiach wejściowych do schroniska trochę swoich zabawek, tzw. militarnych. Trafiły one w godne ręce i zagwarantowały ochronę naprawdę mądrych głów...


Obrazek


Obrazek


Głupawki schroniskowej akt drugi - potwierdzenie dojścia do schroniska w postaci odcisków schroniskowej pieczątki na czołach uczestników wędrówki


Obrazek


Ale później już było tylko poważnie. Bo przejście było poważne - wzdłuż nieczynnej już kolejowej linii sowiogórskiej. Tutaj jesteśmy w okolicach Woliborza a Edziu cały czas dzielnie na swoich nartkach zakłada nam ślad.

Obrazek


Do schroniska na Górze ¦więtej Anny dotarliśmy późnym wieczorem, po ciemku. Impreza - rozpoczęcie sezonu SKPS - była przednia, huczna, niezapomniana. Schronisko nie spłonęło, o czym świadczy jego zdjęcie wykonane następnego ranka.


Obrazek




Ponieważ ten mój tekst ma jednak charakter recenzji, to zgodnie z panującymi zasadami publicystycznego savoir vivre muszę nieco inaczej niż zwykle podpisać swój post

Krzysztof Jaworski - ¦wiebodzice


PS. Chyba jeszcze nigdy nie napisałem tak długiego tekstu, którego po kilku dniach nikt nie będzie już czytał - za tydzień pojawi się wszak lutowy numer "N.P.M.". :lol: :mrgreen: :lol:

Awatar użytkownika
creamcheese
Posty: 1833
Rejestracja: 2012-06-07, 11:19
Lokalizacja: lublin

Post autor: creamcheese » 2015-01-11, 09:56

Pięknie napisałeś i długo (post dłuższy niż omawiany artykuł w npm) , niech to więc będzie finał rozmów o artykule pana Tomasza Rzeczyckiego.
Pozdrawiam

ODPOWIEDZ