Maroko - marzec 2018

Moderatorzy: Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
catty101
Posty: 1036
Rejestracja: 2010-01-10, 13:24
Lokalizacja: okolice Krakowa

Maroko - marzec 2018

Post autor: catty101 » 2018-03-26, 20:50

Przez ostatnie prawie dwa tygodnie miałam okazję połazić trochę po Atlasie Wysokim w towarzystwie mileny i Yarpena. A co z tego wyszło, postaram się opisać w najbliższych dniach. Wobec braku weny do pisania od dwóch lat może to być trudne, więc trzymajcie kciuki ;-) Ale jak się już wrzuciło zajawkę, to pasuje dokończyć, choć z tym to też bywa różnie ;-)

Obrazek

Mam nadzieję, że widać zdjęcie?

Awatar użytkownika
dave
Posty: 427
Rejestracja: 2017-08-17, 20:00
Lokalizacja: Zbąszyń

Post autor: dave » 2018-03-26, 21:11

Zdjęcie jest OK, teraz trzeba czekać cierpliwie na resztę. ;-)
Turysta bez raków i czekana, ale za to z siekierą.
https://sznycelgorski.blogspot.com/

Awatar użytkownika
rajli
Posty: 2226
Rejestracja: 2010-06-04, 17:37
Lokalizacja: Pr Teschinensis

Post autor: rajli » 2018-03-27, 15:39

Zdjęcie widać. Niestety :mrgreen:

No to czekam niecierpliwie :-D

Marek S
Posty: 733
Rejestracja: 2010-11-30, 12:38
Lokalizacja: Małopolska

Post autor: Marek S » 2018-03-27, 16:23

Widać
Trzymamy kciuki i czekamy na relację ;-)

Awatar użytkownika
Satan
Posty: 5596
Rejestracja: 2009-02-22, 20:22
Lokalizacja: Gdańsk/Beskid Płaski

Post autor: Satan » 2018-03-27, 19:44

Modne stały się "zajawki" i wymuszone wyczekiwanie...

No i co zrobisz..? Nic nie zrobisz... :mrgreen:

Czekam zatem i ja...
For God Your Soul... For Me Your Flesh

Dark Side of N.P.M.

kulczyk1
Posty: 1719
Rejestracja: 2013-08-22, 21:29
Lokalizacja: Roztocze Południowe

Post autor: kulczyk1 » 2018-03-27, 21:21

Satan pisze:Modne stały się "zajawki" i wymuszone wyczekiwanie.
Aż nazbyt modne - niestety.

Awatar użytkownika
rambi
Posty: 1282
Rejestracja: 2009-05-24, 17:39
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: rambi » 2018-03-27, 22:08

Catty, liczymy zdecydowanie na więcej, zwłaszcza że MY WIEMY, że czasami potrafisz znaleźć wenę! ;-)
Pasjami brukuj drogę swojego życia..

Awatar użytkownika
catty101
Posty: 1036
Rejestracja: 2010-01-10, 13:24
Lokalizacja: okolice Krakowa

Post autor: catty101 » 2018-03-27, 22:42

Przepraszam, to taka samomotywacja, jakoś lubię pisać w odcinkach, myślę że w ciągu tygodnia powstanie całość :-)

Awatar użytkownika
catty101
Posty: 1036
Rejestracja: 2010-01-10, 13:24
Lokalizacja: okolice Krakowa

Post autor: catty101 » 2018-03-29, 00:14

Bardzo proszę, oto pierwsza część. Zdjęcia były robione telefonami, są autorstwa wszystkich uczestników.

Pierwsza myśl na hasło Atlas Wysoki to dla wielu osób Jebel Toubkal i tam też zapragnęliśmy postawić stopę, ale przy okazji zobaczyć coś więcej, a nie tylko dolinę, którą wszyscy podchodzą i schroniska, w których wszyscy nocują. Wiele osób z forum już tam było, nawet kiedyś rodził się grupowy plan wyjazdu na zlocie na Leskowcu, ale w ostateczności chłopcy nie pojechali razem, tylko każdy osobno :-P

W naszej trójce mieliśmy dość różne priorytety związane z wyjazdem – Yarpen chciał chodzić po graniach i robić ambitne trasy, ja zdecydowałam się na wyjazd, bo wiedziałam, że Toubkal jest łatwym czterotysięcznikiem, osiągalnym na moje skromne możliwości, a Milenie zależało, żeby jeszcze coś zobaczyć w Maroku oprócz gór ;-) Pomimo tego rozjazdu, o dziwo nie wróciliśmy skłóceni, choć do końca nie było wiadomo co z tego wyjdzie, a na pewno nikt z nas nie przewidywał takiego rozwoju wydarzeń jaki nastąpił.

Ale po kolei, najpierw dograliśmy loty i termin, ku mojej radości padło na wylot z Krakowa 8-) Udało się kupić bilety za ok. 600 zł do Marrakeszu, co było wygodne pod kątem dojazdu w góry, a także czasowo – przylot na 10 rano, więc można jeszcze tego samego dnia się przemieścić.

Lotnisko wita nas słońcem i kaktusami, ale nie ciepłem :roll: Zimno będzie nam towarzyszyć do końca pobytu w Afryce.

Obrazek

Wiedzieliśmy, że przed odprawą paszportową trzeba wypełnić kartę wjazdową, żeby dostać wizę, a co dziwniejsze, taki sam świstek wypełnia się przy wyjeździe, czego niektórzy pasażerowie nie byli świadomi i biegali z obłędem w oczach na sam początek odprawy. Rada od nas – pamiętajcie, żeby mieć przy sobie długopis ;-)

Oczywiście, pomimo wielu przeczytanych relacji i ostrzeżeń, po wyjściu z lotniska dajemy się wmanewrować w taksówkę do Imlil za kosmiczną cenę. Trochę zaskoczyło nas to, że negocjacje ceny nie wchodziły w grę, a taksówkarze stanowczo odmawiali zawiezienia nas gdziekolwiek indziej niż bezpośrednio do Imlil. Pewnie należało sobie pójść, ale ze względu na ciężkie plecaki i zmęczenie podróżą machamy na to ręką i jedziemy. Na szczęście później targowanie się lepiej nam wychodziło :-)

Pędzimy w stronę gór Atlas, trochę przytłoczeni i zmęczeni, nawet mało się do siebie odzywamy i prawie nie robimy zdjęć, a dookoła egzotyka – palmy, wielbłądy i przybliżające się ośnieżone szczyty.

Obrazek

W Asni taksówkarz przerzuca nas do innej taksówki i pniemy się po serpentynach do góry do Imlil. Uczynny taksówkarz nr 2 pomaga nam znaleźć właściwy adres naszej kwatery. Miejscowość nie robi na mnie zbyt dobrego wrażenia – jako przykład wspomnę, że punktem, który służył nam do znalezienia skrętu we właściwą dróżkę do naszej kwatery była kupa mulego łajna ;-)

Ale po kilku dniach można się przyzwyczaić, a nawet zadomowić. W tym momencie jednak nasz plan przewiduje tylko jeden nocleg, który mamy zarezerwowany nie w samym Imlil, a w jednej z blisko sąsiadujących wiosek - Mazik, co wymawia się krótko Mzik.

Obrazek

Na powitanie pijemy pierwszą marokańską herbatę z miętą :-)

Obrazek

W budynku jest zimno jak w psiarni, chyba zimniej niż na zewnątrz, w końcu Marokańczycy budują grube mury, żeby chronić się przed gorącem w lecie. Ale teraz mamy marzec i okazuje się, że wynalazek jakim jest ogrzewanie domów tutaj nie dotarł. Tubylcy po prostu chodzą grubo ubrani i na zimno wydają się nie zwracać uwagi. Turyści natomiast siedzą w puchówkach i zastanawiają się, czy na pewno są w Afryce ;-)

Po zainstalowaniu się idziemy na spacer. Wprawdzie do noclegu mamy sporo pod górkę z „centrum”, ale za to położenie na zboczu oferuje rozległe widoki.

Obrazek Obrazek

Jeszcze nie wiemy, że w okolicy widocznego meczetu spędzimy sporo czasu, ale o tym później. Na razie kupujemy gaz i idziemy coś zjeść. W Maroku dominuje system wciskany i kartusze Campingaz, ale jak ktoś się uprze, to przedsiębiorczy sklepikarze zorganizują także kartusz z gwintem. Mariusz jednakże ma kuchenkę na benzynę i bardzo chciałby kupić do niej paliwo, choć wszyscy znajomi, którzy byli w Imlil twierdzili, że nie da się tu kupić benzyny. Poszukiwania dają jednak efekty, za którymś razem zagadnięty taksówkarz przynosi upragnioną benzynę w plastikowej butelce, z tym że musieliśmy na nią czekać godzinę i oczywiście odpalić panu opłatę manipulacyjną. W trakcie oczekiwania jemy pierwszy tadżin – miejscowe danie przygotowywane w specjalnym naczyniu, składające się z duszonych warzyw i mięsa (w zasadzie to naczynie się tak nazywa, a od niego danie). Potem jeszcze wielokrotnie jedliśmy tą potrawę i ten pierwszy tadżin znacznie się różnił od kolejnych, bo miał w sobie mielone mięso i śladowe ilości warzyw. Na zdjęciu po prawej jest wersja którą jedliśmy najczęściej, aczkolwiek dodatki zawsze były różne, od ziemniaków, przez zielony groszek, paprykę, po ogórek i cukinię. Wkład mięsny też może być różny albo w wersji wegetariańskiej same warzywa.

Obrazek Obrazek

Przy głównej ulicy można się poczuć trochę jak na Krupówkach, obserwując przechodzących ludzi i turystów, z tym że w Zakopanem nie przejeżdżają wycieczki na mułach ;-)

Obrazek

Na straganach można wypożyczyć raki, kijki a nawet buty trekingowe :shock: Oczywiście są też produkty spożywcze.

Obrazek Obrazek

Muły są zaparkowane w wielu miejscach :-)

Obrazek

Większość domów ma na dachach taras, nasz też, niestety jest trochę za zimno na opalanie (ale zawsze to cieplej niż w Polsce, gdzie akurat wróciła zima).

Obrazek

W pokojach zawsze są orientalne motywy, mozaiki, wnęki, zdobienia, a także dużo gniazdek i wszędzie jest wi-fi :-)

Obrazek Obrazek

¦niadanie mamy w cenie noclegu, na razie nie wiemy, że wszystkie śniadania tutaj wyglądają tak samo, więc podoba nam się.

Obrazek

Nasz gospodarz jest przewodnikiem i pomaga nam dopasować zaplanowaną trasę do rzeczywistości i warunków. Udaje się znaleźć kompromis, chcemy chodzić kilka dni namiotowo, a Toubkala zdobyć na koniec. Obecność internetu ma też swoje minusy, konieczność wysłania służbowego maila mocno opóźnia nasze wyjście. W końcu jakoś ogarniamy pakowanie i wychodzimy, ale ciężar plecaków uzupełnionych o wodę i część jedzenia mocno nas przytłacza.

Obrazek Obrazek

Lokalne klimaty

Obrazek Obrazek

Dużo się naczytaliśmy o nachalności miejscowych dzieci, słyszeliśmy też później różne historie, ale nie mieliśmy okazji się o tym przekonać. Spotkany po drodze chłopiec był bardziej zainteresowany zabawą żuczkiem, niż nami :-)

Obrazek

Idziemy w kierunku przełęczy Tizi n’Tamatert (2280 m npm) zostawiając w dole Imlil. Droga jest wyasfaltowana i mocno się wije, ale można robić skróty.

Obrazek

Na przełęczy znajduje się herbaciarnia, można też się napić arabskiej coca-coli :-)

Obrazek Obrazek

W sąsiedniej dolinie znajduje się kilka wiosek, a na końcu najwyżej położona wieś w Maroku – Tacheddirt. Droga, którą pójdziemy, prowadzi zboczem bezpośrednio do Tacheddirt. Można tam też dojść przez położone po drugiej stronie doliny wsie i pewnie tak jest ciekawiej, ale najpierw trzeba zejść bardzo mocno w dół i stracić dopiero co zdobytą wysokość. Droga z dołu jest bardzo kręta i raczej karkołomna dla kierowców.

Obrazek Obrazek

W trakcie naszego popasu w herbaciarni z dołu podchodzili turyści z przewodnikami, więc widocznie taki wariant trekingu też jest popularny. Ogólnie w okolice Tacheddirt dociera niewielki procent ludzi z Imlil, można też spotkać sporo oryginałów np. ludzi którzy pytają, czy wiemy gdzie jesteśmy i dokąd idziemy (bo oni nie) albo grupki młodzieży idące w padającym śniegu w krótkich spodenkach, pytając przy okazji czy wiemy jak daleko jest do kolejnej miejscowości (a było z 10 km). Ale to przy innej okazji,bo teraz jest słonecznie, miło, przyjemnie i nawet w odpowiednim momencie udaje nam się znaleźć fajne miejsce biwakowe.

Widoki na dolinę

Obrazek Obrazek

Nasz biwak, do którego wykorzystujemy napotkany murek z kamienia.

Obrazek

Tej nocy postanowiła „kleknąć” moja samopompa, po pięciu latach miała prawo, ale czy to musiało być akurat teraz? :-? Poza tym pierwszy biwak minął przyjemnie, więc idziemy dalej. Na końcu doliny znajduje się przełęcz Tizi n’Tacheddirt, przez którą można dojść do miejscowości Setti Fatma, my jednak chcemy sobie jeszcze bardziej utrudnić życie.

Obrazek

Dlatego idziemy najpierw dalej drogą, czasami skracając serpentyny i wypatrujemy ścieżki, w którą mamy odbić.

Obrazek Obrazek

Miłym zaskoczeniem jest knajpa, przy której chłodzą się napoje :-)

Obrazek

Ale już za chwile czas na zmianę pory roku, wchodzimy z drogi na ścieżkę i po chwili zaczynamy iść po śniegu.

Obrazek

Raki na razie nie są konieczne, niestety trafiamy na upierdliwe warunki, czyli spora warstwa śniegu, który jest zmrożony tylko na powierzchni i stawiając każdy krok nigdy nie wiadomo, czy noga zapadnie się po udo czy nie :-(

Obrazek

Słońce opala nam twarze, ale jednocześnie roztapia śnieg i woda powoli dostaje się do naszych butów :evil: Podchodzimy dosyć wolno. Chcąc zrealizować zaplanowaną trasę do jeziora Ifni musimy przejść przez przełęcz Tizi Likemt o wysokości 3500 m npm. W naszym tempie tego dnia będzie to nieosiągalne, na razie walczymy o każdy krok, w końcu droga i dolina znikają nam z oczu. Jakimś cudem w wyższym rejonie ja przez większość czasu utrzymuję się na powierzchni śniegu, a Milena i Mariusz zapadają się i zostają z tyłu. W końcu i ja mam dość, rzucam plecakiem i idę jeszcze wyżej rozejrzeć się za płaskim miejscem na namiot, bo póki co takich miejsc brak :-( Każda kupa kamieni daje nadzieję, że za nią będzie jakaś niecka i będę mogła dodać otuchy przyjaciołom, że jest tu po co iść. Niestety nic takiego nie ma, wszędzie stromo i muszę iść jeszcze wyżej, w końcu moje modły zostają wysłuchane i trafiam na mini-kociołek, chyba jedyny na całym tym zboczu. Wracam po plecak i ostatkiem sił wdrapujemy się do kociołka, nasze podupadłe morale trochę się podnosi i nawet mamy frajdę z kopania platformy pod namiot.

Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek

Noc mija spokojnie, bez wiatru, jedyna uciążliwość dla mnie to budzenie się i nadmuchiwanie maty co jakiś czas :-? Rano pogoda jest trochę gorsza, pochmurno. Prognozy pokazywały pogorszenie pogody w tym czasie, ale ostatni raz kiedy sprawdzaliśmy pogodę będąc w Imlil, to opady śniegu jednak znikły, miało być w miarę ok. ¦nieg rano jest bardziej zmrożony, ale i tak się zapadamy. Zakładamy raki, ja miałam je na nogach wcześniej raptem dwa razy, a Milena nigdy.

Obrazek

Okazuje się, że to miejsce jest popularne wśród narciarzy, mieliśmy okazję obserwować trzy grupki, które podchodziły na skiturach (nawet zakosami szło im to szybciej niż nam…) i zjeżdżały z powrotem do drogi.

Obrazek

Idziemy ślimaczym tempem, ok. 100 m podejścia na godzinę :roll: Przeklęta przełęcz wznosi się nad nami i nie chce przybliżać.

Obrazek

Jeszcze nigdy żaden cel w górach nie zbliżał się tak powoli. Na domiar złego, gdy już wchodzimy w ostatni żleb, nadciągają chmury i nic nie widać na kilka metrów :-( Póki jeszcze coś widziałam, to parłam do przodu krok za krokiem. Ale teraz widać tylko biel – biały śnieg zlewa się z chmurą, nie wiadomo jak daleko jeszcze na przełęcz. Moja psychika nie daje sobie rady z brakiem punktu odniesienia, zaczynam myśleć o odwrocie. GPS pokazuje, że przełęcz nie jest tuż tuż, lecz jeszcze 150 m do góry. Nie wiadomo jakie warunki będą po drugiej stronie i czy znajdziemy miejsce biwakowe przed zmrokiem, bo jest już dość późno. Chwila nerwowej dyskusji i zapada decyzja – wycof.

Obrazek Obrazek

Mozolnie zdobyta wysokość wcale nie tak szybko się zmniejsza, do tego zaczyna padać najpierw mżawka, potem deszcz. Wracamy jak niepyszni w to samo miejsce na biwak, tylko że tym razem wieje i pada, chwała Yarpenowi za okopanie namiotu i zagotowanie wody, gdy my zaszyłyśmy się w środku! Zapomnieliśmy tylko o jednym szczególe – zamknięciu wywietrzników… Ale kto by pomyślał, że całą noc będzie padać śnieg? Rano budzimy się jak w igloo, mamy śnieg pod tropikiem, woda kapie na Milenę, która śpi na środku :-|

Obrazek

Każdy ruch w namiocie powoduje ocieranie się o jego mokre ściany. Ubranie się i spakowanie w środku w trójkę wymaga całej strategii, no i dużej mobilizacji, żeby w ogóle wyjść ze śpiwora, bo jest naprawdę zimno. Jeszcze gorszym koszmarem jest założenie zamarzniętych butów :-/ Ale przecież nie przeleżymy całego dnia, więc jakoś się w końcu wytaczamy ze środka, a tu niespodzianka – pod warstwą świeżego śniegu ten starszy zamienił się w lód. Namiot trzeba odkuć, używając czekanów jak kilofów, z tym że same czekany też są wmrożone w lód, bo robiły za śledzie.

Obrazek

Przygoda na całego, trochę to trwa, ale w końcu zaczynamy schodzić. Jakby w nagrodę, na chwilę wychodzi słońce i widzimy, że nie tylko na grani spadł śnieg, ale cała dolina i wioski, wszystko jest białe :shock:

Obrazek Obrazek

Napoje nadal się chłodzą, tylko w innej scenerii. Tym razem decydujemy się na ciepłą herbatę.

Obrazek

Dość sprawnie schodzimy do Imlil, tam o śniegu nikt nie słyszał.

Obrazek

Z rumakowania nic nie wyszło, będziemy musieli iść na Toubkal „Chochołowską”, ale nie ma co załamywać rąk, lepiej skupić się na plusach obecnej sytuacji – zamiast liofilizatów możemy zjeść tadżin :-)

Obrazek

Chcemy nocować w tym samym miejscu, ale jest już full. Szybko jednak znajdują się miejsca u ojca/brata, w każdym razie dostajemy wskazówkę – idźcie w kierunku meczetu.

c.d.n.

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5596
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2018-03-29, 10:56

catty101 pisze:Zimno będzie nam towarzyszyć do końca pobytu w Afryce.
to brzmi nienormalnie :-)
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
catty101
Posty: 1036
Rejestracja: 2010-01-10, 13:24
Lokalizacja: okolice Krakowa

Post autor: catty101 » 2018-04-01, 11:35

Kolejny dzień postanawiamy przeznaczyć na regenerację i suszenie mokrych rzeczy. Najpierw trzeba jednak znaleźć nocleg. Idziemy w zapadającym zmroku we wskazanym kierunku. Już wcześniej obserwowaliśmy uwieszoną na zboczu miejscowość, do której nie ma dojazdu samochodem i zastanawialiśmy się jak tam dojść. Otóż z uliczki „za kupą łajna w prawo” trzeba iść prosto i ścieżką w dół przez mostek. Fotki są zrobione później w świetle dnia.

Obrazek

Następnie trzeba się trochę wspiąć i wejść w labirynt ścieżek i zaułków pomiędzy budynkami.

Obrazek Obrazek

W okolicy meczetu udało nam się wypatrzyć drogowskaz, czyli starą deskę z nazwą „pensjonatu”, więc tam skręciliśmy i po chwili dogonił nas nasz gospodarz mówiąc, że zaszliśmy za daleko. Ale to pewnie dlatego, że nikt nie wpadł na to, żeby umieścić nazwę także przy drzwiach ;-)

Obrazek Obrazek

Nasze nowe lokum ma nieco niższy standard niż poprzednie – pokój mamy jakby w piwnicy (choć tak naprawdę to była dolna kondygnacja budynku uwieszonego na zboczu), jest bardzo ciasny, zamek w drzwiach jest zepsuty i trzeba je podpierać starym czajnikiem, łazienka jest wspólna dla wszystkich turystów i oczywiście po zmroku robi się strasznie zimno. Ale miejsce ma swój urok, jest taras na dachu, kilka kącików do siedzenia i oczywiście wi-fi.

Obrazek

Dzień regeneracyjny spędzamy leniwie, to wygrzewając się na balkonie, to na tarasie :-) Suszymy rzeczy i wykreślamy z naszego słownika słowo „przełęcz” :evil:

Obrazek Obrazek

Obrazek

Dogadzamy sobie kulinarnie. W sprawdzonej knajpce jemy nowe danie, które nazywa się kefta i podbija serce Mariusza. W zasadzie słowo kefta oznacza mięso mielone, ale wtedy tego nie wiedzieliśmy, a danie które nam podano to były grillowane pulpeciki z mięsa mielonego z plastrami czerwonej cebuli i pomidora. Pycha :-)

Obrazek

Na jedzenie czeka się dość długo, ale w tym czasie kucharz obchodzi okoliczne stragany i kupuje składniki :-) Na zdjęciu widać, jak kupuje mięso u rzeźnika, gdzie zwykle wiszą wielkie udźce.

Obrazek

Obrazek Obrazek

Z tym dogadzaniem to lekko przesadziliśmy, bo na wieczór zamówiliśmy jeszcze kolację na kwaterze, tym razem kuskus z warzywami i mięsem, też był przepyszny, ale wylądował w menażce, bo w żoładkach się nie zmieścił :-)

Obrazek

Jeśli komuś przeszkadza za dużo zdjęć jedzenia to przepraszam :mrgreen: Dorzucam kilka zdjęć ze spacerów po okolicy.

Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek

Mija już tydzień naszego pobytu w Maroku i okolica Imlil trochę już nam się opatrzyła. Czas ruszyć na podbój Toubkala, tymczasem pomimo zażywania probiotyków i filtrowania wody Milenę dopadły dolegliwości żołądkowe :-( Dzień regeneracji nie pomógł i Milena musi odpuścić szczyt :cry:

Wyruszamy w dwójkę. Opisów tej drogi można znaleźć wiele, na początku jest wyschnięte rozlewisko rzeki, potem zaczyna się podejście zakosami.

Obrazek Obrazek

W zasadzie to nie sposób się zgubić, trzeba tylko iść tropem mulich odchodów i ich zapachu ;-)

Obrazek

Po drodze jest wieś Sidi Chamharouch i liczne stoiska, nie tylko ze świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym, ale i z ubraniami i pamiątkami.

Obrazek Obrazek

Muły dochodzą tylko do miejsca, gdzie zaczyna się śnieg.

Obrazek Obrazek

Po kilku godzinach dochodzimy do schronisk, po drodze przechodząc przez małe lawinisko.

Obrazek Obrazek

Do schronisk wchodzimy tylko na chwilę i nie robią na nas zbyt dobrego wrażenia. W schronisku marokańskim jest zimno i nieprzytulnie, a ceny za noclegi są kosmiczne. Schronisko francuskie jest małe i napchane ludźmi po sufit (ale przynajmniej jest ogrzewane, a w każdym razie w środku było ciepło). Wiedzieliśmy wcześniej, że nie ma miejsc na ten dzień, dlatego mamy ze sobą namiot.

Obrazek

Schroniska są już w cieniu, my idziemy wyżej i czujemy że temperatura spada mocno poniżej zera. Wychodzimy dość wysoko na wypłaszczenie i tam się rozbijamy. Lód jest twardy jak beton i szpilki trzeba wbijać kamieniem.

Obrazek Obrazek

W nocy trochę wiało i było zimno, ale dało się wytrzymać :-) Rano dyskusja – jesteśmy blisko przełęczy, z której można wejść na szczyt Ras, ale wtedy czeka nas kolejny biwak, a na dole już drugi dzień czeka Milena, z którą nie mamy kontaktu, bo nie ma tu zasięgu. Rozważając wszystkie za i przeciw, decydujemy się iść od razu na Toubkal. Kiedy wbijamy się w ścieżkę, ludzie schodzą już z góry, ale ogólnie na drodze na szczyt nie ma tłumów, jakich się spodziewaliśmy.

Obrazek

Podejście nie jest jakoś szczególnie fascynujące, trzeba po prostu iść krok za krokiem, najpierw po mocno zmrożonym śniegu, a pod samym szczytem śnieg był wytopiony i szło się już po skałach i żwirku. Co ciekawe na tym odcinku tylko my zdjęliśmy raki, co było dla nas dość oczywiste na widok skał, ale wszyscy inni szli w rakach. No i oczywiście my mieliśmy największe plecaki :-)

Obrazek Obrazek

Do podejścia jest 1000 m i kiedy już widzę charakterystyczną piramidkę na szczycie, to naprawdę radosny moment :-)

Obrazek

Przez to, że zwinięcie i zejście z biwaku zajęło nam trochę czasu, zaczęliśmy podchodzić jako jedni z ostatnich i na szczycie jesteśmy sami!

Obrazek

Widoki są od Sahary – nie wiem czy po ocean, bo akurat z tej strony wiszą chmury.

Obrazek Obrazek

Po nas na szczyt weszła już tylko jedna francuska para, a raczej dziewczyna została wciągnięta przez partnera na linie wpiętej w uprząż jak pies ;-)

Ale samotne chwile na szczycie w bezwietrznej, słonecznej pogodzie były bezcenne :-)

c.d.n.

Awatar użytkownika
rajli
Posty: 2226
Rejestracja: 2010-06-04, 17:37
Lokalizacja: Pr Teschinensis

Post autor: rajli » 2018-04-02, 13:03

Aż mnie plecy rozbolały :lol:

Marek S
Posty: 733
Rejestracja: 2010-11-30, 12:38
Lokalizacja: Małopolska

Post autor: Marek S » 2018-04-03, 20:15

Trzymanie kciuków pomogło. Uczestnikom gratuluję wyjazdu. Catty, dzięki za ciekawie napisaną relację i czekam na cd ;-)

Awatar użytkownika
Taja
Posty: 1567
Rejestracja: 2009-10-30, 23:12
Lokalizacja: Poznań

Post autor: Taja » 2018-04-04, 14:33

Łooo czekam na ciąg dalszy! :-D
"podróżowanie - nawlekanie koralików geografii na nitkę życia" A. Stasiuk

Awatar użytkownika
dave
Posty: 427
Rejestracja: 2017-08-17, 20:00
Lokalizacja: Zbąszyń

Post autor: dave » 2018-04-04, 15:16

A ja poczekam cierpliwie na całość :-P
Turysta bez raków i czekana, ale za to z siekierą.
https://sznycelgorski.blogspot.com/

ODPOWIEDZ