NEPAL I INDIE - spełnij marzenia podróżą w głąb siebie

Moderatorzy: Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
rambi
Posty: 1285
Rejestracja: 2009-05-24, 17:39
Lokalizacja: Wrocław

NEPAL I INDIE - spełnij marzenia podróżą w głąb siebie

Post autor: rambi » 2016-12-29, 23:03

Pomysł wyjazdu
Pomysł wyjazdu do Nepalu miałem odkąd pamiętam. Zawsze Himalaje mnie urzekały, nawet jak jeszcze po górach nie chodziłem w takim stopniu jak teraz. Ale cały czas sobie mówiłem: za rok, za dwa, jak spłacę to, jak dziecko podrośnie itd. Jak człowiek chce to znajdzie sobie milion usprawiedliwień.
W sumie pewnie przekładałbym tak dalej ale w zeszłym roku kumpel z podstawówki zaproponował wyjazd. Nie byłem jeszcze gotowy więc skutecznie znajdowałem wymówki. Od wiosny wiercił mi i drugiemu kumplowi dziury w brzuchu i w końcu namówił. W lecie po skończonych remontach uległem mówiąc sobie: jak nie teraz to kiedy? Na emeryturze? Drugi kumpel, Krawiec, którego znam również od podstawówki też się zdecydował. Do tego dwóch innych zapowiedziało się, że pojedzie w tym samym czasie i na miejscu możemy razem spędzić trochę czasu bo oni planują jeszcze się pobujać przez Indie na motorach. No to wypas! Decyzja jest.
Tydzień przed planowanym zakupem biletów prowodyr wyjazdu dzwoni do mnie: nie jadę, mam kryzys wieku średniego. Szczęka mi opadła bo był motorem całego wyjazdu. Bez niego bym pewnie się nie zmobilizował. Ale rozumiem i pocieszam kumpla, że nie ma problemu. Czasami się tak zdarza. Decydujemy się z Krawcem jechać mimo to. Chcemy przez niecałe 3 tygodnie dużo pozwiedzać w Indiach i Nepalu, poczuć miejscowy klimat oraz pójść na kilka dni w Himalaje.

Planowanie i rezerwacje
Krawiec mieszka w Niemczech więc szukamy przelotów w dobrej cenie z Berlina lub Pragi. Z Wrocławia przelot do Katmandu wychodzi prawie wszędzie około 3000. Dużo. Skupiam się na Berlinie bo z 15 lat tam nie byłem i z chęcią bym sobie obejrzał kawałek miasta i parę minibrowarów. W pewnym momencie znajduję przelot do New Delhi jednymi z lepszych europejskich linii Turkish Airlines za 420 Euro. Nie ma co zwlekać bo akurat chcemy zwiedzić również kawałek Indii. Do tego znajduję przelot do Katmandu za około 100$. Wracać będziemy drogą lądową aby poznać trochę takie klimaty. Wylot 30.10 a więc w najlepszym czasie dla trekkingowców a jeszcze zdążymy na święto Tihar. Ale jestem szczęśliwy :-)
Wizę do Indii niestety musimy załatwić na wiele wjazdów więc e-visa nie wchodzi w grę. Tą się przez net załatwia błyskawicznie. Aby uzyskać wizę wielokrotnego wjazdu trzeba wysłać paszport do firmy pośredniczącej Bls International Visa Services, która jako jedyna ściśle współpracuje z ambasadą Indii. Można też skorzystać z agencji, która swoje weźmie dodatkowo i skorzysta z tej samej firmy pośredniczącej – tylko że oni wiedzą jak! Ja załatwiałem bez agencji ale wysyłka paszportu na jakiś adres w Wawce wzbudzała u mnie pewną dozę nieufności ;-)

Berlin
29.10 z rańca ruszam do Berlina Blablacar’em. Rozmowa z młodą parą przyjezdnych wrocławiaków wybierających się na kilka dni do Sofii otwiera mi pomysł na następną majówkę: wschodnia Polska oraz Lwów.
Ląduję w jednym z tańszych ale bardzo sympatycznych hosteli niedaleko Charlottenburga, który okaże się najdroższą noclegownią podczas tej podróży i ruszam w Berlin. Krawiec ma dojechać wieczorem więc w te pędy lecę pozwiedzać parę miejsc. Skupiam się na ogólnym zarysie miasta pod następny planowany pobyt rodzinny tutaj. W telegraficznym skrócie parę zdjęć i miejsc.

Remontowany Pałac Charlottenburg z przepięknymi ogrodami
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Spandau z Brauhaus in Spandau z całkiem fajnym piwkiem
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Zitadelle Spandau z pięknymi widokami na Berlin
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

I najciekawsza część, jak dla mnie w Zitadelle, czyli zbiór zebranych z Belina rzeźb, które w różnym stanie przetrwały wojny i zawirowania powojenne
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Wsiadam w metro i jadę na drugą stronę miasta, do centrum, gdzie odwiedzam Pfefferbrau, najlepszy tego dnia minibrowar :-)
Obrazek

A potem ruszam spacerkiem przez miasto. Koło opery położonej nad Sprewą, przez centrum z pomieszaną nowoczesnością i starym budownictwem, przez słynne Unter den Linden, Bramę Brandenburską aż po Reichstag.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Wieczór kończę obiadem w ostatnim minibrowarze BRAUHAUS LEMKE AM SCHLOSS. Przyznam szczerze, że z tego miejsca chciałbym zapamiętać tylko piwo, które było niezłe. Golonka okazała się strasznym niewypałem: zleżała, twarda, niedobra! Trzeba było pójść na tradycyjnego niemieckiego… kebaba ;-)
Obrazek

Wieczorem przyjeżdża Wojtek więc idziemy na krótki spacer i czas spać, Jutro zaczyna się wielka przygoda… Na następny dzień ruszamy na Tegel. Bohaterowie tej opowieści na lotnisku ;-)
Obrazek

Przelot
Lecimy do Istambułu gdzie po paru godzinach ruszamy do New Delhi. Tu mamy kilka godzin więc jeszcze postanawiamy podjechać do centrum na jakieś jedzenie. Zaskakuje nas smog, który aż gryzie w oczy i płuca. Po paru dniach się dowiemy, że z tego powodu zamknięto szkoły w tym mieście.
Do centrum jedziemy szybką, nową linią metra, jedną z najnowocześniejszych jakie widziałem. Perony zamknięte, że nie da się wskoczyć pod pociąg, nowe i czyściutkie wagony. Pół godziny do centrum miasta i zupełnie innego świata. Wychodzimy na typową indyjską ulicę z tłumem ludzi, brudem i hałasem. Szukamy koło dworca jakiejś budy z miejscowym jedzeniem ale znajdujemy tylko przydrożne stoisko z żarciem. Ryzykujemy zamawiając jedzenie. W trakcie posiłku szczury zaczynają wchodzić prawie Krawcowi do plecaka: czas się ewakuować ;-) Przy okazji widzę jak „myją” nasze talerze… Dobrze, że po jedzeniu ;-)
Czas wracać na lotnisko i lecieć dalej. Trzeba przyznać, że jest to jedno z lepiej strzeżonych i zorganizowanych lotnisk na świecie. Wygrało jakieś konkursy na najlepsze lotniska w 2015 i 2016 roku. Do środka można się dostać tylko z ważnym biletem, w środku mnóstwo wojska obserwującego wszystkich uważnie, szybkie odprawy. Całkiem przyzwoicie.

KATMANDU
Katmandu jest bardzo ciekawą i dynamicznie przeobrażającą się aglomeracją. Chciałbym opisać ją w pełni blasku ale niestety będzie to trudne. Ogrom zniszczeń po zeszłorocznym trzęsieniu ziemi po prostu wbija w ziemię. Przeglądając swoje zdjęcia wróciłem do relacji Satana, który zdążył tam pojechać przed tragedią (Satanowy Nepal ) i porównanie pokazuje jak zabytki zostały zdewastowane przez żywioł.
Durbar Square
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Patan
Obrazek
Obrazek
¦wiątynia Rani Pokhari
Obrazek

W Katmandu spotkałem się ze znajomym mojego ojca, Arpanem, który wiele opowiedział mi o tym co przeżyli podczas i po trzęsieniu. Przez dwa tygodnie jego rodzina nie wracała do domu bo bała się wstrząsów wtórnych a ich dom popękał. Postawili sobie namiot z płachty i koczowali przed chatą. Zgłosili do urzędu uszkodzenie konstrukcji budynku. Kazano im przesłać zdjęcia. Na podstawie zdjęcia pozwolono im wrócić do domu!!! Wstrząsy wtórne o małej magnitudzie są tam do dzisiaj co 2-3 tygodnie. Ale ludzie już się przyzwyczaili z tym żyć.

Zdumiało mnie jednak co innego. Dumny pochwaliłem się, że wpłacałem pieniądze na Nepal, kupowałem produkty oznaczone, że część pieniędzy na niego idzie itd. I tu Arpan popukał się w czoło.
- A po co tak? Przecież większość pieniędzy trafiające do rządu idzie na ich nowe domy i uciechy. Rząd jest totalnie skorumpowany i nie warto z nim współpracować. Trzeba trafiać do organizacji odbudowujących bezpośrednio w Nepalu albo przyjeżdżać i płacić zwykłym ludziom za usługi.
Informacje te potwierdzali wszyscy inni nasi rozmówcy, łącznie z taksówkarzami i właścicielami hoteli.

W związku z tym dołującym tematem nie będę się skupiał na architekturze tego miasta. Więc teraz to co tam było najpiękniejsze: TIHAR czyli pięciodniowy festiwal światła. Hinduiści świętują tutaj dni w trochę inny sposób ale jest to zbliżone do indyjskiego Diwali. Robione jest mnóstwo glinianych lampionów (diyas), które są zapalane i ustawiane wokół domów każdej nocy. Za pomocą mąki, płatków, kolorowanego ryżu i piasku są tworzone wzory na podłogach domów i na zewnątrz. Ludzie tańczą na ulicach i cieszą się sobą. Kolejne dni mają różne znaczenie.
Dzień pierwszy – oddawane jest uwielbienie dla wron i kruków. Są karmione słodkimi przysmakami pozostawionymi na dachach. Krakanie wron jest symbolem smutku a karmienie ich ma ochronić przed nieszczęściami.
Dzień drugi – to dzień czczenia psów będących posłannikami boga śmierci. Noszą one tego dnia wieńce i czerwone lub białe kropki (tika) na czołach.
Dzień trzeci – porankiem są czczone krowy jako symbol powodzenia i one też tego dnia noszą wieńce i tika. Wieczorem natomiast bogini fortuny jest uhonorowana poprzez zapalenia lamp w drzwiach i oknach domów. Muzyka, śpiew i taniec od drzwi do drzwi są wykonywane przez dzieci dla datków pieniężnych.
Dzień czwarty – odbywa się czczenie osłów. Część ludzi czci tego dnia górę Goverdhan (indyjska) i robią mini-górę z łajna krów.
Dzień piąty – siostry zakładają tika na czoła ich braci aby zapewnić im długie i szczęśliwe życie, jak to zrobiła kiedyś hinduistyczna bogini. Tego dnia członkowie rodzin dają sobie prezenty.

Całe centrum turystyczne, czyli tak zwany Thamel, było przepełnione symbolami Tiharu. Zresztą Thamel jest bardzo esencjonalnym miejscem pokazującym kulturę Nepalu w pigułce, z przepysznym jedzeniem i tłumami ludzi. Zerknijcie sami na zdjęcia.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Na celebrację piątego dnia zostaliśmy zaproszeni do rodziny Arpana. Malowali sobie tikę na czołach, posypywali płatkami i podawali dary dla bogów w postaci jedzenia. Fajnie było z nimi to przeżyć i uczestniczyć w biesiadzie. Spróbowaliśmy przy okazji ich whisky i …. nie polecam! ;-) Za to nasz prezent w postaci gorzkiej żołądkowej chcieli zacząć importować do Nepalu po spróbowaniu ;-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po kolacji ruszyliśmy na miasto zobaczyć świątynię Rani Pokhari, która tylko raz w roku jest otwarta, właśnie w ten dzień. Ale okazało się, że nawet nasi znajomi, że po trzęsieniu ziemi została zniszczona. Jednak skorzystaliśmy z tego miejsca bo przed nią siedzą panie, które malują tikę panom nie mającym sióstr albo z siostrami będącymi są daleko. Zostaliśmy więc pomalowani i aż się obawiam ile to szczęścia będę miał przez ten rok ;-)
Obrazek

W Katmandu jest jeszcze mnóstwo ciekawych miejsc do zwiedzenia jak choćby buddyjskie świątynie Swayambhunath (świątynia małp) czy też stupa Bouddhanath. Wnoszą one niesamowity klimat, optymizm i spokój w duszę. Bardzo lubię te miejsca i z chęcią do nich wrócę. Zrobiły na mnie dużo lepsze wrażenie niż dołująca świątynia hinduistyczna Pashupatinath. Mimo zniszczeń dobre wrażenie zrobiło na mnie drugie królewskie miasto czyli Patan. Bhaktapur sobie odpuściłem bo miejscowi mówili, że najbardziej ucierpiało w trzęsieniu ziemi i nie chciałem się już dołować. W każdym razie dla planujących wyjazd do tego miasta można tu na spokojnie spędzić i tydzień na zwiedzaniu, no ale nie po to się przecież przyjeżdża do tego kraju… ;-)

Cdn. Chyba czas ruszyć w góry… ;-)
Ostatnio zmieniony 2018-08-22, 20:00 przez rambi, łącznie zmieniany 1 raz.
Pasjami brukuj drogę swojego życia..

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5596
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2016-12-30, 09:59

to poleciałes po całości na zakończenie roku, czekam z niecierpliwoscią na cd. :-)
A ten paszport w końcu wysłałes?
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
_Sokrates_
Posty: 636
Rejestracja: 2013-12-05, 22:03
Lokalizacja: Białystok

Re: NEPAL I INDIE - spełnij marzenia podróżą w głąb siebie

Post autor: _Sokrates_ » 2016-12-30, 10:00

rambi pisze:Cdn. Chyba czas ruszyć w góry… ;-)
Dawaj! Dawaj! :-)
Wiem, że nic nie wiem.

Awatar użytkownika
Michun
Posty: 7451
Rejestracja: 2009-04-24, 13:03
Lokalizacja: Western Front

Post autor: Michun » 2016-12-30, 10:04

CZEKAM! Po Berlinach itd mam nadzieję, ze będzie rychło clou programu!
"I don't hate people, I just feel better when they aren't around"
Ch. Bukowski
www.mojasciezkawgory.blogspot.com

Awatar użytkownika
menel
Posty: 9924
Rejestracja: 2009-01-10, 09:11
Lokalizacja: Wro

Post autor: menel » 2016-12-30, 10:11

rambi, przyznaj się? Umówiłeś się na zwiedzanie okolicy? ;-)

Obrazek
ПУНКС НОТ ДЭД !

Awatar użytkownika
Marco
Posty: 2123
Rejestracja: 2008-11-18, 19:05
Lokalizacja: Opole

Post autor: Marco » 2016-12-30, 10:36

Łooo matko :shock: :shock: :shock: a gdzie się Rambi podział??? Toż z połowę Ciebie wcięło?? Masakra
...a taki był fajny z Ciebie hierbatnik... ;-)
...only way to cure stupidity is death...

Awatar użytkownika
rambi
Posty: 1285
Rejestracja: 2009-05-24, 17:39
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: rambi » 2016-12-30, 16:18

ABC czyli Annapurna Base Camp – INSTRUKCJA OBSŁUGI
Długo zastanawiałem się gdzie mogę uderzyć podczas wyjazdu. Kumpel od razu stwierdził, że więcej niż 5 nocy w górach by nie chciał spędzić. Wiedziałem, że chłop wysportowany lepiej ode mnie choć nie przyzwyczajony do chodzenia po górach, więc mogłem planować dłuższe odcinki i większe przewyższenia. Poczytałem i przemyślałem sprawę, a ponieważ okolice Mount Everestu mam zarezerwowane na „spacer” z Julką, wybór padł na Annapurnę i jej sanktuarium. Z opisu widoków zdecydowanie wyglądało to na najlepszy wybór. Z perspektywy czasu: kompletnie nie żałuję swojego wyboru :-)

Papierologia i logistyka.
Wybrać się do ABC, jak i do innych terenów turystycznych, można na wiele sposobów.

OPCJA 1 – DLA WYGODNYCH I\LUB BOGATYCH
Można wynająć agencję (polską – drożej, lokalną – taniej ale trzeba się umieć porozumieć po angielsku), która poprowadzi nas jak po sznureczku: odbierze nas w Katmandu, załatwi za nas wszystkie papiery, oprowadzi po stolicy, zawiezie do Pokhary i jeepem do punktu wyjścia. Następnie wynajmie dla nas przewodnika i/lub tragarza z wymaganym przez nas doświadczeniem (czym większe tym cena wyższa). Następnie zarezerwuje wszystkie noclegi w lodge’ach po drodze razem z wyżywieniem (bez napojów). Po drodze pokażą nam najciekawsze miejsca i w powolnym tempie wprowadzą do ABC i sprowadzą na dół. Potem odwiozą na lotnisko i pożegnają. W naszej gestii pozostają przeloty, jeśli to lokalna agencja, lub nic jak polska. Po drodze poznałem parę z Wrocławia, która skorzystała z lokalnej agencji i cały pakiet kosztował ich $650 – dość niedrogo jak za paręnaście dni.

OPCJA 2 – DLA LUBI¡CYCH I¦ć NA PEWNIAKA Z INFORMACJAMI Z PIERWSZEJ RęKI
Poprzez agencję lub też bezpośrednio w Nepalu można wynająć przewodnika wraz z lub bez tragarza. Cena za przewodnika to od 25$ za dzień w górę (bezpośrednio można się dogadać taniej) a za tragarza to $10. Przy czym przewodnika z najniższej półki można w sezonie dostać bardzo kiepskiego: mówiący po nepgielsku ;-), nadużywający alkoholu czy też po prostu nie znający terenu i mało o nim mówiący. Lepiej wziąć przewodnika z dłuższym stażem a najlepiej go po prostu wybrać na miejscu w samej agencji. Spotykamy się z wynajętymi ludźmi w punkcie wyjścia na szlak i mamy z głowy problemy zamawiania noclegów i jedzenia bo to pomagają nam zrobić miejscowi. W razie sytuacji awaryjnych oczywiście mają ze sobą podstawowe leki oraz wsparcie agencji. Ja oczywiście na wszelki wypadek wykupiłem w Polsce ubezpieczenie, co ważne z akcją helikoptera w odpowiednio wysokim limicie, bo te akcje są tam baaaardzo drogie. Na miejscu NIE MOŻNA wykupić sobie ubezpieczenia, no chyba że przez międzynarodowe firmy ubezpieczeniowe w internecie. Ta opcja jest chyba preferowana w przypadku, gdy jest mało czasu, duża sieć szlaków i nie chcemy się gubić, a nie chcemy wydawać majątku. Wydaje mi się, że przy większej grupie wychodzi bardzo tanio.

OPCJA 3 – DLA LUDZI SZUKAJ¡CYCH PRZYGODY
Ta opcja najbardziej kusi pewnie większość z nas na forum a więc wszystko od A do Z organizujemy sobie sami. Wybieramy miejsce wyjścia, miejsce powrotu, noclegi po drodze, nie martwimy się też czy taki szerpa za nami nadąży ;-)

LITERATURA
Ze względu na to, że koledzy którzy z nami przyjechali stwierdzili, że będą na trekkingu jeden dzień przed nami i zostaną jeden dzień dłużej, opcja z przewodnikiem przestała mieć sens. Poza tym naczytałem się i przygotowałem na tyle, że nie miało to sensu. Dla chcących liznąć tematu polecam książkę Janusza Kurczaba „Wokół Annapurny i Dhalaugiri” wydaną przez Sklep Podróżnika. Daje ona podstawy, które powinniśmy wiedzieć. Resztę znajdzie się na necie, zwłaszcza w wersji anglojęzycznej.

PAPIEROLOGIA
Ok, skoro się naczytaliśmy i wiemy gdzie chcemy iść to czas wyrobić sobie papiery. Możemy to zrobić przez dowolną agencję turystyczną w Nepalu, czym zaoszczędzimy sobie stania w kolejkach ale pozbawimy siebie paru groszy. Możemy też pójść sami do Tourist Service Center w Katmandu lub w Pokharze. Z naszych doświadczeń wynika, że szybciej jest to załatwić w Pokharze bo są tam mniejsze kolejki. Jest jeszcze opcja dla bogatych i leniwych czyli wyrobienie wszystkiego przy wejściu do parku, co wg nabytej drogą plotek, niepotwierdzonej informacji ma kosztować dwa razy drożej. Trzeba mieć ze sobą 4 zdjęcia ale jak ktoś zapomni Pani na miejscu robi je i to nawet za friko. No ale niektórzy chcą ładnie wyglądać więc przywożą pięknie dopieszczone swoje :-) Rzeczony urząd w Katmandu wygląda tak.
Obrazekimages hosting

Co musimy sobie załatwić? Najważniejsze jest wpisanie nas do TIMS (Trekkers’ Information Management System) co pozwala nam na bycie podróżnikiem na szlakach górskich w Nepalu. Koszt tego cuda to 20. Brzmi śmiesznie ale te 20 to albo w dolarach albo w euro lub ewentualnie 2000 rupii nepalskich. Ta ostatnia wersja wychodzi najtaniej. Można wykupić dwie wersje TIMS’a: zieloną lub niebieską. Zielona dla samodzielnego turysty (nasza OPCJA 3) a niebieska dla grup z przewodnikami.
Druga sprawa to wykupienie pozwolenia na wejście na interesujący nas obszar. Obszarów tych w Nepalu jest sporo i każdy może mieć inną cenę za wejście. Annapurna kosztuje znowu 20. Ale już Mustang czy też Dolpa może nasz kosztować 500 za pierwsze 10 dni a Manaslu to 70 za tydzień i po 10 za każdy następny dzień (w szczycie czyli IX-XI, poza nim to 50).
A oto i nasze papiery.
Obrazek
Obrazek

BAGAŻE
(tylko dla tych co nie biorą tragarzy) ;-)
Przed wyruszeniem warto przeczytać co dany obszar nam umożliwia pod względem logistycznym. W niektórych trzeba ze sobą nosić namiot a co za tym idzie jedzenie. W okolicach Annapurny (ABC jak i Annapurna Circuit) dźwiganie namiotu nie ma sensu ze względu na masę bardzo tanich lodge’y po drodze ale ciepły śpiwór jest konieczny albo przynajmniej wkładka jak ktoś jest na tyle odważny, że skorzysta z miejscowych kołder. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że dźwiganie dużego plecaka mija się z celem i trzeba brać jak najmniej. Zwłaszcza że przewyższenia są tutaj bardzo dużo i mnóstwo schodów do pokonania. Ja się zmieściłem w plecak 35l a i tak uważam, że parę rzeczy mogłem sobie odpuścić. Noszenie żarcia odradzam choć jak ktoś chce oszczędzić na górze, gdzie jest dużo drożej, może coś wziąć. Polecam za to wziąć jakieś fanty dla dzieciaków. My wzięliśmy ponad kilogram cukierków a kumple kredki Bambino :-)

TERMIN
Jeszcze parę słów kiedy jechać połazić. Zdecydowanie polecam termin od IX do początku grudnia, przy czym w grudniu może już nas zaskoczyć monsun. Drugi czas to termin wiosenny czyli od III. Wtedy też można spotkać profesjonalne wyprawy atakujące szczyty. Można jechać też w czasie monsunu to przecież zależy od tego co każdy z nas lubi ;-)

Dobra, jesteśmy już chyba przygotowani. Możemy ruszać? ;-) CDN.
Ostatnio zmieniony 2018-08-22, 20:02 przez rambi, łącznie zmieniany 1 raz.
Pasjami brukuj drogę swojego życia..

Awatar użytkownika
menel
Posty: 9924
Rejestracja: 2009-01-10, 09:11
Lokalizacja: Wro

Post autor: menel » 2016-12-30, 17:06

Zanosi się na poważną i rzeczową lekturę.
ПУНКС НОТ ДЭД !

Awatar użytkownika
rambi
Posty: 1285
Rejestracja: 2009-05-24, 17:39
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: rambi » 2016-12-30, 17:26

Sorki ale muszę na raty bo mam straszny dym w sprawach prywatnych. Ale postaram się wrzucić tak szybko jak to możliwe resztę relacji :-) Ta powinna być najciekawsza dla Was...
Lidka K. pisze:A ten paszport w końcu wysłałes?
Wysłałem. Miałem za dużo roboty aby jechać do Wawki aby ten pasek zawieźć a potem drugi raz aby odebrać. Zawierzyłem.
menel pisze:przyznaj się? Umówiłeś się na zwiedzanie okolicy?
No ja z chęcią! Ale Pani była jakaś nie dojrzała: tylko kredki, w centrum uwagi i by malowała najchętniej na czołach... ;-)
Marco pisze:a gdzie się Rambi podział??? Toż z połowę Ciebie wcięło??
No trochę aktywnie ten rok spędziłem, dieta też zmieniona więc zanikło mi się ;-) Ale od świąt sobie pofolgowałem... ;-)
Pasjami brukuj drogę swojego życia..

Kasjopea
Posty: 724
Rejestracja: 2011-11-25, 22:39
Lokalizacja: Droga Mleczna

Post autor: Kasjopea » 2016-12-30, 19:24

O i to wygląda na niezłą lekturę do czytania. Nie spiesz się , dokładnie opisuj ;-) Chętnie się dowiem jak najwięcej;-)
"Chmury wyglądały jakby właśnie usłyszały o śniegu i rozważały tę ideę."

Awatar użytkownika
rambi
Posty: 1285
Rejestracja: 2009-05-24, 17:39
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: rambi » 2016-12-31, 15:46

ABC czyli miejsce które TRZEBA zobaczyć
Mam w sobie taką dziwną cechę, że jak sobie postawię jakiś cel to bardzo chcę go osiągnąć. Gnam do niego czasami zaślepiony, jakbym się bał że mi go ktoś zabierze. Sam zastanawiam się dlaczego. Nie inaczej było tym razem.
Z Katmandu do Pokhary pojechaliśmy autobusem turystycznym. To ważne aby jechać takim a nie miejscowym ze względu na jakość miejsc i ilość miejsca na nogi. Bilety w Katmandu można kupić w każdej agencji. Ale na ulicy Kantha Pur skąd rano odjeżdżają wszystkie autobusy dalekobieżne jest biuro firmy, która firmuje przejazdy. Tam też kupiliśmy bilet, jak się okazało najtaniej. Wyjazdy są o 7 rano i czas trwania przejazdu to 7h. Ale ze względu na korki w Katmandu, fatalny stan drogi Prithvi Highway, która z autostrady ma tylko nazwę, powoduje że przejazd 200 kilometrów zajął nam ponad 8,5h.

Do tego okazało się, że poprzedniego dnia Krawiec się zatruł. On jako doświadczony zeszłorocznymi wyjazdami do Indii zaciągnął mnie do lokalu wątpliwej czystości i wyglądu. Ale mówił: „tu będzie wypas żarcie, zobaczysz, w takich najlepiej mi się w Indiach jadło”. Żarcie nie było rewelacyjne ale znośne. Zjedliśmy to samo wegetariańskie danie palcami. Jedyna różnica, że ja swoje palce odkaziłem płynem dezynfekującym a on zapomniał. Hmm… Houston mamy problem a jutro ruszamy w poważniejsze góry. Czas nagli bo chcemy się dostać na pierwszą noc do miejscowości Damphus, skąd wystartujemy na następny dzień na bardzo długie trasy. W Dhampus zarezerwowałem jeszcze z Polski hotel przez internet korzystając z Bookinga. Ale uwiodła mnie jego nazwa (Dhaulagiri View Hotel) oraz opinie na temat niewiarygodnych widoków z okien: oj nie były przekłamane! W Pokharze dowiadujemy się na temat autobusów w dalej planowane przez nas miejsca. Odjeżdżają też koło 7 rano. Po zejściu z gór trzeba się będzie więc gdzieś kimnąć.

Na przejście do ABC wybieram trasę odwrotną niż wszyscy. Nie ruszamy na Poon Hill a w odwrotną stronę. Początek szlaku zaczyna się w Phedi. Okazuje się, że Wojtek nie wziął czołówki. Dobrze będzie dojść do hotelu przed zmrokiem. Łapiemy taryfę aby dojechać do Phedi. Z taksówkami tutaj jest bardzo ciekawie bo prawie wszystkie to czterodrzwiowe Suzuki Maruti, w których kolana mam zazwyczaj pod brodą. Najczęściej są bardzo wiekowe. Przepytałem taksówkarzy dlaczego tak jest: rząd zażyczył sobie na auta 200% cła. Wyobrażacie sobie ile to auto musi tam kosztować?! Jak dobra nasza bryka.
Obrazek

Trasa Phedi – Dhampus.
Taksówka dowozi nas na miejsce. Mamy godzinę do zmroku, 4 kilometry w poziomie i 600 metrów w górę podejścia. Biało-czerwony szlak jest dobrze znakowany, ciężko go zgubić. Narzucam tempo i rzeczywiście po godzinie dochodzimy do Dhampusa. To miejscowość do której dochodzi górska dziurawa droga. Gdy do niej dobijamy okazuje się, że akurat podjeżdża autobus lokalny. Nie wiem jak tu wjechał ale wysypują się z niego tłumy ;-) W zmroku znajdujemy nasz hotel: dzisiaj śpimy na ponad 1700 metrach. Krawiec pada chory w pokoju a ja lecę pogadać do knajpki z lokalesami i turystami. Właściciel hotelu pyta się dokąd chcemy dojść na następny dzień i jak słyszy Chomrong to chwyta się za głowę że daleko (to trasa na 2 dni, którą robimy w 1)! Ale poleca nam hotelik na górze i proponuje rezerwację. Bierzemy bo nie wiemy o której tam dotrzemy. Poza tym proponuje też poranny wschód słońca co szybko podłapuję i kładę się spać.

Trasa Dhampus - Chomrong.
Rano okazuje się, że już wiem dlaczego właśnie tutaj warto rozpoczynać wędrówkę. Pobudka o 5:30 i nieziemskie widoki :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Annapurna Południowa
Obrazek
Dhaulagiri
Obrazek
Machapuchara
Obrazek
A tu całe pasmo od Annapurny Południowej z przylepioną Annapurną I, poprzez Machapucharę aż do Annapurny III.
Obrazek
A tu jeden z budynków naszego hotelu Dhaulagiri View Hotel z narożnym górnym pokojem o nazwie: Annapurna IV 7525. Czy po tym noclegu nie mogę już powiedzieć, że zdobyłem Annapurnę IV?! ;-) Super sprawą jest to, że leżąc w łóżku przy rozsuniętych zasłonach widać przepięknie góry. ¦wietne miejsce!
Obrazek

Jemy śniadanie. Są one tutaj dość standardowe: często słodzona jajecznica lub omlet a do tego tosty z miodem lub dżemem. Do tego kawa lub herbata. Ja zawsze brałem sobie herbatę z imbirem i cytryną. Może dlatego nie wzięła mnie po drodze żadna choroba. Po śniadaniu można ruszać. Wchodzimy zatem do obszaru chronionego Annapurny przez taki check point.
Obrazek

To miejsce gdzie można zakupić brakujące dokumenty i otrzymać wszystkie potrzebne pieczątki. Nepalczycy mają uwielbienie do prowadzenia grubych ksiąg i wpisywania w nich danych turystów. Kto to potem przegląda?! ;-) Nasz początek trasy pokrywa się z nową krótką trasą pod Mardi Himal. To ciekawa otwarta w 2011 roku trasa, może być ciekawa dla tych, którzy mają mało czasu. Zajmuje 6-8 dni wg programów agencji. Nasza traska do ABC w pełnej wersji to około 10 dni.

Himalaje zalewają nas cały czas niesamowitymi widokami.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po drodze pojawiają się miejscowości z lodge’ami. Lodge to budynki w górach zbudowane z lekkich materiałów, a położone przy samym szlaku. Z reguły znajdują się po kilka obok siebie tworząc przydrożną „miejscowość” o jakiejś nazwie. Tego dnia mijamy przykładowo Pothanę, Tolkę itd. Lodge charakteryzują się tym, że z reguły wejście do pokoju jest bezpośrednio z dworu. Nie są ogrzewane i mają w środku od 2 łóżek w górę. Na wyposażeniu są często kołdry, które potem są po nas wietrzone ;-) Przy domkach często znajdują się jakieś toalety oraz miejsce do kąpieli. Z reguły z zimną wodą ale niektóre z nich mają zbiorniki na dachach, gdzie woda się nagrzewa od słońca oraz paneli słonecznych. Paru pierwszych szczęśliwców może się wykąpać darmowo albo za symboliczną kwotę. Są też takie prysznice z gazowym nagrzewaniem, za które musimy zapłacić odpowiednią kwotę (do 200). Oczywiście czym wyżej tym kwota staje się wyższa bo gaz w butlach wnoszą tragarze. Przy lodge’ach znajdują się knajpki w których można coś zjeść. I reguła ta sama co z kąpielą: czym wyżej tym drożej. Ceny noclegów są bardzo niskie. Z reguły nocleg kosztuje 200 rupii (2$) ale w wielu miejscach można się dogadać, że nocleg jest za darmo jak się zje obiad i śniadanie u nich. Do wielu miejsc dotarła już też technologia, co paru tradycjonalistów może zmartwić, i większość lodge’y posiada czynne lub nie wi-fi. Te wyżej położone hoteliki mają już płatną usługę a na samej górze podłączenie się kosztuje 400. Poniżej kilka przykładów lodge’y z bardzo sympatycznymi z reguły właścicielami.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
A tu jak wygląda budowa takiego cuda: do izolacji starają się używać materiałów, których nie muszą wwozić a mają pod ręką.
Obrazek

Ludzie w Nepalu żyją na skraju ubóstwa. I każdy zarobek ich cieszy. Nie są jednak do tego nachalni. Z ciekawości porównałem sobie PKB na głowę mieszkańca Nepalu i Indii. Indie to ponad 2 razy większe PKB od Nepalu. My mamy 10 razy większe niż Indie. Ubóstwo jest tam więc wielkie. Bardzo często właściciele budynków rozbudowują je tak aby turyści musieli przejść przez ich teren aby można ich było zagadać i coś zaproponować. Człowiek ze zdjęcia poniżej po zakupie coli był tak szczęśliwy jakby wygrał w totka a dostał za nią 2$.
Obrazek

W Landruk robimy sobie popas. Próbuję coś co jest opisane jako białe lokalne wino: nie róbcie tego błędu! To coś nie jest winem a jakąś rozwodnioną wódą czy bimbrem. Po jednym łyku zrezygnowałem z wypicia.
Landruk to ostatnia miejscowość do której dochodzi droga. Jest tutaj szkoła a nawet boiska do siatkówki.
Obrazek
Obrazek

A widok na Landruk z Annapurną Południową w tle wygląda tak.
Obrazek

W Nepalu na szlakach bywa niebezpiecznie. Miejscowi czasami urządzają na turystów pułapki. Poniżej ostrzegawcze zdjęcie bo Wam to też się może przydarzyć: weselna bramka postawiona na drodze. Bez cukierków marne szanse na przejście!!! ;-)
Obrazek

W Landruk jemy i ruszamy dalej. Właściwie to ja jem bo Krawiec widzę, że jedzie na odcięciu. Został nam jeszcze kawał drogi a on nie chce nic wciąć. Coraz częściej droga idzie wzdłuż potoków albo musimy je przekraczać. Od teraz będziemy co chwilę mijać najbardziej znany tu potok Modi Khola. Mnóstwo tu wiszących mostków.
Obrazek
Obrazek

Idziemy przez Bhirkumę, Himal Pani i New Bridge. Andrzej z Karolem, nasza ekipa motocyklowa, spali poprzednią noc w New Bridge właśnie a więc też ładny kawałek zrobili. To mniej widokowa część trasy. Dochodzimy do Jhinu Danda, gdzie znajdują gorące źródła. Niestety nie doczytaliśmy, że będziemy musieli nadrobić tu prawie 3km aby do nich dojść i się wykąpać. Zostawiamy w lodge’y plecaki i idziemy do źródeł. Wejście kosztuje niedużo bo 100NPR. Schodzimy do źródeł i po dłuższej chwili wskakujemy do wody. Czas leci nieubłaganie więc po 15 minutach musimy wyjść i biegniemy na górę po plecaki. Wracamy do nich tak samo spoceni jak wychodziliśmy ;-)

Znów powtarza się scenariusz z podejściem na koniec dnia przed zmrokiem. Ostatnie 600 metrów wchodzimy już baaardzo zmęczeni po straaaasznie stromych stopniach. Po drodze już słyszę dzwonki w uszach… Nie, one naprawdę są, wiszą na szyi muła, który nas dogania ;-)
Obrazek

Znów na sam zmrok meldujemy się w Excellent View Hotel w Chomrong. Bardzo się cieszymy, że hotel znajduje się ona na początku miejscowości. To już jest główna ścieżka szlaku na ABC. Odtąd nie sposób się tu zgubić bo szlak jest jeden tam i z powrotem.

Hotel jest pełny ludzi wiec fajnie, że mamy rezerwację. Pokoje dziwne bo z jednej strony mają okno na balkon z widokiem a z drugiej okno na …. korytarz w środku ;-) Mnóstwo tu różnych nacji, zwłaszcza Rosjan. W restauracji zamawiamy sobie jedzenie: Dal Bhat powinien być ok dla ludzi lubiących ostre żarcie. Krawiec zjada sam ryż. Zaczynam się o niego obawiać bo długo tak nie pociągnie. Nie ma miejsc więc dosiadamy się do kogoś. Okazuje się, że to pilot z linii singapurskich, który schodzi już z ABC. Idzie sam z przewodnikiem i za całą wycieczkę w wersji dla leniwych zapłacił 1200$. A więc ceny tu są bardzo płynne ;-)

Tego dnia przeszliśmy 23 kilometry i prawie 2 kilometry w górę i niewiele mniej w dół. Wynik iście himalajski… Ale jutro też jest dzień :-)

Chomrong – Deurali
Zdzwaniamy się chłopakami gdzie są. Spali w Sinuwa a więc są dwie godziny przed nami. Umawiamy się, że jak nam pójdzie dobrze to ich dojdziemy w Deurali lub tak jak planowaliśmy początkowo w MBC. To znowu byłyby 2 dni standardowego trekkingu w 1 dzień. I tu włączyło mi się to parcie na dojście na miejsce. Jakbym się bał, że coś się stanie po drodze i nie będzie mi dane dojście i zobaczyć tego co sobie wymarzyłem. Nie widzę tego, że robię to zupełnie podświadomie.

Telefonia komórkowa w Nepalu jest rozwinięta całkiem całkiem. W tej części gór jeszcze jest zasięg, jak się okaże wyżej będzie już z tym problem. Wykupiłem sobie kartę NCELL’a do komórki. Niestety przełożenie simkarty zakończyło się uszkodzeniem, jak się później okazało, gniazda. I odtąd mój telefon stracił kontakt ze światem. Na szczęście Krawiec miał LG w wersji bezdotykowej specjalnie na góry i tam wkładam kartę. Wyrobienie karty nie jest problemem w Nepalu. Punktów w których to można zrobić jest mnóstwo w Katmandu jak i w Pokharze. Potrzebują do tego tylko skan paszportu i oczywiście opłatę aktywacyjną. Wykupiłem małe pakiety tylko w razie W. Powyżej Sinuwy z zasięgiem już jest problem. Można powiedzieć, że czasami bywa.

Nasz hotelik (Excellent View Hotel) jest przepięknie położony i ma świetny widok, stąd pewnie jego pełne obłożenie. Mogę go z czystym sumieniem polecić. Ma dobrą restaurację, w restauracji mnóstwo gniazdek do ładowania sprzętu jak ktoś ma taką potrzebę. Na tych wysokościach w pokojach z reguły nie ma gniazdek, dobrze jak jest żarówka z bladym światłem ;-) A oto jak wyglądał nasz hotelik.
Obrazek
A na tym zdjęciu robionym od strony ABC jest on położony na samej górze Chomrongu, przy antenie po lewej stronie zdjęcia.
Obrazek
Wyjście tego dnia pokazuje nam piękno położenia Chomrongu. Jest tu cudownie a nad miejscowością góruje Annapurna Południowa (7219) i Hiun Chuli (6434). Jedyna wada, że musimy teraz zejść ponad 300 metrów w dół po schodach aby się przeprawić mostem nad Chomrong Khola i ruszyć wzdłuż Madi Khola do Tilche i Sinuwy czyli szlakiem do ABC.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po przejściu mostku zaczyna się mozolne zdobywanie wysokości. Tutaj już nie ma dróg i mnóstwo jest tragarzy noszących rzeczy do położonych wyżej lodge’y. Na niższych wysokościach potrafią chodzić w klapkach. Tutaj mają czasami adidasy a nawet zdarzają się tacy z butami z twardą podeszwą górską. W górę ich wyprzedzam ale ich technika schodzenia, zwłaszcza gdy idą mniej obciążeni, to zbieganie. Nie wiem jak się nie wywracają i nie skręcają nóg ;-) Chłopaki potrafią nosić do 30kg a patrząc na ich rozmiary to pewnie połowa wagi ich ciała. Niewielu z nich dorasta mi do ramion. Ale łydki mają potężnie rozbudowane. Widać że w sezonie pokonują tu setki kilometrów. Towary noszą w koszykach albo torbach, które zawieszają sobie na pasku na czole. Odpoczywają w miejscach gdzie mają dostęp do wody albo obok swoich sanktuariów obwieszonych chorągiewkami.
Obrazek

W niektórych miejscach wyręczają je muły lub osły. Czasami bywają ich całe karawany.
Obrazek

Idziemy do góry ale widzę, że wraz ze zdobywanymi metrami Krawiec gaśnie mi w oczach. A tu przecież będziemy szli na ponad 3000 dzisiaj. On jeszcze tak wysoko nie był. Przechodzimy przez Sinuwę, Bamboo i Dobhan. Idzie się tu przez las rododendronów, bambusów i czasami dębów. Obok co chwilę widać małe lub większe wodospady.
Obrazek

Miejscami z daleka można ujrzeć dumną Machapuchre czyli popularnie zwany przez swój kształt Fish Tail. Ta święta góra jest oficjalnie niezdobyta, choć próbowano kiedyś się na nią wdrapć. Oficjalnie była to tylko jedna angielska wyprawa ale próbę wejścia przypisuje się też pewnemu Nowozelandczykowi. Ponoć nieoficjalnie próbowano wchodzić więcej razy ale przed szczytem ginęli ludzie. Miejscowi opowiadali mi też o szerpie mieszkającym w pobliżu szczytu, który postanowił zdobyć ją bez pozwoleń. Próbował ponoć dwa razy ale za każdym razem jak wychodził z bazy do ataku szczytowego to tracił świadomość i budził się następnego dnia rano w bazie. Na ile to jedna z miejskich legend to nie wiem ale Nepalczycy o tym opowiadali.
Obrazek

Ta część szlaku jest mocno obłożona ruchem pieszym i w sezonie czasami ciężko jest z miejscami w lodge’ach. A jest ich tutaj i tak całkiem dużo. W dzień wietrzą się kołdry a miejscowi kuszą jedzeniem i napojami. Ceny rosną wraz z każdym metrem. W ABC osiągają swoje apogeum ale na 4200 metrów to trzeba kilka dni nieść to jedzenie więc nie mam wątpliwości, że trzeba za to zapłacić. Przykładowe ceny w ABC to: tost z miodem lub dżemem 360, zupa 300-400, owsianka 450-500, omlet 300, dal bhat lub spaghetti 600, pierożki momo też około 600 a pizza od 700 w górę. Powyżej Chomrong mięsa prawie nie ma. Co ciekawe wszystkie knajpy mają odgórnie narzucony przez władze wygląd menu (to akurat chyba ułatwia życie), które są nawet popodbijane urzędowymi pieczątkami na każdej stronie. Ponoć narzucane mają nawet ceny. Ja przyznam szczerze jadłem najczęściej to co ostre: jajeczne czy też warzywne curry albo dal bhata.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Przechodzimy koło Himalaya Hotel (2900) i dochodzimy do Deurali (3200). Zostały wg planu 2 godziny do MBC. Tu Krawiec pęka. Jakaś bakteria go rozbroiła niewiarygodnie. Przestał mieć ochotę na cokolwiek a zwłaszcza na marsz po górach. Nasze lekarstwa mu nie pomagają i cały czas się źle czuje. Opierdziela mnie z góry na dół w tej bezradności, że to nie wyścigi i że ma dość. I dopiero w tym miejscu uświadamiam sobie, że pędzę za tym moim celem nie patrząc na nikogo obok. Przyjaciel się z boku męczy a ja zapierdzielam jak idiota. Nie uwierzycie ale dopiero tutaj to do mnie dotarło! :-( Zarządzamy nocleg w Deurali i obiecuję sobie w duszy, że może się Krawiec wykuruje. A jak nie to decydujemy, że zaczeka na mnie tutaj a ja pobiegnę do ABC i wrócę do niego. Wbrew pozorom nie jest tu łatwo znaleźć nocleg. W pierwszych lodge’ach nie ma miejsc w ogóle, a dopiero w ostatniej znajdujemy dwuosobową „norę” dla nas ;-) Tak, te pokoje to już nory, widać że sklecone naprędce i mają tylko powstrzymywać wiatr. Choć pod drzwiami i tak się przedostaje. A na dworze temperatura spada tu do około 0 stopni. W nocy sprawdzam temperaturę: mamy w środku 7 stopni.

Wieczór spędzamy bardzo przyjemnie bo podczas obiadu poznajemy grupę dziewczyn z Izraela, które w 4 wchodzą na ABC. Mają kilku przewodników, wielu tragarzy, niosą ze sobą cały prowiant a nawet wodę w specjalnych camel bagach kilkulitrowych. Widać, że ta podróż po górach to dla nich nowość. Pozawijane w tysiąc ciuchów i koce, zakatarzone i kaszlące. Słuchamy jakie mają plany na najbliższe dni: jutro do MBC (3700) i tam nocleg. Potem cały dzień do ABC (4200) i znów nocleg. Potem zejście do MBC, no może Deurali. Narzekają, że któregoś dnia musiały przejść ponad 10km. Oj zejdzie im jeszcze ze 2 tygodnie do Pokhary ;-) Nawet przewodnicy próbują je trochę zmobilizować do szybszego przejścia ale się nie dają.

Wieczorem podczas kolacji sporo rozmawiam z bardzo miłymi przewodnikami dziewczyn. Dużo ciekawych rzeczy poopowiadali. Część z nich zaczynała jako tragarze ale nie miało to sensu bo mały pieniądz. Potem jeden z bardzo wesołych przewodników urządza pokaz wraz ze śpiewami. Jest kupa śmiechu. Ciekawe, że w restauracji jest trochę ponad 10 stopni a wszyscy tragarze tu śpią. Leżą kołdry, które mogą wziąć i jak goście wyjdą z jadalni kładą się na ławach albo na stojących obok siennikach, jeśli nie są zajęte przez miejscowych.
Występ przewodnika w Deurali

Woda to też ciekawy temat bo na górze nie da się kupić butelek. Trzeba albo kupować od nich odkażoną wodę ze specjalnych zbiorników albo nieść swoją wodę albo mieć filtr do wody albo tabletki do odkażania. My wybraliśmy tabletki i picie przegotowanej wody w restauracjach. Ale Krawcowi woda po tabletkach kompletnie nie leży. Każdy na pewno ma innego smaka i chlor niekoniecznie będzie mu pasować więc warto to w Polsce sobie przetestować.

Ok, czas na podsumowanie: tego dnia przeszliśmy 16 kilometrów, weszliśmy 1500 metrów do góry a zeszliśmy prawie 600 w dół. Ale jutro może być ten najważniejszy dzień ale czy będzie? CDN.
Ostatnio zmieniony 2018-08-22, 20:03 przez rambi, łącznie zmieniany 1 raz.
Pasjami brukuj drogę swojego życia..

Awatar użytkownika
sosikhehe
Posty: 232
Rejestracja: 2014-09-24, 22:14
Lokalizacja: Tyskie (Ślunsk)

Post autor: sosikhehe » 2017-01-01, 15:44

Dajesz! :-)
Co było dalej? :mrgreen:
My body lie but still I roam

Awatar użytkownika
rambi
Posty: 1285
Rejestracja: 2009-05-24, 17:39
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: rambi » 2017-01-01, 21:19

Deurali – Himalaya Hotel
Rano wstajemy trochę przechłodzeni. W nocy było zimno i czuć to w pokoju. Na śniadaniu Krawiec znowu nie chce jeść. Jest źle. Ale decydujemy się spakować, zostawić plecaki i pójść do góry. Zobaczymy jak pójdzie. Że też musiało się to choróbsko przypałętać akurat na trekking… Płacimy od razu za jedzenie: tu koszt pobytu był najwyższy na całej trasie. ¦niadanie, obiad, noclegi (200 od osoby), wifi (300) oraz trochę napojów wyniosło nas 40$ na dwie osoby. A standardowe śniadanie wygląda tutaj tak.
Obrazek

Możemy zostawić plecaki w pokoju. Ruszamy. Krajobraz robi się coraz bardziej surowy, marsjański ale jednocześnie piękny.
Obrazek

Krawiec blednie z każdym krokiem ale jakoś udaje nam się dotrzeć pod MBC (Machapuchare Base Camp). Ten odcinek był dość trudny i męczący. Tu MBC.
Obrazek

Po drodze wyprzedzamy też sporo Japończyków i Chińczyków. Ciekawy jest sposób ich wchodzenia. Oni cały czas idą, nie zatrzymują się ale idą w mega wolnym tempie. Przewodnicy są zawsze znudzeni idąc koło nich. Podchodzą kawałek, zatrzymują się i czekają na swoich podopiecznych. Jedną taką Chinkę minęliśmy w drodze do MBC. Szła tak jakby się miała zaraz wywrócić. Blada, wymęczona, milcząca, z krążącym niedaleko przewodnikiem. Jak będziemy schodzić za ponad 3 godziny z góry miniemy ją kawałek za MBC.

MBC to położone na wysokości 3700 metrów u stóp świętej góry miejsc, które jest urocze. Krawiec oświadcza, że chyba nie da rady dalej iść. Pada na krzesło przed lodge’ą. Zamawiam mu i przynoszę colę. Decyduję, że poczekam chwilę bo on chce abym szedł sam. On sobie posiedzi, odpocznie i poczeka. Stwierdzam, że lepiej niech chwilkę odsapnie i wtedy zadecydujemy. Pogoda jest piękna i wiem, że potem będzie żałował jeśli nie wejdzie. Siedzimy pół godziny aby odsapnął. Robimy fotkę pamiątkową.
Obrazek

W końcu stwierdza, że spróbuje. I okazuje się to słuszną decyzją bo ta część podejścia do ABC jest najłatwiejsza i najbardziej widokowa.
Obrazek

Mniej więcej w połowie drogi spotykamy w końcu Andrzeja i Karola, którzy już wracają z ABC. Oni spali w MBC. Mówią, że było bardzo zimno i głowy ich bolały. Zamarzły też jakieś urządzenia i były problemy z wodą. Ogólnie stwierdzają, że to najgorsza miejscówka w której spali. ABC im się strasznie podobało. Umawiamy się, że się spotkamy w Himalaya Hotel albo Dobhan jak Krawiec da radę dojść. Na tą chwilę raczej byłem pewny, że zostaniemy w Deurali.
Obrazek

Ok, ruszamy dalej i powoli otwierają się coraz piękniejsze widoki. Aż w końcu ukazuje się ABC na ponad 4100 metrów.
Obrazek

Krawiec zalega na ławce i drzemie a ja zaczynam buszować po tym cudownym miejscu. Najpierw wchodzę do środka aby zakupić piwo, którym mam zamiar uczcić wejście na tą wysokość :-) Pozwolono mi zrobić parę zdjęć obiektu od kuchni ;-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Teraz mogłem spokojnie świętować i celebrować to miejsce :-)
Obrazek

Mogę spokojnie stwierdzić, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie w życiu widziałem. Oglądałem też zdjęcia ludzi, którzy szli Annapurna Circuit i wydaje mi się, że ABC jednak jest bardziej urokliwe. Ale sam to ocenię dopiero po przejściu wokół Annapurny :-) A tutaj słynne sanktuarium…
Obrazek

Przez ponad godzinę kręciłem się po okolicy i nie mogłem się napatrzyć na te cuda: Annapurnę Południową(7219), Bharha Chuli (7647), Annapurna I (8091 – 10 szczyt ziemi!), Khangsar Kang (7485) i inne. Sami oceńcie! :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Ciekawą sprawą jest tutaj sprawa lodowca, który kiedyś dochodził pod ABC a teraz kompletnie się wycofał pod Annapurnę pozostawiając po sobie pusty cyrk lodowcowy. To miejsce robi księżycowe wrażenie. A pozostały pod południową, słynną ścianą Annapurny lodowiec też jeszcze jest potężny.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dobra, czas schodzić bo Krawiec się dalej kiepsko czuje, a przynajmniej do Deurali musimy dojść. Ruszamy zatem z powrotem. Droga w pełnym słońcu robi wrażenie. Krawiec zostaje trochę z tyłu ale dzielnie idzie dalej. A ja podziwiam okolice. Interesujące, że całe to nabuzowanie i nakierunkowanie na cel ze mnie zeszło. Spełniło się moje marzenie. Zameldowałem sobie wewnętrznie: „Panie prezydencie melduję wykonanie zadania!”:-) I jest mi już błogo, luźno i przyjemnie. Mogę teraz iść gdziekolwiek :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dochodzimy w końcu do Deurali. Krawiec mówi, że się fatalnie czuje i musi odpocząć. Boli go dodatkowo głowa. Pewnie przez wysokość. Spanie na 3200 to nie najlepszy pomysł w tym przypadku. Proponuję odpoczynek i zejście poniżej 3000, najlepiej do Himalaya Hotel (2900) a jakby się udało to do chłopaków do Dobhan ale w to to sam nie wierzę. Decydujemy się na zejście do Himalaya i jak się potem okaże decyzja była perfekcyjna.

Kiedy Wojtek odpoczywa zaczynam konwersację z jakąś babeczką siedzącą przez budynkiem. Mówi z fajnym oksfordzkim akcentem ale nie używa bardzo skomplikowanego słownictwa. Z ciekawości pytam w końcu skąd pochodzi. Okazuje się, że jest Węgierką!!! W życiu bym nie zgadł. Okazuje się, że ma wykształcenie muzyczne i języków zaczyna się zawsze uczyć od ich melodii :-) Mówi kilkoma bo ma łatwość ich przyswajania. I tu znowu słyszę standardową historię: pracowała w korporacji, odłożyła kaskę i miała dość więc rzuciła robotę. Postanowiła pojechać w świat aby zaznać życia i odpocząć. Przeszła Annapurna Circuit a teraz idzie do ABC. Gdzie potem pojedzie? Jeszcze nie wie ale nie do domu. Po raz kolejny ta sama historia. Podobnie opowiadał nam Polak, którego spotkaliśmy na lotnisku w Katmandu. On zwiedził południową Azję przez ostatnie kilka miesięcy a teraz na miesiąc przyjechał do Nepalu. Potem zamierza skoczyć do Kambodży i Tajlandii na kilka miesięcy. Nasz tryb życia wykańcza nas psychicznie i jak ktoś nie dba o swój spokój psychiczny i nie potrafi nabrać dystansu to potem kończy w wariatkowie albo ucieka w świat jak oni.

Krawiec po wypiciu herbaty stwierdza, że możemy ruszać. Żegnam się z miłą Węgierką życząc wiele szczęścia i zdrowia. Chce nam dać jeszcze dla Krawca jakieś probiotyki bo leczy się tak jak ja tylko naturalnie i bez chemii :-) W międzyczasie naszły chmury i zrobiło się bardzo pochmurnie… Pierwszy taki dzień zachmurzony w czasie trekkingu. Spokojnym tempem dochodzimy do Himalaya. Tu Krawiec oświadcza, że nie da już rady bo pada. Stoimy przed budynkiem jednej z lodge’y myśląc jeszcze nad planem. Właściciel mówi, że ma jeszcze pokój 4 osobowy. Zastanawiamy się na głos co robić. W pewnym momencie podchodzi do nas człowiek i mówi po polsku: zostańcie tutaj bo warto. Okazuje się potem, że to szef firmy Adventure Expedition (www.adventure-expedition.pl), który przyjechał tutaj z grupą ludzi z Polski i idą do ABC. Posłuchaliśmy go i to była jedyna słuszna decyzja. Umawiamy się na gadułę przy obiedzie i idziemy zostawić bagaże. Krawiec pada na chwilę w naszej wyjątkowej norze ;-)
Obrazek

Idę się wykąpać korzystając z gazowego prysznica oczywiście odpłatnie ale potrzebowałem tego. Kolejka do niego bo Polacy od Jerzego też się kąpią a prysznic jeden. Potem zwlekam Krawca i idziemy na kolację. Tam schodzi się cała polska ekipa i miło spędzamy wieczór. I tu następuje przełom w naszym trekkingu: dziewczyny z wycieczki dowiadują się o problemach zdrowotnych Krawca. Pytają się czy mamy nifuroksazyd. Hmmm… Jedyne co posiadam do stoperan i węgiel. Dają więc Krawcowi kilka tabletek, on zażywa jedną i … po godzinie odżywa! Zaczyna się lepiej czuć. Zjada nawet trochę więcej kolacji. Nawet nie wiedziałem, że nasze Hasco takie skuteczne leki robi! Wieczór spędzamy na plotach z Basią, Karoliną, Elą, Marcinem i Jerzym. Okazuje się że dwie pierwsze to zapalone triatlonistki i startują w zawodach. Jerzy zaś opowiada nam o kilku miejscach w które warto pojechać. Słuchamy ciekawych opowieści o Laosie (Luang Prabang) czy też Tybecie. Fajny człowiek i ma potężną wiedzę :-) Ale czas spać bo od jutra wracamy na dół…. Mówimy dobranoc i lecimy do pokoju.

Tego dnia przeszliśmy znowu 20 kilometrów i odpowiednio 1000 metrów w górę i ponad 1300 w dół.
Ostatnio zmieniony 2018-08-22, 20:04 przez rambi, łącznie zmieniany 1 raz.
Pasjami brukuj drogę swojego życia..

Awatar użytkownika
menel
Posty: 9924
Rejestracja: 2009-01-10, 09:11
Lokalizacja: Wro

Post autor: menel » 2017-01-01, 22:01

Impreza wyczesana. Rambi, gratulacje.

Ta focia mnie porobiła :

Obrazek

Ta wycieczka będzie w moich typach na imprezę zagraniczną.
ПУНКС НОТ ДЭД !

Awatar użytkownika
rambi
Posty: 1285
Rejestracja: 2009-05-24, 17:39
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: rambi » 2017-01-02, 20:40

HIMALAYA HOTEL – KYUMI
W końcu miałem dobry sen w czasie marszu przez Himalaje. Wyspałem się i nawet mi się rano nie chciało wstawać. Poranne śniadanie dobrze robi. W Himalaya mają dobre jedzenie to trzeba przyznać. Wieczorem też z przyjemnością jadłem. Wychodzimy w kierunku Dobhan trochę później ale już nie ma presji czasu a chcę aby Krawiec odżył. Zresztą widać, że już mu lepiej. Ale chce już zejść z gór po tych męczarniach, które mieliśmy. Zmieniamy więc plan i nie idziemy do Poon Hill a postanawiamy zejść przez Birethanti.

Ruszamy. Po drodze co jakiś czas znajdują się tutejsze sanktuaria z taką grzeczną prośbą do odwiedzających.
Obrazek

Nad nami przelatują helikoptery, najpierw ratowniczy a potem wojskowy. Zastanawiam się z Wojtkiem czy nie lecą po tą wczorajszą Chinkę. Ja głośno wyrażam też radość, że nie lecą po Krawca, który tego dnia wygląda już zgoła inaczej i nawet się uśmiecha ;-)
Obrazek
Obrazek

W Bamboo Lodge pijemy sobie coś i lecimy w kierunku Chomrong. Droga już znana ale nadal ciekawa. Z daleka widzimy nasze punkty trasy.
Obrazek
Obrazek

Po drodze są czasami ciekawe konstrukcje. Przykładowo szlak jest zamknięty furtką. Furtka zamknięta na głucho ale można przejść po schodkach z jednej i drugiej strony murku. Czy ktoś to zrozumie?!
Obrazek

Z nowego mostku za Tilche zerkam na dół: widać pozostałość starej przeprawy która dość kontrastuje z nową.
Obrazek
Obrazek

W Chomrong czeka ponad 300 metrów po schodach do góry. Jak dochodzimy do ostatnich domów to widać po nas, że już mamy dość wszelakich kamiennych schodów ale wokół Annapurny to częsta sprawa. Z lokalu nad nami, w którym chcemy jeść, ktoś do nas radośnie macha łapami: są chłopaki :-) W końcu ich dogoniliśmy. Szkoda, że my stąd niestety wracamy na drogę, którą przyszliśmy a oni idą do Poon Hill. Zamawiamy żarcie i gadamy chwilę. Chłopaki mają odciski, co chwilę problemy żołądkowe i są koszmarnie zmęczeni. Ale szczęśliwi bo też im się tereny wybitnie podobają :-) Mają całe potężne apteczki ze sobą!
Obrazek

Tu zjadam przedziwne danie: egg curry ale z gotowanymi jajkami :-) Troszkę mnie tym zaskoczyli bo myślałem, że będzie standardowe.
Obrazek

Żegnamy się z chłopakami i ruszamy dalej. Po drodze mijamy następnych miejscowych. Czasami niosą więcej niż mają wagi chyba ;-)
Obrazek

Wracamy tą drogą co poprzednio a więc przez ciepłe źródła i pod wieczór dochodzimy do New Bridge. Chłopaki tu spali i nas ostrzegali, że to kiepskie miejsce więc idziemy jeszcze kawałek dalej, gdzie odbijamy na nowy szlak w kierunku Birethanti. Łapie nas zmrok ale odpalam czołówkę i dochodzimy do pierwszych lodge’y w miejscowości Kyumi. Miejsce okazuje się trafieniem w 10: Bee Hive View Lodge. Przy szlaku są fajnie poustawiane stoliki i krzesła więc mamy chęć zjeść dzisiaj na zewnątrz, zwłaszcza że na wysokości poniżej 1400 metrów jest już w miarę ciepło. Tu mamy możliwość skorzystania prysznica w cenie noclegu (2$ od osoby) i zjeść bardzo przyzwoite jedzenie. W pokoju są też gniazdka więc możemy doładować sprzęty.

Po rozpakowaniu się i kąpieli siadamy do stołu. Przy stoliku obok siedzi starsza para Kanadyjczyków w wieku jakoś 60-70 lat. Gadamy z nimi trochę bo mają wiedzę na temat tego miejsca przeokrutną. Są już w Nepalu 17 raz (sic!) i już 4 razy obeszli Annapurnę, przy czym najbardziej byli zachwyceni przejściem w czasie monsunu w sierpniu. Dlaczego? Bo wtedy nie było prawie w ogóle ludzi :-) A deszczu mieli tylko 2,5 dnia na całe przejście. Radzą nam przy okazji czy nasze następne punkty wyprawy są warte uwagi. Tym razem Wojtek wybiera miejsce a chce bardzo pojechać do Parku Narodowego Chitwan. Kanadyjczycy mówią, że jest ok ale tylko na raz aby zobaczyć i już tam nie wracać. Oprócz Kanadyjczyków towarzyszy nam też ćma wielkości dłoni :-)
Obrazek

Tego dnia zrobiliśmy ponad 20 kilometrów, weszliśmy ponad 600 metrów w górę i zeszliśmy ponad 2100 metrów w dół.

KYUMI - POKHARA
To nasz ostatni dzień wyrypy. Wstajemy wcześnie bo wiemy, że jeśli nie złapiemy na górze żadnego jeep’a czy jakiejś okazji to trzeba będzie przejść ze 20km do Birethanti albo nawet do Nayapul, gdzie zaczyna się „highway” i gdzie do pewnej godziny da się jeszcze złapać transport do Pokhary. Przed wyjściem parę fotek naszego lokalu.
Obrazek

Idziemy wśród lokalnych domostw po ścieżkach, którymi też chodzą lokalni ludzie. Na niektórych rozwidleniach można znaleźć drogowskazy.
Obrazek

Jest wcześnie więc dzieci w mundurkach idą do szkoły. Oczywiście dostają od nas porcję cukierków co powoduje, że z uśmiechem pozują z nami do zdjęć :-)
Obrazek

Droga jest nadal bardzo widokowa.
Obrazek
Obrazek

Dochodzimy w końcu do ubitej drogi. To jest też miejsce gdzie dojeżdżają pierwsze jeep’y i taksówki.
Obrazek

Jest jeszcze wcześnie więc nie bierzemy jeep’a, zresztą tutaj kosztuje on całkiem dużo. Jest też taksówkach czyli niesamowite suzuki maruti, które nie wiem jak tu wjechało. Ruszamy powoli na dół pomimo, że ludzie co chwilę nas zatrzymują czy nie chcemy aby nas podwieźli. Po paruset metrach patrzymy a w naszym kierunku jedzie… autobus! Szok niesamowity. Zatrzymuje się koło nas i gość pyta czy nie chcemy dojechać do Pokhary za … $3!!! No nie mogliśmy odmówić sobie tej przyjemności w takim przypadku :-) Wsiadamy do środka a tam już full ludzi, zebranych z drogi po drodze. Dojeżdżamy do pętli, z której szliśmy i robi się tłumnie. Nie mieszczę nigdzie nóg na siedzeniach. Ale na tyle siedzi trójka osób, które litują się nade mną i pozwalają mi siąść na środkowym miejscu z plecakiem pod nogami. Autobus rusza w dół z prędkością zastraszającą paru kilometrów na godzinę, po wertepach, dziurach, nad przepaściami, a oczywiście co chwilę doładowywani są ludzie. W pewnym momencie wsiada kobieta z małymi dziećmi: jednym na rękach i dwoma u spódnicy. Udaje się jej wcisnąć pomiędzy nas. Ja nawet nie mam jak tu stanąć aby jej ustąpić bo zająłbym kilka miejsc stojących taki zgięty w pałąk ;-) Jeden z dzieciaków zaczyna się do mnie uśmiechać więc dostaje paczkę z resztą cukierków a drugi zaczyna obgryzać paski z plecaka drugiego sąsiada kobiety. Po chwili młoda matka zaczyna karmić przy nas bobasa i co chwila łapie mnie za kolano na zakrętach. Pełen folklor. Większość osób wysiada w Birethanti a my ruszamy w kierunku Pokhary. Pierwsze 9kilometrów autobus jechał prawie 2h.

Okazuje się, że moi sąsiedzi na tylnym siedzeniu to ekipa, która przeszła sobie właśnie Annapurna Circuit a teraz udają się do Pokhary. Dziwny skład: Norweżka, Estonka i Amerykanin. Spotkali się bo wynajęli przez Internet tą samą dobrze notowaną agencję w Katmandu i z przewodnikiem ruszyli w podróż. Przewodnik był do luftu: nic im nie pomagał, niewiele się od niego dowiedzieli a do tego zrobił im niezły numer. Przy najwyższej przełęczy (Thorung Pass – 5400) zdobywali jednego dnia aklimatyzację. On powiedział, że zaczeka na nich w ledge’y. Gdy wrócili był pijany na amen. Na następny dzień nie był w stanie prawie iść i to oni mu pomagali aby wszedł. Wieczorem kazali mu iść sobie i mają zamiar uderzyć do agencji o zwrot kosztów. Ponoć od tego momentu ich wycieczka zaczęła być przyjemniejsza. Ciekawa historia – jak można źle trafić! Norweżka ma zamiar oddać się medytacjom. Skończyła anglistykę i nie rozpoczęła pracy a ruszyła w świat aby sobie trochę pozwiedzać. Estonka też w sumie zajmuje się „zwiedzaniem”. Może na święta wróci do domu ale jeszcze tego nie jest pewna. Wszyscy są totalnie wyluzowani.

A nasz autobus, oczuywiście marki Tata, wyglądał tak.
Obrazek
Obrazek

W Pokharze zwiedzamy miasteczko i idziemy zakupić bilety do Chitwan. Na następny dzień rano tam ruszamy. Odpuszczamy tym razem muzeum alpinizmu i inne okoliczne atrakcje. Nie da się wszystkiego na raz.

I tak skończył się nasz trekking, który uważam za jeden z fajniejszych w moim życiu. Może dlatego, że wymarzony, może dlatego że z nieziemskimi widokami, a może dlatego że lepiej poznałem siebie… Ale ta wycieczka by się nie udała gdyby nie jedna osoba: mój przyjaciel Krawiec, który mimo przeciwności losu i choroby wykazał nieludzką wprost siłę i wszedł ze mną do samego ABC :-) Dzięki bo wiem że w dużej mierze zrobił to dla mnie!!! :-)

Ale to nie koniec ciekawostek podróży, którą odbyłem. Reszta mniej górska ale wydaje mi się iż warta przeczytania. CDN.
Ostatnio zmieniony 2018-08-22, 20:05 przez rambi, łącznie zmieniany 1 raz.
Pasjami brukuj drogę swojego życia..

ODPOWIEDZ