Red-Angel szuka zimy - Nowa Zelandia

Moderatorzy: Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
Red-Angel
Posty: 2681
Rejestracja: 2011-04-16, 16:54
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: Red-Angel » 2016-09-07, 01:47

Zanim zapodam jakieś zajawki z Great Walk, a dokładniej z dwóch, które przeszedłem ostatnio, to pokażę coś wcześniejszego.


W końcu przyszła prawdziwa zima. Przez Nową Zelandię przeszedł niż z niższą temperaturą i opadami śniegu nawet na nizinach. Oczywiście padało dosłownie wszędzie, tylko nie w Christchurch. Nawet w gazetach były nagłówki w stylu "Dlaczego w Christchurch nie padał śnieg" ;) Ale wszędzie indziej śnieg był, na weekend pogoda szykowała się świetna, więc kierunek mógł być tylko jeden - Alpy Południowe!

Niedziela, 7 sierpnia 2016

Ponownie jadę z ludźmi z Christchurch Tramping Club. Miejscem startowym jest Hanmer Spring, mała górska miejscowość położona u podnóża Hanmer Range, w której można znaleźć termy, stoki narciarskie, a nawet pole golfowe.

Krajobraz prezentuje się świetnie. Wszędzie leży świeży śnieg, słońce świeci, a chmury zanikają. Po prawej stronie tego centralnego masywu widać nasz cel.
Obrazek

Początkowo idziemy asfaltem, ale jak to miejscowi mają w zwyczaju, część czekanów jest już w dłoni. Do mnie ten styl zbytnio nie przemawia i wolę wędrować z kijkami.
Obrazek

Przed nami widoków zbytnio nie ma, ale za to za plecami jest ładnie. Zima w najładniejszym wydaniu.
Obrazek

Po kilkunastu/dziesięciu minutach robimy postój w miejscu, gdzie szlak odbija z asfaltu i znika w lesie. Oczywiście ścieżka cała zasypana i trzeba przecierać. Ale widoczki można pooglądać zanim zniknie się w lesie.
Obrazek

A ośnieżony las jest ciekawy. To chyba jedyna pora roku, kiedy można to o nim powiedzieć.
Obrazek

Nad wszystkim świeci słoneczko.
Obrazek

Leśna lans fota na szlaku. Czemu taki warun nie może być cały czas?
Obrazek

Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak po wyjściu ponad las, gdzie pojawiło się więcej widoków, ale jakoś nie było okazji na ich podziwianie. Wszystko przez śnieg do kolan, przez który musiałem przetorować szlak. Jakoś tak wyszło, że przez cały dzień torowały głównie trzy osoby, z czego - nie chwaląc się ;) - najwięcej ja. Żałowałem, że nie mam ze sobą rakiet, bo przejście byłoby bardzo przyjemne.
Obrazek

Krótka przerwa na przełęczy, chwilowa zmiana na przedzie grupy i ruszamy granią w kierunku Mount Isobel.
Obrazek

Szczyt Mt Isobel to wypłaszczenie po prawej stronie, schowane za dwoma wyraźniejszymi, acz w rzeczywistości niższymi wierzchołkami.
Obrazek

Powoli zdobywamy kolejne metry w świeżym śniegu. Słońce świeci, wiatru nie ma. Widoków na Alpy Południowe za to nie brakuje.
Obrazek

Powoli do szczytu...
Obrazek

Jest i szczyt :)
Obrazek

Nareszcie można usiąść, zjeść coś i napić się gorącej herbaty. Chociaż widoki rozpraszają i co chwilę wyciągam aparat, żeby coś sfotografować ;)
Obrazek

Zbliżenie na odległe pasmo widoczne od samego rana.
Obrazek

To co w dole.
Obrazek

Szczytowa wieżyczka, z ładnym tłem ;)
Obrazek

Przykuwający wzrok masyw w okolicy.
Obrazek

Po dłuższym czasie nadszedł czas powrotu. Wracamy tą samą trasą, jaką przyszliśmy, gdyż przecieranie innego wariantu zejścia byłoby bardzo męczące i czasochłonne.
Obrazek

Obrazek

W takich okolicznościach przyrody aż chce się wędrować.
Obrazek

Obrazek

Widok na północ z przełęczy, z której schodzimy w dół.
Obrazek

Na koniec jeszcze kilka zdjęć tego samego ;)
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Widoczek na koniec również niczego sobie.
Obrazek

Później schodzimy do samochodów i powoli wracamy do Christchurch, do którego jest trochę ponad godzina jazdy.

Na koniec jeszcze mapka dzisiejszej trasy:
Obrazek

Wycieczka była udana, co chyba widać ;) No bo jak mogłoby być inaczej, skoro był śnieg, słońce, a to wszystko z rozległymi widokami na szczyty Alp Południowych. Ta okolica bardzo przypomina Tatry Zachodnie z charakteru szczytów i grani, jednak tych gór jest nieporównywalnie więcej. To pierwsza nowozelandzka wycieczka, po której nie można mieć wątpliwości, co to była za pora roku :P

Więcej zdjęć: https://goo.gl/photos/BQhwwFgvbh3coHJ87

Leuthen

Post autor: Leuthen » 2016-09-07, 03:16

Red-Angel pisze:W końcu przyszła prawdziwa zima.
A we Wrocławiu ciągle mamy lato. Ja tam wcale nie tęsknię za zimą :mrgreen:
Red-Angel pisze:część czekanów jest już w dłoni. Do mnie ten styl zbytnio nie przemawia i wolę wędrować z kijkami.
Raki też mieli już założone :?: :-P
Red-Angel pisze: Jakoś tak wyszło, że przez cały dzień torowały głównie trzy osoby, z czego - nie chwaląc się ;) - najwięcej ja.
Wiesz, widocznie w Nowej Zelandii - tak jak w Polsce - w cenie są "DF". To taki skrót, którego czasem używa mój tato na określenie... Rozwinięcie: Dyżurny Frajer :-D Widać w New Zealand "deefy" są równie usilnie poszukiwani co w Polsce :lol:
Red-Angel pisze:Wycieczka była udana, co chyba widać
Najbardziej dla tych, co nie torowali :mrgreen:

Awatar użytkownika
Marco
Posty: 2123
Rejestracja: 2008-11-18, 19:05
Lokalizacja: Opole

Post autor: Marco » 2016-09-07, 09:54

Jakoś tak wyszło, że przez cały dzień torowały głównie trzy osoby, z czego - nie chwaląc się ;) - najwięcej ja.
Ja tam się nie dziwię... znając Ciebie to "motorek' Ci się włączył więc nie było chętnego na gonienie Ciebie a tym bardziej na wyprzedzenie i zmianę na prowadzeniu. Ot i cały sekret... ;-)
...only way to cure stupidity is death...

Awatar użytkownika
menel
Posty: 9924
Rejestracja: 2009-01-10, 09:11
Lokalizacja: Wro

Post autor: menel » 2016-09-09, 07:56

Nie gadam z Redem!
ПУНКС НОТ ДЭД !

Awatar użytkownika
Michun
Posty: 7450
Rejestracja: 2009-04-24, 13:03
Lokalizacja: Western Front

Post autor: Michun » 2016-09-10, 11:43

O rany, inna pora roku, ale super!!!
"I don't hate people, I just feel better when they aren't around"
Ch. Bukowski
www.mojasciezkawgory.blogspot.com

Awatar użytkownika
rambi
Posty: 1284
Rejestracja: 2009-05-24, 17:39
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: rambi » 2016-09-13, 06:09

Wysoko stawiasz poprzeczkę tymi fotami w tym roku, bardzo wysoko :-) Idealne aby przy kawce przed pracą złapać trochę energii! Dzięki :-)
Pasjami brukuj drogę swojego życia..

Awatar użytkownika
mhu1979
Posty: 1314
Rejestracja: 2009-02-15, 08:55
Lokalizacja: Poznań RTE

Post autor: mhu1979 » 2016-09-15, 20:23

Widziałem już te zdjęcia na fejsie, ale i tutaj "miażdżą".
Red - musisz się wyspowiadać na żywo z organizacji tego wypadu :-)
Gówniarzeria pierwszy raz w górach :-)

Awatar użytkownika
Red-Angel
Posty: 2681
Rejestracja: 2011-04-16, 16:54
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: Red-Angel » 2016-09-19, 11:01

Michun pisze:O rany, inna pora roku, ale super!!!
Leuthen pisze:
Red-Angel pisze:W końcu przyszła prawdziwa zima.
A we Wrocławiu ciągle mamy lato. Ja tam wcale nie tęsknię za zimą :mrgreen
Zima fajna jest ;-)
Raki też mieli już założone :?: :-P ]/quote]Na świeży śnieg nawet oni raków nie zakładają, co dziwne :-P

]quote]
Red-Angel pisze: Jakoś tak wyszło, że przez cały dzień torowały głównie trzy osoby, z czego - nie chwaląc się ;) - najwięcej ja.
Wiesz, widocznie w Nowej Zelandii - tak jak w Polsce - w cenie są "DF". To taki skrót, którego czasem używa mój tato na określenie... Rozwinięcie: Dyżurny Frajer :-D Widać w New Zealand "deefy" są równie usilnie poszukiwani co w Polsce :lol:
Red-Angel pisze:Wycieczka była udana, co chyba widać
Najbardziej dla tych, co nie torowali :mrgreen:
Hahahaa, ja tam nie narzekałem. No chyba, że na brak rakiet ;-)
Marco pisze:Ja tam się nie dziwię... znając Ciebie to "motorek' Ci się włączył więc nie było chętnego na gonienie Ciebie a tym bardziej na wyprzedzenie i zmianę na prowadzeniu. Ot i cały sekret... ;-)
Coś w tym pewnie jest. Po podejściu na przełęczy wyprzedzili mnie dopiero, jak się zatrzymałem na foty ;-)
mhu1979 pisze:Widziałem już te zdjęcia na fejsie, ale i tutaj "miażdżą".
Red - musisz się wyspowiadać na żywo z organizacji tego wypadu :-)
Jakiej organizacji? To spontan bez wcześniejszego planu :-P
rambi pisze:Wysoko stawiasz poprzeczkę tymi fotami w tym roku, bardzo wysoko :-) Idealne aby przy kawce przed pracą złapać trochę energii! Dzięki :-)
A proszę bardzo :-) Za chwilę zapodam jeszcze kilka zajawek, bo ostatnio głównie poza domowym Internetem gdzieś w świecie się szlajam i korzystam z ostatnich dni w dalekiej krainie.

Awatar użytkownika
Michun
Posty: 7450
Rejestracja: 2009-04-24, 13:03
Lokalizacja: Western Front

Post autor: Michun » 2016-09-19, 11:11

Red-Angel pisze:Zima fajna jest
a ja się wczoraj kąpałem w jeziorze... :-)
"I don't hate people, I just feel better when they aren't around"
Ch. Bukowski
www.mojasciezkawgory.blogspot.com

Awatar użytkownika
Red-Angel
Posty: 2681
Rejestracja: 2011-04-16, 16:54
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: Red-Angel » 2016-09-19, 11:57

To zanim zniknę na kolejną wycieczkę, zapodam kilka fot z wcześniejszych.

W drodze na Avalanche Peak
Obrazek

Ze szczytu
Obrazek

Abel Tasman Great Walk
Obrazek

Obrazek

Mount Fyffte
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Awatar użytkownika
Red-Angel
Posty: 2681
Rejestracja: 2011-04-16, 16:54
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: Red-Angel » 2016-09-28, 00:35

Mount Cooka widziałem, ale zanim jakaś jego fota, to wcześniejsza relacja ;-)

Zima trwa w najlepsze. W górach nie brakuje śniegu, mrozu, a ośnieżone okolice zapewniają bajeczne widoki. Z takim też nastawieniem jechałem na kolejną wycieczkę - nie zrażając się prognozami mówiącymi, że ma być pochmurnie, z opadami deszczu i śniegu.
Celem miał być ciekawy szczyt o nazwie Castle Hill Peak. Ciekawa jest też jego nazwa, gdyż większość szczytów ma w nazwie albo Hill, albo Peak - ten jest wyjątkowy i ma obie te nazwy ;)

Sobota, 13 sierpnia 2016

Parkujemy na Porters Pass (942 m) i zaczynamy szykować się na górską wędrówkę. Zimowe buty, nieprzemakalne spodnie, stuptuty, membranowa kurtka - jednym słowem klasyka. I w pierwszych kroplach padającego deszczu ruszamy w górę, w świat zasłonięty chmurą.
Obrazek

Początkowo śniegu nie ma niemal w ogóle, jednak bardzo szybko to się zmienia i już po kilkunastu minutach całe buty mamy schowane w świeżym śniegu. Na nasz pierwszy szczyt tego dnia jest 800m przewyższenia, z czego większość muszę przetorować przez zasypane trawy i niskie krzaki, które nie ułatwiają zadania. Sam szczyt nosi dumną nazwę Foggy Peak 1741 m (pl. Mglisty Szczyt) - prawda, że adekwatna?
Obrazek

Czym jesteśmy wyżej, tym mocniejszy wieje wiatr. Do tego padający pierwotnie deszcz zmienił się w mokry śnieg, który oblepia ubrania i plecaki, tworząc lodową skorupę. Ubierając polar na szczycie musiałem już mocno uważać, żeby nie stracić kurtki, którą wiatr bardzo usilnie się starał ze sobą porwać.

Na Foggy Peak nastał również podział ekipy. Z parkingu ruszyliśmy w 11 osób, ale część nie miała odpowiedniego ubioru jak na te warunki, część także kondycji, by bezpiecznie kontynuować dalszą wędrówkę. Zostało ustalone, że kilka osób będzie wracać. Zatem już tylko w czwórkę ruszamy dalej, podczas gdy pozostali jedzą jeszcze drugie śniadanie i odpoczywają po podejściu.
Obrazek

Jak dla mnie jedzenie w tym miejscu to był zły pomysł, bo warunki były fatalne, lepiej byłoby od razu zacząć schodzenie, ale cóż. My przynajmniej nie musimy dłużej marznąć i możemy iść dalej. Prowadzenie oddaję jednak osobie znającej już tę górę. Tymczasem widoczność nadal pozostaje bez zmian, więc nawigacja opiera się o doświadczenie, kompas i mapę, co nie pozostaje bez wpływu na przebytą przez nas trasę ;) Bardzo dobrze widać to na mapce na końcu wpisu.

Początkowo zaczęliśmy schodzić w złym kierunku ze szczytu, przez co niepotrzebnie tracimy za dużo wysokości, którą następnie musimy ponownie zdobywać brnąc w coraz głębszym śniegu, ciągle wiejącym wietrze i zamarzającej na nas lodowej skorupie.

Za nienazwanym szczytem o wysokości 1842m grań robi się ciekawsza. Jest węziej, nawianego śniegu cała masa (gdy w jedną z zasp wsadziłem mój rozłożony kijek, to zniknął cały nie sięgając dna), a do tego trzeba uważać na nawisy. Co wcale nie jest takie łatwe, kiedy ciężko jest odróżnić powietrze od śniegu. Idący przede mną gość strącił nawet jeden z nawisów podchodząc za blisko niewidocznego urwiska.

Zanim osiągnęliśmy nasz upragniony Castle Hill Peak, moje rękawiczki zaczęły przypominać lodową bryłę, przez co wyprostowanie palców było bardzo trudne ;)

Ostatnie metry i szczyt :)
Obrazek

Tak wyglądał każdy z nas.
Obrazek

Zdjęcia szczytowego nie mogło zabraknąć.
Obrazek

Chowamy się za zaspą i w bezwietrznych warunkach spokojnie jemy drugie śniadanie. Długo jednak nie siedzimy i ruszamy ku Foggy Peak, tym razem trzymając się już grani, przez co mamy mniej przewyższenia niż wcześniej.
Na Foggy Peak bez zmian, czyli chmura i wiatr, ale chociaż przestało padać.

Dopiero kawałek poniżej niego zaczęło być cokolwiek widać.
Obrazek

Stopniowo jednak chmury zaczęły znikać ukazując nam widoki.
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Widok z parkingu na Foggy Peak.
Obrazek

No i wspomniana już wyżej nasza trasa.
Obrazek

Jak widać zima trzyma. Co prawda nie miałem już tak dobrych warunków jak na wcześniejszych wycieczkach, ale i tak jestem bardzo zadowolony. Był śnieg, a i widoków nie zabrakło. Chociaż szkoda, że dopiero na samym końcu i nie wiem jak by to wyglądało z głównego celu naszej wycieczki.

Więcej zdjęć: https://goo.gl/photos/veDS4PayD8KBZ3uT9

Awatar użytkownika
sosikhehe
Posty: 232
Rejestracja: 2014-09-24, 22:14
Lokalizacja: Tyskie (Ślunsk)

Post autor: sosikhehe » 2016-10-03, 18:47

Ale to wygląda fantastycznie! Widać że warunki nie rozpieszczały ale chociaż na trochę widoków się załapaliście. Red nie będziesz miał dość tej zimy? W lato zima wrócisz to w Tatrach już też zaraz zima :-P
My body lie but still I roam

Awatar użytkownika
Red-Angel
Posty: 2681
Rejestracja: 2011-04-16, 16:54
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: Red-Angel » 2016-11-10, 20:46

sosikhehe: Zimy nigdy dosyć!

Avalanche Peak był jednym z naszych celów, którego odwiedzenie planowaliśmy jeszcze w Polsce przed wyjazdem. Kasia była już na nim latem, teraz chciała zobaczyć jak to miejsce wygląda zimą. Leży ponad Arthur’s Pass, więc miejsce tym bardziej do odwiedzenia ;) Dodatkową atrakcją są żyjące tam górskie papugi.

Czwartek, 18 sierpnia 2016

W Arthur’s Pass pojawiamy się po godzinie dziesiątej. Niewielka miejscowość znajduje się obok przełęczy o tej samej nazwie. Przez przełęcz wiedzie ważna komunikacyjnie droga, która - pokonując tereny alpejskie - łączy wschodnie i zachodnie wybrzeże Wyspy Południowej. Połączenie to, używane wcześniej przez Maorysów, dla Europejczyków zostało odkryte przez Arthura Dudleya Dobsona i od niego wziąło swoją nazwę. Samo Arthur’s Pass, bardziej osada niż miejscowość, składa się dosłownie z kilku budynków, stacji kolejowej, paru miejsc noclegowych. Ale jest popularna i można spotkać tam kiwi (teoretycznie) i kee, czyli wspominane już papugi górskie).

Zanim jednak spotykamy jakąkolwiek keę, widzimy mnóstwo kartek z informacją, żeby ich nie karmić, bo będą grube i zostaną rozjechane przez samochody, gdyż będą wolniej się ruszać ;) Mimo wszystko udaje nam się jakąś jedną spotkać. Początkowo siedziała na pniaku i coś tam dziobała sobie.
Obrazek

Wystarczyło jednak położyć plecak, odejść kilka metrów od niego i już zmieniła swój obiekt zainteresowań.
Obrazek

Te papugi, słyną z ciekawskiej natury, która często doprowadzała do konfliktów z miejscowymi. Bo to, co dla turysty jest atrakcją, miejscowym przeszkadza. Nie mogą nic zostawić na dworze bez opieki, bo już po chwili zajmą się tym papugi. Zresztą do domów również potrafią wlatywać w poszukiwaniu zabawy i jedzenia.
Obrazek

Po dłuższym czasie obserwowania i fotografowania papugi ruszamy na nasz szlak. Początkowo idziemy lasem, by po około 1,5 godzinie wyjść ponad niego i móc cieszyć się ładną, wysokogórską scenerią.
Obrazek

O ile w słońcu jest przyjemnie ciepło, to w cieniu już tak fajnie nie jest i zatrzymując się bardzo szybko się marznie. Temu też przerwę na drugie śniadanie robimy kawałek powyżej lasu.
Obrazek

¦niegu nie brakuje, ale panują bardzo dobre warunki. Nie ma lodu, a śnieg jest na tyle związany, że za bardzo się nie zapadamy. Ogłoszony jest pierwszy stopień zagrożenia lawinowego, więc lawin raczej nie ma co się obawiać.
Obrazek

Obrazek

Tutaj mamy okazję zobaczyć także prawdziwą przełęcz Arthur’s Pass.
Obrazek

Same wejście nie jest bardzo strome. Po prostu idzie się po śniegu powoli zdobywając wysokość.
Obrazek

Obrazek

Inaczej sprawa ma się z ostatnim podejściem, na grań szczytową. Idąc Avalanche Peak Track przed tym ostatnim miejscem jest obniżenie, pewnego rodzaju szeroka przełęcz wypełniona polem śnieżnym, skąd do grani jest całkiem stromo. Dokładnego przebiegu szlaku nie widzieliśmy, jedynie tyczki pokazujące ogólny kierunek, więc i tak szliśmy tak, jak było najwygodniej, wchodząc na grań kawałek na prawo od miejsca, gdzie łączą się oba szlaki.

Grań nie jest trudna, chociaż zdarzają się na niej miejsca pozbawione śniegu, a także odcinki typowo skalne. Widać, że od pewnego czasu panuje bardzo ładna pogoda i śnieg z grani już częściowo zniknął.
Obrazek

Obrazek

Ostatnie metry i widoki na okolicę. Ładnie tam.
Obrazek

Szczyt i otoczenie szczytu z drugiej strony.
Obrazek

I trochę widoków na bezkresne szczyty Alp Południowych. W Polsce tego nie ma.
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Do zachodu jest jeszcze trochę czasu, my jednak nie czekamy na niego na szczycie, gdyż słońce i tak zajdzie za górami, więc zniknie nam z oczu na długo, nim okolica nabierze ładnych, pastelowych odcieni. Za to cofamy się kawałek granią, do miejsca, które znaleźliśmy wcześniej i uznaliśmy za idealne na nocleg. Płasko, nie wieje, bo osłania je wielki kamień. I z widokami ;)
Obrazek

Obrazek

Po kolacji kładziemy się spać i dość szybko zasypiam. Budzę się dopiero rano, żeby zdążyć na wschód ze szczytu.

Piątek, 19 sierpnia 2016

Budzę się, gdy jest jeszcze ciemno na dworze. Biorę aparat, kijki i puchówkę i ruszam na szczyt. Tam jeszcze ciemno, tylko księżyc oświetla okolicę swoim blaskiem.
Obrazek

Ale powoli pojawia się poranna łuna na horyzoncie.
Obrazek

A jak jest łuna, to znaczy, że za chwilę szczyty zaczną się rozjaśniać. I tak też się dzieje, Najpierw te dalsze, jednak stopniowo wszystko w okolicy łapie ciepłe promienie słońca.
Obrazek

Tutaj bardzo dobrze widać lodowiec znajdujący się na zboczach Mount Rolleston.
Obrazek

Jest i słońce :)
Obrazek

No to trochę widoczków:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Robi się coraz jaśniej, więc nie ma sensu siedzieć tutaj dłużej. Czas wracać do namiotu na śniadanie. A posiłek jemy mając takie widoczki przed sobą. Ładnie jest :)
Obrazek

Z drugiej strony widok jest również ciekawy.
Obrazek

Obrazek

Fajnie się siedziało, ale trzeba ruszać w dół. Zwijamy namiot i zaczynamy schodzić. Na odchodne jeszcze jedna panoramka.
Obrazek
1393

A szlak z tej strony góry nie jest już tak łagodny jak ten, którym wczoraj wchodziliśmy. Kasia zamieniła nawet jeden kijek na czekan, bo w niektórych miejscach jest gdzie polecieć. <a href="https://1.bp.blogspot.com/-A2UgrffbLwI/ ... 420948.JPG[/img]

Po tym najstromszym fragmencie teren robi się bardziej płaski, jednak później ponownie zaczyna się szybciej tracić wysokość. Słońce dalej grzeje, jednak na niebie widać już chmury, które powoli, acz systematycznie zasnuwają widoki na okolicę.
Obrazek

Ostatni rzut oka na okolicę Arthur&#8217;s Pass i znikamy w lesie.
Obrazek

Chociaż tutejszy las wygląda inaczej niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Rosną tutaj jakieś ciekawiej wyglądające krzewy porośnięte porostami.
Obrazek

Reszta zejścia, aż do dna doliny mija bez większych przygód i widoków, bo w końcu nawet ten ciekawy las ma tą właściwość, że zasłania widoki ;) Pojawiło sie jednak na naszej drodze kilka &#8222;punktów widokowych&#8221;, z których mogliśmy rzucić okiem na okolicę. W wyniku takiego jednego &#8222;rzutu&#8221; dostrzegliśmy Devils Punchbowl Falls. Ten wodospad robi wrażenie!
Obrazek

Na dole, już na asfalcie, pojawiamy się kawałek przed tabliczką z nazwą miejscowości. Przy takiej zdjęcie muszę mieć, więc i jest.
Obrazek

Jest dosyć wcześnie, autobus powrotny mamy dopiero następnego dnia, więc spokojnie idziemy w poszukiwaniu jakiegoś lokalu, by coś zjeść. Nawet udaje nam się taki odnaleźć &#8211; są tam dwa, naprzeciwko siebie. Ale zjeść już nam nie jest dane. Jeden jest zamknięty, bo mają przerwę w środku dnia, drugi otwarty, ale jedzenie będę serwować dopiero za 1,5h, a do tego po zamówieniu trzeba jeść na zewnątrz, bo w środku można tylko pić...

To by było na tyle z naszego posiłku tutaj. Zwiedzamy jeszcze informację turystyczną i ruszamy w stronę widzianego wcześniej wodospadu. By do niego dojść, trzeba pokonać szlak wyposażony w sporo drewnianych podestów i schodów.

Sam wodospad składa się z kilku kaskad, a oglądać go można z platformy widokowej umieszczonej poniżej tej najwyższej. Jego wysokość to 112m, więc więcej niż wodospady tatrzańskie.
Obrazek

Długo pod nim nie siedzimy, bo zimno wieje od spadających mas wody i schodzimy na polanę z ławkami. Tam na spokojnie jemy kolację, a towarzyszą nam w tym kee.
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nazwa tej papugi - kea - pochodzi z języka maori i jest onomatopeją dźwięku, jaki wydają te ptaki.

Miejscówkę na nocleg mieliśmy znalezioną już wcześniej. Po drodze do wodospadu mijaliśmy pewien opuszczony obecnie dom, z wielka werandą. No co robić, aż się prosił, żeby rozłożyć się na jego kamiennej podłodze ;)
Obrazek

Sobota, 20 sierpnia 2016

Rano nieśpieszna pobudka i zmierzamy na autobus, którym wracamy do Christchurch. 2 godziny i jesteśmy w mieście.
Rano Kasia twierdziła, że w nocy słyszała kiwi. Cóż, może i słyszała, ja tam nic o tym nie wiem, więc i w to nie wierzę :P

Jak widać, Alpy Południowe są rozległe. Co prawda większość ich szczytów nie jest wyższa niż tatrzańskie, ale jest ich wielokrotnie więcej. Stojąc na jakimś szczycie w ich środkowej części, nie widać nic, oprócz gór aż po sam horyzont. Do tego kee, które można spotkać na trasie i od razu czujemy się jak w jakimś innym świecie. W końcu papugi kojarzą się bardziej z tropikalnymi lasami, a nie ośnieżonymi szczytami.

Więcej zdjęć: https://goo.gl/photos/k3N7LypzqUfQhqD87

Awatar użytkownika
menel
Posty: 9924
Rejestracja: 2009-01-10, 09:11
Lokalizacja: Wro

Post autor: menel » 2016-11-10, 21:57

No cóż, trudno, jakoś to będzie..

Zawiść mnie zżera nie ze wschodów, ale z takiego noclegu :

Obrazek

Red, kapitalne imprezy.
ПУНКС НОТ ДЭД !

ODPOWIEDZ