Strona 2 z 3

: 2015-08-09, 11:05
autor: Lidka K.
rambi pisze:mój GPS poprowadził nas hardcorową drogą, na której miejscami nie było asfaltu, miejscami była dziurawa jak sito, a gdzie indziej szeroka na góra jedno auto
widzę, że masz porządnego GPS-a, ja po latach unikania tego wynalazku w końcu też swój polubiłam, bo wskazywał podobne drogi :lol:
Buty całe przemoczone, a w środku w nich mam dwa baseny w których wody tyle, jakby miały wymiary olimpijskie ;-)
no jak się używa kajaków zamiast czółenek... ;-)
też czekam na cd, bo "moja" Serbia odwleka się coś niebezpiecznie trzeci rok :evil:

: 2015-08-10, 17:43
autor: rambi
menel pisze:Będzie dalszy ciąg?
Niestety ostatnio zostałem wypożyczony w tygodniu do różnych spraw i nie ma kiedy taczek załadować ;-) Coś już w zeszłym tygodniu zacząłem skrobać ale jeszcze nie jest gotowe. Mam nadzieję przed wypadem z Julką w Żywiecki w piątek uda się wrzucić następną część :-)
menel pisze:Złego diabli nie biorą
To właśnie po moim rachunku sumienia już zauważyłem ;-)
Lidka K. pisze:bo "moja" Serbia odwleka się coś niebezpiecznie trzeci rok
Ja na przyszły rok chciałbym Serbię też zahaczyć więc może się gdzieś spotkamy?! :-) Planowałem w tym ale mi żona znalazła tyle obowiązków, że chyba nie da rady :-(

: 2015-08-25, 20:53
autor: rambi
CZę¦ć 2.
Pobudka rano w Starej Płaninie i weryfikacja stanu butów przekonała nas, że przynajmniej pod kątem łażenia po górach jeden dzień mamy z głowy. Szybkie sprawdzenie pogody: jeszcze dwa dni w miarę niezłej pogody w okolicach Pirinu a tam czeka nas Melnik, który parę lat temu ominęliśmy wybierając Rilski Monastyr. Akurat aby jeden dzień się wysuszyć i pozwiedzać tamte okolice. No to jedziemy!

Przy okazji podjeżdżamy jeszcze do winnicy w Knjazevacu, poleconej nam przez miejscowych. Jak zwykle trzeba kupić parę dobrych win do domu aby było przy czym gaworzyć o wyjazdach ;-) Okazuje się, że miejscowość jest bardzo zaniedbana i biedna ale winiarnia Jovic daje radę, choć cudem ją znajdujemy. Znajduje się na terenie firmy handlującej ogrzewaniem (ten sam właściciel). Chłopak obsługujący nas mówi całkiem przyzwoitym angielskim. Poznajemy też właściciela, który chce nas oprowadzić po winnicy. Dziękujemy bo mamy paręset kilometrów do przejechania ale obiecujemy następnym razem wpaść. Degustacja potwierdza, że wina w Serbii są bardzo smaczne. Szczególnie ciekawy jest Vranac (świetny bałkański szczep, który kupowałem w Czarnogórze) i Visnjica czyli dość unikalne wino wiśniowe. Jakby ktoś chciał skorzystać to namiar na winnicę.
http://www.vinarijajovic.rs/en/vina.htm

Uderzamy na południe wjeżdżając do Bułgarii. Oczom naszym powoli ukazują górki Witosza, następnie przeurocze góry Riła aż w końcu Pirin. Po drodze zahaczamy o Blagoevgrad aby coś zjeść i ewentualnie pozwiedzać. Miasto nas nie zaciekawia więc jedziemy w korku do Melnika drogą prowadząca wśród kanionów Pirinu. Za Pirinem ukazuje się jeden wielki plac budowy przy miejscowości Sandanski: budują autostrady i drogi szybkiego ruchu od granicy z Grecją. Zjeżdżamy w kierunku Melnika i zaczynają się miłe dla oka krajobrazy z południowymi graniami Pirinu w tle.

MELNIK CZYLI PIRIN OD ZADA
Co tu dużo mówić: Melnik jest piękny i zdecydowanie warto tu przyjechać. Mnie w szczególności podoba się cisza i spokój tu panujące. Jest to miasto-muzeum, które zauracza od pierwszego wejrzenia i nie pozostawia przybyszowi szansy na nie pokochanie go. Nie dziwię się, że to najmniejsze miasto Bułgarii (około 200 mieszkańców), jest wpisane na listę UNESCO. Miasto od lat się wyludnia, gdyż jest słabo skomunikowane i ludzi wysysa położony niedaleko Sandanski, no i oczywiście Sofia, gdzie wszyscy jeżdżą za zarobkiem. Leży na piaskowcowym płaskowyżu, któremu erozja nadała kształt przepięknych melnickich piramid. Erozja ich dalej postępuje czego mieliśmy doświadczyć na następny dzień.

Sama miejscowość jest maleńka i wciśnięta w dolinkę pomiędzy skałkami. Koryto rzeki oczywiście było wyschnięte ale mostki nad nim dodają uroku. Domki są utrzymane w fajnym klimacie i prawie wszystkie mają na dole knajpki, winiarnie, leżakownie albo sklepy z winem i innymi miejscowymi lokalnymi produktami jak miody, soki czy różnego rodzaju przetwory.

Hotel w Melniku znajdujemy za minimalne pieniądze: 20 Euro ze śniadaniem. Spaliśmy w kompleksie Mario, który polecam z całą odpowiedzialnością.
Obrazek

A Melnik wygląda mniej więcej tak :-)
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Jest tu też małe muzeum wina, gdyż od XIV wieku jest ono tutaj produkowane i nazwa Melnik wśród fanów wina jest bardzo znana. Ponoć Winston Churchill był jego fanem. Wieczór spędzamy testując gust Churchilla ;-)

Na następny dzień sprawdzam pogodę: ma być załamanie w kolejny dzień wieczorem a potem wyraźne ochłodzenie z deszczami. Trzeba uciekać z gór i zorganizować sobie wyjazd, który miał być wisienką na torcie. Idziemy do informacji turystycznej aby się dowiedzieć o możliwości dojazdu do Istambulu z Bułgarii. Rozważamy wszystkie środki transportu, łącznie ze statkami i samolotami. Pani w informacji nie mówi ani w ząb po angielsku ale jakoś udało nam się kilka stronek z autobusami zobaczyć. Potwierdziły się moje spostrzeżenia: najlepiej pojechać z Plovdiv, które i tak chcemy zwiedzić. Przy okazji dowiadujemy się czy szlak wzdłuż piramid do monastyru Rozhen jest ok do przejścia w sandałach ;-) Pani na szczęście nam to odradza więc przebieramy się w suche adidasy.

W spiekocie ruszamy powolutku w górę w kierunku Monastyru. Najpierw trzeba przejść przez miasteczko, gdzie oglądamy urocze domy i wchodzimy do muzeum wina. To małe muzeum pokazuje jak kiedyś wino było produkowane. Oczywiście jest to połączone z degustacją wina i rakiji.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Trzeba iść dalej. Szlak jak to większość w Bułgarii jest tragicznie oznakowany, więc po chwili wybieramy już złą drogę ale pytamy gościa przy pensjonacie i nas przekierowuje na właściwe tory. Wychodzimy poza miasto i lecimy wzdłuż koryta wyschniętej rzeki. Urok to miejsce ma niesamowity.
Obrazek

Po drodze wyprzedzamy grupę Francuzów i zaczynamy się wspinać na zbocza piramid. Dochodzimy do ich szczytów. Widoki zapierają dech w piersi.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Tymczasem na górze szlak się robi niebezpieczny. Chyba jakieś urwania chmur zrobiły z niego sieczkę i w pewnych miejscach jest obsuwa ziemi. Dochodzimy do kawałka gdzie szlak jest całkowicie zmyty i przechodzi się wbijając nogi w wykopane przez próbujących przejść stopnie w piaskowcu albo tworząc sobie własne dziury. Idę na zwiad czy da się przebrnąć. Pierwszą taką 10 metrową przeszkodę pokonuję z duszą na ramieniu. Ale widzę, że dalej nie jest lepiej a nawet może być gorzej. Decydujemy się na wycof. W końcu wolimy aby nasze dzieci miały żywych i zdrowych tatusiów ;-) Po drodze mijamy wspinających się Francuzów informując ich o przeszkodach. Schodzimy na dół i próbujemy jeszcze przejść pozaszlakowo wzdłuż kanionu rzeczki ale dochodzimy do pionowej ściany co nas ostatecznie zniechęca. Wracamy do Melnika i zwiedzamy resztki fortecy i starą zabudowę.

Nie możemy jednak odpuścić sobie wpisanego na listę UNESCO monasteru więc wsiadamy w auto. Jedziemy tylko 5 km dalej za Melnik do końca drogi, którą jechaliśmy do niego. Zatrzymujemy się w miejscowości Rozhen. Jest tu kilka malowniczo położonych domów.
Obrazek

Idziemy dobrze ponad kilometr do Rożeńskiego Monasteru z cerkwią klasztorną Narodzenia Matki Boskiej. Jest on największym klasztorem w Pirinie. Przypuszcza się, że został zbudowany mniej więcej pod koniec XII wieku. Jest jedyną odbudowaną świątynią w pierwszych wiekach panowania otomańskiego, która przetrwała po dzisiejszy dzień. Sześciokątny kościół jest nadal czynny. Otoczony jest murem z budynkami mieszkalnymi dla prawosławnych księży. Budynki wokół są z różnych okresów bo często były trawione pożarami. W środku można znaleźć drewniane rzeźby i malowidła na szkle. Miejsce jest wyjątkowo klimatyczne a w szczególności urzeka mnie winorośl na podwórku, która spowija patio. Musi tu rosnąć baaaardzo długo 
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po powrocie dowiadujemy się, że w hotelu na przedmieściach Melnika jest hotel El Greco z basenem. Być w Bułgarii i się nie wykąpać byłoby wstyd więc uderzamy do niego na obiad i pływanko :-)
Obrazek

Wracamy do hotelu poprzez winnicę, w której z właścicielem przeprowadzamy rozmowę o historii regionu a nawet Polski. Jest oczytany i sporo wie. Ma on bardzo kiepskie mniemanie o swoim narodzie w przeszłości jak i teraz. Do tego dodaje, że wszędzie jest mafia i nie ma szans na rozwój kraju.

Czas się szykować do drogi. Skoro świt jedziemy w góry Pirin od północnej strony. Może zdążymy wejść na Wichren przed załamaniem pogody? Dojazd od strony zachodniej to ponad 100km a od wschodniej … tyle samo. Pętelka wokół Pirinu to jakieś 200 kilometrów :-)

BANSKO
Rano dojeżdżamy do Banska, które jest położone na wysokości prawie 1000 metrów. Jest to zimowa stolica Bułgarii, która w lecie wygląda na opuszczoną. Mnóstwo zamkniętych hoteli, sklepów i poza ścisłym centrum pustki na ulicach. Ale miasteczko bardzo zadbane i niebrzydkie. Mocno w nie teraz inwestują. Rozglądamy się czy nie warto by tu podjechać po Istambule bo ceny otwartych hoteli są co najmniej zachęcające.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Siedząc w kafejce widzimy zbierające się chmury więc odpuszczamy próbę wejścia na Wichren. Kupuję w księgarni taniutkie mapy Pirinu oraz Witoszy i ruszamy do Plovdiv. Czas na Pirin jeszcze przyjdzie…
Przed zajściem za chmurami Wichren łypnął jeszcze do mnie oczkiem. Odpowiedziałem mu ochoczo szeptając aby na mnie zaczekał… ;-)
Obrazek

: 2015-08-25, 21:03
autor: Satan
W Melniku opierdzielałem się kilka lat temu po zejściu z Pirynu. Piękne miejsce, Monastyr Rożeński też widziałem, ale wrażenie robi przede wszystkim piękna zabudowa no i Melnickie Piramidy. Podobno łażą tam dzikie żółwie, my nie spotkaliśmy ani jednego niestety.
Nas na nocleg zgarnęła babuszka i też było zacnie ;-)

: 2015-08-26, 05:07
autor: menel
Czytając wcześniej relację Satana z Pirynu i teraz Twoją rambi, niestety stwierdzam, że temat koniecznie jest do odwiedzenia. Monaster Rożeński to pozycja obowiązkowa, a niektóre foteczki nawet Kapadocją trącają.
rambi pisze:Szlak jak to większość w Bułgarii jest tragicznie oznakowany
Będąc w Rile w 2009 roku, do oznaczeń szlaków absolutnie nic nie miałem.

: 2015-08-26, 05:32
autor: Lidka K.
rambi pisze: hotel El Greco z basenem. Być w Bułgarii i się nie wykąpać byłoby wstyd
a to chodzi o Morze Czarne? ;-)
Hotel w Melniku znajdujemy za minimalne pieniądze: 20 Euro ze śniadaniem. Spaliśmy w kompleksie Mario, który polecam z całą odpowiedzialnością.
za 1 czy 2 osoby?

: 2015-08-26, 05:51
autor: rambi
Satan pisze:Podobno łażą tam dzikie żółwie, my nie spotkaliśmy ani jednego niestety
Też niestety nam się nie udało wypatrzeć.
menel pisze:Będąc w Rile w 2009 roku, do oznaczeń szlaków absolutnie nic nie miałem.
Dlatego napisałem większość. Riła jest oznakowana doskonale w wielu miejscach. W szczególności graniówka.
Lidka K. pisze:za 1 czy 2 osoby?
Oczywiście, że za 2 :-) Za jedną to można by było w Bansku w najlepszych hotelach spać ;-) Tam w czerwcu martwy sezon był i ściągali ludzi na siłę.

: 2015-08-26, 15:24
autor: buba1
Satan pisze:Melnickie Piramidy. Podobno łażą tam dzikie żółwie, my nie spotkaliśmy ani jednego niestety.
to chyba jakis kit z tymi zolwiami - coby turystow zwabic, my tez zadnego nie widzielismy! :-P

: 2015-08-26, 20:35
autor: Lidka K.
bo one wszystkie są w Rumunii, w górach Macin :-D

Obrazek

: 2015-09-02, 19:34
autor: rambi
Płaskie zwiedzanie
Popołudniu dojeżdżamy do Plovdiv, gdzie po umieszczeniu rzeczy w hotelu ruszamy na miasto aby je pozwiedzać. Dla mnie to miasto ma ciekawe miejsca ale w sumie byłem zawiedziony. Moim zdaniem na uwagę zasługują rzymski amfiteatr (szczególnie pięknie podświetlony nocą), stare miasto, parki i … mini browar Ale House ale o tym będzie w innym wątku ;-) Istotne jest jednak to, że wieczorem dogania nas tutaj deszcz, który pada już cały czas. Mieliśmy jechać do Istambułu następnego dnia wieczorem wieczornym pociągiem z przesiadką na autobus po stronie tureckiej. Jednakże poranne wyjście po bułki zakończone kompletnym przemoczeniem powoduje intensyfikację poszukiwań środków transportu. Koło 11 dowiadujemy się od Pani w recepcji, że ona jeździ autobusem tureckiej firmy Metro i jest bardzo zadowolona. Szybkie sprawdzenie i … o 13:00 mamy autobus. Błyskawiczne przepakowanko i lecimy na dworzec autobusowy. Kupujemy bilet w jedną stronę nie będąc pewnymi kiedy wracamy. Ale nędzne prognozy przekonują nas do pozostania w Turcji 3 dni. To i tak mało jak na to miasto.

Podróż okazała się bardzo sympatyczna poza granicznym trzepaniem i bieganie z bagażami. Ja już miałem wizę kupioną w Polsce przez internet (https://www.evisa.gov.tr/pl/). Marcin tego nie zrobił i na granicy poganiają go pogranicznicy. Jakimś cudem przez pomyłkę wysyłają go na drugą stronę w miejsce wjazdów do Bułgarii aby kupił wizę. Kupuje ale nie może się stamtąd wydostać. Po kilku minutach biegania i nerwówy w końcu jeden z pograniczników się lituje i wpuszcza go z powrotem. Marcin dobiega po odprawie jak już autobus ma odjeżdżać ;-) Kupujcie więc wizy przez internet w razie W :-)

Następny błąd który udało nam się popełnić to mój zakup mapy. Stwierdziłem, że skoro dojeżdżamy pociągiem do samego centrum (dworzec Sirkeci leży w samym centrum starego miasta) to po co mi mapa całego Stambułu?! Wystarczy laminowana mapa centrum. Oczywiście dworzec autobusowy, na który mamy dojechać (Otokar), jest na obrzeżach centrum gdzie są jednak mniejsze korki niż w centrum i mapa tego miejsca nie obejmuje. Dworzec okazał się wielki i zdecydowanie nie dla turystów z ambicjami pieszego chodzenia. Należało wsiąść w metro, które pięknie ludzi podwoziło do centrum. No ale najpierw trzeba było kupić bilety powrotne a więc musieliśmy znaleźć firmę Metro na dworcu. Uśmiechnięta pani z obsługi innego autobusu tej firmy, nie mówiąca ni w ząb po angielsku, pokazała nam abyśmy szli za nią jak się zapytaliśmy o Metro. No i gdzie trafiliśmy? Na stację metra, na której nam Pani nawet swoją kartą wejście udostępniła. Podziękowaliśmy próbując wytłumaczyć, że nie o takie Metro nam chodzi ;-) Pani była bardzo skonsternowana. W końcu udało się znaleźć siedzibę firmy autobusowej i zakupić bilet powrotny.

Hotel wynająłem we wspaniałej tureckiej dzielnicy na ulicy Kucuk Pazar. Niestety robią rewitalizację części stolicy i ta dzielnica pójdzie na wyburzenie :-( Tam chcieliśmy dojść z dworca z buta aby poznać miasto. Zrobiło się ciemno. A my jakoś wyszliśmy z dworca ale poszliśmy w drugą stronę. Próby dogadania się z miejscowymi spełzły na niczym. Dopiero rzut oka na komórkę z google maps jednego z przechodniów uzmysłowił nas, że trzeba pójść do metra ;-) Co też natychmiast zrobiliśmy. No i tu okazał się następny zonk bo na mapach nie było nowej linii metra, która miała stację paręset metrów od naszego hotelu. Z tego powodu musieliśmy kawał drogi pokonać z buta z zupełnie innej stacji. Oczywiście po drodze trafiliśmy na teren meczetu gdzie tłumy muzułmanów się modliły bo był to okres ramadanu. Znalezienie ulicy było sukcesem na miarę naszych czasów. Ale za to hotelu nie mogliśmy namierzyć, gdyż numeracja była losowa a hotel był dla niepoznaki … w bocznej uliczce ;-) Krążąc pomiędzy Turkami i Cyganami jakoś go znaleźliśmy. Wieczorem poszliśmy jeszcze na jedzonko i na Kucuk Pazar można było naprawdę świetnie zjeść i zjadłem tam rewelacyjny adana kebab :-)

Mieliśmy 3 pełne dni na zwiedzanie Istambułu i było to mało, dlatego narzuciliśmy sobie szaleńcze tempo. Ale trzeba przyznać, że warto było. ¦wietnie spędzony czas i miejsce wyjątkowo magiczne. Nie będę się rozpisywał ze wszystkim bo to forum górskie. Ale kilka rzeczy uwypuklę.

1. Szok religijny – byłem w paru miejscach muzułmańskich ale jeszcze nigdy nie przeżyłem czegoś takiego. Jako, że klimy nie bardzo lubimy używać to spaliśmy przy otwartym oknie. Nad ranem nagle jak ktoś mi się wydrze do ucha… Siadłem i już chciałem Marcina opierdzielić a tu się okazało, że muezin z pobliskiego meczetu miał takie nagłośnienie, że w naszym pokoju było go słychać z pełną mocą ;-)

2. Zawód wyjazdu – całe życie wmawiałem sobie, że Hagia Sophia to jest co chcę tam zobaczyć i będę zachwycony. Poszedłem, zobaczyłem i … nie! To nie jest miejsce, które mnie urzeka. Półmrok tam panujący powoduje efekt przygnębienia i smutku. Do tego połowa kościoła była jeszcze remontowana. Owszem ten czwarty co do wielkości kościół świata robi wrażenie ogromem i odkrytymi w nim chrześcijańskimi mozajkami.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

3. Najpiękniejszy meczet – wszyscy zachwycają się Błękitnym Meczetem, który jest największym i wg Turków najpiękniejszym meczetem miasta. Jednak mnie zachwycił Meczet Sulejmana, niewiele mniejszy ale czerwony wystrój wnętrz jest cieplejszy, bardziej subtelny i sympatyczniejszy niż niebieski. Porównajcie sobie sami.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

4. ¦wietna komunikacja miejska – bardzo mi się podoba sposób organizacji miejskiej komunikacji. Z większości komunikacji korzystasz ładując kartę miejską. Potem tylko musisz ją przy wejściu do każdego środka transportu przyłożyć do czytnika. Co prawda metro jest w powijakach i nie tak rozwinięte jak na parunastu milionowe miasto by przystało. Ale jest kilka linii, które obsługują centrum i powoli się rozwija. ¦wietna za to jest komunikacja szybkimi stateczkami pływającymi do azjatyckiej czy innych europejskich części miasta. Odciąża to i tak zakorkowane miasto od komunikacji kołowej. W niektórych miejscach w centrum jeżdżą tylko tramwaje i taksówki. Autobusy natomiast dowożą do małych centr na obrzeżach centrum. Stamtąd zaczyna się całą masa dolmusy i małych busików pomarańczowych i niebieskich.
Obrazek

5. Ateizacja społeczeństwa – z większości rozmów z miejscowymi wynika, że postępuje tam ateizacja społeczeństwa. Ludzie często tylko udają, że żyją zgodnie z zasadami Mahometa. A na pytania o to czy chodzą do meczetu, czy piją alkohol itd. odpowiadają „demokracja”. A więc każdy może robić co chce. Czy tak jest? Nie sądzę patrząc mimo wszystko na te tłumy w meczetach.

6. Handel prywatny – i to jest to co nasze władze skutecznie nam zabierają: handel w prywatnych rękach drobnych sklepikarzy, rzemieślników itd. Tam są tysiące sklepów, sklepików czy też drobnych ulicznych handlarzy. I każdy pilnuje swojego interesu. Nie ma tysięcy wielkich sklepów i mnóstwa pustych witryn w centrach miast.

7. Bazary – są piękne, pachnące i aż się chce po nich chodzić. Fakt, że miejscowi szukają jelenia aby kupił u nich rzeczy przepłacając kilkukrotnie ale to taka ich natura. Naganiaczy było sporo. Jak się jest ostrożnym to nie ma problemu. Kryty Bazar (Kapalıçarºı) będący największym bazarem w mieście ma tyle korytarzy i przejść, że można się tam zgubić.
Obrazek

8. Ludzie – wszyscy Turcy, Kurdowie czy też Albańczycy byli przemili dla nas. Nie spotkaliśmy się z żadnymi problemami ani oznakami złości czy agresji.

9. Mini browar w Stambule – otóż nie samym Efesem, który znają wszyscy Polacy i jest bardzo fajnym piwkiem, Turcja płynie! ;-) Znaleźliśmy knajpkę z lokalnymi piwami, które były bardzo dobre ale … diabelsko drogie. Ale i tak warto tam było podejść. Ciekawa była forma zamówień poprzez tablety przy każdym stoliku ;-) No ale o tym w innym wątku napiszę ;-)
Obrazek

10. Yerebatan Sarici czyli weryfikacja Inferno Dana Browna – kiedyś skusiłem się na przeczytanie tej książki, w której autor opowiada w akcji o wielu ciekawych miejscach na świecie (choćby pięknie opisana Florencja) i tam spotkałem się po raz pierwszy z tym miejscem w finalnej akcji. Z chęcią poszedłem skonfrontować wyobrażenie z opisem. Bardzo zawiedziony cysternami bazyliki nie byłem ale też nie tak sobie je wyobrażałem czytając książkę. Za to ciekawe jest, że wybudowane pomiędzy 3 a 4 wiekiem są nadal zupełnie szczelne a wodę w ilości do 100 000 ton ściągano do nich akweduktem z lasu położonego 19 kilometrów dalej.

11. Część azjatycka też jest piękna – popłynęliśmy sobie połazić po części azjatyckiej. Trafiliśmy do jednej z dzielnic, która przed pogromami Greków musiała należeć do nich. Jeszcze niektóre budynki są typowo grackie i był też stary kościółek grekokatolicki. Podobało mi się tam bardzo.

12. Hotel Kral Mert Hotel – polecam ten hostelik. Bardzo tani ale czysty I sympatyczny właściciel. Codziennie wieczorem spędzaliśmy z nim i innymi gośćmi trochę czasu dyskutując na tematy z pogranicza muzułmańsko-chrześcijańskiego ;-) Tak jak pisałem plusem tego hotelu jest dzielnica w której się znajduje. Teraz można tam od miasta za darmo dostać domy na takie hostele z klauzulą, że w każdej chwili mogą ich wywalić jak będą rewitalizować dzielnicę. Ciekawa opcja. Wadą okolicy jest duża ilość Cyganów ale nie byli upierdliwi. Tylko dzieci kilkuletnie chodziły i żebrały :-( Jeden brzdąc chodził codziennie do 22-23 z bratem, który go wysyłał po jałmużnę do turystów. Raz prawie go ktoś rozjechał autem cofając bo takiego szkraba nie było widać. Chyba z 10 Turków się rzuciło aby zatrzymać auto przed tragedią…

I jeszcze jedno na koniec: do Stambułu na pewno wrócę. Bo to miejsce, które warto zobaczyć i lepiej poznać :-) Muszę go w szczególności pokazać mojej Julce :-)

: 2015-09-02, 20:43
autor: Satan
rambi pisze:[...] do Stambułu na pewno wrócę. Bo to miejsce, które warto zobaczyć i lepiej poznać :-)

Taaa... :-D

Ja byłem tam 2 dni, ale było to wyjazd służbowy, więc na zwiedzanie miałem po kilka godzin. Też jestem zauroczony klimatem Stambułu. Błękitny Meczet robi wrażenie, ale faktycznie te "pomniejsze" są ciekawsze wewnątrz. Co do ichnich targowisk, to ja uwielbiam takie klimaty, te zapachy, te kolory, przyprawy... :-D

Stambuł jest...w pytę!

PS - Hagię Sophię też sobie darowałem.

: 2015-09-06, 15:05
autor: rambi
CZę¦ć 3: PIRIN I RIŁA
PIRIN - WICHREN (2913)
Powrót do Bułgarii odbył się w nocy a więc kima w autobusie, choć króciuteńka bo grupa Bułgarów za nami wracająca z urlopu w Turcji nie mogła się nagadać. Do Plovdiv dojechaliśmy koło 3 i wiedząc już, że tego dnia w Pirinie będzie niezła pogoda postanawiamy wejść na Wichren czyli najwyższy szczyt gór Pirin a trzeci szczyt Bałkan po Musale i Mitikasie (też w planach na wyprawę go mam). Z daleka spoglądamy na Pirin, który też łypie na nas zuchwale: jest jakby bardziej biały niż kilka dni wcześniej.
Obrazek

Postanawiamy zrobić sobie bazę wypadową w jednym z hoteli SPA w Bansku. Szybka rezerwacja i mamy za 22 Euro wypasiony pokój z aneksem kuchennym, wielką lodówką, tarasem z widokiem na Riłę a do tego basenem i SPA do wykorzystania do godziny 20. Do tego hotel położony pod samym lasem na końcu miejscowości zupełnie na uboczu pod szczytami. Czego więcej trzeba?! :-)
http://www.saintgeorgepalace.com/

Ale najpierw czeka nas Wichren. Wiemy że poprzedniego dnia tam padało a dzisiaj jest mała szansa na przejaśnienia. Ryzykujemy podjeżdżając autem drogą do schroniska Wichren. Po drodze mijamy ekipę, która zostawiła swoje namioty i idzie do góry. Później ich jeszcze spotkamy: to bardzo serdeczni Rumuni, którzy chętnie wymieniają swoje opinie na temat kilku pasm górskich. Bardzo dobrze wspominają Polaków, mówiąc że we wszystkich górach jest ich pełno i niedawno ich spotykali w górach Ciukas ;-) Póki co czas coś zjeść: wchodzimy do pustego schronu i zamawiamy po omlecie na śniadanie. A schron jest całkiem przyjemny, tyle że toalety ma na zewnątrz ale to chyba tutaj standard.
Obrazek
Obrazek

Tymczasem jak przepakowujemy rzeczy okazuje się, że nasze serbskie soki jagodowe się wywróciły i korki puściły. Całe auto mamy walące świeżym zacierem ;-) No i oczywiście pięknie fioletowe rzeczy. Godzinę zajmuje nam doprowadzenie auta i większości rzeczy do stanu używalności (tapicerkę potem czyścimy w myjni i tu ciekawostka: gość czyści bagażnik z 15 minut i doczyszcza go a cena 5 lewa – u nas za 10 zyla nawet by się nie pochylili). Klniemy przy tym jak szewcy! Po chwili pojawia się bus z Żywca, który przywozi ekipę na trekking. Nie idą na Wichren bo twierdzą, że pogoda jest słaba a wczoraj złapała ich na którymś ze szczytów śnieżyca i mają dość. Z radością myślę o naszej decyzji przedłużenia pobytu w Turcji o 1 dzień. Oni wybierają wycieczkę do jezior w Rezerwacie Julen.

Oporządzamy się i ruszamy do góry aby zdobyć ten zbudowany z marmurów szczyt. Ponoć był on uznany za siedzibę słowiańskiego boga Peruna. Ze względu na śnieg wybieramy prostszą trasę czerwonym szlakiem przez Kabatę. Są trzy sposoby wejścia na szczyt: południowy przez Kabatę, północny trochę bardziej eksponowany oraz z utulni Koncheto, który jest uznawany za najbardziej eksponowany i najtrudniejszy w Pirinie. Wygląda na to, że się rozpogadza więc ochoczo idziemy do góry wyprzedzając kolejne ekipy a szlak jest bardzo widokowy a do tego mamy towarzystwo … całego stadka :-)
Obrazek
Obrazek

Dochodzimy do przełęczy pomiędzy szczytami gdzie zaczyna się główne podejście i … nagle giniemy we mgle. Nie widać nic, pod nogami tylko śnieg i to cholernie śliski. Nie zawsze widać szlak a tylko co jakiś czas widzimy przywiązane do kamieni taśmy: ktoś znakuje szlaki jak w Serbii?! Zagadka rozwiązuje się na górze gdzie spotykamy miejscowego przewodnika zbierającego taśmy i znoszącego je. Okazuje się że poprzedniego dnia był bieg na Wichren i ze względu na pogodę poukładano te taśmy. Poprosił abyśmy wzięli taśmy jeśli jakieś pominął, co też potem uczyniliśmy znosząc kilka sztuk :-) Po drodze we mgle gubimy już szlak ale idziemy cały czas pod górę więc dochodzimy jakoś do niego. Wichren zdobyty! Co z tego jak widoki na które ostrzyłem zęby mamy zerowe?! Trzeba będzie tu wrócić. Na górze jest mała zniszczona kapliczka i „kopczyk” z nazwą szczytu :-)
Obrazek

Siedzimy 15 minut ale nic nie zapowiada poprawy pogody. Zawiedzeni schodzimy na dół. Posilamy się w schronie sałatką szopską i ruszamy do hotelu. Trzeba skorzystać z dobrodziejstw :-) Obsługa bardzo miła oprowadza nas po hotelu, korzystamy z basenu, siłowni, sauny suchej i łaźni tureckiej. Tego nam było trzeba!! :-) Postanawiamy zostać jeszcze dwie noce aby skorzystać z tego luksusu i wypocząć….

RIŁA - OWCZAREC (2768)
Na następny dzień postanawiamy uderzyć we wschodnią część masywu Riły. Tą widziałem tylko z daleka więc jestem ciekawy jak wygląda. Jako początek trasy wybieramy schronisko Tresztenik. Traktuję to wyjście jako rekonesans bo zdecydowanie zamierzam w te góry wrócić aby przemierzyć je z namiotem na tygodniowej wyrypie. Są tego warte co potwierdzał mi już i Menel i parę innych osób, które doświadczyły już dłuższych spacerów po tym pasmie. W pirinie z szafą na plecach raczej bym się nie odważył chodzić. Pierwsze kroki już napawają nas euforią. Jest ślicznie, słonecznie ale nie za bardzo gorąco. Szlak czerwony prowadzi nas do schroniska Grynczar i jest wyjątkowo urodziwy.
Obrazek

Ale schronisko zrobiło na mnie jeszcze lepsze wrażenie jeśli chodzi o lokalizację! Jest cudownie położone nad jeziorkiem. Można spać w domkach nad nim położonych lub w schronie (jak to czynił Satan). Nie korzystaliśmy z toalet i miejsc noclegowych w schronie więc nie widzimy niskiego standardu, który zauważył Satan. Wokół rozpościerają się widoki na wspaniałe góry. Jest cudownie więc zamawiamy sobie śniadanie w postaci szopskiej sałatki, a jakże inaczej, i do tego miejscowe winko :-) Piwa nie polecam bo mieli najtańszy czeski chłam z Lidla.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Ze schronu można ruszyć w kilku kierunkach ale my wybieramy niebieską dobiegówkę do głównego szlaku graniowego prowadzącego przez całą Riłę. Z niebieskiego ukazują się piękne widoki na schronisko. Gdy dochodzimy na przełęcz Dżanka do czerwonego szlaku to oczom nie wierzymy. Szlak oznakowany co paręset metrów słupkami z informacją, który numer słupka mamy, ile metrów i w którym kierunku jest następny słupek oraz jakie do niego jest przewyższenie! Pełny luksus ;-) Po drodze spotykamy jedynego tego dnia turystę: Japończyka! ;-) Po prawej stronie otwiera się widok na masyw Maliowicy a w dole jezioro Beli Iskar. W drugą stronę natomiast jest nasz Owczarec i powolutku pokazują się szczyty obu Musał. Jest cudownie!
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Gdzieniegdzie na szlaku leżą tu jeszcze płaty śniegu. Szczyt jest trochę z boku szlaku ale na niego wchodzimy. Na górze spędzamy trochę czasu napawając się widokami i pięknem chwili.
Obrazek

Powrót robimy tą samą drogą i wracamy do hotelu gdzie standardowo korzystamy z saun i basenu oraz całkiem przyzwoitej, choć droższej, restauracji. Po saunach nie mamy w żaden dzień nawet śladu po zakwasach czy zmęczeniu. To dobry pomysł i nie dziwię się, że w coraz większej ilości czeskich schronisk sauna zaczyna być na porządku dziennym…

RIŁA - MUSAŁA (2925)
Czas na zdobycie szczytu, który już raz nas pokonał za szybko zapadającą ciemnością – najwyższy szczyt Bałkan Musała. Chcemy go zrobić w drodze do Polski bo preferujemy w drodze powrotnej metodę żabich skoków ;-) Pakujemy rano majdan do auta i objeżdżamy Riłę aż do Borowca. Pogoda ma się dzisiaj wieczorem znowu złożyć na Bałkanach więc szykujemy się do przejazdu w Witoszę albo od razu w Starą Płaninę. Tym razem nie zamierzamy jednak wchodzić od samego dołu. Korzystamy z możliwości podjechania kolejką na Jastrebec (2369). Na szczycie Jastrebec jest trochę piknikowo bo otwartych zostało trochę knajpek i stoisk z różnymi lokalnymi produktami. Marcin kupuje miody górskie.
Obrazek

Ale szlak prezentuje się pięknie z Musałą w tle – to przewagą nad wejściem doliną, gdyż widoki się ma od początku trekkingu.
Obrazek

Po drodze spotykamy parę Bułgarów, którzy zamieszkali w południowo-wschodniej Anglii. On ma wdzięcznie brzmiące imię Angel ;-) Idąc do góry gaworzymy z nimi o różnych ciekawostkach w Bułgarii. Polecają nam jeden hotel w górach Witosza i mówią, że warto tam choć na jeden dzień pojechać. Przekonują nas dość szybko ;-) My polecamy im nasz hotel w Bansku, do którego trafili po Rile :-) A my dowiadujemy się od nich o ciekawym trekkingu po Starej Płaninie oraz o możliwości przejechania bardzo fajną kolejką z Yakoroudy, do której można dojechać z Grynczaru do Banska a nawet do Sandanskiego a jak ktoś sobie zażyczy w Rodopy.

Trochę przytłacza mnie infrastruktura narciarska. Wszędzie jest tu pełno wyciągów i stoków narciarskich. Wiem, że to nie jest miejsce dla mnie do chodzenia w zimie. Przypomina mi to miejscami zniszczone przez ludzi miejsca w górach Bucegi. Ale tutaj ludzie na szczęście aż tak daleko nie poszli. Miejscami zaczynają się już pola śnieżne. Ale w tym roku było tutaj ponoć mnóstwo śniegu. Dochodzimy do schroniska pod Musałą i nie robi ono na nas dobrego wrażenia. Jak tu byliśmy parę lat temu było zamknięte a teraz jest zapuszczone. Skorzystanie z kibelka spowodowało natomiast odruchy wymiotne: zbyt często używany kibelek jak na ilość sprzątnięć :-( Z góry na ujęciu widać budowany i zostawiony kiedyś moloch a po lewej stronie od niego obecny schron.
Obrazek

Ruszamy więc szybko dalej do Lodowego Jeziora nad którym stoi dużo brzydszy ale sympatyczniejszy schron. Po drodze mijamy dziadka w wieku około 80 lat (na oko), który sobie powoli jednostajnie podchodzi z kijkami. W schronisku Pani ma pyszne winko, którym opijamy bułgarsko-polski Freundshaft ;-) Przy okazji dosiadają się inni biesiadujący Bułgarzy, którzy częstują nas ciastkami własnej roboty. Robi się biesiada ;-) A ekipa wypuszcza swojego drona aby pofilmować z góry. Po chwili przychodzą nas jeszcze znajomi naszej bułgarskiej pary.
Obrazek

Tu widać dlaczego jezioro nazywa się Lodowe ;-)
Obrazek

Odtąd wchodzimy na górę najbardziej stromą częścią podejścia. Dochodzę pierwszy i obchodzę szczyt, który niestety jest zastawiony budynkami stacji meteorologicznej oraz Bułgarskiej Akademii Nauk.
Obrazek

Jedno pomieszczenie zostało ponoć udostępnione ale nie sprawdzamy: spory tłum na szczycie.
Ale widoki z niego są przednie. Oczywiście trzeba zrobić przynajmniej kilka pamiątkowych zdjęć.
Obrazek
Obrazek

I z widokiem na Małą Musałę.
Obrazek

Na szczycie spotykamy starszych Angoli, którzy między rozmawiają, że czegoś nie wiedzą. Od razu się pytamy o co chodzi. Mówią, że poprzedniego dnia byli na Maliawicy i nie wiedzą, gdzie jest. Pokazujemy im pasmo i chwilę plotkujemy i robimy zdjątka. W trakcie gadki pytamy kurtuazyjnie: jak im się podoba w Bułgarii. Odpowiedź zwaliła mnie z nóg: bardzo fajnie! A dlaczego? Bo nie ma tu tylu muzułmanów jak u nas w Manchesterze. Trochę smutne ale pokazuje problem naszych czasów :-(

Po chwili żegnamy się z całą ekipą: Angel z żoną lecą do schroniska Grynczar a my ruszmy w Witoszę. Pogoda powoli klęka... Zejście robimy drugą stroną schodząc na dół bardziej od zachodu wzdłuż zimowego szlaku, dzięki czemu na końcu mamy piękny widok na schronisko pod Musałą. Szybkim tempem wracamy do kolejki i niedaleko niej wyprzedzamy znowu dziarskiego dziadka, który był na Musale ale od razu poszedł z powrotem. To się nazywa kondycja! Zjeżdżamy na dół. Może przed deszczami uda się dojechać do Witoszy.

CDN. Ostatnia część w końcu ;-)

: 2015-09-06, 19:43
autor: Lidka K.
rambi pisze: Bardzo dobrze wspominają Polaków, mówiąc że we wszystkich górach jest ich pełno i niedawno ich spotykali w górach Ciukas
całe szczęście, ze bardzo dobrze :-)
Fruwające te wakacje Twoje ;-)

: 2015-09-06, 20:08
autor: rambi
Lidka K. pisze:Fruwające te wakacje Twoje
Ach cóż za eufemizm, Lidko! Nazwijmy to po imieniu: mam piórko ... właśnie tam! ;-)
A na poważnie to moja wada, że zawsze chcę zobaczyć jak najwięcej i za dużo miejsc na raz sobie wybieram za cel :-( Ale mam plan to zmienić! Wiek to zresztą na mnie w końcu i tak by wymusił ;-)

: 2015-09-15, 19:37
autor: rambi
W DRODZE DO DOMU
WITOSZA – CHERNI VARCH (2290)
Tym razem dojazd do Witoszy zrobiliśmy sobie od wschodniej części. Tamtędy jeszcze nie jechałem a nasi znajomi powiedzieli nam, że tam są fajne widoki i ciekawy sztuczny zbiornik, z którego Sofia bierze wodę do picia. I że w okolicy można dobrze zjeść. Skorzystaliśmy z sugestii i zaatakowaliśmy zupkę rybną i przepyszne ozorki w przybrzeżnej knajpce. No ale kiepska pogoda zaczęła nas doganiać a my utknęliśmy w korkach w Sofii. Potem okazało się, że Automapa nie ma pojęcia jak dojechać drogą w okolice schroniska Aleko i prowadzi mnie starą drogą. A ta droga staje się coraz bardziej wyboista aż w końcu musimy zaliczyć kolejny wycof na tym wyjeździe: dalej przejedzie tylko wysoko zawieszony jeep lub quad.

W końcu znajdujemy właściwą drogę i dojeżdżamy do hotelu wskazanego przez Angela, który miał być naszym azylem w tym miejscu. Okazuje się, że on jak i wszystkie hotele obok są pozamykane albo remontowane. Muszą widocznie prosperować tylko w lecie i na pewno w zimie bo to kurort narciarski dla ludzi ze stolicy. A na zewnątrz zaczyna padać deszcz. Jedziemy więc do końca drogi i dojeżdżamy do schroniska Aleko. Ostrzegano nas przed niezbyt miłymi ludźmi w schronie. I rzeczywiście o ile budynek wygląda przyzwoicie to obsługa (właściciel?!) sprawia wrażenie jakbyśmy im przeszkadzali. Przypakowany i łysy gość wygląda jakby dopiero co wysiadł z BMW3 po powrocie z ustawki. Ni w ząb w żadnym języku poza bułgarskim nie mówi. Do tego ma nas gdzieś. W końcu łaskawie stwierdza, że może się znajdzie dla nas jakiś pokój. I znajduje! W pustym schronisku bo nikogo tam nie spotkaliśmy. Co ciekawe warunki w środku są przyzwoite. Same pokoje jak w naszych schronach ale czyste prysznice z ciepłą wodą i posprzątane kibelki. Wadą miejsca jest też to, że możemy wyjść z pokoju dopiero o 7 gdyż wcześniej drzwi na zewnątrz są pozamykane … bo obsługa śpi co nam dosadnie komunikuje. Hmm…. Zaletą jest WIFI w restauracji, dzięki któremu dowiadujemy się o pogodzie na najbliższe dni: Bałkany w deszczu, podobnie jak i Stara Płanina. Zastanawiamy się czy jeszcze wieczorem nie wejść na górę i ewentualnie zejść z latarkami. Jednakże ulewa na zewnątrz wybiła nam to z głowy. No cóż, wypada nam tylko wstać rano, zdobyć szczyt i uciekać daleko stąd. Sprawdzam pogodę: Białe Karpaty mają jeszcze jeden przynajmniej dwa dni pogody a dawno już planowałem tam pojechać. A więc cel już jest.
Schronisko Aleko wygląda mniej więcej tak a obok znajduje się budynek ichniejszego GOPR-u oraz punkt czerpania wody.
Obrazek

Rano ruszamy spod schronu czerwonym szlakiem. Mży. Okazuje się, że miejsce jest wymarzone dla sportowców bo spotykamy kilku zbiegających biegaczy. Ruszamy mozolnym podejściem w górę. Czym dalej w górę tym bardziej jesteśmy we mgle. Zastanawiam się czy ma sens to wejście po to aby tylko zaliczyć. W końcu wchodzimy na wypłaszczenie i ruszamy szlakiem drogą dalej. Tu widać momentami pełną infrastrukturę narciarską: co chwila jakiś wyciąg, domek, nartostrada. WE mgle gubimy szlak i dochodzimy prawie do szczytu Golyam Rezen. W pewnym momencie jednak na chwilę chmury ustępują i spostrzegamy swój błąd. Zawracamy do miejsca odbicia szlaku od drogi.
Obrazek

Wspinamy się wzdłuż słupków i w końcu osiągamy szczyt … i to w momencie gdy chmury się rozstępują :-) Radość niewiarygodna! Na szczycie jak zwykle w Bułgarii postawione jakieś brzydactwo a niedaleko obserwatorium.
Obrazek
Obrazek

Ale nas urzeka panorama, która się otworzyła na Riłę :-) W stronę Sofii mamy chmury ale północny widok miażdży nas. Z pół godziny się delektujemy widokami kręcąc się po szczycie. Aleśmy trafili! Zresztą sami oceńcie pomijając fakt jakości zdjęć z mojego kompaktu…
Obrazek
Obrazek
Obrazek

W końcu przychodzą ciężkie chmury i zabierają nam naszą ucztę dla oczu. Ale jesteśmy spełnieni i radośni, że udało się jednak ujrzeć ten spektakl :-) Możemy z czystym sumieniem możemy zejść do auta i jechać dalej. Idziemy szybko aby uciec przed deszczem a na dole przy schronie spotykamy pierwszych tego dnia trekkingowców. Wsiadamy do auta i ruszamy w kierunku Białych Karpat.

BILE KARPATY – VELKA JAVORINA (970)
Trasa mija nam dość szybko. Pod wieczór dojeżdżamy do Bratysławy. Po drodze przy autostradzie jest motel więc zatrzymujemy się i podchodzimy do wejścia. Pozamykane na 4 spusty, pomimo że auta stoją. Na drzwiach tylko napis aby zadzwonić jak się przyjedzie. Nowa formuła hoteli, po prostu szok! Odpuszczamy, szkoda nam czasu. Jedziemy do Czech i na pierwszej stacji przez WIFI znajdujemy hotel w Hodoninie. Drogi ale jesteśmy już zmęczeni a nie chce nam się szukać czegoś dalej. Przed 3 zjeżdżamy do hotelu i uderzamy w kimę.

Rano szalenie miły Pan w recepcji poleca nam jeszcze dodatkowe miejsca w Białych Karpatach a w okolicach najwyższego szczytu na który chcemy wejść. Realizujemy swój plan: jedziemy w do miejscowości Vapenky skąd zamierzamy wejść na Wielką Jaworzynę. Auto ustawiamy przed Hostincem u Cerneho Potoka. Wchodzimy do środka aby się zapytać czy możemy na kilka godzin zostawić furę. Czesi są bardzo sympatyczni i nie widzą w tym problemu. Przy okazji próbujemy nowe dla nas czeskie piwko: Bohemia Regent. Polecam bo bardzo smaczne!
Obrazek

Białe Karpaty znajdują się na morawsko-słowackim pograniczu. Część z nich leży po stronie słowackiej a druga po stronie czeskiej. Najwyższy szczyt Velka Javorina znajduje się na samej granicy. Do najbardziej znanych części parku krajobrazowego należą chroniące skały rezerwaty przyrody w okolicach miejscowości Vr¹atské Podhradie, Èervený Kameò, Lednica a Dolná Súèa. Ciekawy jest też rezerwat przyrody Vęká Javorina, który chroni pierwotne leśne porosty. Słowacka część jest Parkiem Krajobrazowym od 1979 roku. Natomiast morawska strona Białych Karpat została w 1996 roku wpisana do systemu europejskich rezerwatów biosfery UNESCO.

My zdecydowaliśmy się na jednodniowy rekonesans na najwyższy szczyt Velką Javorinę. Ruszamy niebieskim szlakiem, który prowadzi przez urocze Wapienki z typowo czeską zabudową.
Obrazek

Potem drogą idziemy dość długo przez las mając z niewielu miejsc jakiekolwiek widoki. Białe Karpaty są niskie, nie wychodzą powyżej 1000 metrów. Widoków tam za dużo nie ma gdyż zarośnięte są w większości lasem. Dlatego Czesi wstawiają wieże widokowe w miejscach, w których widoczność jest mniejsza. Stąd celem ostatecznym naszej wycieczki jest Jelenec (925), na którym znajduje się takowa wieża i skąd chcemy sobie zobaczyć okolice. Dość szybko wchodzimy na najwyższy szczyt Białych Karpat. Velka Javorina okazuje się wielką polaną z nadajnikiem postawionym na górze.
Obrazek

Spoglądamy w kierunku Jelenca, który czeka na nas grzecznie.
Obrazek

Ruszamy czerwonym szlakiem w kierunku słowackiego schroniska Holubyho chata. Robi ono bardzo przyjemne wrażenie z zewnątrz.
Obrazek
Obrazek

W środku jednak ponownie się przekonuję, że Słowacy bardzo często są nieprzyjemni dla Polaków. Nie będę wchodził w szczegóły ale już tam nie wrócę. Zamawiamy małe słowackie piwo co też jest błędem bo jest po prostu niedobre więc tylko właściwie wypijamy po parę łyków. No nic tu po nas, trzeba lecieć. Zmieniamy szlak na zielony i szybkim krokiem wzdłuż granicy zasuwamy do Jelenca. Wieża, która była kiedyś wieżą transmisyjną, robi wrażenie.
Obrazek

Wejście na wieżę też daje radę! Między platformami umieszczonymi co 5 metrów wchodzi się drabiną ale z metalową obejmą wokół. Wejście z plecakiem raczej niemożliwe ;-) Wiatr z każdym piętrem się zwiększa i na górze wieje nam już bardzo mocno. Ale widoki to rekompensują. Widać stąd Javorniki a w dali za nimi chyba Beskid ¦ląsko-Morawski. W drugą stronę natomiast oczywiście widnieje Velka Javorina.
Obrazek
Obrazek

Jeszcze tylko spojrzenie w dół i idziemy.
Obrazek

Gdy schodzimy dla odmiany … zaczyna kropić ;-) Cały wyjazd mamy pod znakiem trafień pomiędzy deszczami w okna pogodowe. Wracamy czerwony szlakiem do Kamennej Boudy a następnie schodzimy żółtym do Vapenek. Tam w naszym Hostincu jemy bardzo smaczny obiad przed wyjazdem do Polski. Knedliki rulez!
Obrazek

Białe Karpaty to przyjemne pasmo do spacerów rodzinnych albo na rower. Spotkaliśmy w nim wielu rowerzystów. Jeśli chodzi o trekking to stosunkowo mało jest schronisk ale namiot to się da w wielu miejscach rozłożyć. Cała nasza trasa wyglądała mniej więcej tak i miała mniej więcej 22 kilometry.
Obrazek

Profil natomiast był następujący.
Obrazek

I tak skończyła się nasza wycieczka i objazd 5 pasm górskich oraz kilku miast. Podsumowując dwa pasma wpisuję za idealne do łażenia z plecakiem i z chęcią tam wrócę: Riła i Stara Płanina. Pirin jest super ale z dużym plecakiem ciężko tam się czasami przemieszczać. Białe Karpaty i Witoszę widziałem i na razie mi wystarczy. No i Stambuł jest miejscem, które potrafi zachwycić a zostało mi w nim jeszcze wiele miejsc do zobaczenia. Z wyjazdu wyciągnąłem też następną naukę: następnym razem nie będę tak pędził i zwiedzę mniej pasm w takim czasie. I chyba przesunę wyjazd na później bo szansa na pogodę będzie jednak większa.

DZIęKUJę ZA UWAGę CIERPLIWYM! I sorki za to rozciągnięcie w czasie relacji ale taki jaki mam dym ostatnio w tygodniu w połączeniu z weekendami wyjazdowymi nie dawał mi szansy na szybkie ukończenie opisu.

Jak to Julce opowiadałem w bajkach wieczorami: dwie dziurki w nosie, skończyło się! ;-)