Provence-Alpes-Côte d'Azur

Moderatorzy: Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
cylon
Posty: 865
Rejestracja: 2009-06-20, 15:09
Lokalizacja: B-B, Rajcza
Kontakt:

Provence-Alpes-Côte d'Azur

Post autor: cylon » 2014-09-30, 09:38

Obrazek

Naszym tegorocznym celem urlopowym stał się, położony w południowej Francji, na wybrzeżu Morza ¦ródziemnego, region Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże. Swój wymarzony wyjazd, zarazem wielką przygodę rozpoczęliśmy oczywiście od gór, o nich też będzie traktować ta część relacji.

Alpy Delfinatu, nazywane również Masywem Oisans, należą do południowej części Alp Zachodnich. Na obszar działalności wybraliśmy najwyższą grupę górską – Masyw Écrins, którego znaczną część obejmuje, utworzony w 1973, Parc National des Écrins. Najwyższym szczytem jest pierwszy, licząc od zachodu i południa, czterotysięcznik Alp i jedyny w tej grupie górskiej Barre des Écrins (4102 m n.p.m.). Nie leżał on jednak tym razem w sferze naszych zainteresowań.

Wyruszyliśmy skoro świt z Poznania, autostradami przez Niemcy, Szwajcarię i Francję. Zaplanowany wcześniej, wieczorny postój w Lucernie na Campingu International Lido oraz spacer brzegiem rzeki Reuss z butelczyną cydru :mrgreen: smakuje wybornie. Drugiego dnia docieramy na Camping Muncipal w małej wioseczce La Berarde, nieopodal Saint-Christophe-en-Oisans. Niegdyś letnia osada pasterska jest obecnie obok Ailefroide centrum alpinistycznym Écrins. Ostatni odcinek trasy – wąska, kręta, wijąca się wśród przepaści droga do wioski, jest już sama w sobie niezłą przygodą. Jeśli do dodać do tego, towarzyszące nam wokół, od samego początku obrazy, czy można pragnąć czegoś więcej?

Obrazek

Camping de la Bérarde położony jest w przepięknym miejscu, gdzie nie spojrzysz, dookoła wszędzie góry. Pierwszego dnia po przybyciu, mieliśmy w planach, w zależności od dysponowanego czasu, „aklimatyzacyjną”, którąś z całkowicie ubezpieczonych dróg na najbliższej ścianie Tête de la Maye (2518m).

Obrazek

Taka ot bałucha, faktycznie przypominająca – jak przeczytałem w jakiejś relacji wcześniej – nieco naszą ¦winicę, w przeciwieństwie jednak do niej oferująca sporo ciekawych i przede wszystkim całkowicie litych dróg. Jako, że godzina zrobiła nam się niewczesna, po szybkim rozstawieniu namiotu i posileniu się, wybieramy jedną z krótszych i prostych linii – Gay Pied (AD – Assez difficle/trudno, max trudności 5b). Krótkie (~20min) i łatwe orientacyjnie podejście pod drogę nie nastręcza żadnych trudności. Dość szybko osiągamy miejsce startu.

Obrazek

Czym prędzej wskakujemy w stosowne wdzianka i zgodnie z ustalonym schematem na prowadzenie wychodzi Nuctea.

Obrazek

Pierwszy wyciąg jest zarazem jednym z dwóch kluczowych (5a/5b), 13-wyciągowej drogi. Nie sprawia on jednak większych kłopotów mej partnerce, podobnie zresztą kolejne dwa. Ja, zgodnie ze swoimi przewidywaniami, ruszam na początku trochę usztywniony, z każdym kolejnym przewspinanym metrem jest jednak lepiej. Po trzech wyciągach przejmuję brzęczące zabawki i tym samym prowadzenie.

Obrazek

Nie wychodzi nam to chyba na dobre, znajdując się w łatwiejszym terenie, nie mogąc znaleźć stałych punktów, trawersuję zbyt mocno w lewo, tym samym mylę drogi. Od tej pory topo nam średnio pasuje do przebywanego terenu ;) Mimo to, jako, że trudności porównywalne, drogę kontynuujemy obranym przeze mnie wariantem. Ostatni wyciąg drogi wyprowadza w zupełnie łatwy teren i ścieżkę łączącą się z drogą normalną na szczyt, wykorzystywaną również, jako drogę zejściową. Charakter drogi to głównie płyty i połogi z wymyciami. Zdjęć – jako, że trochę nam się śpieszyło – niewiele. Z uwagi na późną porę nie wchodzimy na szczyt, rozwiązujemy się i schodzimy w dół, nie pozostając jednak obojętnym na to się dzieje się wokół nas. Na dobrych kilka chwil, zza La Rochaille, odsłania nam fragment przepięknej i potężnej północno-zachodniej ściany Dôme de Neige des Ecrins (4015m), z pobudzającym moją wyobraźnię Pointe de Bonne Pierre na czele.

Obrazek

Drugiego dnia pobytu, wstępnie, zakładaliśmy kolejną dłuższą ubezpieczoną drogę na jednej z bliskich ścian – tym razem – Encouli. Z uwagi jednak na zapowiadaną świetną pogodę postanawiamy zmienić plany. Wysypiamy się, pakujemy i ruszamy ku jednemu z naszych głównych, prawdziwie górskich, celów tego wyjazdu – nie będę ukrywał – góry będącej jednym z moich wielkich marzeń. Czeka nas ~1380m wyczerpującego podejścia, z dość mocno wypchanymi, plecakami. Szpej, śpiwory, żarcie na 2 dni, trochę ważą, o czym przekonują się nasze plecy i ramiona. Po chłodnym poranku smaży okrutnie. Początek naszego szlaku wiedzie wspólnie z drogą zejściową dnia poprzedniego, południowo-wschodnim zboczem Tête de la Maye, skąd mamy doskonałe widoki na Tête du Chéret, Les Rouies a także majaczące w oddali Les Bans.

Obrazek

Przekraczamy drewniany mostek, coraz bardziej za nami pozostają Cîme de l’Encoula oraz górująca nad naszym campingiem Grande Aiguille de la Bérarde.

Obrazek

Odtąd mozolnie brniemy coraz bardziej w głąb Doliny Étançons. Przed nami Tête du Rouget, Grupa Gandolière, oraz Le Rateau.

Obrazek

Nie ich jednak wypatrujemy. W końcu za kolejnym zakrętem, za kolejnym zboczem, odsłania nam się i ON – biorąc pod uwagę sylwetkę oraz znaczenie dla historii alpinizmu, drugi, co do wysokości szczyt i zarazem symbol grupy Écrins – potężny La Meije.

Obrazek

Chociaż widoczny, na bliższym planie, Pic Burcet w każdym innym przypadku przykuwałby mocno uwagę, tym razem moje myślą krążą wyłącznie wokół południowej ściany Le Meije.

Obrazek

Po pokonaniu ponad 500 metrów podejścia, docieramy do Refuge du Châtelleret, znajdującego się na wysokości 2232m. Trzeba przyznać, że schronisko jest ulokowane w doskonałym miejscu, naprzeciwko południowej ściany La Meije. Skwar, który leje się niemiłosiernie z nieba, wysysa z nas olbrzymie pokłady energii. Odpoczywamy dobre 40 minut uzupełniając płyny, puszeczka Orangine, mimo, że za cenę rozboju w biały dzień (3€!), smakuje wyśmienicie. Czas jednak ruszać dalej.

Obrazek

Wygodny szlak wiodący do Refuge du Châtelleret zamienia się w wyraźną, wijącą się w piargowisku perć, wyżej przez kilka pól śnieżnych oraz zanikający coraz bardziej Glacier des Etançons. Zgodnie zauważamy, że śniegu jest znacznie więcej niż w poprzednich latach. Podejście dłuży nam się straszliwie, ściana zdaje się wcale nie powiększać mimo upływającego czasu. Pot zalewa oczy, a stający się, z każdym krokiem cięższy plecak coraz bardziej przygniata do ziemi. Trzeba zająć czymś myśli – jest czym!

Obrazek

Zamykająca Dolinę Étançons, południowa ściana La Meije, to pionowe, suche urwisko zbudowane z dobrej skały. Szczyt ma kształt długiej, postrzępionej grani rozciągniętej ze wschodu na zachód, od przełęczy Brèche de la Meije po wcięcie Brèche Casimir Gaspard. Wznoszą się w niej kolejno turnie Grand Doigt i Pic du Glacier Carré, wierzchołek zachodni, najwyższy – la Meije Occidentale, czyli Grand Pic de la Meije, turnie Zsigmondy, wierzchołek centralny, czyli Doigt de Dieu oraz la Meije Orientale.

Często przystajemy i łapiemy oddech, podziwiając piękno pozostającej coraz bardziej za nami Doliny Étançons, wraz z zamykającymi ją kolosami w postaci Cîme de l’Encoula, Grande Aiguille de la Bérarde oraz Pointe du Vallon des Étages.

Obrazek

Wreszcie docieramy do ostatniego pola śnieżnego pod pięknym i potężnym Filarem Promontoire, rozcinającym na dole lodowiec des Etançons na dwie części. Wznoszący się ponad filarem skalny ząb to Pyramide Duhamel. Nie zakładając raków, przekraczamy lodowiec i po pokonaniu niespełna 1400 metrów przewyższenia, docieramy (tak nam się wtedy wydawało) do dzisiejszego naszego celu, zawieszonego na skałach ostrogi filara, na wysokości 3092 metrów n.p.m. – Refuge du Promontoire.

Obrazek

Obrazek

Robię ostatnie zdjęcie wracających z Le Râteau i przełęczy Brèche de la Meije, po czym niezwłocznie wchodzimy na górę.

Obrazek

Obrazek

Sterty szpeju suszące się na barierkach na zewnątrz i tłumy zalegające wewnątrz schronu, od samego początku wywołują u nas spore zaniepokojenie. ¦ciągamy buty i ładujemy się do środka. Opiekująca się refuge i zarazem przewodnik Nathalie informuje nas, że jeśli nie mamy rezerwacji nie możemy zostać na noc. Obłożenie jest tak wielkie, że mimo naszych próśb i Jej dobrych chęci nie jest w stanie nas przyjąć nawet na skrawek podłogi. Ludzie zalegają również na zewnątrz schroniska. Jesteśmy jednocześnie zszokowani i podłamani. W tym momencie dociera do mnie jak wielki błąd popełniłem nie zadzwoniwszy wcześniej, nie rezerwując noclegu, choćby nawet z samego rana. Nie jesteśmy przygotowani na spędzenie nocy w temperaturze spadającej do -10°C. Nie mamy wyboru, musimy schodzić, a marzenia o wielkiej, sławnej, wymarzonej górze odłożyć na półkę.

Obrazek

Postanawiamy jednakże zanocować w mijanym wcześniej, Refuge du Châtelleret i rano spróbować podejść w górę raz jeszcze. Wiąże się to z kolejnymi 800 metrami, tym razem w zejściu. Gdy docieramy zmęczeni do schroniska (tu nie ma problemu z miejscem dla nas), zjadamy tylko liofa, zapijamy herbatą i idziemy w kimę. Rano, jeszcze po ciemku ruszamy w górę. Ku naszemu zaskoczeniu, długi sznurek światełek na normalnej drodze, filarem Promontoire, jest już na mocno zaawansowanym etapie. Mimo to idziemy, gdy docieramy do schronu jest ~8:30. Wchodzimy do środka by zagrzać się gorącą herbatą. Już w drzwiach zaczepia nas, opiekujący się refuge razem z Nathalie, Frédi. Pyta gdzie zamierzamy iść. Gdy w odpowiedzi słyszy: „Grand Pic – Arête du Promontoire”, zaczyna nam odradzać wyjście z uwagi na późną porę. Tłumaczy nam, że na wspinaczkę na szczyt i powrotną drogę zjazdami potrzeba 12h, dla bardzo szybkich zespołów minimum 10h. My nie mamy nawet 10h do zapadnięcia zmroku. Konsternacja jeszcze większa niż wczorajszego wieczoru. Kilka minut rozmawiamy z nim, potem już sami analizujemy wszystkie za i przeciw. Choć serce wyrywa, nie chcąc się pogodzić z zaistniałą sytuacją, pragnie iść w górę, spróbować – rozum podpowiada, że to mocno nierozsądne. Arête du Promontoire oferuje trudności AD, 4a>3c, 890 metrów wspinania. Niewątpliwie czekałoby nas kilka godzin zjazdów nocą, w zupełnie nieznanym terenie, w temperaturze spadającej grubo poniżej 0°C. Dodatkowo wiemy, że wieczór ma się załamać pogoda. Z ogromnym bólem i jeszcze większym żalem postanawiamy jednak schodzić. Całą drogą powrotną przeklinam siebie w myślach, za niewykonanie jednego głupiego, a jakże kluczowego telefonu…

Na pożegnanie pozostaje kilka zdjęć Doliny Étançons wraz z ograniczającymi ją orograficznie z lewa i prawa szczytami, po czym schodzimy. Żalu opisać nie sposób…

Obrazek
Vallon des Étançons; Cîme de l’Encoula, Grande Aiguille de la Bérarde, Pointe du Vallon des Étages, Tête de la Gandolière, La Plaret

Obrazek
Pic Nord des Cavales, Tour Carrée, Roche Méane, Grande Ruine, Tour Choisy, Pic Bourcet

Obrazek
Tête de Rouget, Pic Gény, Cols du Plaret, Le Plaret, Tête S du Replat, Tête Nord du Replat

W Refuge du Châtelleret, na chwilę siadamy. Zbieramy część gratów, pozostawioną przed porannym wyjściem i przepakowujemy się. Ci, którzy zasłużyli na to, raczą się miseczką gorącej czekolady.

Obrazek

Na mostku przed campem, robię jeszcze zdjęcie, przepięknej rzeki Vénéon wraz z majaczącym w oddali Ailefroide Occidentale.

Obrazek

Wczesnym wieczorem, zgodnie z prognozą pogoda się psuje. Niebo, ni stąd ni z owąd zasnuwają ciemne chmury. Całą noc w dolinie pada deszcz, a powyżej 2800m śnieg. Rano również cały czas pada, do południa na zmianę wychodzi słońce, by po kilkunastu minutach rzęsiście lać.

Obrazek

Prognozy na cały dzień nie są najlepsze. Nazajutrz z kolei, do wieczora ma być pogodnie, potem ma nastąpić kilkudniowe załamanie pogody.

Zwijamy namiot i pakujemy się. Przyznam szczerze, że jedną nogą jesteśmy już blisko by wsiąść do samochodu, zatrzasnąć za sobą drzwi i udać się w dalszą drogę ku naszej kolejnej przystani podczas tego wyjazdu. Próbujemy jednak jeszcze raz, Nuctea dzwoni do Refuge du Soreiller. Mamy jednak problem z połączeniem, usiłujemy dodzwonić się oboje, raz za razem. W końcu udaje się połączyć i ktoś odbiera. Nie bez problemów próbujemy zabukować nocleg, włączając w to, pomoc naszego rodaka, pracującego przy remoncie schroniska – Krzysztofa. Oczywiście podczas rozmowy dowiadujemy się, że bez rezerwacji nie ma możliwości spędzenia nocy w schronie. Tym razem nocleg mamy jednak zaklepany.

*****

Stawiamy wszystko na jedną kartę, jedziemy do Les Étages. Na parkingu kolejne przepakowanie, przebieramy się i w drogę. Przed wejściem na szlak, z tabliczki dowiadujemy się o tym, że z powodu remontu schronisko do końca lipca było całkowicie zamknięte. Jak na złość, czy może raczej powinienem napisać na szczęście, prognozy nie do końca się sprawdzają. Na podejściu towarzyszy nam ponownie niemożliwy skwar i duchota. Pot ponownie zalewa nasze ciała. Pokonując kolejne metry w górę, kolejne zakosy, odsłaniają się nam coraz bardziej zachwycające widoki.

Obrazek
Dôme de Neige des Écrins

Obrazek
Les Rouies, Tête de l’Étret, Tête des Fétoules, Tête de Malacombe, Tête de l’Ours, L’Olan, Aiguille de l’Olan, Aiguille d’Entre-Pierroux

Obrazek
Grande Aiguille de la Bérarde, Cime de Clot Châtel, Pointe du Vallon des Étages

Na główne danie, wyczekiwany przez nas z niecierpliwością widok, musimy jednak jeszcze trochę poczekać, nazywając rzeczy po imieniu – jeszcze podejść. Przekraczamy Ruisseau d’Amont, który bierze swój początek u podstawy Cascade. W końcu kaskady i upragniony amfiteatr du Soreiller odsłaniają nam się w całej okazałości.

Obrazek

Sprawnie pokonujemy kolejny fragment szlaku i na rozległym piarżysku Doliny Soreiller, ucinamy sobie krótką przerwę. Widoki mamy doskonałe – przed nami cała Grupa du Soreiller (Aiguille Occidentale, Aiguille Centrale i Aiguille Orientale) oraz La Plaret.

Obrazek

Uwagę przykuwa jednak najbardziej urodziwa sylwetka w okolicy. Przed naszymi oczyma w całej okazałości, wznosząca się w centrum kotła Soreiller, wspaniała iglica – Aiguille Dibona. Znam jej kształt doskonale. Odkąd ujrzałem ją pierwszy raz, bodajże przed dwoma laty, wiedziałem, że ta chwila nadejdzie, że stanę u jej stóp. Jeszcze kilka chwil i ten moment nastąpi.

Obrazek

Wolnym krokiem, bacznie lustrując „naszą” południową ścianę, docieramy do Refuge du Soreiller znajdującego się u stóp Aiguille Dibona. Na miejscu okazuje się, że schronisko zamieniło się w jeden wielki plac budowy. To tłumaczy małą liczbę miejsc dostępnych w tym okresie w stosunku do podawanej w oficjalnych źródłach. Warto dodać, że w schronisku obowiązuje całkowity zakaz spożywania własnych posiłków. W cenie noclegu, zawarta jest kolacja, śniadanie i pobudka ;) Meldujemy przybycie przesympatycznej Martine Turc. Nowością dla nas jest, szczegółowe przepytanie nas przez opiekunkę refuge, odnośnie celów na kolejny dzień. Na jaką górę się wybieramy, którą drogą itd. To, prócz względów bezpieczeństwa podczas wspinaczki determinuje m.in. przydział do danego pokoju i godzinę pobudki przez samą Martine.

Z uwagi na to, że do kolacji (~18) zostało nam jeszcze trochę czasu, idziemy rozkminić start naszej drogi. Biegam również trochę tu i tam. Wieczór zaiste piękny + miejsce szczególne = mrotschny zespół napięcia nerwowego :mrgreen: Sami spójrzcie!

Obrazek
Aiguille Orientale du Soreiller

Obrazek
Pic Gény i Tête du Rouget

Obrazek
Pointe du Vallon des Étages

Czas jednak biegnie nieubłaganie, pora na kolację. Zasiadamy do stołu w sympatycznym towarzystwie trzech zespołów francuskich oraz pary katalońskiej. Na kolację gospodyni serwuje nam zupę jarzynową i danie na wskroś francuskie – sos boloński i ciastko ;) Wszystko w sporych porcjach i potrójnych dokładkach. Do tego oczywiście po szklanie wina! Z rozmów i włączonego nasłuchu wiadomo już, kto, gdzie i jak jutro się wybiera. Martine oddaje nam także telefon satelitarny z prognozą na jutrzejszy dzień. Noc, poranek i południe pogodne, popołudniu ma zacząć się psuć – trzeba będzie się śpieszyć. Trochę siedzimy i gadamy, wypadamy jeszcze na mający miejsce w dolinach mgielny spektakl, po czym kładziemy się spać.

Obrazek
Grande Aiguille de la Bérarde, Cime de Clot Châtel, Pointe du Vallon des Étages, Tête de l’Étret, Tête des Fétoules

Pobudka przed siódmą, zbieramy się średnio śpiesznie. Ostatnie przepakunki, śniadanie. W porannym menu płatki z mlekiem, chleb z dżemem, kawa i pora wychodzić przed schronisko. Jeszcze jedno zdjęcie kolosów doskonale widocznych sprzed schroniska i pod drogę.

Obrazek
Pointe du Vallon des Étages, Tête de l’Étret, Tête des Fétoules

Od początku mojego zainteresowania i wielkiej fascynacji Aiguille Diboną jasny był wybór linii, którą chcieliśmy wejść na szczyt. Droga południową ścianą – Voie Madier, bo o niej mowa to 14 długich, wymagających wyciągów (TD – Tres difficle (nadzwyczaj trudno); 412m; max trudności 6a+). Uznawana za najładniejszą i zarazem najtrudniejszą z trzech klasycznych dróg wejściowych.

Droga startuje ogromnym ukośnym zacięciem widocznym z refuge. Podejście ze schroniska zajmuje parę minut.

Obrazek

Przed nami ruszają dwa zespoły francuskie, pierwszy z nich odbijający w wariant Berthet-Boell-Stofer po czterech wyciągach. Drugi natomiast wybierający się na klasyk rejonu, jedną z nowoczesnych, całkowicie ubezpieczonych dróg – Visite Obligatoire.

Uzgadniamy, że poprowadzę pierwszą, łatwą (III) długość liny. Biegnie on rysami przez płyty do wielkiego tunelu. Praktycznie przebiegam ten wyciąg, zakładając jeden przelot na 60 metrach. Startujemy chyba odrobinę za nisko, bo do stanowiska brakuję mi ładnych klika metrów liny. Zmuszony, więc jestem założyć pośredni stan, po czym ściągam do siebie mą partnerkę. Podchodzimy wyżej do właściwego stanowiska, tuż pod tunelem i zamieniamy się na prowadzeniu. Dochodzi do nas para katalońska, która będzie nam towarzyszyć. Drugi wyciąg początkowo prowadzi tunelem (V). Tu już trudności znacząco rosną, dodatkowo idąc z plecakiem na drugiego nie mogę się przecisnąć. Choć nigdy nie brałem udziału w akcjach jaskiniowych, przez moment czuję się jak uwięziony w zacisku. Z plecakiem ani rusz w górę, na zdjęcie go, mimo dramatycznych prób nie ma szans. W końcu szarpiąc się i napierając z impetem przeciskam się jakoś i wydostaję z tunelu. Zanim ruszę w górę podwójną rysą muszę odsapnąć kilka chwil. W 2/3 ładnej, dobrze urzeźbionej, lecz niełatwej rysy, na małym, ale wygodnym progu dostrzegam Nuctee na stanowisku. Dochodzę do Niej i przekazuję szpej. W międzyczasie obserwuję jak radzą sobie, wspominani przeze mnie już, Francuzi na Visite Obligatoire. Trzeba przyznać – zacna linia!

Obrazek

Kolejny, trzeci wyciąg (V), prowadzi rysą, często i chętnie korzystamy również z płyt po lewej.

Obrazek

Popełniamy jednak błąd i mijamy wygodne stanowisko. W związku, z czym Nuctea zmuszona jest pokonać wymagającą przewieszkę i motać stanowisko w dość nieciekawym miejscu, w rysie pod jedną z kolejnych przewieszek. Mimo, że informuję zespół z Katalonii o dobrym stanowisku poniżej naszego, prowadząca w ich zespole również mija stan, ładując się w wolny kawałek rysy tuż nad nami. Trzy osoby w tym miejscu to zdecydowanie za dużo. Jak najprędzej to możliwe, przejmuje zabawki i ruszam w górę. Po pokonaniu fragmentu czujnej płyty, mam przed sobą kolejną przewieszkę, brak stopni, obłe krawędzie pęknięcia i to wszystko tylko za V! Nie bez kłopotów przedzieram się przez trudności. Potem zacięcie, kolejna przewieszka, nieco łatwiejsza jednak. W końcu osiągam wygodny stan pod ogromną mokrą czarną przewieszką i ściągam do siebie partnerkę.

Obrazek

Kolejny wyciąg zaczyna się kilkumetrowym, jakżeby inaczej ryso-zacięciem, po czym na przeszkodzie staje ogromna, czarna, mokra przewieszka. Omijamy ją piątkowym, 15metrowym trawersem w lewo przez płyty. Mając w pamięci zeszłoroczny, trawers na Festiwalu Granitu na Zamarłej, w tych samych trudnościach, który sprawił nam nieco problemów, jestem przygotowany na kawał wymagającego wspinania w poziomie. Idzie jednak bardzo sprawnie i bez problemów pokonuje trawers, odbijam ponownie w prawo i łatwiejszym terenem osiągam szeroką ławkę ze stanem.

Obrazek

Kontynuujemy wspinaczkę delikatnym, ukosem rynnami, najpierw w prawo (IV+), potem wracamy kilka metrów w lewo i ciągiem ukośnych rys w prawo. Potem kolejny trawersik w prawo do nachylonej płyty i osiągamy dno wielkiego zacięcia powyżej czarnej przewieszki. Napieramy w górę zacięciem, z początku lewym skrajem, wyżej jego dnem(V+). Na drodze staje nam, (która to już, nie zliczę) mocno eksponowana przewieszka, którą to wychodzimy z zacięcia w prawo. Dobre chwyty, mimo to jak na wycenę IV, bardzo hardo! Ekspozycja robi swoje. W ten sposób dochodzimy na dobry wąski stopień, z którego uciekamy w lewo nad przewieszką (IV+) i dochodzimy do łatwej płytowej rampy prowadzącej do przewieszonej(!) ścianki. Tę pokonujemy jak z bicza strzelił wprost(IV+). Tu coś mylę w topo i zamiast wyjść kominem pod wielkim kuluarem i trzymetrową płytą ze spitami, wychodzę z prawej strony zacięciem na obszerną półkę Boella. Tym samym jesteśmy mniej więcej w połowie ściany. Raz, dwa, trzy dociera do mnie Nuctea.

Obrazek

Podczas wybierania liny dzieje się jednak coś, co powinno mnie zaniepokoić, ale zignorowałem to. Po raz pierwszy łapią mnie skurcze mięśni. Wrzucam jednak batona, zapijam mlekiem z tuby, multiwitaminą i idziemy dalej. Pokonujemy kilkunastometrowy, prosty, trójkowy trawers na prawy skraj półki. Stan można zrobić zarówno z wielkiego bloku skalnego jak i z dwóch spitów. My wybieramy tę drugą możliwość. Wspinający się za nami do tej pory, Katalończycy wybierają łatwiejszy wariant Voie Berthet – Boell – Stofer z półki Boella.

Przed nami natomiast dziewiąty kluczowy wyciąg drogi, słynna la fissure Madier, kiedyś V+, po wypadnięciu zaklinowanego kamienia z rysy, trudności w zależności od źródła oscylują w granicach 6a/6b. Już pierwsza 15-metrowa rysa (V+) pokazuje mi, że łatwo nie będzie. Obłe, nikłe chwyty, słabe stopnie wymagają sporych umiejętności. Dodatkowo większych friendów, które siadłyby mi w rysie doskonale (C4, 3 i 2), użyć nie mogę. Mam świadomość, że znacznie bardziej potrzebne będą mi wyżej. Docieram rysą do sporej przewieszki, wykonuję pod nią kilkumetrowy trawers i atakuję wprost. Przewieszka według niektórych źródeł rzekomo za V, jest znacznie trudniejsza! Zupełny brak stopni i tylko ogromny ząb, z pomocą, którego trzeba wydostać się wykorzystując mantle. Walcząc na całego, wydostaję się ponad przewieszenie, a przecież największe trudności wciąż dopiero przed nami.

15 metrów pode mną na stanowisku stoi marznąca asekurująca mnie Nuctea. Pod Nią, ponad 200 metrów lufy do podstawy ściany, wyjścia nie mam, trzeba napierać. Kolejne metry rysy (6a+?) przede mną to już walka o życie. Zdecydowanie zbyt długo maruderuje w tym miejscu, ale naprawdę jest cholernie trudno! Rysa traci zupełnie rzeźbę, stoję tylko na jedynym małym stopieńku, zamieniając od czasu do czasu nogi, restując zmęczone mięśnie. Klinuję kolano lewej nogi i biodro tak głęboko jak tylko się da, wyszukując jakichkolwiek, najmniejszych, choć chwytów. Szału nie ma, na prawą rękę słaba krawądka. Lewą z kolei, na której jeszcze przed momentem był zegarek zdjęty zębami, klinuję pięść. Zbieram się tak kilka razy i rezygnuję, szpej u pasa cholernie przeszkadza. W końcu wydając z siebie okrzyk, wstawiam wysoko stopę w rysę i strzelam dynamicznie do dobrego zęba na podchwyt! Sapiąc i wydzierając mordę wychodzę z opresji po skale na tarcie. Potem jeszcze kilka metrów czujnego terenu i łatwiejszym(IV) terenem wydostaję się na obszerny taras ze stanowiskiem. Motam stan i ściągam partnerkę. Jestem pełen podziwu szacunku dla Niej, za pokonanie tego wyciągu z plecakiem, nawet idąc na drugiego!

Ostatnia długość liny dała mi solidnie w dupę. Po raz kolejny podczas wybierania liny, łapią mnie skurcze mięśni. Do szczytu pozostało nam jednak już tylko pięć krótszych wyciągów. W tym dziesiąty, ostatni z trudniejszych (V) przed nami. Biorę zabawki i startuję. Zmęczone mięśnie dają jednak o sobie znać. Pokonuję parę pierwszych metrów wymagającej płyty, wpinam się do spita, idę wyżej, na słabych stopniach, słabych chwytach łapią mnie skurcze jednocześnie obu rąk – odpadam. Na szczęście nie lecę daleko, zawisam na spicie. Mam jednak spore kłopoty ze skurczami, zaciśnięte palce lewej dłoni otwieram… zębami, inaczej się nie da. Skurcze mięśni wykrzywiają mi ręce i palce. Kilka chwil zajmuje mi doprowadzenie się do porządku. Dopiero wtedy mogę spokojnie iść dalej. Najpierw przez żłobkowaną płytę, potem pokonując kolejną, łatwą tym razem przewieszkę dochodzę do stanu.

Kolejny wyciąg przechodzący na wschodnie ostrze grani, potem na spory taras prowadzi Nuctea. Gdy docieram do niej do stanowiska z niepokojem pokazuje mi czarne chmury, dosłownie pędzące z zachodu. Po chwili zaczyna padać śnieg. Zostały nam już tylko 3 wyciągi do topu. Szybko analizujemy, co robić. Wycof i zjazdy południową ścianą są pozbawione sensu. Jedyne wyjście, jakie mamy to w górę. Przejmuję szpej i cisnę. Wyciąg miał być czwórkowy, źle jednak odczytując topo i ładuję się w jakieś mega trudne płyty. Potem zamiast kierować się ku wschodniemu ostrzu grani, trawersuję po płytach na zachodnią ścianę i zakładam stanowisko na wielkiej póle. ¦ciągając Nucteę do siebie dostrzegam poniżej nas stan. Warunki są coraz gorsze, spada widoczność, do tego suchy śnieg przechodzi w marznący śnieg z deszczem uniemożliwiając powrót płytami do właściwej drogi. Na domiar złego, jakby to wszystko było mało, tracimy jedno reverso. Mimo, że trudno nam się z tym pogodzić, uświadamiamy sobie, że to koniec naszej wspinaczki. Po pokonaniu 12 wyciągów w tym kluczowych trudności. 60 metrów, dwa łatwe wyciągi (IV i III) od wymarzonego szczytu, trzeba stąd uciekać. Wycofujemy się krótszą zachodnią ścianą. To jedno z trzech ostatnich zdjęć przed zjazdem, po czym aparat wędruje na dno plecaka.

Obrazek

Nie jest to jednak koniec naszych przygód na Dibonie. Cały czas zostaje nam jeszcze zjechać bezpiecznie na dół posiadając tylko jeden przyrząd. Trzeba to zrobić nie dając się zabić i najlepiej bez użycia pomocy z zewnątrz. Warunki coraz gorsze, mokro, zimno, coraz mniej widać. Robimy ogółem cztery zjazdy. Do przedostatniego zjazdu wszystko idzie zgodnie z planem. Działamy jak automat: zjeżdżam, dokładam repy (zawsze targane ze sobą dodatkowo na dnie plecaka w końcu się przydały) do dwóch spitów stanowiskowych, potem zjeżdża do mnie Nuctea, ściągamy linę i od nowa. Po przedostatnim zjeździe, podczas ściągania, na ogromnym podwójnym zębie w linii zjazdu, zahacza nam się lina. Mam węzeł, szarpię się z nią, lecz ta ani drgnie! Jesteśmy ~15 metrów nad ziemią, zmęczeni, coraz bardziej zmarznięci, teren mocno nieciekawy, a ja szarpię się już z liną chyba jedynie siłą woli. W końcu Nuctea zwraca mi uwagę, że będziemy musieli ją zostawić. Schodzi na żywca ostatni fragment ściany, chwilę potem dołączam do Niej u stóp ściany. Wrzucam wszystko do plecaka jak leci. Widoczność spada do paru metrów, tracimy ze sobą kontakt wzrokowy. Udaje nam się jednakże dosyć szybko odnaleźć ścieżkę zejściową i po niespełna godzinie przemoczeni, zmarznięci, ale cali, docieramy do schroniska, gdzie wywołujemy niemałe poruszenie i westchnienie ulgi zarówno Martine, jak i całej reszty siedzącej w refuge. Jak się okazuje jednak, nie jesteśmy ostatni. Ze ściany wciąż wycofuje się dwójka chłopaków z Warszawy z drogi Visite Obligatoire, którzy nieco później zaczęli się wspinać. Po jakimś czasie i oni bezpiecznie docierają do schroniska.

W ten oto sposób kończy się nasza tegoroczna przygoda z Alpami Delfinatu, czeka nas już tylko zejście na dół. Szczęście w nieszczęściu, ustaje deszcz i powoli zaczyna się przejaśniać. Majestatyczna i niedostępna Aiguille Dibona żegna nas jednak posępnie.

Obrazek

Nieco na osłodę, drogę powrotną postanawia nam wynagrodzić płomieniami, zachodzące wśród szczytów słońce.

Obrazek
Grande Aiguille de la Bérarde, Cime de Clot Châtel, Pointe du Vallon des Étages

Obrazek
Pointe Maximin, Aiguille d’Entre-Pierroux

„Partye tego rodzaju podejmujemy przecież w pierwszej linii dla ponęty, jaką przedstawiają trudności same dla siebie, a nie dla ostatecznego celu, który można w inny sposób łatwiej osiągnąć”

Z tymi słowami Emil Zsigmondy, jednego z prekursorów sportowego alpinizmu, wyjeżdżałem do Francji. Można by rzecz, że nic w Alpach nam się nie udało. Jednak chyba nie do końca tak jest. Na chłodną analizę dla mnie jednak jeszcze za wcześnie.

Po zejściu do doliny i jeszcze jednym noclegu na Campingu de la Bérarde, ruszamy dalej, ale o tym już innym razem.

Oryginał: Pionowe Myśli
Więcej zdjęć w galerii: Provence-Alpes-Côte d’Azur | Część 1: Alpy Delfinatu
Ostatnio zmieniony 2015-03-16, 18:02 przez cylon, łącznie zmieniany 4 razy.

Awatar użytkownika
Michun
Posty: 7343
Rejestracja: 2009-04-24, 13:03
Lokalizacja: Western Front

Post autor: Michun » 2014-09-30, 10:00

Przeczytałem i nie wiem , co napisać...więc napiszę tylko , ze przeczytałem :-D


ps mina Nukty - bezcenna :mrgreen:
"I don't hate people, I just feel better when they aren't around"
Ch. Bukowski
"Na nazwy i na znaki sram i w Polsce z tym nie jestem sam"J.Kleyff

Awatar użytkownika
fado76
Posty: 397
Rejestracja: 2011-01-02, 15:04
Lokalizacja: Jelenia Góra

Post autor: fado76 » 2014-09-30, 13:30

Ciekawe, ciekawe . Zdjęcia extra. Ostatnie 2 wgniotły mnie w fotel...

Kolejne miejsce (dzięki relacjom) do wzięcia pod uwagę odnośnie przyszłych wyjazdów.

Awatar użytkownika
ziaro
Posty: 105
Rejestracja: 2012-03-06, 14:08
Lokalizacja: Bytom
Kontakt:

Post autor: ziaro » 2014-09-30, 15:59

Zdjęcia bajka. Jakim aparatem robione?

Awatar użytkownika
Marco
Posty: 2106
Rejestracja: 2008-11-18, 19:05
Lokalizacja: Opole

Post autor: Marco » 2014-10-01, 07:53

A po linę nie wróciliście?? :shock: toż to jak zostawić kogoś bliskiego na pastwę losu... Widzę, kolego, że zdolności literackie w sobie odkrywasz ;-) któż by się tego spodziewał jeszcze kilka lat temu. ¦wietna impreza i nie ważne że w wewnętrznym pojmowaniu zakończona porażką. Wrócisz tam i złoisz Dibonę tak, że nawet tego nie zauważy i nie będzie kaprysić jak tym razem.
...only way to cure stupidity is death...

Awatar użytkownika
cylon
Posty: 865
Rejestracja: 2009-06-20, 15:09
Lokalizacja: B-B, Rajcza
Kontakt:

Post autor: cylon » 2014-10-01, 10:04

Michun pisze:ps mina Nukty - bezcenna :mrgreen:
Nie wiem czy w tym momencie było Jej do smiechu :lol:
fado76 pisze:Ciekawe, ciekawe . Zdjęcia extra. Ostatnie 2 wgniotły mnie w fotel...
Kolejne miejsce (dzięki relacjom) do wzięcia pod uwagę odnośnie przyszłych wyjazdów.
Rejon jest genialny zarówno trekkingowo jak i wspinaczkowo. Ostatnie 2 zdjęcia autorstwa Nuctei ;)
ziaro pisze:Zdjęcia bajka. Jakim aparatem robione?
Też mam wrażenie, że wyszło kilka ciekawych :-P . Aparat Canon PowerShot G1X.
Marco pisze:A po linę nie wróciliście?? :shock: toż to jak zostawić kogoś bliskiego na pastwę losu...
Ciężki temat... ściana była zalana, na kolejne dni prognozy fatalne a nocleg w Refuge du Soreiller do najtańszych nie należy. Droga na ścianie zachodniej, wzdłuż której zjeżdżalismy była hardcorowa. Lina mimo, że byłem z nią bardzo blisko związany musiała zostać - takie życie.
Marco pisze:Widzę, kolego, że zdolności literackie w sobie odkrywasz ;-) któż by się tego spodziewał jeszcze kilka lat temu.
Skrobie sobie coś tam od czasu do czasu ;-)
Marco pisze:¦wietna impreza i nie ważne że w wewnętrznym pojmowaniu zakończona porażką. Wrócisz tam i złoisz Dibonę tak, że nawet tego nie zauważy i nie będzie kaprysić jak tym razem.
Gdzieś mam świadomość, że zrobiliśmy kawał pięknej i wymagającej drogi na naprawdę ładnej górze, ale żal również pozostaje bo przecież byliśmy tak blisko.
Kto wie, byc może kiedyś...

Awatar użytkownika
Marco
Posty: 2106
Rejestracja: 2008-11-18, 19:05
Lokalizacja: Opole

Post autor: Marco » 2014-10-01, 10:14

cylon pisze:Gdzieś mam świadomość, że zrobiliśmy kawał pięknej i wymagającej drogi na naprawdę ładnej górze, ale żal również pozostaje bo przecież byliśmy tak blisko.
Kto wie, byc może kiedyś...
Kolego nie ma co deliberować... Przypomnij sobie naszą Tofanę... gdy rok później wchodziłem na nią to widziałem że zabrakło nam dosłownie z 20 m w pionie aby wyjść z amfiteatru, więc i żal mógł być duży. Ale jak to jest w życiu... Góra stoi i stać będzie... więc nie ma co roztrząsać tylko wrócić i zrobić poprawkę.
cylon pisze:Ciężki temat... ściana była zalana, na kolejne dni prognozy fatalne a nocleg w Refuge du Soreiller do najtańszych nie należy. Droga na ścianie zachodniej, wzdłuż której zjeżdżalismy była hardcorowa. Lina mimo, że byłem z nią bardzo blisko związany musiała zostać - takie życie.
W takim razie musiało "boleć" ;-)
...only way to cure stupidity is death...

Kasjopea
Posty: 724
Rejestracja: 2011-11-25, 22:39
Lokalizacja: Droga Mleczna

Post autor: Kasjopea » 2014-10-01, 11:08

Bardzo emocjonująca wspinaczkowa relacja.
Piękny cel mieliście.
I tak sobie myślę ....liczy się droga, a nie cel, mino że naprawdę piękny ;-)
Gratulacje!!!
"Chmury wyglądały jakby właśnie usłyszały o śniegu i rozważały tę ideę."

Awatar użytkownika
cylon
Posty: 865
Rejestracja: 2009-06-20, 15:09
Lokalizacja: B-B, Rajcza
Kontakt:

Post autor: cylon » 2014-10-01, 11:24

Marco pisze:Przypomnij sobie naszą Tofanę...
Pamiętam, byłem wściekły wtedy :-P :mrgreen:
Kasjopea pisze:I tak sobie myślę ....liczy się droga, a nie cel,
Widać, że mnie rozumiesz ;-)
Gdyby było inaczej, mogliśmy wejść którąś z łatwiejszych dróg klasycznych, łatwiejszym wariantem, czy wręcz wejść "od tyłu" drogą zejściową. Nas interesowała właśnie ta: Voie Madier.
Kasjopea pisze:Bardzo emocjonująca wspinaczkowa relacja.
Piękny cel mieliście.
Gratulacje!!!
Dziękuję :->

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5504
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2014-10-01, 14:06

cylon pisze: i schodzimy w dół, nie pozostając jednak obojętnym na to się dzieje się wokół nas.
no ja się nie dziwię ;-)
cylon pisze:Można by rzecz, że nic w Alpach nam się nie udało.
głupoty gadacie, Panie :-) Jestem pod wielkim wrażeniem :-D
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
Vlado
Posty: 5079
Rejestracja: 2011-01-14, 11:23
Lokalizacja: Wega XXI

Post autor: Vlado » 2014-11-21, 12:00

Cylon! Kopara opada!
Genialny pokaz umiejętności i roztropności.

Awatar użytkownika
sosikhehe
Posty: 222
Rejestracja: 2014-09-24, 22:14
Lokalizacja: Tyskie (Ślunsk)

Post autor: sosikhehe » 2014-11-22, 12:13

Miło sobie przeczytać dobrą relacje w sobote do śniadania 8-)
Gratuluje przejścia, szkoda że warunki nie pozwoliły ale co się odwlecze nie ucieknie.
My body lie but still I roam

Awatar użytkownika
cylon
Posty: 865
Rejestracja: 2009-06-20, 15:09
Lokalizacja: B-B, Rajcza
Kontakt:

Post autor: cylon » 2014-11-24, 14:15

Zaczałem pisać część 2, będzie mniej gór, więcej słońca, nie mniej pięknie :mrgreen:
Może do końca roku się wyrobię :lol:

Awatar użytkownika
atineb
Posty: 1445
Rejestracja: 2010-10-26, 21:06
Lokalizacja: depresja (ppm)

Post autor: atineb » 2014-11-25, 15:14

Nigdy bym nie pomyślała, że coś takiego pomyślę, ale teraz to nawet napiszę:

niektóre relacje na forum czyta się lepiej niż książki (a od czytania książek jestem totalnie uzależniona i byłam pewna, że nic nie jest w stanie ich zastąpić).

Dziękuję za tekst i ilustracje.
byle do wakacji

Awatar użytkownika
cylon
Posty: 865
Rejestracja: 2009-06-20, 15:09
Lokalizacja: B-B, Rajcza
Kontakt:

Post autor: cylon » 2015-01-07, 12:17

Obrazek

Po nocy spędzonej na Campingu de la Bérarde i poprzedzających ją przygodach na Dibonie, rankiem ruszamy dalej. Malownicze wioski, tętniące życiem miasteczka, wyśmienita kuchnia obficie zakrapiana winem i imponujące zabytki. Do tego słońce i sielankowy klimat tutejszych rejonów wspinaczkowych. Zgodnie z planem wyruszamy na południe Francji w poszukiwaniu „duszy” Prowansji.

Na pierwszą, naszą „poalpejską” przystań, wybraliśmy Orpierre, po drodze chcąc odwiedzić miasteczko Sisteron. Prowadzi nas doń fragment Drogi Napoleona, historycznego szlaku, wiodącego z Grenoble do Cannes. Po drodze jednak, nie możemy sobie odmówić, zjazdu do sympatycznie wyglądającej „mieścinki po lewej”. Okazuje się nią Le Bannet, gdzie trafiamy na marché – targ odbywający się w prawie każdej prowansalskiej miejscowości w godzinach porannych.

Obrazek

W Bannet urzekają mnie przepysznie wyglądające pierożki, niestety sprzedawane tylko po wcześniejszych zapisach – no trudno. Ten mały zawód, rekompensuje nam krótki spacer, po naszym pierwszym podczas tej podróży, budzącym się nieśpiesznie do życia, niewielkim lecz urokliwym miasteczku.

Obrazek

Obrazek

Do Sisteron, docieramy wczesnym popołudniem. Miasteczko, zwane bramą Prowansji, położone jest na wysokości 450 metrów nad rzeką Durance. Oczywiście naszą największą uwagę (mimo, że nie mamy w planach tu się wspinać), przykuwa monumentalne Rocher de la Baume.

Obrazek

Według zaczerpniętych wcześniej informacji, dowiedzieliśmy się, iż w Sisteron promienie słoneczne docierają przez około 300 dni w roku. Największym zabytkiem miasta jest niewątpliwie Citadelle de Sisteron, której budowę rozpoczęto w XIV a ukończono w XVI wieku.

Obrazek

Mimo ogromnego skwaru lejącego się z nieba, decydujemy się na zwiedzenie cytadeli. Dla samych widoków z murów twierdzy, na miasto i okolice warto.

Obrazek

Późnym popołudniem docieramy do Orpierre. Odnajdujemy nasz Camping des Princes d’Orange i po krótkim, wieczornym spacerze, lądujemy w namiocie z – a jakżeby inaczej – butelczyną wina ;-)

Kolejny dzień zaczynamy leniwie, wspinanie mamy w planie dopiero popołudniu. Zatem śniadanie, zakupy i wybieramy się na sielankowy, przedpołudniowy rekonesans malowniczego, klimatem przypominającego średniowieczną wioskę – Orpierre.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wreszcie, wczesnym popołudniem w skały! Zaczynamy od kilku najprostszych linii na lewym filarze Château, następnie, utrudniając sobie trochę, przesuwamy się bardziej w prawo, skąd mamy lepszy widok na samą wioskę.

Obrazek

Niestety, ni z tego ni z owego, chmurzy się i zaczyna padać. Przeczekujemy kilka chwil w towarzystwie sympatycznej dwójki, wspinających się dam z Polski (matka-córka), ale nie przestaje padać. Nasze „osiągi” na Château pierwszego dnia nie powalają: Paris Texas(4a), L’Éloge de la Fruit(4c), Ciao Emile(5a), Palmer(5b). Ta ostatnia 30-metrowa, bardzo ładna.

Kolejnego dnia mamy więcej szczęścia do pogody, zmieniamy też całkowicie strategię, zaczynając od La torture comme quotidien(6a) na prawej, zacienionej stronie Falaise du Château, z samego rana.
Przesuwając się w prawo, zmieniamy sektor na Cascade, gdzie kolejne, ładne szóstki padają naszym łupem w stylu OS / Flash: Luxure(5c), Parese(6a), Capharnaum(6a), Eclectik Electrik(6a).

Obrazek

Na koniec tej części dnia wracamy na Château, na wcześniej upatrzony klasyk rejonu: Amélie Mélodie(6a) – długa, rewelacyjna linia oferująca fantastyczne wspinanie w przewieszeniu po wygodnych chwytach. Po niej pora na zasłużony obiad!

Wieczorem, po odpoczynku wracamy w teren, tym razem wybierając sektor Belleric. Przechodzimy pod, znanym nam już trochę, Château. Połać skał, najbardziej oddalonych to nasz cel.

Obrazek

Na ponowną „rozgrzewkę” wbijam się w Avec vue sur ta mère(5c). Mimo niezbyt wysokiej wyceny, pokonanie jej sprawia mi „odrobinę” problemów. Daniem wieczoru ma być jednak długa i techniczna Zone érogène(6b). Niestety zmęczenie całego dnia daje o sobie znać i spadam dosłownie parę przechwytów spod łańcucha. Na powtórkę nie ma ani czasu, ani sił.

Na nasz ostatni dzień w Orpierre, mamy w planach wielowyciągowy klasyk w sektorze Quiquillion, będący nieprzypadkowo w TOP50 w Prowansji na liście użytkowników Rockfaxa.

Obrazek

Cztery wyciągi prawdziwej perły, jaką jest niewątpliwie Via Voyage biegnie przez trzy długości liny charakterystycznym zacięciem, często i gęsto z wykorzystaniem płyt z lewej strony. Czwarty, ostatni wyciąg oferuje nam najpierw wspinanie płytą, by zakończyć się fantastyczną przewieszoną rysą.

Obrazek

Droga, dzięki towarzyszącemu nam obficie, od pierwszych metrów, bukszpanowi, zyskuje w naszych ustach nową nazwę – Voyage przez Mirt :mrgreen: Dzielimy się sprawiedliwie, prowadząc po dwie długości liny. Pierwsze należą do Nuctei, później się zamieniamy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na Voyage parchów nie uświadczymy, trzyma trudności 5b na całej linii, z kolei odcinki za 6a są mocno emocjonujące, zwłaszcza giełganie w płycie na 2 wyciągu i ostatni fragment drogi w przewieszonej rysie – mocna rzecz!
W trakcie wspinanie otwierają się nam coraz wspanialsze widoki. Szczytujemy na Quiquillion w smakowitych okolicznościach. Przed nami amfiteatr Château, Cascade, Belleric oraz całe Orpierre wraz z okolicą.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na tym kończymy naszą trzydniową sielankę w malowniczym Orpierre. Rejon zdecydowanie wart ponownego odwiedzenia w przyszłości i zmierzenia się z trudniejszymi liniami.

Pora nam jednak jechać dalej, kierunek – Dentelles de Montmirail. Wcześniej jednak, znajdujące się po północnej stronie grani „koronek” – Vaison la Romaine. Ta niewielka miejscowość swą nazwę zawdzięcza bogactwu ruin budowli rzymskich. Zamieszkiwana od późnej epoki brązu, w czasach rzymskich była jednym z najbogatszych miast Galii Narbońskiej. Do najciekawszych zabytków należą odkopane fundamenty domów i portyków z dobrze zachowanymi mozaikami, posągami oraz pozostałości głównej ulicy rzymskiego miasta, ruiny term, mozaiki i freski, znajdujące się w północnej części miasta Quartier de la Villasse oraz Quartier de Puymin.

Obrazek

Te najznamienitsze ze znalezisk przeniesione zostały do Musée Archéologique, działającego na terenie wykopalisk. Powyżej muzeum znajduje się, zbudowany w I w n.e. Théâtre Romain.

Obrazek

Warto zwiedzić również Cathédrale Notre-Dame-de-Nazareth de Vaison. Efektowne są zwłaszcza romańskie krużganki z XIII w. z rzeźbionymi kapitelami kolumn.

Obrazek

W katedrze trafiamy na jakąś huczną wystawę połączoną z bogatym poczęstunkiem, czego nie omieszkam wykorzystać, pora by coś przegryźć najwyższa :mrgreen:
Nie możemy odmówić sobie spaceru do Górnego Miasta, do którego prowadzi słynny most, przerzucony łukiem bezpośrednio na skałę po drugiej stronie, wysoko nad rzeką Ouvèze, Pont Romain.

Obrazek

Wąskimi i stromymi uliczkami dochodzimy do ruin XII wiecznego zamku. I choć zostało z niego niewiele jest ona znakomitym punktem widokowym na samo miasteczko.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na tym kończymy zwiedzanie urokliwego Vaison la Romaine. Na nasz Camping Roquefiguier, w Beaumes de Venise docieramy… już po jego zamknięciu. Na szczęście jakaś miła pani, zamieszkująca camp, otwiera nam bramę. O nocnym spacerze po miasteczku możemy jednak zapomnieć. Całe szczęście, butla cydru na wieczór wcześniej zanabyta ;-)

Kolejnego dnia, naszym celem jest efektowna, postrzępiona grań Dentelles de Montmirail.

Obrazek

Zaczynamy od turni Chaine de Gigondas i wielowyciągowego klasyka (kolejna nasza droga z TOP50 w Prowansji na liście Rockfaxa) Petite Émeline(5b).

Obrazek

Najbardziej efektowny, ostatni wyciąg, przechodzi przez okno na południową ścianę, którą wspinamy się na pik. Widoczki mamy bezdyskusyjnie cudo!

Obrazek

Obrazek

Po zjazdach i krótkim reście, pokonujemy Archimède(5b), ładną, biegnąca wyraźnym pęknięciem, krótszą linię. Następna jest wypatrzona przeze mnie, nieco ambitniejsza, Arete Est de L’Aigilluette Lagarde(6a). Mocna jak na tę wycenę, z wymagającym startem i jeszcze trudniejszą końcówką z przewieszającą się płytą z pęknięciami. Gdy wydaje mi się, że odpadnę tuż przed topem, jakimś cudem palce nie otwierają się do końca i udaje mi się ją przejść. Linia – coś niesamowitego! Na tym kończymy wspinanie, na więcej nie ma już sił. Dłonie i palce, skóra odmawiają posłuszeństwa, pierwszy raz w życiu doznaję uczucia głębokiego skałowstrętu. Oznacza to jedno, na jakiś czas kończymy ze wspinaniem. Nie zmienia to faktu, że pięknie w tych Dentelles’ach.

Obrazek

Obrazek

W drodze powrotnej na camping odwiedzamy jeszcze pobliskie miasteczko Sablet, a mijając, jedynie fotografuję ładne Séguret.

Obrazek

Postanawiamy zostać na noc w Beaumes de Venise, by rankiem pojechać dalej przed siebie. Popołudniowy spacer po miasteczku zamienia się w szwendanie po zakamarkach. Uroku Beaumes z pewnością odmówić nie można.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Rankiem, ciepło żegna nas przemiła pani prowadząca camping. Beaumes de Venise z całą pewnością zapisze się bardzo pozytywnie w naszej pamięci. Ruszamy dalej, pierwszą z dzisiejszych przystani jest znane z piątkowych targów i pasiastych landrynek Berlingots.

Obrazek
źródło: http://www.wines-travel.com/saga-of-pro ... elicacies/

W Carpentras jesteśmy dość wcześnie, miasteczko dopiero budzi się do życia, daje to szansę na spokojny spacer urodziwym Passage Boyer.

Obrazek

Obrazek

Odwiedzamy również późnogotycką Ancienne Cathédrale Saint-Siffre, z oktagonalną wieżą w fasadzie i XVII-wiecznym portalem,

Obrazek

a na koniec naszej wizyty w Carpentras, miejscową Boulangerie, jak powszechnie wiadomo, będąc we Francji, dzień bez bagietki jest dniem straconym ;-)

Obrazek

W tym miejscu, naszego french tripu, rozpoczynamy prowansalski „Rajd po Villages Perches”. Na początek – zawdzięczające nazwę największemu w Europie źródłu, które daje początek rzece Sourge – malownicze Fontaine de Vaucluse.

Obrazek

Gdzie tutaj zajrzeć? Na pewno warto wstąpić do romańskiego Chapelle Saint-Veran z XI wieku. Pożądane byłoby także, po prostu nieśpiesznie przejść się po miasteczku, co też z przyjemnością czynimy.

Obrazek

Obrazek

Miejscem obowiązkowych odwiedzin, będąc w Prowansji, jest założone w 1148 roku, lawendowe opactwo cystersów – Abbaye de Sénanque. Niestety my jesteśmy tutaj już po okresie kwitnienia lawendy, więc piękna legendarnych fioletowych pól nie uświadczymy. Mimo wszystko opactwo robi wrażenie.

Obrazek

Kilka kilometrów od Opactwa Sénanque leży, uchodzące za jedno z najpiękniejszych miast Francji – Gordes.

Obrazek

Z daleka wyglądające jak średniowieczny fresk przedstawiający spiętrzoną osadę. Głównym zabytkiem miasteczka jest zamek z XI-XII w. Największą jednak atrakcją turystyczną Gordes jest samo położenie miejscowości, układ zabudowy i zachwycające średniowieczne „rues en calade”, brukowane kamieniami i obramowane kamiennymi murkami uliczki prowadzące od szczytu wzgórza w różnych kierunkach, m.in. ku pozostałościom murów bronnych. Podczas naszej wizyty trafiamy na wielkie targowisko, a jako że jesteśmy w porze obiadowej…

Obrazek

Niedaleko Gordes, ok. 2km na zachód, znajduje się niesamowita osada z 20-ma kamiennymi chatami – Village des Bories. Te jedno- lub dwupiętrowe domki o zaokrąglonym kształcie, wznoszone z kamieni bez użycia zaprawy służyły okolicznym mieszkańcom od IV wieku p.n.e. do XIX wieku(!)

Obrazek

Obrazek

Popołudniem docieramy na Camping ARC EN CIEL nieopodal jednej z najpiękniejszych miejscowości Francji – Roussillon. Rozbijamy się i co nie jest żadną niespodzianką, wybieramy się na spacer do stolicy ochry, której kolorowe domy wyrastają na czerwono-różowo-żółtych urwistych skałach.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Złoża ochry, mieszanki piasku i gliny zabarwionej przez tlenek żelaza, występującej w kilkunastu rdzawo-czerwono-różowo-żółtych odcieniach, eksploatowano w okolicy intensywnie od końca XVIII w. do połowy XX w. Aby przyjrzeć się z bliska, tej bajkowej krainie ognistoczerwonych wąwozów, stromych klifów, tuneli, rozciągających się między płaskowyżem Vaucluse, a łańcuchem górskim Lubéron, najlepiej wybrać się na ok. 45-minutową wycieczkę Sentiers des Ocres. Tak też robimy kolejnego dnia rankiem ;-)

Obrazek

Obrazek

W drodze powrotnej na parking, nie potrafimy się oprzeć pokusie, ponownego poszwendania się po wąskich czerwono-żółtych uliczkach Roussillon.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Skoro jesteśmy w pobliżu, postanawiamy również wybrać się, do znajdującego się nieopodal miejscowości Apt, Colorado Rustrel. Można tu podziwiać, powstałe dzięki erozji, piękne i niesamowite, odkrywkowe formy skalne ochry.

Obrazek

Kolejnym z miasteczek, zaliczanym do grona najpiękniejszych, w którym zatrzymujemy się, jest Bonnieux. Do najważniejszych zabytków Bonnieux zalicza się stojący na szczycie wzgórza, na wysokości 425 m n.p.m., dominujący nad okolicą kościół Vieille Église z XII w. Jednak największą atrakcją Bonnieux są niezwykle rozległe widoki rozciągające się z tarasu widokowego w Haut Bonnieaux na całą Dolinę Cavalon oraz najwyższy szczyt grupy górskiej Baronnies we francuskich Prealpach Południowych – Mont Ventoux.

Obrazek

Obrazek

Następnym z „les villages perches”, które mieliśmy odwiedzić miało być Ménerbes. Wcześniej jednak zwodzi nas na manowce pewna tablica informacyjna.

Obrazek

Nie żałujemy ani odrobinę, niewielkie Lacoste bardzo przypadło nam do gustu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Co się odwlecze to nie uciecze, Ménerbes wita nas… sporych rozmiarów, zawodami w bule. Ta tradycyjna francuska gra towarzyska, z elementami zręcznościowymi, jest jak się przekonujemy, bardzo popularna w południowej Francji.

Obrazek

W średniowieczu do miasta prowadziło prócz dwóch bram, również wiele podziemnych tuneli. My wybieramy ten bardziej cywilizowany wariant ;-) Prócz bardzo dobrze zachowanych zabytków, m.in. cytadeli czy kościoła z XIV w., turystów przyciąga tutaj przede wszystkim nadzwyczaj malownicze położenie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wieczorem docieramy do kolejnej przystani, na naszym prowansalskim szlaku. Jest nim, leżący na lewym brzegu Rodanu, Awinion. Wcześniej upatrzyliśmy sobie doskonale zlokalizowany, na terenie wyspy pośrodku Rodanu – Ile de Barthelasse – Camping-Auberge Bagatelle. Po dotarciu, szybko rozbijamy namiot i postanawiamy, tradycyjnie już, udać na wieczorny spacer. Z okolic naszego campingu mamy rewelacyjny widok na Pałac Papieski, jego mury obronne oraz średniowieczny most, Pont Saint-Bénézet.

Obrazek

Sam Pałac Papieski, z uwagi na porę jest już zamknięty, nie przeszkadza nam to jednak trochę powłóczyć się po samym Place du Palais oraz zaułkach Starego Miasta.

Obrazek

Obrazek

Piękny wieczór spędzamy, oczywiście odpowiednio „uposażeni”, na ławeczce po „naszej” stronie Rodanu. Czy można chcieć czegoś więcej?

Obrazek

W czasach świetności, w XIV w., Awinion był rezydencją papieży. W tym okresie powstał m.in. wpisany na Listę ¦wiatowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, Palais des Papes, uważany jest za najcenniejszy zabytek gotyckiej architektury pałacowej. Właśnie od poznania bliżej fortecy zaczynamy kolejny dzień. Prócz Palais des Papes, do najcenniejszych zabytków miasta zaliczyć można potężne mury obronne (les Remparts), romańska katedra Notre-Dame-des-Doms z XII w., most Pont Saint Bénézet.

Obrazek

Obrazek

Głównym, wytyczonym w XV w., ale z zabudową w większości XIX-wieczną, placem miasta, jest Place de l’Horloge.

Obrazek

Obrazek

Na północ od katedry i pałacu, rozciągają się ogrody Rocher des Doms. Z ich tarasów widokowych roztaczają się niezwykle rozległe widoki na okolice Awinionu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Spacerem po ogrodach kończymy odwiedziny Awinionu. Naszym kolejnym celem na mapie Prowansji było Baux-de-Provence. Zanim jednak o jednym z najważniejszych prowansalskich miasteczek, kilka słów o Carrieres de Lumieres. A cóż to właściwie jest? Przygotowując się do wyjazdu, Nuctea natknęła się na info o pewnej wystawie, choć to chyba złe określenie, bardziej projekcji audiowizualnej. Dawno nic nie zrobiło na nas tak wielkiego wrażenia. Carrieres to stare kamieniołomy w których pozyskiwano wapień wykorzystywany m.in. do budowy tutejszego zamku. W tych ogromnych, opuszczonych kamieniołomach organizowany jest niezwykły, multimedialny spektakl przy użyciu mappingu 3D. Na monumentalnych kamiennych ścianach i podłogach wyświetlane są animowane obrazy znanych artystów. W tym roku były to obrazy m.in. obrazy Klimta, Egona Schiele, Friedensreicha Hundertwassera. W połączeniu z doskonale dobraną muzyką Straussa, Beethovena czy Pucciniego i klimatem wnętrza jaskini, daje to oszałamiający efekt! Kilka zdjęć poniżej nie oddaje niesamowitości tego spektaklu, jednak wydarzenie to wywarło na nas niezwykłe wrażenie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wróćmy do samego Baux-de-Provance, które słynie ze średniowiecznej twierdzy. Zamek, mimo że okres świetności ma dawno za sobą – działa na wyobraźnię. Są takie miejsca, które mimo popadnięcia w ruinę, jak żywo przypominają czasy średniowiecznych wojen. Tak właśnie jest w tym przypadku. Ze wzgórza, na którym stoi osada, rozciągają się jedne z najpiękniejszych widoków na okolice.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Najwspanialsze zabytki, następnego miasteczka, które odwiedzamy, ponownie wiążą się z Rzymianami. Wszystkie ważne obiekty Arles – bo o nim mowa, wpisane są na Listę UNESCO. Najwspanialsze z nich to Les Arenes, Théâtre Antique, Thermes de Constantin, Cryptoportiques du Forum i Église Saint-Trophime. Część nich, jak Teatr Antyczny czy termy Konstantyna niestety doczekało się dzisiejszych czasów w opłakanym stanie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem, docieramy do Saintes-Marie-de-la-Mer, znajdujące się w sercu la Camargue. Rzutem na taśmę zdążamy na nasz pierwszy zachód słońca nad Morzem ¦ródziemnym ;-)

Obrazek

Obrazek

Nieco wcześniej rozbijamy się na Campingu Le Clos du Rhône. Saintes-Marie-de-la-Mer, kiedyś stare miasteczko, dziś zmieniło się w miejscowość wypoczynkową. Żeby się zbytnio nie nudzić, urządzamy sobie parokilometrowy nocny spacer z butlą cydru do miasta. Tam zabawa trwa w najlepsze, jako że zbytnio nie gustujemy w podobnych imprezach, po krótkim rekonesansie i degustacji sporej porcji lodów :mrgreen: wracamy na camping.

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy włóczęgę po Parc Naturel Regional de Camargue – największych rozlewiskach i bagnach w Europie. Krajobraz tego miejsca wydaje się niezwykły. Na bagnach wytyczono sporo szlaków pieszych. Pasą się tutaj dzikie konie, słynne czarne byki wykorzystywane podczas korridy, gniazduje tu również wiele bardzo rzadkich gatunków ptaków, m.in. afrykańskich różowych flamingów. Po cichu mieliśmy nadzieję, że może w tym niezwykłym miejscu, uda nam się spotkać któreś z nich ;-)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jak widać, na załączonych wyżej obrazkach, udało się, choć jak można zauważyć, nie wszystkie z nich żyjące całkiem dziko. Postanawiamy wykorzystać czas, którego nam trochę więcej zostało, by odwiedzić Aigues-Mortes. Niektóre źródła twierdzą, że miasteczko, założone zostało w II w. p.n.e. inne mówią o X w. n.e. Niezależnie od prawdy jest dosyć stare. Największe wrażenie robią świetnie zachowane mury i wieże miejskie z 1240 roku, które udaje nam się sfotografować (nim nas „wyproszono”), z terenów miejscowej fabryki soli podczas, jak się okazało, nielegalnego spaceru po jej terenach ;-)

Obrazek

Pora na, położone 30 km na północ od Marsylii, rodzinne miasto Paula Cézanne’a – Aix-en-Provence. Spacer rozpoczęliśmy od marmurowej i efektownej Fontaine de la Rotonde. Jej trzy posągi to metafory Sprawiedliwości, Sztuk i Rolnictwa – każdy zwrócony w kierunku innego miasta – Aix, Awinion, Marsylia.

Obrazek

Przy placu z fontanną zaczyna się Cours Mirabeau – serce Aix. Wysadzona podwójnym szpalerem wiekowych platanów aleja, jest pełna zabytkowych barokowych pałaców i kamienic z szykownymi fasadami.

Obrazek

Warto tu zobaczyć Hotel de Ville czyli klasycystyczny ratusz z XVII w. z piękną dzwonnicą Tour de l’Horloge. Idąc dalej uliczkami docieramy do katedry Saint-Saveur, której początki sięgają V wieku, a fundamenty wzniesiono na ruinach świątyni Apolla. Aix to labirynt ślicznych wąskich uliczek, brukowanych placyków i zaułków z fontannami tworzących specyficzny klimat tego miasteczka.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tym samym, w Aix, żegnamy się z pełną widoków, zapachów i smaków Prowansją. Nie bez problemów udaje nam się odnaleźć, dobrze przyczajony pod Marsylią, w miejscowości Septemes-les-Vallons, nasz Camping La Verdière. Nazajutrz czeka na nas Marsylia i Lazurowe Wybrzeże, ale to już temat na kolejną opowieść ;-)

Więcej zdjęć z Prowansji w galerii: Provence-Alpes-Côte d’Azur | Część 2: Prowansja
Oryginał: Pionowe Myśli
Ostatnio zmieniony 2015-03-16, 17:58 przez cylon, łącznie zmieniany 3 razy.

ODPOWIEDZ