Gross Venediger - Daleko jeszcze ?

Moderatorzy: Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
looki78
Posty: 16
Rejestracja: 2013-10-07, 23:02
Lokalizacja: Żywiec / Wilkowice

Gross Venediger - Daleko jeszcze ?

Post autor: looki78 » 2013-11-12, 01:39

Projekt „Destination:Mountains – Hohe Tauern”
„Daleko jeszcze ?”

Czwartek 2013-08-22
Jestem w pracy, a jednak jakby myślami gdzieś indziej.
To właśnie dziś popołudniu rozpoczynamy nowy rozdział w historii naszych górskich wędrówek.
To dziś wraz z Krzyśkiem, Markiem i Tomkiem wyruszamy do Austrii chłonąć co najlepsze z alpejskich wojaży. Żonka kochana dała permit na 5 dni !!!! (jak to możliwe, do teraz nie wiem).
Dzień ciągnie się niemiłosiernie, z pracy pędem do domu, bo bagaże wciąż czekają na małe przewertowanie (zamiast plecaka względnie dwóch, zawalone pół pokoju)…
Oj, może być ciężko z zapakowaniem do auta. Godzina wyjazdu określona na 18, może 19.
Ok. 20:30 (sic!) dostaję telefon że za pół godziny koledzy będą u mnie (w sumie to dobrze bo przynajmniej można się na spokojnie zebrać).
W końcu…są ! Podjechali. Duży, pakowny Transit więc problemu z bagażem nie ma. W środku przytwierdzony stolik, kuchenka – normalnie Ameryka …
Obrazek
Cieszyn granica, Czechy z super nowoczesną autostradą zrobioną z płyt, z chyba tylko kilku centymetrowa powłoką asfaltu…bije na koła niemiłosiernie, ale co zrobić. W końcu jest austriacka granica.

Piątek 2013-08-23
Pierwsze wrażenia estetyczne pojawiają się dopiero wraz ze wschodem słońca. Ale przynajmniej już jest fajnie. W sumie te Alpy to jak nasze Tatry (nie odwrotnie :-P tak mówią Ci zakochani
w Tatrach :mrgreen: ) tylko skala jakby nie ta ….
Obrazek
Około 7 rano dojeżdżamy na mały parking zjeżdżając w boczną drogę z miejscowości Hinterbilch. Dalej się nie da. Zakaz. Tzn. da się, ale tylko takim którzy mają samochody oklejone jako
Venediger Taxi. Kusi, kusi żeby tak podjechać i już mieć część długiej drogi za sobą, ale szybka kalkulacja i 10 Eur za osobę to przecież po 2 albo i nawet 3 piwa :-P w schronisku na końcu dzisiejszej wędrówki. Dziś chcemy dotrzeć do schroniska Deffregenhaus, gdzie mamy zarezerwowany od około pół roku nocleg, a z samego rana dnia kolejnego robimy atak szczytowy. Wywalamy bety na parking i już po szybkim jedzonku, okazuje się że trzeba zrobić przemeblowanie plecaka, bo ważyłby chyba tonę. To się przyda, to nie (przynajmniej nie dziś i nie jutro), ile zupek zabrać (jedną , dwie ? a może danie do zagrzania ? ciężkie. Nie, danie może zostać na inny dzień. W końcu w schronisku coś będzie. A tymczasem zostaje w busie. Ubranie na zimno
(w końcu to lodowiec), na ciepło, no i na koniec przytroczyć sprzęt – karabinki, raki, czekany, karabinki, ekspresy, kaski, śpiwory, woda, kurtki, (co poniektórzy długą i ciężką linę – Krzysiu, dajesz… ) …no, teraz można iść. Ale, cholera, ten plecak dalej waży z tonę….Byle tylko go założyć to potem jakoś pójdzie. Uffffffffffff….jest na plecach.
Obrazek
Idziemy. Jakiś znak – parking verboten i jeszcze jakiś szwargot poniżej…. Że jak ? że nie wolno ?
e, stoi parę aut to pewnie nie o nasz parking chodzi – przecież tu ewidentnie są miejsca parkingowe. Alpy !! Nadchodzimy !!
Wiesenkreuz [1484 mnpm] jest znak na rozstaju – Johannishuette 2,5 h, Deffregenhaus 5 h. Spoko. Mamy cały dzień, nie musimy się spinać. Początkowo przez las dochodzimy do przecinki gdzie wychodzimy na ubitą drogę (pewnie zaraz rozjedzie nas jakaś szaleńczo pędząca taksówka) wokół turnie, z której jedna robi na nas wyjątkowo duże wrażenie – pionowa, przypomina naszą Kazalnicę ale…u nas jedna Kazalnica a tu ? 5-10 takich ? Idziemy dalej. Znane z pewnej popularnej bajki -
- Daleko jeszcze ? pojawia się po raz pierwszy u co poniektórych.
- Nie, jeszcze kawałek.

Dochodzimy do punktu widokowego Guembachkreuz [1885 mnpm] stąd doskonale widać jakie przewyższenie zostało pokonane jak dotąd.
Obrazek
Ale cóż to ? coś mnie noga pobolewa…jest ławeczka, jest też krzyż, szybkie oględziny, no nie……pęcherz ? Przecież w tych buciorach łaziłem już nie raz… to pewnie przez ten zakichany plecak ważący chyba tonę. Stopa bardziej dobita do ziemi, to się inaczej układa…no nic, opatrunek i damy radę.
To daleko jeszcze ?

Idąc dalej utwardzoną drogą z niewielkim nachyleniem dochodzą do nas jakieś całkiem bliskie gwizdy. Wypatrujemy sprawcy, który jednak wcale się nie kryje. To zapewnie strażnik rodu świstaczej familii. Stoi dumnie i pręży się chełpiąc na nas bacznie z boku. Wypasiony ten wiewiór….
Obrazek

A przed nami wyłania się gdzieś w oddali nasz Wielki Wenecjanin…
Obrazek
Johannnishuette [2121 mnpm] – wreszcie…. Tomek już tam jest – pewnie czeka na nas, jak to już drzewiej bywało, z 30 minut...Napiłbym się piwka, ale jednak nie można, bo szlakowskazy mówią nieubłagalnie – Deffregenhaus 3h. 3 godziny ? Toż, skoro już połowę przeszliśmy, to powinno być góra 2,5 h ! E tam, na pewno w 2,5 h dojdziemy….
Obrazek
Dobrze się siedzi przy krzyżu (znów krzyż), ale przecież w końcu trzeba się ruszyć – przed nami widać podpory kolejki towarowej do schroniska Deffregenhaus – wygląda na całkiem blisko.
Spoko. Ruszamy. Droga wije się pośród wystających tu i ówdzie skałek przybierając coraz większe nachylenie. Przed nami widać niewiele, tylko grzędę po której pniemy się w górę, zresztą bez jakiegoś wybitnego punktu, ot, w górę i już. Po prawej z czasem pojawia się coraz szerszy i ciekawszy widok na dolinę z polem lodowym w jej górnej części – to lodowiec Zettalunitz Kees
i górujący nad nim Weissspitze [3300 mnpm].
Obrazek
W górę, w górę. Ciężko. Daleko jeszcze ? Koledzy zostali w tyle, a ja korzystam z przypływu energii i ciągnę w górę zanim przejdzie mi i na to ochota, albo kolana ew. mięśnie nóg dadzą o sobie znać w postaci bólu (tak to już jest jak się ma 35 wiosen na karku (tak jak i Krzysiek), ale co ja wygaduję, skoro Marek i Tomek mają ich więcej a nie psioczą, a może psioczą ? tylko jestem za daleko by to słyszeć ?) O, chyba już widać kulminację ! niestety, po pozornej kulminacji jest widoczna kolejna. I dalej kolejna. I jeszcze jedna. Masakra.
Czy mówiłem już że plecak waży chyba z tonę ? Jest szlakowskaz. Daleko jeszcze ? Brak informacji. Przerwa. Woda, batonik. Droga skręca teraz w lewo. No to idę. Do góry, do góry. Mijam jakąś sadzawkę, a w wyobraźni już widzę za kolejnym wzniesieniem schronisko, bo przecież ta kolejka towarowa tak blisko. Rozlega się wreszcie szerszy widok ze schroniskiem w tle.
Obrazek
O, matko ! Ale daleko ! A to schronisko to jakoś tak bardzo wysoko na krańcu ścieżki. No dobra, trochę mniejsze nachylenie, ścieżka biegnie zboczem Mullwitz Koepfl [2957 mnpm], najważniejsze że schronisko jest w zasięgu wzroku.
Daleko jeszcze ? Idę i idę i jakoś się spektakularnie nie zbliżam. Dobra, postój. Mijają mnie jacyś rześcy Włosi, którzy prawie biegną w górę, no tak tylko że oni idą na lekko. Gdyby nieśli mój plecak (a waży chyba z tonę) to lekko by im nie było. Schronisko w końcu się przybliża, ale czy mi się zdaje czy poczułem krople deszczu ? Grzmot. Nie, nie zdaje mi się. Zaciskać zęby i w górę. Już blisko.
Gdzie są koledzy ? Tomek podchodzi w górę, ale jest ode mnie dość daleko. Krzysiek i Marek majaczą mi gdzieś na horyzoncie.
Ostatnie metry to już regularny opad deszczu i grzmoty, ale nie robię postoju żeby wyciągać pelerynę. Jeszcze parę metrów. Już nie daleko. Już widać próg.
Nie, nie dam rady. Jeszcze jeden odpoczynek. Masakra. Kolejne 10 metrów i mój ważący chyba z tonę plecak ląduje w przedsionku na glebie.

Deffregenhaus [2963 mnpm]
W schronisku sporo ludzi. Idę do recepcji/kuchni. Ale ładnie pachnie. I cieplutko…
- Guten Tag ! Szprechen Zi Englisz ? OK.,wir haben rezerwacjon. Wifil za pokój ? 19 Ojro za wieloosobową izbę albo 21 za pokój dla 4 osób ? E, no, jasne że ten za 21 Euro (płatne z góry) – najwyżej odżałuję pół piwka (piwo w cenie 3,50 - 4 Euro).
Dobra, idę szukać pokoju. 1 piętro w ciemnym zaułku jest pokój nr.5 - och, wypakować się wreszcie
i pod prysznic, pod prysznic….trochę tu zimno w pokoju, ale widzę jest piecyk - dobra jest, rozpali się. Zanim to jednak nastąpi, burza przybiera na sile, zaczynam się martwić o towarzyszy, których wciąż nie widać. Stoję na progu wypatrując (i nie widząc znajomych sylwetek), Pani z recepcji także dołączyła wypatrując i przejmując się sytuacją (to miło z jej strony). Po kilku minutach na podejściu pojawia się Tomasz, tylko że zarówno Krzyśka ani Marka ni widu, ni słychu. Trzeba tu dodać, że zasięgu telefonii w okolicach schroniska brak, więc kontakt telefoniczny także niemożliwy. Kolejne minuty czekania i niepewności ale oto są….dotarli….zlani i potem i deszczem (a może i łzami kto wie….).
Obrazek
Rozwalamy się w naszym suchym pokoju, pierwsze rozterki - czy wpierw prysznic czy chińczyk (chodzi o zupkę oczywiście, nie popularną grę planszową)? No cóż, ja takich rozterek nie mam - lokuję się w łazience, gdzie niestety poskąpiono prysznica (mają go za to tzw. Damen – gdzie tu równo uprawnienie ?).
Nie ma rady, trzeba się umyć możliwie najlepiej w umywalce. Prawie się przeludniło więc działam. Cały jestem już namydlony i.......no cóż, nie przemyślałem tego (NIGDY, NIGDY WIęCEJ TAK NIE RÓB !!!! :shock: ) bo okazało się, że woda jest, ale z lodowca chyba, i że tak powiem nie podgrzewana.
Co mogłem to szczątkowo umyłem (szok jest nie do opisania) ale niestety mydło samo się nie usunie....dość trudna technicznie akcja starcia z siebie pokładów mydła mając do dyspozycji trochę papieru.... :-? ale jakoś się udało.
Po powrocie do pokoju jakoś tak cicho....każdy coś gmera w zapasach, tylko Krzysiek siedzi jakiś taki kołek i patrzy przed siebie...
- No co jest Kris ?
- E, chyba zaraz zwymiotuję.
- Co takiego ? (Czyżby objawy choroby wysokogórskiej, która ponoć uaktywnia się czasem już przy wys. ok. 3000 m, ale żeby Krzysiek ? No way ! )
Siedzi taki i coś przebąkuje, że chyba źle zrobił...
- Ale o co chodzi ?
I okazuje się że nasz kolega praktycznie od rana nic nie jadł....jak na dorosłego człowieka, myślącego zdawałoby się, to trochę nie poszło :-( . Po mniej więcej godzinie, gdzie każdy coś tam zjadł, wstąpił w nas dobry duch. Może dzięki temu, że temperatura w pokoju podniosła się o cały 1 stopień :-/ . Szkoda tylko, że w sumie jest tego 13 kresek (o ! zgrozo), jak dla nas - stanowczo za zimno. Po zasięgnięciu języka okazuje się że palenie w piecyku NEIN NEIN. To po co je mają ?? nie wiadomo. A może to obawa że jak Polacy to mogliby obrócić w pył całą budę…
Za oknem niespodzianka, deszcz uległ regularnym opadom śniegu...Trochę załamka, bo jak tu iść, jak będzie padać - szczeliny lodowcowe może przysypać, śladów brak...a nie bardzo widzi nam się rola pionierów na lodowcu przecierających ślady. No nic, czas na dół do sali głównej. Cieplutko....piwko dobrze wchodzi.
Jeszcze prośba do obsługi o możliwość wykonania telefonu do domu, żeby się zameldować małżonce (co by się nie martwiła bidula) także 1,5 Eur za minutkę i dzwonimy.
Po zlustrowaniu sali i obecnych tamże, wracamy do pokoju, bo przepakować się trzeba i niepotrzebne rzeczy na lodowcu, zostawić w holu (jest szansa że plecak nie będzie już ważył tonę :-> ). Ustalamy plan, dziś jeszcze przygotowujemy plecaki jak należy i termosy z herbatą, tak żeby rano nie tracić czasu (jak się okazało, na próżno). Alarm ustawiony na 4 rano, tak żeby szybko sprawdzić czy jest pogoda, czy nie (tym samym koniec wyprawy :cry: ) i idziemy spać (przezornie zaopatrzyłem się w stopery do uszu, jakby kolegom przyszła ochota na chrapanie, tylko że zostały, jak zresztą wiele rzeczy wymienianych tego wieczoru przez wszystkich, w BUSIE. Czyli zostaje mp3-ka i słuchawki. Oj, dobrze że mam, bo koledzy wydzierają się jeden przez drugiego ;-)
No dobra, śpimy.

Sobota 2013-08-24
Alarm w środku nocy. Pierwsze marudzenie. Już wyłączony. Ktoś musi wstać. Zimno. Pod kocykiem lepiej. I tak przed kolejne nieubłaganie mijające minuty. 04:15 w końcu wstaję i oświecam światło jako forma pobudki szokowej. Na zewnątrz miliony gwiazd migoczą na nieboskłonie. Idziemy !!!! Zbierajcie się ! Staramy się zachowywać jak przysłowiowe „myszy pod miotłą”, a tu po wyjściu na korytarz okazuje się, że w schronisku jak w mrowisku i to, że my się dopiero zbudziliśmy niekoniecznie przemawia za nami…
Jak to czasem bywa, wczesna pobudka wcale nie zaowocowała wczesnym wyjściem. A to rozmyślanie co poniektórych w samotności w pozycji siedzącej ;-) , a to co by tu ubrać....co zabrać, a co zostawić w schroniskowej poczekalni, bo plecak znów waży chyba z tonę….i tak aż do 6 rano. Około 6:30 wreszcie wychodzimy. Czas kiepski. Ale najważniejsze że idziemy. No to komu w drogę temu....plecak lżejszy, choć trochę jednak waży (napoje, napoje, jedzonko, ubrania, ubrania, sprzęt, apteczka).
Obrazek
Początkowo szlak prowadzi pod górę łatwym odcinkiem, po czym wyprowadza nas na skalny grzbiet, z którego roztacza się widok na lodowce Mullwitz Kees po jednej i Rainer Kees po drugiej (tym idziemy) oraz okolice.
Obrazek
Możemy w tej chwili tylko oglądać w oddali sylwetki ludzi przemierzających lodowiec.
Szybka komenda - zakładamy raki i start z kopyta. Po przejściu może z 400 metrowego odcinka widać zmiany na powierzchni lodowca. Pojawiają się też nieśmiało pierwsze szczelinki, a to nic dobrego nie wróży, zatem następuje to co i tak miałoby nastąpić, czyli wiązanie się liną.
Obrazek
Krzyś prowadzi i zakłada po kolei każdemu wiązanie do wpięcia w HMS karabinek - jestem pod wrażeniem, bo widać że odrobił lekcje (ja nie miałem czasu - typowa wymówka). Teraz czuję się bezpieczniej. Idąc do góry coraz bardziej wzmagają się podmuchy nieprzyjemnego zimnego wiatru, zasypującego przy okazji wcześniejsze ślady, co nie cieszy nas zbytnio. Co jakiś czas mijają nas jakieś grupy, m.in. jedna specyficzna 12 bądź 14 związanych ze sobą osób z odstępami do góra 2 metrów - ciekawe, co by się stało gdyby jeden wpadł do szczeliny ? Polecieliby wszyscy bez szans na reakcję chyba. My natomiast pełna profeska. 40 metrów liny i 4 zawodników, czyli prosty rachunek odstępu co 10 metrów. Idąc spiętym z kolegami, wymagane są inne zachowania, adekwatne do sytuacji, czyli szybkość marszu uzależniona od pozostałych uczestników, konieczność ciągłego czuwania z czekanem przygotowanym do wbicia na wypadek gdyby ktoś wpadł. Muszę przyznać, że odpowiada mi taki sposób marszu (jeszcze bardziej gdyby Marek nie zwalniał :-). Tzw. Braterstwo liny, dla jednych zbyteczne, dla drugich właściwy sposób postępowania.
Ja należę do tych drugich. Moi kompani chyba także. Mam przed sobą Krzyśka który zmaga się z podejściem + widzę (a właściwie prawie go nie widzę) że wzmaga się mgła.
Obrazek
Mgła....jasne, mgła ma jakiś ruch, a to co nas ogarnia to tzw. mleko które po prostu jest, przez które nic na horyzoncie nie majaczy i przez które pojawiają się pierwsze wątpliwości, który ślad wybrać (gdy pojawia się ich kilka). Tak sobie idziemy nie widząc przed sobą nic i nagle....OJEJ !!! (czy ja na pewno zawołałem wtedy OJEJ ??? raczej nie…) jestem po pas w szczelinie - rak wbity w boczną ścianę [dop. jak się potem okazało, przez kolejne tygodnie po powrocie noga odczuwała takie przegięcie, odpłacając bólem], czekan uruchomiony, muszę się wygrzebać. OK.
W momencie upadku Krzysiek instynktownie zadziałał i w pozycji gotowej do dalszego działania dociska czekan do lodu/śniegu. Daję sygnał że jest ok i ruszamy. Kilka chwil później zapada się Marek. Robi się niewesoło. Każdy z nas szedł bardzo skoncentrowany, ale teraz myślę, że adrenalina jeszcze bardziej spotęguje uwagę. Widzę po sobie, że czekan praktycznie cały czas
w pozycji do użycia. Dodatkowo w lewej ręce kij trekkingowy teraz służący tylko i wyłącznie za sondę terenu tuż przede mną. W końcu poprzez wszechogarniającą ciszę przebija się jakiś odgłos. Instynktownie idziemy w owym kierunku i dochodzimy do szlakowskazu z przypiętym dzwonkiem. Jest tabliczka z kierunkiem do schroniska Deffregenhaus i kierunek na Gross Venediger.
Czyli jesteśmy na śladzie. Zatem popas i trochę węglowodanów.
Obrazek
Wciąż nic nie widać, więc trudno powiedzieć, jak daleko jesteśmy od grzbietu po którym trzeba przejść tuż przed szczytem. Wiemy, że jest to konkretne przejście z przepaścią po obu stronach, ale jeszcze nie wiemy jak bardzo, bo przecież nic nie widać. Póki co idziemy po niezbyt dużym nachyleniu i zastanawiamy się, czy aby na pewno idziemy w kierunku Gross Venediger czy może odbiliśmy gdzieś np. na Schwarze Wand. Kilkanaście minut później idąc raźno przed siebie praktycznie wbijamy się nagle w połowie ścieżki idącej poprzecznie pełnej ludzi. Zator.
- Co to ma być ?
- Skąd oni się wzięli?
- Korek na szczyt ? No pięknie.
- Czy aby na pewno będziemy tu stać i czekać na swoją kolej czy może ruszamy w dół skoro i tak nic nie widać ?
- NIE ! Nie ma takiej opcji ! Czekamy.
Robi się bardziej stromo, ale też okazuje się, że ten zator tylko kiepsko wyglądał – po prostu przed nami jest mijanka i kilka ekip schodziło ze szczytu. Wychodzimy na grań by po chwili wkroczyć na odcinek bardzo wąski – zastanawiam się jak układać nogę, żeby nie zjechać w założonych rakach. Idę więc stopa przy stopie kroczek za kroczkiem, ot, taki tip-top. Po obu stronach jest stromo, choć wrażenie jest stonowane poprzez tą gęstą mgłę (choć reakcja na ten widok co poniektórych opatrzona była soczystym polskim bluzgiem – tak, Krzysiu ?).
Jeszcze parę kroków i JEEEST ! Jesteśmy przy krzyżu na Gross Venediger [3662-3670 mnpm – wg różnych źródeł]. To nasz rekord wysokości jak dotąd. Posiadówka – siedzenie wyciosane
w śniegu, mata pod cztery litery (żeby nie zmroziło) i posiłek. Cały odcinek końcowy powtarzałem sobie w myślach, że może jednak się przerzedzi, że dane nam będzie kontemplować otoczenie
z góry. Chyba nie zabawilibyśmy tam zbyt długo gdyby nie fakt, że w pewnym momencie ktoś po niemiecku krzyknął coś o aparacie i okazało się że część chmur zaczyna się rozchodzić i oczom wszystkich delikatnie ukazują się fragmenty Alp, wpierw subtelnie i powoli. Czyli warto wierzyć do końca. Słońce przebija się coraz mocniej. Koniec końców mamy widok na morze gór w każdym kierunku….ech…..a te nasze Taterki takie malutkie…
Obrazek

Obrazek
Mimo, że czekamy aż ukaże się w całej swojej okazałości także Grossglockner to jednak nic z tego, nie dziś, nie tym razem. Widać m.in. charakterystyczne kształty Dolomitów. Zaczynamy się powoli organizować do zejścia, bo słońce już jednak mocno przypiera na stok, czyli wiemy że ryzyko lawin i samych problemów na lodowcu wzrasta niepokojąco. Sami sobie jesteśmy winni, bo późno wyszliśmy ze schroniska, ale znowu z drugiej strony gdyby nie to, nie dostąpilibyśmy zaszczytu podziwiania przepięknej okolicy. Tyle tylko, że z kolei, gdybyśmy byli tu wcześniej, to moglibyśmy kontynuować wyprawę także na okoliczne szczyty Kleinvenediger czy choćby Rainer Horn, a tak, no cóż, jednak lepiej jest podziwiać widoki, niż brnąć we mgle mimo wszystko.
Tym razem zejście jakoś tak bardziej ochoczo idzie, w tym, z wąską podszczytową graniówką, teraz robiącą spore wrażenie.
Obrazek

Obrazek
Idziemy lekko, acz skoncentrowani, bo przecież najbardziej wymagające skupienia odcinki dopiero przed nami. Dochodzimy do rozstaju i tu skręcamy na schodząc w kierunku schroniska Deffregenhaus. Krótki rekonesans i Panowie : full koncentracjon !! (jak głosi pewna reklama z udziałem naszej wspaniałej trójki piłkarzy z Dortmundu). ¦nieg jest wyraźnie mokry, widać gdzie niegdzie inne zabarwienie śniegu, czyli wchodzenie w taki obszar mogłoby skończyć się kiepsko.
-Trochę ciepło, czy ktoś ma krem z filtrem ?
No tak, albo został w schronisku albo w busie [co zresztą w kolejnych dniach odczujemy]. Tomek woła że ma krem, no to na kolejnym popasie smarujemy się. Schodząc z każdą kolejną minutą roztacza się coraz szersza perspektywa lodowca z bardzo fajnie wyglądającą ścieżką, po której tramwaje ludzi lawirują pomiędzy ogromnymi szczelinami teraz szczególnie dobrze widocznymi. Poprzez ciszę co jakiś czas przebijają się odgłosy pęknięć lodowca, co robi duuuuuże wrażenie. Pojawiają się pierwsze małe kamienne lawiny z okolicznych wyrastających szczytów, które także wytężają naszą uwagę co, gdzie i którędy leci. Nic poważniejszego jednak się nie dzieje, po prostu lód trzyma wszystkie luźne kamienie razem, a jak się rozpuszcza to wiadomo.
Dochodzimy w końcu do grupy szczelin między którymi prowadzi ścieżka.
Obrazek
No, trzeba przyznać, że rano szczeliny były mniejsze, a może po prostu ta śnieżna zadymka skutecznie zacierała wrażenie. Teraz, nooooooo jest wąsko, po obu stronach niezgłębione czeluście, byle do przodu. Uffff….oddalmy się trochę i zróbmy chwilę odpoczynku. Potem jeszcze czeka nas krok przez głęboką szczelinę i dalej już tylko do miejsca, gdzie kończy się etap lodowcowy.
Po wypięciu liny, zdjęciu raków itd. ruszamy w dół. Teraz napięcie już powoli schodzi i pojawiają się myśli o nagrodzie w postaci złocistego napoju w schronisku ile by nie kosztował :-P
Obrazek
Po wypoczynku i popasie, pora się zbierać. Zostałoby się dłużej, ale jak to Pani ze schroniska obrazowo przedstawiła, popołudnie i kolejne dni to pogoda „ganc szlecht und szajse” a że tu wszystko zrozumieliśmy, toteż dobrze byłoby na popołudnie już być przy parkingu. Ciężko, ciężko się zebrać – taka pogoda, lenistwo na ławeczce, ale nie ma co ryzykować dodatkowych trudności przy schodzeniu na mokrej skale, gdzie o wypadek nietrudno, a przecież jeszcze kilka dni przed nami ! Idziemy. Plecaki dopakowane wcześniej przechowanym w schronisku balastem. O żesz ! Ten cholerny plecak znów waży tonę……masakra. Krzyśkowi odezwało się już wcześniej kolano i już wiadomo że będzie schodził powoli. Ja z kolei dostałem taki wiatr w żagle, że nim się obejrzałem Krzysiek i Tomek zostali dość daleko w tyle, jedynie dobrze widzę z paręset metrów dalej Marka.
Obrazek
Ale cóż, trzeba wykorzystać dobre moce – dość szybko mi poszło bo w 40 minut doszedłem do schroniska Johannishuette, a kolegów ani widu ani słychu. No to co? Pianka dobrze siądzie.
Tutaj 3,80 Eur. Jestem zmęczony, bo czuję że jak tylko zamknę oczy, to zaczynam odpływać w inny świat…po około 20-30 minutach kompani dotarli i razem jeszcze chłoniemy piękno okolicy i to alpejskie powietrze. Oj, nie chce się, nie chce się schodzić.
Słońce zachodzi i teraz widzę dobrze :
– Krzysiu, ryja Ci zjarało…. :mrgreen:
- No Ty też masz nie lepszy :-P
- Kurde, faktycznie coś ta skóra na gębie rozgrzana. Czyli krem zdecydowanie za późno zaaplikowany, co my sobie w ogóle myśleliśmy ?? totalna amatorszczyzna [2 dni później mieliśmy nosy czerwone jak u klaunów, skóra schodząca płatami i opryszczka na wargach :cry: ]
Po kolei lustracje i nasze twarze z pewnością nie są blade. Widać na twarzy (u Tomka szczególnie) jasne paski od okularów, jedynie Marek ma twarz świeżo po chorwackich wojażach,
więc u niego nie widać wielkich różnic. Kolejna godzinka zleciała i trzeba by w końcu ruszyć szanowne 4 litery, bo jednak sporo przed nami.
- Hmmm…a może być tak….a co by było jakbyśmy ostatnim kursem zjechali sobie na dół Venediger taxi ?
- E, nie. Drogo na pewno.
(Cisza)
- No, chyba żeby mniej wzięli…w końcu nikogo nie ma to pusta pojedzie.
- Nooooo, dobra. Jak będzie stała to zapytamy.
Dochodzimy do parkingu oddalonego od schroniska o kilkaset metrów, ale nic i nikogo nie ma. No trudno, idziemy piechotą. Schodzi się dobrze, ale po jakimś czasie czujemy pierwsze krople deszczu. No patrz, a było się wcześniej zebrać ? Jednak były prognozy deszcz przewidujące. No trudno, ech, teraz to by to taxi spasowało tym bardziej. Cisza, spokój, idziemy. Nagle zza zakrętu szaleńczo wypada bezgłośny wcześniej bus jadący do schroniska. Totalne zaskoczenie i ucieczka na bok. Pani prowadząca taxi tylko się śmieje. Ja, śmieszne to było nie ma co…
Żarówka w głowie się zapala.
- No dobra, jak pojedzie w dół to musimy zatrzymać.
- No ok, a kto będzie gadał ?
- Ja, Ty ? obojętne. Po „angniemiecku” albo na gesty…. ;-)
Mijają kolejne minuty naszej wędrówki, a taxi nie widać. Na wszelki wypadek obracamy się nerwowo co i rusz, żeby nas pani nie rozjechała.
W końcu pojawia się na horyzoncie i zbliża z szybkością błyskawicy.
- To co, ja zatrzymuje a ty gadasz ?
- Czemu ja? Przecież Ty z niemieckim lepiej wyobcowany…
- Ja, natuerlich. Stop, stop ! (Pani zatrzymuje się i uchyla okienko).
- Wifil fjur der taxi nach parking um Wajsenkrojc ?
- 10 Eur.
- 10 Eur ? Warum (i teraz w wolnym tłumaczeniu) w sensie dlaczego, przecież już przeszliśmy kawał drogi, poza tym to ostatni kurs i ma Pani tylko dwie osoby. Może 5 Eur za osobę ?
- Najn, 10.
- Najn, najn to 7.
- OK., niech będzie. No to pakujemy się. O, jak dobrze. Niby trochę kasy poszło, ale jakby nie patrzeć rozlało się konkretnie, więc nie na marne poszło, a i drogi jeszcze trochę było przed nami. Sądząc pod sposobie jazdy to pani chyba ślepo wierzy w to, że żaden samochód nie złamie przepisu i nie pojedzie pod górę (czy to tylko w naszym kraju znaki drogowe są nagminnie pomijane ?)….zakręt, zakręt, zakręt…mimo wszystko czuję się pewniej, niż chociażby w szaleńczym wyprzedzaniu na zakręcie busiarzy z Zakopanego jeżdżący czasem puszkami na kółkach w bardzo kiepskim stanie (kiedyś trzymałem fotel który nie upadał tylko jak ktoś na nim siedział, czy to było bezpieczne ? nie wydaje mnie się). Docieramy do parkingu, szybko zleciało. Za wycieraczką busika jakiś liścik. Reklama ? Nie. Coś po niemiecku. Jakaś instytucja państwowa, żandarmeria ? Ale o co? Kurde, to jednak był parking verboten (zabroniony) ? Czytam i zaczyna mi się robić ciepło, ok., połowy rzeczy nie rozumiem, przechodzę więc do sedna czyli ile musimy bezahlen (że zapłacić w sensie :-( ) no i jest coś1300 Euro….szczęka do gleby, szybka kalkulacja – toż to ponad tysiaka na głowę :cry:
Liścik przechodzi dalej. Ja wciąż myślę jak to możliwe i już myślę skąd tyle kasy skombinować. A może by tak wyrzucić i zapomnieć ? E, nie wiadomo jakie mają moce, a jak odsetki dojdą ?
I tak patrzymy i patrzymy i w końcu któryś z nas zauważył kropkę albo przecinek w kwocie i nagle zrobiło się 13,00 Eur….URATOWANI :mrgreen:
Przebierka w suche rzeczy i plan co robimy ? Miały być Dolomity, ale to już wiemy że w Dolomitach załamanie pogody przyszło wcześniej i tamtejsze wojaże nie wchodzą w grę. Czyli szybka organizacja i kierunek wschód („tam musi być jakaś cywilizacja” idąc za klasykiem filmowym) Ramsau Am Dachstein – tam, kolejnego dnia rozpoczynamy przygody z via ferratami. Teraz marzymy o kąpieli, trzeba tylko znaleźć jaką rozsądną stację benzynową.
Jeszcze tego samego dnia gdzieś po drodze na stacji benzynowej płacimy za luksus kąpieli i wreszcie czujemy się komfortowo.

Niedziela 2013-08-25
Około 02:30 w nocy docieramy w deszczu na parking skąd rano planujemy atakować viaferraty. Parking niestety pośród lasu, czyli łączki na rozbicie namiotu nie uświadczymy – pewnie gdzieś nieopodal jest, ale rekonesans z czołówkami nie pozwala jej zlokalizować. Dodatkowo nikomu się już nie chce łazić i szukać w środku nocy. Czyli decyzja, albo w lesie albo na parkingu.
Las zarośnięty i brakuje choćby placyku, parking żwirowy i pochylony. No nic, wybieramy żwirek. Około 3 w nocy namiot już stoi :-) . Idziemy spać z planem pobudki o 6 rano i oceną warunków.
O 4 jeszcze nie śpimy a o 6 budzik wyrywa ze snu :-x . Zanim jeszcze wychodzimy, słychać jak deszcz wali po namiocie, czyli wielka szkoda. Narada w busie przy prawie okrągłym (gdyby nie było kantów) stole. Ryzyko w takich warunkach znacznie wzrasta, a nikt z nas poza Tomkiem nie miał wcześniej do czynienia z via ferratami. Niebo zaciągnięte chmurami i nic nie wskazuje by miało się polepszyć. Tomek chciałby iść, ja uważam że nie powinniśmy ze względu na nasz brak doświadczenia oraz trudne warunki i tu wtóruje mi Krzyś i Marek, czyli postanowione. Rzucam od siebie, że jak już tu jesteśmy i pada, to sprawdźmy jakie warunki na Zugspitze w Niemczech, albo jedźmy do Słowenii na Triglav, albo chociażby w Sudety. Te dwie ostatnie pozycje nie spotkały się ze zrozumieniem do tej pory nie wiem dlaczego, skoro jakoś byśmy uściubali na dodatkowe paliwo ;-) na Zugspitze zaś warunki identyczne. Innymi słowy lipa. Decyzja : wracamy do PL :cry: .
Jakieś 80 km przed Wiedniem deszcze przestał padać i rozjaśniło się. Przerwa na kawę na stacji benzynowej, Internet jest to szukamy via ferrat w okolicy Wiednia. Po mniej więcej godzinie mamy plan, kierunek, więc wychodzimy. No i właśnie wtedy znów zaczęło padać. Ech….szajse. I tak po kilku następnych godzinach jazdy docieramy do Bielska kończąc tym samym nasz obecny projekt.
Obrazek
Fajnie, że udało się zrealizować główny cel, ale jednak żal pozostał, że tyle dni było do wykorzystania, a jednak pogoda pokrzyżowała szyki. No nic, w drodze wyznaczyliśmy kierunek przyszłoroczny – masyw Monte Rosa i tamtejsze szczyty z drugim co do wielkości szczytem Europy (nie licząc Elbrusa) Dafourspitze, zatem Projekt "Destination : Mountains, Monte Rosa massiv" już w zalążku. Z tego miejsca musimy serdecznie podziękować Zarządowi firmy Improdex z Czechowic-Dziedzic za wymierną pomoc organizacyjną. Liczymy w przyszłości na równie hojny gest :-P

Czekamy więc na dalszy ciąg, który, jak tylko zdrowie pozwoli (i żony), na pewno nastąpi.
...ponad nami tylko góry...

Awatar użytkownika
Michun
Posty: 7386
Rejestracja: 2009-04-24, 13:03
Lokalizacja: Western Front

Post autor: Michun » 2013-11-12, 08:36

Fajna wycieczka , może mi się uda tez coś podobnego , znów , kiedyś , gdzieś...Tylko czemu mam jeszcze dalej niż Wy o kolejne kilka godzin :cry:
Ale te ceny...
ps zważyłeś swój plecak? :mrgreen:
ps2
looki78 pisze:40 metrów liny i 4 zawodników, czyli prosty rachunek odstępu co 10 metrów.
nienie zastanów się albo narysuj , to sa trzy odcinki po 13,33m :lol:
Ostatnio zmieniony 2013-11-12, 11:42 przez Michun, łącznie zmieniany 1 raz.
"I don't hate people, I just feel better when they aren't around"
Ch. Bukowski
"Na nazwy i na znaki sram i w Polsce z tym nie jestem sam"J.Kleyff

Awatar użytkownika
krzysiek_78
Posty: 20
Rejestracja: 2011-08-07, 08:56
Lokalizacja: Czechowice-Dziedzice

Post autor: krzysiek_78 » 2013-11-12, 09:23

Miałem około 10 metrów liny jeszcze zwiniętej na sobie, więc faktycznie wychodziło po 10 między nami :) Teraz tak myślę, że niosłem niepotrzebny balast ;-)

Ketjow
Posty: 44
Rejestracja: 2011-04-01, 21:09
Lokalizacja: Thorn

Post autor: Ketjow » 2013-11-12, 09:54

looki78 pisze: Fajnie, że udało się zrealizować główny cel, ale jednak żal pozostał, że tyle dni było do wykorzystania, a jednak pogoda pokrzyżowała szyki.
Coś o tym wiem bo nam z wrześniowej 10 dniowej austriackiej wyprawy pogoda (i inne czynniki) pozwoliły tylko wejść na Grosslocknera. Niby zacnie, ale pozostał mały niedosyt. tym bardziej, że plany i zapas adrenaliny zostały nie wykorzystane.
Bardzo fajna ta Wasza wyprawa i ładnie napisana. Gratulacje!
21E za łóżko w schronie to sporo dlatego przy kilku noclegach może warto pomyśleć nad ubezpieczeniem w AV. Nie dość że zniżki do 50% to jeszcze pewność w ubezpieczeniu.

Awatar użytkownika
Michun
Posty: 7386
Rejestracja: 2009-04-24, 13:03
Lokalizacja: Western Front

Post autor: Michun » 2013-11-12, 11:41

krzysiek_78 pisze:Teraz tak myślę, że niosłem niepotrzebny balast
hehe no i ten tonowy plecak :mrgreen:
"I don't hate people, I just feel better when they aren't around"
Ch. Bukowski
"Na nazwy i na znaki sram i w Polsce z tym nie jestem sam"J.Kleyff

Awatar użytkownika
Kiczora
Posty: 683
Rejestracja: 2009-06-02, 16:07
Lokalizacja: Łódź
Kontakt:

Post autor: Kiczora » 2013-11-12, 12:09

Fajna relacja z elementami grozy (przecinek... taka mała kreseczka, a jakże cieszy :lol: ).
Γιατί οι βάρβαροι θα φθάσουν σήμερα·

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5536
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2013-11-12, 12:39

looki78 pisze: albo jedźmy do Słowenii na Triglav, albo chociażby w Sudety. Te dwie ostatnie pozycje nie spotkały się ze zrozumieniem do tej pory nie wiem dlaczego
no ja też nie wiem :roll:
może każdy miał dość plecaka ważącego tonę? ;-)
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
looki78
Posty: 16
Rejestracja: 2013-10-07, 23:02
Lokalizacja: Żywiec / Wilkowice

Post autor: looki78 » 2013-11-12, 17:16

Ech....i bardziej o tym myślę, tym bardziej żałuję że nie odbiliśmy gdzieś na południe żeby wykorzystać tak dobrze rozpoczęte "wolne". Myśleliśmy też o Zugspitze ale tam też już front wówczas dotarł...
...ponad nami tylko góry...

Awatar użytkownika
looki78
Posty: 16
Rejestracja: 2013-10-07, 23:02
Lokalizacja: Żywiec / Wilkowice

Post autor: looki78 » 2013-11-12, 17:29

Michun pisze:ps zważyłeś swój plecak? :mrgreen: :
Jasne że zważyłem...równo TONA :mrgreen:
looki78 pisze:40 metrów liny i 4 zawodników, czyli prosty rachunek odstępu co 10 metrów
Michun pisze:nienie zastanów się albo narysuj , to sa trzy odcinki po 13,33m :lol:
No oczywiście chodziło mi o odstępy 10 metrowe miedzy nami "zawodnikami" nie o długość liny. Z kontekstu to jednak nie wynika, wiec namieszałem :oops:
...ponad nami tylko góry...

Awatar użytkownika
rajli
Posty: 2226
Rejestracja: 2010-06-04, 17:37
Lokalizacja: Pr Teschinensis

Post autor: rajli » 2013-11-12, 18:05

looki78 pisze:Żonka kochana dała permit na 5 dni
Moja dała mi dyspensę na zaledwie na trzy dni. Zaraz dam jej przeczytać tę relację, niech se nie myśli, że jest jakoś specjalnie wspaniałomyślna :mrgreen:
Mgła....jasne, mgła ma jakiś ruch, a to co nas ogarnia to tzw. mleko które po prostu jest, przez które nic na horyzoncie nie majaczy i przez które pojawiają się pierwsze wątpliwości, który ślad wybrać (gdy pojawia się ich kilka). Tak sobie idziemy nie widząc przed sobą nic i nagle....OJEJ !!! (czy ja na pewno zawołałem wtedy OJEJ ??? raczej nie…) jestem po pas w szczelinie - rak wbity w boczną ścianę [dop. jak się potem okazało, przez kolejne tygodnie po powrocie noga odczuwała takie przegięcie, odpłacając bólem], czekan uruchomiony, muszę się wygrzebać. OK.

W momencie upadku Krzysiek instynktownie zadziałał i w pozycji gotowej do dalszego działania dociska czekan do lodu/śniegu. Daję sygnał że jest ok i ruszamy. Kilka chwil później zapada się Marek. Robi się niewesoło. Każdy z nas szedł bardzo skoncentrowany, ale teraz myślę, że adrenalina jeszcze bardziej spotęguje uwagę. Widzę po sobie, że czekan praktycznie cały czas

w pozycji do użycia
Chyba ze dwa dni po naszym powrocie z Alp, rozmawiałem z kolegą jak było wspaniale, świetnie itp. Napomknąłem, że Glock i Venediger, cudnie widoczne z "naszej" górki, już są chyba poza naszym zasięgiem, na co usłyszałem odpowiedź, że właściwie to patrzył on na kilka relacji i chyba dalibyśmy radę :roll: Dam ja mu przed oczy ten cytat :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:
W schronisku sporo ludzi
Końcem września mieliśmy na szczęście pustki, a i prysznic był nie tylko dla dam... 5 E za pięć minut :mrgreen:

¦wietna wyprawa, mimo nie do końca zrealizowanych celów. Musi boleć, gdy czeka się na taki wyjazd pół życia :-( Na szczęście w nasze górki możemy wyjść prosto z domu, nie czekając na pogodę ;-)
Ostatnio zmieniony 2013-11-12, 22:10 przez rajli, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
evi
Posty: 367
Rejestracja: 2013-04-10, 09:03
Lokalizacja: Bielsko-Biała

Post autor: evi » 2013-11-12, 18:09

Gratuluję wyprawy :-)
Dobrze, że pogoda się Wam wyklarowała, bo szkoda by było nie zobaczyć tego, co dookoła.
Byłam już na kilku fajnych szczytach, więc śmiało mogę powiedzieć, że panorama z Grossvenedigera jest najpiękniejsza :lol:
Wędrowanie pozwala odkryć prawdę o sobie i innych ludziach

https://picasaweb.google.com/110576489356637744770
http://foto.onet.pl/1rrln

Awatar użytkownika
Red-Angel
Posty: 2670
Rejestracja: 2011-04-16, 16:54
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: Red-Angel » 2013-11-12, 18:33

looki78: Gratuluję wejścia i tylko szkoda, że nie było pełnych widoków ze szczytu.
Relacja świetnie napisana, mam nadzieję, że jeszcze przeczytam coś Twojego autorstwa :-)

Awatar użytkownika
buba1
Posty: 3143
Rejestracja: 2012-01-13, 17:07
Lokalizacja: Oława
Kontakt:

Post autor: buba1 » 2013-11-12, 20:06

looki78 pisze:Cały jestem już namydlony i.......no cóż, nie przemyślałem tego (NIGDY, NIGDY WIęCEJ TAK NIE RÓB !!!! :shock: ) bo okazało się, że woda jest, ale z lodowca chyba, i że tak powiem nie podgrzewana.
jakim cudem dales rade sie namydlic na sucho bez uzycia wody? :shock:
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam ta mniej uczęszczaną. Cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam"

na wiecznych wagarach od życia..

Awatar użytkownika
looki78
Posty: 16
Rejestracja: 2013-10-07, 23:02
Lokalizacja: Żywiec / Wilkowice

Post autor: looki78 » 2013-11-12, 21:59

buba1 pisze:
looki78 pisze:Cały jestem już namydlony i.......no cóż, nie przemyślałem tego (NIGDY, NIGDY WIęCEJ TAK NIE RÓB !!!! :shock: ) bo okazało się, że woda jest, ale z lodowca chyba, i że tak powiem nie podgrzewana.
jakim cudem dales rade sie namydlic na sucho bez uzycia wody? :shock:
Ha, to wcale nie jest trudne jak ma się mydło w płynie :-P no i nie bardzo bylem, przynajmniej ja, suchy. Pot, deszcz...wystarczyło
...ponad nami tylko góry...

Awatar użytkownika
looki78
Posty: 16
Rejestracja: 2013-10-07, 23:02
Lokalizacja: Żywiec / Wilkowice

Post autor: looki78 » 2013-11-12, 22:03

Red-Angel pisze:looki78: Gratuluję wejścia i tylko szkoda, że nie było pełnych widoków ze szczytu.
Relacja świetnie napisana, mam nadzieję, że jeszcze przeczytam coś Twojego autorstwa :-)
Senk ju Czerwony Aniele :-D no, mam nadzieję, że jeszcze bedzie mi dane jakąś wyprawę zrobić, a wtedy z pewnością coś skrobnę.
...ponad nami tylko góry...

ODPOWIEDZ