Główny Szlak Świętokrzyski 27-30.09.2017 r.

Moderatorzy: Madziul, Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
dave
Posty: 419
Rejestracja: 2017-08-17, 20:00
Lokalizacja: Zbąszyń

Główny Szlak ¦więtokrzyski 27-30.09.2017 r.

Post autor: dave » 2017-10-03, 20:02

Niniejszym uprzejmie donoszę, że w dniach 27-30.09.2017r. zawitałem w Góry ¦więtokrzyskie, celem przejścia GS¦ (105 km). Było to moje pierwsze spotkanie z tym pasmem górskim, a spacerek zajął mi trzy i pół dnia. Coby narobić Wam smaka ;-) schabowy z frytkami i zestawem surówek w Pizzerii Verona w Masłowie Pierwszym:

Obrazek

I rzut oka na Paprocice po opuszczeniu Pasma Jeleniowskiego:

Obrazek

Teraz przy herbacie z rumem zasiadam do obróbki zdjęć, ciąg dalszy nastąpi.

Awatar użytkownika
menel
Posty: 9914
Rejestracja: 2009-01-10, 09:11
Lokalizacja: Wro

Post autor: menel » 2017-10-03, 20:04

W końcu jakieś normalne foty! :-D
ПУНКС НОТ ДЭД !

Awatar użytkownika
Piotr Gaj
Posty: 563
Rejestracja: 2008-11-28, 07:51
Lokalizacja: Miasteczko Śl.

Post autor: Piotr Gaj » 2017-10-03, 20:28

Z przyjemnością poczytam jak to się robi w ¦więtokrzyskich.

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5574
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2017-10-04, 09:12

Paprocice wspominam z nostalgią: zakupiliśmy tam świeżutkie drożdżóweczki z objazdowego sklepiku :-)
jest we mnie wiary okruszek....

Tomekk

Post autor: Tomekk » 2017-10-04, 13:33

O! GS¦!
Zaliczyłem w tym i zeszłym roku 4 marszony i pokochałem długodystansowe marsze. Mam w planach przejście za jednym zamachem całego Głównego Szlaku ¦więtokrzyskiego.
Czekam na foty, żeby wiedzieć co mnie czeka. Wrzucaj Waść!

Awatar użytkownika
milena
Posty: 205
Rejestracja: 2015-08-22, 11:18
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: milena » 2017-10-04, 14:16

Ja z Yarpenem robilismy GS¦ w zeszłym roku. Chyba nawet gdzieś na forum jest relacja ;-)
Fajną miejsówkę noclegową mieliśmy na Ciosowej :-D

Awatar użytkownika
dave
Posty: 419
Rejestracja: 2017-08-17, 20:00
Lokalizacja: Zbąszyń

Post autor: dave » 2017-10-04, 15:20

Tomekk pisze:O! GS¦!
Zaliczyłem w tym i zeszłym roku 4 marszony i pokochałem długodystansowe marsze. Mam w planach przejście za jednym zamachem całego Głównego Szlaku ¦więtokrzyskiego.
Na Łysicy zaczepiła mnie biegaczka. Pogadaliśmy trochę i powiedziała mi, że na trasie GS¦ organizowane są ultramaratony, ze średnim czasem przejścia (przebiegnięcia?) ok. 22 godzin. Także jest to możliwe, chociaż raczej nie w moim wykonaniu ;-) Rada - zabierz buty z dobrą amortyzacją. Więcej na ten temat będzie w relacji. ;-)
milena pisze:Ja z Yarpenem robilismy GS¦ w zeszłym roku. Chyba nawet gdzieś na forum jest relacja ;-)
Fajną miejsówkę noclegową mieliśmy na Ciosowej :-D
Wiem, czytałem ją przed wyjazdem. ;-)

Tomekk

Post autor: Tomekk » 2017-10-04, 21:23

dave pisze:Na Łysicy zaczepiła mnie biegaczka. Pogadaliśmy trochę i powiedziała mi, że na trasie GS¦ organizowane są ultramaratony, ze średnim czasem przejścia (przebiegnięcia?) ok. 22 godzin. Także jest to możliwe, chociaż raczej nie w moim wykonaniu Rada - zabierz buty z dobrą amortyzacją. Więcej na ten temat będzie w relacji.
Ja akurat pogardzam ultramaratonami, biegami rzeźnika, kieratami itp. Imprezy nastawione na wynik, na kolejność są sprzeczne z moim podejściem do aktywności górskiej czy okołogórskiej.

"Marszon - zarówno jako słowo, jak i forma aktywności - zawiera w sobie elementy marszu i maratonu. Jest to więc marsz na długim dystansie, który - aby nie był zwykłą wycieczką - musi trwać mniej więcej dobę. Po drodze można odpoczywać, lecz dłuższych przerw nie ma. Przeciętna długość trasy Marszonu to około 70 km (...) Marszon to impreza towarzyska, pozbawiona jakichkolwiek elementów rywalizacji. W Marszonie nie ma wygrywających, a zwyciężyć (lub przegrać) można tylko z samym sobą" - i to jest to!

GS¦ zrobię swoim tempem, bez kontrolowania czasu :-) Buty mam doskonałe (Zamberlan Cristallo) , we wrześniu na marszonie zrobiłem 80 kilosów (z wejściem m.in. na Babią i Pilsko) i podejrzewam, że 105 km GS¦ będzie jednak łatwiejsze bo przewyższeń będzie trochę mniej ;-)

Awatar użytkownika
dave
Posty: 419
Rejestracja: 2017-08-17, 20:00
Lokalizacja: Zbąszyń

Post autor: dave » 2017-10-06, 16:30

Główny Szlak ¦więtokrzyski chodził mi po głowie już od dłuższego czasu. Zaczęło się od przeczytania relacji na blogu kolegi Yatzka (na forum npm chyba nieobecny) jednak zawsze odkładałem ten szlak na później. Bo termin nie pasował, bo pogody nie było, bo trafiały się inne góry, bo zupa była za słona... Miałem jechać na początku września, jednak wpadł wyjazd w Tatry i GS¦ znowu poszedł w odstawkę. Po powrocie z Tatr stwierdziłem, że jak nie pojadę teraz, to już chyba nigdy. Pozostało tylko czekać na kilka dni w miarę bezdeszczowej pogody. Gdy opady wreszcie zniknęły z prognozy, postanowiłem: już.

Po rys historyczny oraz szczegółowy przebieg szlaku odsyłam do strony COTG PTTK oraz Wikipedii, sam nie zagłębiam się w tego typu technikalia, bo i tak nie byłbym w stanie niczego mądrego na ten temat napisać. Dla mnie wystarczy, że szlak łączy pięć pasm górskich, jego punkty krańcowe wyznaczają wioski Gołoszyce i Kuźniaki, a oficjalna długość wynosi 105 km. Dojazd do szlaku komunikacją publiczną z zachodniej Wielkopolski nastręcza nie lada kłopotów. Drapiąc się po łepetynie doszedłem do wniosku, że wieczorem zjawię się w Warszawie, korzystając z gościnności Kariny przenocuję u niej, a następnego dnia pojadę rano autobusem z Warszawy do Opatowa, skąd powinienem już bezproblemowo dotrzeć do Gołoszyc. Tak też uczyniłem.

Nielichej zagwozdki dostarczył mi wybór odpowiedniego obuwia na przejście szlaku. Profil trasy wskazywałby raczej na buty niskie i miękkie. Z drugiej strony, mając na względzie wcześniejsze, długotrwałe opady, należałoby spodziewać się sporej ilości błota. Moje niskie obuwie mają podeszwę startą już w dość znacznym stopniu, która na błocie nie zapewnia odpowiedniej przyczepności. Zdecydowałem się zatem na wysokie, skórzane trepy o kategorii B/C, z głęboko profilowaną podeszwą, znakomicie sprawdzające się w beskidzkich błotach. Wybór okazał się brzemienny w skutkach, ale o tym w dalszej części tekstu.

27.09.2017r.: Dworzec PKS Warszawa Zachodnia - Opatów - Gołoszyce - okolice Przełęczy Jeleniowskiej

Na dworcu PKS zjawiam się ok. 8:30. Bilet zakupiłem sobie wcześniej przez internet, co kosztowało mnie 35zł. Przewoźnikiem na tej trasie jest NeoBus, którego zdecydowanie mogę polecić. Po zapakowaniu się do autobusu okazało się, że cena biletu obejmuje darmową wodę dla pasażerów, jakże miłe zaskoczenie. Uwalam się na siedzeniu i z półgodzinnym poślizgiem, spowodowanym robotami drogowymi, ląduję w Opatowie. Idę na informację zasięgnąć języka w którą stronę mam się udać, pan w okienku informuje mnie, że za 15 minut odjeżdża autobus PKS Ostrowiec ¦więtokrzyski do Łagowa, który zatrzymuje się w Gołoszycach. Uradowany informacją idę jeszcze do przydworcowego bistro na hamburgera i pepsi, po spożyciu których wychodzę na stanowisko nr 2. Na gębie banan od ucha do ucha, bo autobusem realizującym kurs jest poczciwy Autosan H9, którym ostatnio jechałem chyba z 10 lat temu. Odpalam kierowcy 3 zł i po kilkunastu minutach wysiadam... w szczerym polu, przy drodze krajowej nr 74, prowadzącej w kierunku Kielc. Przezbrajam plecak, wyciągam kijki i aparat. Na zegarku 13:30, czas zacząć wędrówkę.

Idę cały czas poboczem ruchliwej drogi, mapa mi mówi, że zaraz powinienem dojść do początku szlaku. I rzeczywiście: po dłuższej chwili, widzę drzewo oznakowane dużą, czerwoną kropką. :-)

Obrazek

Wskutek przejeżdżających w centymetrowych odległościach ciężarówek łapię lekkiego nerwa, na szczęście kierując się czerwonymi znakami nieopodal skręcam w prawo, moim oczom ukazuje się tablica informacyjna, a pod nią głaz z namalowaną kolejną kropą. Co jest grane? Nie mam pojęcia.

Obrazek

Idę dalej. Wkraczam w aleję lipową. W praktyce jest to zwykła droga asfaltowa, przebiegająca pomiędzy zasadzonymi lipami. Nieopodal znajduje się cmentarz wojenny z okresu I Wojny ¦wiatowej:

Obrazek

Powoli zbliżam się do Pasma Jeleniowskiego. Mijam kapliczkę św. Huberta i ambonę myśliwską:

Obrazek

Cały odcinek GS¦ biegnący przez Pasmo Jeleniowskie, prowadzi gęstym lasem. Jeśli ktoś oczekuje jakichkolwiek punktów widokowych, raczej nie jest to miejsce dla niego. Można za to skorzystać z samotności pośrodku lasu i się nieco wyciszyć. Kontynuując drogę, zdobywam Truskolaskę (448 m) i Wesołówkę (469 m). Oba szczyty są na tyle niewybijające się z otoczenia, że o ich zdobyciu dowiaduję się dopiero wyciągając mapę na Przełęczy Karczmarka, gdzie zatrzymałem się na krótki popas. :-)

Spodziewałem się błota, tymczasem jest go jak na lekarstwo. Idę za to po wyjątkowo twardej, gliniastej glebie, która bardzo źle amortyzuje kroki, co wyraźnie czuję pod palcami. Zaczyna do mnie docierać, że miękkie buty sprawdziłyby się tu lepiej, a mój marsz może przez to ulec spowolnieniu. Tak sobie dumając, zmierzam w stronę Szczytniaka, mijając po drodze krzyż poświęcony oddziałom partyzanckim AK, dowodzonego przez majora Jana Piwnika "Ponurego", który działał na terenie Gór ¦więtokrzyskich:

Obrazek

Obrazek

Po dłuższej chwili, jestem już na Szczytniaku (554 m). Szczyt wyjątkowo kameralny, bardzo mi się podoba. Jest nawet miejsce na ognisko. Pierwotnie miałem zamiar tu zabiwakować, ale pora jest na tyle wczesna, że uznaję to za stratę czasu. W zamian postanawiam wyciągnąć na chwilę kopyta i urządzić sobie małą przekąskę :-D

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Schodzę w stronę Przełęczy Jeleniowskiej. Zaczyna się robić szaro, więc rozglądam się za miejscem, w którym mógłbym rozbić namiot. Nie znajduję jednak niczego odpowiedniego, kontynuuję zatem marsz czerwonym szlakiem wzdłuż gruntowej drogi. W momencie, gdy szlak na powrót odbija w las, dostrzegam polankę, która wydaje mi się w miarę zadowalająca. Zrzucam plecak i przywdziewam kurtkę, bo wzmógł się wiatr. Póki jeszcze coś widać bez czołówki, rozbijam moją trumienkę na w miarę płaskim skrawku terenu. Niemożebnie się przy tym upociłem, bo podłoże pod warstwą trawy jest wyjątkowo twarde i kamieniste. Namiot, którego używam, nie jest samonośny, więc ze względu na wiatr muszę zakotwiczyć go porządnie. Przy wbijaniu śledzi pomagam sobie butem, kombinując jednocześnie z ustawieniem odciągów. W końcu po kilku "zakrętach" po portugalsku namiot stoi. Wrzucam część gratów do środka, biorę czołówkę i idę za krzaki zjeść kolację. Umyłem jeszcze kły, ale jest wcześnie, co tu robić o tej godzinie? Chwytam za telefon, krótka pogaducha, Chowam się jednak w namiocie, bo wieje. Przebieram się w świeże gacie, koszulkę, skarpetki no i ziuuu do śpiwora. Fotek z biwaku brak.

28.09.2017r.: Okolice Przełęczy Jeleniowskiej - PTSM w ¦więtej Katarzynie

Spałem stosunkowo kiepsko. Raz, że byłem jakiś taki... pobudzony, dwa - wiatr łopotał namiotem niemiłosiernie. Nawet zatyczki do uszu niewiele pomagały. Na szczęście w śpiworze było cieplutko, w nocy musiałem się rozpinać. Wstaję nad ranem, temperaturę szacuję na minimalnie powyżej zera, bo jest stosunkowo chłodno, ale szronu nigdzie nie widać. Ubieram ciuchy, przywdziewam kurtałkę i idę na zewnątrz zjeść śniadanie. Do gara leci tradycyjnie 250g musli, porcyjka takiego obroku zaspokaja mój głód na stosunkowo długi okres czasu. Zwijam mandżur, w międzyczasie ze dwa słówka z napotkanymi grzybiarzami i wymiana pozdrowień z kierowcą ciągnika, który na mój widok łapie się za głowę. Zamierzam dziś przejść całe pasmo Łysogór i dotrzeć do schroniska w ¦więtej Katarzynie, które wypatrzyłem wcześniej na mapie. Zatem nic tu po mnie, komu w drogę temu kopa, czas się wdrapać na Jeleniowską Górę (533m).

Podejście wśród drzew stosunkowo krótkie, widoków na szczycie brak. Podkręcam więc nieco tempo, wreszcie (skamieniały) las się kończy i ruszam w stronę Paprocic. Od razu zaczynają się też widoki, w oddali widać już klasztor na Łysej Górze oraz nadajnik radiowo-telewizyjny:

Obrazek

Fragment drogi prowadzi interesującym wąwozem:

Obrazek

Docieram już do Paprocic, po drodze przedrzeźniam się z miejscowym bykiem:

Obrazek

i przechodzę obok kościoła, którego otwarty przedsionek - pomijając bliskość asfaltowej drogi i rozterki natury moralnej - mógłby posłużyć za awaryjne miejsce noclegowe. Idę sobie asfaltem pod górę, po czym odbijam w las. Oglądam pamiątkowy głaz:

Obrazek

przecinając zarazem Pasmo Bielińskie i wchodząc na Kobylą Górę (391 m). Docieram do rozlewiska Słupianki, gdzie zaczyna się krótki odcinek z mokradłami. Przekraczam zaimprowizowany mostek, należy iść prawą stroną, bo deski się uginają. :-D

Obrazek

Obrazek

Tymczasem wkraczam na teren ¦więtokrzyskiego Parku Narodowego. Szlak znów prowadzi gęstym, liściastym lasem, jest nawet gdzie usadzić cztery litery, czemu by nie ;-)

Obrazek

Po drodze znajduje się także wiata, jednak do spania to się ona nie nadaje zbytnio. Przeprawiam się przez most (strzegących go trolli akurat nie było), ciek wodny pojawia się tu chyba tylko okresowo, bo koryto jest suche jak pieprz:

Obrazek

Tymczasem człapu człapu i wychodzę na Łysą Górę (594 m). Z wcześniej przeczytanych relacji wiem, że można tu nabyć dobre papu, więc już sobie ostrzę zęby na jakąś smażoną kiełbasę. Wypadałoby też uzupełnić zapasy płynów, bo od Paprocic idę na oparach. Tymczasem kuchnia zamknięta, więc muszę obejść się smakiem. U dziewczyny na straganie nabywam za to butelczynę kwasu chlebowego prosto z Ukrainy, co wydatnie podnosi mi morale. Uwalam się na ławce, zakładam windshirta, bo cokolwiek wieje i raczę się zapasami z plecaka. Na dziedzińcu klasztornym kilka wycieczek grupowych, jakiś rowerzysta, poza tym pustki. Bimbam sobie dłuższą chwilę i idę na przechadzkę po terenie klasztoru, przy okazji robiąc kilka zdjęć:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Trzeba się powoli zbierać. Idę w stronę Huty Szklanej, po drodze u zachodzę na punkt widokowy, którym jest gołoborze na zboczach Łysej Góry. Gołoborze jest chronione przez stalową platformę, w miedzyczasie wyłapuje mnie strażnik parku z pytaniem, czy zapłaciłem za wstęp :-D Informuję strażnika że z powodu tłoku w budce zapłacę przy wyjściu, starszy człowiek nie robi problemu, schodzę sobie na platformę:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Spędzam tam kilka minut, ale pora uciekać. Zejście do Huty Szklanej asfaltową drogą, czuję się niemal jak w okolicach Morskiego Oka. Idzie się jednak szybko, chwila i jestem już na dole:

Obrazek

Hutę Szklaną przeskakuję nawet się nie zatrzymując, bowiem czeka mnie kilkukilometrowy marsz skrajem lasu. Twarda, gliniasta gleba nie jest zbyt kompatybilna z moimi butami, co odczuwam już wyraźnie. Zaciskam nieco zęby i prę dalej, obiecując sobie dłuższy postój w Kakoninie. Po opuszczeniu lasu znowu czeka mnie 2-3 km asfaltu, mijam Podlesie, aż docieram wreszcie do Kakonina. Wg moich informacji powinna być tam knajpa, w której mam zamiar zjeść obiad i nieco odsapnąć. Mapa nie kłamała, bezpośrednio przy szlaku knajpa stoi:

Obrazek

Zamawiam strogonowa i instaluję się na zewnątrz, wyskakując jednocześnie z butów. Liczę, że taki manewr spowoduje, że ból złagodnieje, no i faktycznie, po skonsumowaniu obiadu i odpoczynku czuję się znacznie lepiej. W międzyczasie nadeszła wycieczka szkolna, przewodniczka dosiada się do mnie i gawędzimy o tym i o tamtym. Obiad mnie rozleniwił, nie chce mi się stamtąd ruszać. W końcu jednak wstaję, wskakuję w buty, zachodzę jeszcze do toalety i ruszam na Łysicę, według szlakowskazu droga tam zajmie mi 3 godziny. Moją uwagę zwraca znajdująca się w obejściu stara chata:

Obrazek

Po względnie krótkim marszu docieram do kapliczki św. Mikołaja. Kapliczka sama w sobie jest bardzo ciasna i na nawet awaryjny nocleg nie ma szans, ale figurka wygląda w mojej opinii wyjątkowo pociesznie ;-)

Obrazek

Zmierzam dalej w stronę Łysicy. Po drodze popijam jeszcze kwasu, idzie się przyjemnie. Nawierzchnia zaczyna się robić bardziej kamienista, co pozwala mi przypuszczać, że na szczyt już niedaleko. No i rzeczywiście, po chwili osiągam szczyt (612 m), zaliczany do Korony Gór Polskich. Zrzucam plecak, robię kilka zdjęć i odpoczywam chwilę, w międzyczasie na szczyt wbiega jakaś dziewczyna.

Obrazek

Obrazek

Dziewczyna jest wyraźnie zaintrygowana wielkością mojego plecaka, pada pytanie co ja robię z takim worem w Górach ¦więtokrzyskich. Schodząc, rozmawiamy sobie na górskie tematy, okazuje się, że dziewczyna trenuje tutaj biegi przed wyjazdami w inne pasma. Rozmowa się klei, a nawierzchnia wreszcie pozwala mi poczuć, że jestem w górach. ;-)

Obrazek

¦więta Katarzyna już za pasem. Słyszę już wyraźnie ruch drogowy, pojawiają się spacerowicze, aż mym oczom ukazuje się kapliczka św. Franciszka, ze znajdującym się nieopodal ujęciem wody:

Obrazek

Obrazek

Uzupełniam niedobór płynów, woda jest bardzo smaczna. Nie bawię się już w żadne dłuższe przerwy, bo koniec trasy za pasem. Opuszczam ¦więtokrzyski Park Narodowy i ruszam do ¦w. Katarzyny na poszukiwanie schroniska PTSM, w którym zamierzam zanocować:

Obrazek

Schronisko zlokalizowane jest na ul. ¦więtokrzyskiej. Wychodząc na asfalt, nie należy się kierować w lewo, w stronę Radostowej, tylko odbić w prawo i przejść jakieś 500m, aby osiągnąć cel. Baza noclegowo/kulinarna jest w ¦w. Katarzynie ogromna, więc jeśli ktoś będzie miał ochotę na jakieś danie obiadowe, bądź w schronisku nie będzie wolnych miejsc, bez problemu znajdzie coś innego. Tymczasem melduję się w schronisku i za 28 zł dostaję pokój z łazienką i dostępem do kuchni, w pokoju jestem sam, żyć nie umierać:

Obrazek

Daję nura pod prysznic i przygotowuję sobie kolację. Zamieniam jeszcze parę słów z miłą dziewczyną w recepcji, po czym wracam do pokoju i uwalam się na łóżko.

29.09.2017r.: PTSM w ¦więtej Katarzynie - agroturystyka w Dąbrowie

Wyłażę spod kołdry jakoś po szóstej i wyglądam przez okno. Nad ranem chwycił przymrozek, rosa na samochodach zamarzła. Sypię śrutu do menażki i idę do kuchni zrobić sobie kawy. Po kawie człowiek jakoś tak od razu lepiej funkcjonuje, kubek małej czarnej z rana to jedna z tych prostych przyjemności, dzięki którym dzień staje się lepszy. :-) Sprzątam gimelę jakiej narobiłem wczoraj wieczorem, zachodzę jeszcze do łazienki i fora ze dwora. Na zewnątrz stosunkowo rześko, ale mając na sobie polar setkę zimna nie czuję. Wracam do szlaku, dziś będę rządził w Paśmie Masłowskim. Obieram kierunek na Radostową, szlakowskaz mówi, że trasa tam zajmuje 3 godziny, no zobaczymy. Przez stosunkowo długi odcinek idę - a jakżeby inaczej - asfaltem, bądź kostką brukową:

Obrazek

Wreszcie schodzę z upierdliwego asfaltu i zmierzam w stronę Krajna Pierwszego, przez cały czas towarzyszą mi takie widoki:

Obrazek

Bezpośrednio przy szlaku znajduje się sklep oraz agroturystyka, ja nie zaglądam do środka, bo spiżarnię mam zamiar uzupełnić dopiero w Masłowie. Szlak cały czas prowadzi wśród łąk i pól uprawnych, pomimo tego walory widokowe wywierają na mnie spore wrażenie:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zmierzam już powoli w stronę Radostowej. Moją uwagę zwracają sporych rozmiarów głazy:

Obrazek

Krótki spacerek i Radostową mam już na dłoni. Z oddali podejście wydaje się strome, w rzeczywistości trwa ono tylko chwilę:

Obrazek

Na Radostowej (451 m) znajduje się quasi-wiata, są także ławki, więc na chwilę można tu przysiąść i przekąsić małe conieco ;-)

Obrazek

Dosyć tego dobrego, trzeba uciekać. Błyskawicznie schodzę na dół, przekraczam Lubrzankę:

Obrazek

i wędruję sobie poboczem ruchliwej szosy w stronę Diabelskiego Kamienia. Na szczęście szlak szybko odbija w las, a ja muszę przygotować się mentalnie, bo początkowo podejście jest prawie pionowe. Zdjęcie głazu kompletnie zepsułem (był idealnie pod słońcem), więc foty nie będzie. Tymczasem osiągam Klonówkę (473 m). W mojej ocenie jest to znakomite miejsce na biwak, pod warunkiem przytaszczenia ze sobą odpowiedniej ilości wody. Znajduje się tam platforma widokowa, z której oczywiście nie omieszkam skorzystać. ;-)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Schodzę już do Masłowa. Bezpośrednio przy szlaku znajduje się market ABC, w którym uzupełniam zapasy, a przed wejściem do sklepu zaatakował mnie miejscowy kot. :-)

Obrazek

Robię się już konkretnie głodny. Zasięgam języka o godne polecenia knajpy i dowiaduję się, że za kościołem znajduje się pizzeria. Solidnyy obiad mi się przyda, odpoczynek także, bo mam już konkretnie poodbijane podeszwy stóp, co mnie mocno niepokoi. Mijam kościół:

Obrazek

ignoruję skręcające w prawo czerwone znaki i faktycznie, pizzeria istnieje i ma się dobrze. Zamawiam schabowego z frytkami i zestawem surówek (16 zł). Uwalam tyłek na zewnątrz i wyskakuję z butów, licząc na równie udany efekt, jak poprzedniego dnia. Zerkając na mapę stwierdzam, że jak dobrze pójdzie, to jutro powinienem przejść całość. W międzyczasie otrzymuję zamówiony obiad, zestaw jest godny polecenia: wszystko jest smaczne, a porcja duża. Jednym daniem najadłem się do syta, co stołując się w knajpie rzadko mi się zdarza, bo zjeść to ja lubię. ;-)

W knajpie korzystam jeszcze z łazienki i zwijam manatki z powrotem na szlak. Niestety przerwa nie bardzo mi pomogła, bo czuję każdy krok. Opuszczam Masłów i udaję się w kierunku Dąbrowy. Szlak prowadzi oczywiście asfaltem, w międzyczasie biorę nie ten skręt i ląduję na prywatnej posesji, co dobitnie oznajmia mi Pies Baskerville'ów, niemożebnie drąc na mnie japę. W ogóle, szlak często biegnie nieopodal prywatnych posesji, co powoduje, że często jestem obszczekiwany przez psy. Tymczasem nabieram wysokości i Masłów Pierwszy zostaje z tyłu:

Obrazek

W pełnym słońcu opuszczam asfaltową dżunglę i odbijam w lewo na skraj lasu. Widoki cały czas dają radę:

Obrazek

Wkraczam w gęsty las i człapię drogą rozjechaną przez pracowników leśnych. Błota są tu ogromne ilości, ale co z tego, skoro stopy odmawiają mi posłuszeństwa. Moje morale spada i dochodzę do wniosku, że będę musiał dziś przedwcześnie zakończyć marsz, bo zanadto nie jestem już w stanie kontynuować wędrówki. W międzyczasie zdobywam Domaniówkę (418 m) czego nawet nie zauważyłem i kombinuję, co dalej? Tymczasem wchodzę na asfalt, co psychicznie mnie już dobija i decyduję się uwalić w pierwszej napotkanej noclegowni, choć godzina jest wczesna. Kurde, jak dalej będę szedł w takim tempie, to zima mnie na tym szlaku zastanie. Schodzę w kierunku drogi krajowej nr 73 i widzę po prawej stronie wielki, choć cokolwiek wyblakły, szyld "NOCLEGI". Zapodaję na podwórze, zamieniam kilka słów z właścicielką i dostaję pokoik. Turystów zero, w całym obiekcie jestem sam. Wyskakuję z trepów, przywdziewam klapki. Przy okazji robię pranie, bo czuję że obie moje koszulki zaczynają capić. Chwilę odpoczywam i udaję się na rekonensans po obiekcie. Jestem pełen podziwu dla surrealisty, który zamontował kibel w kuchni, doprawdy pomysł godny samego Bunuela. W głowie mam odpowiednią scenę z filmu pt. "Widmo wolności":

Obrazek

Szwędam się trochę jeszcze bez ładu i składu, aż w końcu nastaje wieczór. Robię kolację, idę pod prysznic i do łóżka. Mam mocne postanowienie, że jutro choćby skały srały, wychodzę wcześnie rano na szlak i cisnę aż do wieczora, bez względu na cokolwiek. Pokrzepiony własnymi myślami odpływam w objęcia Morfinisty, czy jak mu tam leciało...

30.09.2017r.: Dąbrowa - Kuźniaki

Budzę się stosunkowo wcześnie, bo przed szóstą. Ogarniam bałagan, wyprane rzeczy już suche. Solidne śniadanie, kawa i o 6:45 opuszczam obiekt. Docieram do skrzyżowania z obwodnicą Kielc, szlak będzie prowadził jej poboczem:

Obrazek

Zastanawiam się jak można mieszkać w tym miejscu, pomimo ustawionych ekranów akustycznych hałas jest nieprawdopodobny. Na szczęście sąsiedztwo nieprzyjemnej drogi nie trwa długo. Z zadowoleniem stwierdzam, że nawierzchnia stała się bardziej przyjazna: zamiast twardej gliny, mamy miękką, piaszczystą glebę. Od razu idzie mi się lepiej. Przekraczam Silnicę, okolica jest mocno błotnisto-bagienna. Na pewnych odcinkach dochodzę do wniosku, że przydatny byłby kajak. :-)

Obrazek

Obrazek

Sobotni poranek, więc grzybiarzy w lesie zatrzęsienie. Co chwilę widzę kogoś z wiaderkiem, zresztą w tym sezonie mamy wysyp grzybów. Tak sobie idąc, przechodzę wiaduktem nad drogą ekspresową S7:

Obrazek

Wychodzę z lasu i znów spacer poboczem asfaltówki, sialalalala... Wkraczam we Wzgórza Tumlińskie, przy okazji mijam pomnik poświęcony 4 Pułkowi Piechoty Legionów Armii Krajowej:

Obrazek

Niedaleko znajduje się stawek, a obok niego polana:

Obrazek

Tak sobie idąc, docieram już do miejscowości o nazwie Tumlin-Węgle. Na mojej drodze pojawia się przejazd kolejowy:

Obrazek

Schodzę bądź to asfaltem, bądź chodnikiem i decyduję się na małe papu na przystanku autobusowym. Na zegarku dziewiąta, więc czas mam stosunkowo niezły. Idzie mi się dobrze, wprost nie ma porównania do wczorajszego dnia. Zżeram batonika musli i mieszankę studencką, na to dwa łyki pepsi i idę dalej. Docieram do kapliczki z 1850r., obok której położona jest kopalnia:

Obrazek

Obrazek

Po bardzo przyjemnym zejściu przekraczam kolejną drogę asfaltową i idę sobie skrajem lasu. Ostre podejście, zdobywam Wykleń (401 m) i Kamień (399 m), po czym ochoczo zmierzam w kierunku Ciosowej (365 m). Szlak ponownie prowadzi poboczem drogi krajowej, ale przynajmniej są widoki :-)

Obrazek

Krótkie podejście i już jestem pod Ciosową. Mając zapas wody, okolice Ciosowej uznaję za doskonałe miejsce na biwak. :-)

Obrazek

Obrazek

Idę w stronę Porzecza. Przekraczam Bobrzę i wraz z czerwonymi znakami skręcam w prawo. Upał daje na całego, kto by się spodziewał, że w ostatnim dniu września będą takie temperatury. Pod koniec wioski znajduje się sklep spożywczy. Kupuję dwa banany, które od razu zjadam i małą butelkę pepsi. Ten diabelski napój zawiera kofeinę i prawie sam cukier, znakomicie sprawdza mi się jako dopalacz.

Kałdun częściowo napełniony, więc ruszam na Baranią Górę. Asfaltowe podejście jest długie. Po drodze spotykam zorganizowaną wycieczkę idącą z Oblęgorka, krótka wymiana wrażeń i idę dalej. Droga na Baranią jest doskonałym punktem widokowym, pomimo asfaltu jest to jedno z moich ulubionych miejsc na całym szlaku:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Asfalt wreszcie się kończy i wkraczam w półotwarty las. Jestem już w Paśmie Oblęgorskim. Tymczasem moim oczom ukazuje się widok, który powoduje iż moje siły gwałtownie skaczą w górę:

Obrazek

Zaczynam zdawać sobie sprawę z faktu, że dziś uda mi się ukończyć szlak. A jeszcze rano nie byłem tego pewien. Dostaję nagłego kopa, który się zresztą przyda, bo w Paśmie Oblęgorskim podejść jest bez liku. Idę na Siniewską Górę (449 m), po czym schodzę do platformy widokowej w Sieniowie, gdzie planuję ok. 15 minut przerwy. Przy platformie znajduje się spora wiata, ale nocleg w niej uznaję za mocno niepewny z uwagi na ruchliwą okolicę. Nieopodal wiaty jest parking, na który co rusz nadjeżdża jakieś auto. Niedaleko zabudowania, wieczorem pewnie ochlajparty w pakiecie z darciem mordy gratis. Zrzucam plecak na ławkę, obok stoi rowerzysta, który jest zainteresowany zakupem używanej przeze mnie maty (TaR Z-Lite). Urządzam mu pokaz jej możliwości, przy okazji rozmawiamy nt. biwakowania w terenie i masz... 15 minut minęło, a ja nic nie zjadłem, nie usiadłem i nie zrobiłem żadnej fotki. W biegu wchłaniam mieszankę studencką, wymieniam jeszcze baterie w aparacie i robię kilka zdjęć:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Idę dalej. W międzyczasie cudem unikam zderzenia z wariatem jeżdżącym crossem po lesie, na następną wędrówkę przydałby mnie się Winchester, motyla noga. Czekają mnie jeszcze podejścia na Perzową Górę i Kuźniacką Górę, więc pomimo bliskości końca szlaku, staram się oszczędzać siły. Wychodzę na otwarty teren, pojawiają się zabudowania:

Obrazek

Dość długi fragment po prawie płaskim terenie, mocne podejście i jestem już prawie na szczycie. W skale wydrążona jest zaadaptowana na kapliczkę grota, którą uznaję za znakomite miejsce noclegowe. Zdjęć wnętrza brak, bo ktoś się w środku modlił:

Obrazek

Obrazek

Przechodzę wąskim przesmyk pomiędzy głazami i już jestem na szczycie:

Obrazek

Obrazek

Zejście jest strome, schodząc w czasie deszczu pewnie łatwo można zaliczyć dupozjazd. Idę do Kuźniaków, melduję się na przystanku PKS, koniec imprezy:

Obrazek

Fart mnie nie opuszcza. O 17:09 kończę przejście GS¦, a o 17:15 odjeżdża ostatni tego dnia bus do Kielc. Na drogę powrotną spuszczę zasłonę milczenia, dość powiedzieć, że zajęło mi to 15 godzin, na szczęście część z tego udało mi się przespać. Przed 8 rano melduję się na dworcu w Zbąszyniu, czas na prysznic i śniadanko.

Czy wrócę na GS¦? Na cały szlak raczej nie, dużo jest dreptania asfaltem, bądź pozbawionych widoków odcinków leśnych. Mam wrażenie, że szlak zyskałby w zimowej szacie, ale są to tylko moje przypuszczenia. Startując z samego rana szlak bez większej spiny można przejść w 3 dni, mowa oczywiście o stylu backpackerskim, a nie ultralightowym. Dla amatorów noclegów na dziko dwie miejscówki, których nie ująłem w głównej części relacji - przedsionek kościoła w Paprocicach i wozownia przy knajpie w Kakoninie:

Obrazek

Obrazek

Ponadto możliwy jest nocleg w punktach poboru opłat na Łysej Górze i w św. Katarzynie, ale jest to teren ¦PN i ryzykujemy pokutę od straży parku. Czy brać namiot? Jeśli pierwszego dnia uda Wam się przeskoczyć z Gołoszyc do Kakonina (36km) to można zaryzykować i iść bez. Ja ruszyłem na szlak po południu i zaplanowałem sobie biwak w Paśmie Jeleniowskim, więc mi się przydał. Całe Pasmo Jeleniowskie jest pozbawione wody pitnej, więc należy to uwzględnić. Ja ruszając z Gołoszyc miałem w plecaku 3 l płynów i do Łysej Góry ledwo mi wystarczyło. A upałów tego dnia nie było. W Paprocicach sklepu nie ma, więc jedyną szansą jest poproszenie o wodę w którymś z domów. Z której strony zaczynać? Idąc od Gołoszyc z reguły będziemy mieli ostre podejścia i łagodne zejścia, z Kuźniaków - na odwrót. Różnice wysokości są jednak na tyle niewielkie, że nie brałbym tego pod uwagę, a sugerowałbym się możliwością dojazdu. Jeśli ktoś chciałby przyjechać sobie stacjonarnie, na kwaterę - jako punkt wypadowy proponuję ¦w. Katarzynę, ze względu na dobrą bazę noclegowo-restauracyjną. Można stamtąd ruszyć na Łysicę i Radostową, bądź podjechać sobie do Huty Szklanej i przespacerować się na Łysą Górę, połączoną ze zwiedzaniem klasztoru. To byłoby na tyle, oddaję głos do studia.

Awatar użytkownika
Michun
Posty: 7430
Rejestracja: 2009-04-24, 13:03
Lokalizacja: Western Front

Post autor: Michun » 2017-10-06, 16:42

dave pisze: Czy brać namiot?
też mi pytanie... :-D
Zostawię sobie ten szlak na emeryturę :mrgreen:
A tak poważnie, fajna trasa. Ale chyba faktycznie zimą bardziej kusząca.
"I don't hate people, I just feel better when they aren't around"
Ch. Bukowski
www.mojasciezkawgory.blogspot.com

Awatar użytkownika
Satan
Posty: 5592
Rejestracja: 2009-02-22, 20:22
Lokalizacja: Gdańsk/Beskid Płaski

Post autor: Satan » 2017-10-06, 17:08

dave pisze:[...]temperaturę szacuję na minimalnie powyżej zera, bo jest stosunkowo chłodno[...]
No, a my tu ICMy i inne yr.no śledzimy. Trzeba do Dave'a uderzać z pytaniami o pogodę i temperaturę. :mrgreen: :mrgreen: Tym powyższym rozwaliłeś kilka systemów. Wiem, że trochę wyrwałem z kontekstu, ale to jest bomba dla mnie! :-D

dave pisze: [...]Jestem pełen podziwu dla surrealisty, który zamontował kibel w kuchni[...]
Dlatego ja do tej pory unikałem Gór ¦więtokrzyskich... ;-)


A tak merytorycznie, to graty na przejście i ciekawą [jak zwykle] relację.
For God Your Soul... For Me Your Flesh

Dark Side of N.P.M.

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5574
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2017-10-07, 07:33

sam GS¦ to magia asfaltu (choć - niestety- nie tylko tam), ale robienie Korony Gór ¦więtokrzyskich - to juz całkiem inna - przyjemna- zabawa :-)
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
menel
Posty: 9914
Rejestracja: 2009-01-10, 09:11
Lokalizacja: Wro

Post autor: menel » 2017-10-07, 08:00

Góry ¦więtokrzyskie nie leżą mnie kompletnie. Ale w związku z moim umiłowaniem do szlaków długodystansowych kiedyś odważę się na przejście GS¦.

dave, dzięki za wskaz kilku miejsc alternatywnych noclegów, a ten trąca awangardą:

Obrazek
ПУНКС НОТ ДЭД !

Awatar użytkownika
Marco
Posty: 2120
Rejestracja: 2008-11-18, 19:05
Lokalizacja: Opole

Post autor: Marco » 2017-10-09, 09:18

Jako że do skompletowania KGP została mi tylko Łysica więc z dużą uwagą przeczytałem relację, bo jak widzę zdobycie jej można połączyć z miłą przechadzką po całym paśmie. Pomysł na dokończenie KGP jak znalazł.
Michun pisze:Zostawię sobie ten szlak na emeryturę :mrgreen:
A to TY od 1.10 jeszcze pracujesz??
...only way to cure stupidity is death...

Awatar użytkownika
dave
Posty: 419
Rejestracja: 2017-08-17, 20:00
Lokalizacja: Zbąszyń

Post autor: dave » 2017-10-09, 20:08

Satan pisze:
No, a my tu ICMy i inne yr.no śledzimy. Trzeba do Dave'a uderzać z pytaniami o pogodę i temperaturę. :mrgreen: :mrgreen:
Wrzuć monetę, wrzuć monetę, wrzuć monetę... :lol:
Marco pisze:Jako że do skompletowania KGP została mi tylko Łysica więc z dużą uwagą przeczytałem relację, bo jak widzę zdobycie jej można połączyć z miłą przechadzką po całym paśmie.
Na Łysicę ze ¦w. Katarzyny jest bodajże godzina drogi, z Kakonina też mi wyszło dużo mniej, niż na szlakowskazie... warto sobie jeszcze coś dorzucić ;-)

ODPOWIEDZ