2499 m n.p.m.

Moderatorzy: Madziul, Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
Maska
Posty: 150
Rejestracja: 2008-12-29, 16:16
Lokalizacja: Leszno

2499 m n.p.m.

Post autor: Maska » 2009-01-15, 21:46

2499 m n.p.m.

Pobudka o tej porze nigdy nie jest łatwa. Mamy przed sobą około 25 kilometrów marszu, w tym ponad cztery w dość trudnym i stromym terenie, więc wstać trzeba było przed szóstą. Tak, tak... Gdy się wchodzi na najwyższe szczyty Andów, wstaje się o pierwszej, w samym środku nocy. Jednak my zamierzamy zaliczyć "tylko" tatrzańskie Rysy.
Zrywamy się wcześnie rano, lecz nim docieramy z Białego Dunajca do parkingu pod Łysą Polaną, dochodzi dziewiąta. Z trudem znajdujemy miejsce dla naszego auta (hmmm, czerwcowy, niedzielny i jeszcze na dodatek wakacyjny poranek...) i, nie tracąc czasu, wyruszamy drogą Oskara Balzera w stronę Morskiego Oka. Trasa przecież łatwa, więc nie spiesząc się zbytnio, pokonujemy ją w tłumie innych turystów w niecałe dwie godziny. Czterystumetrowa różnica poziomów jest prawie niezauważalna na około ośmiokilometrowej trasie. Wokół nas armia ludzi w przeróżnym obuwiu, w tym w klapkach. Mamy cichą nadzieję, że nie zamierzają nam towarzyszyć w drodze na szczyt.

Obrazek
Od lewej: Niżne Rysy, Rysy, fotograf wyprawy, Mięguszowiecki Szczyt Czarny

Nad Morskim Okiem krótki (acz treściwy) posiłek, kilka pamiątkowych fotek na tle Mięguszowieckich Szczytów i Morskiego Bajorka, sesja zdjęciowa z rybkami z jeziorka i pierwsze bardziej strome podejście do Czarnego Stawu pod Rysami. Dobre sto siedemdziesiąt metrów ostro w górę w palącym słońcu, czyli przedsmak tego, co nas czeka w drodze na szczyt. Przedsmak? Nie, to nie jest właściwe ujęcie problemu. Przed nami jeszcze ponad dziewięćset metrów przewyższenia i dopiero wtedy będziemy mogli cieszyć się z zaliczenia kolejnej fajnej górki. Stojąc u stóp granitowego olbrzyma, poprzecinanego gdzieniegdzie śnieżnymi rysami, przyszły zdobywca zastanawia się czy próba wejścia na szczyt bez raków nie świadczy czasem o całkowitym braku kontaktu z własnym zdrowym rozsądkiem... Ktoś powie, że to tylko 2499 m n.p.m., w dodatku ze startem z wysokości ok. 1600 metrów, ale gdy stoi się tam na dole, słowo "tylko" wydaje się jakieś nieodpowiednie. A potęga kolosa, jego majestat i całkowita obojętność na wspinające się po jego zboczach małe ludzkie istotki, dają do myślenia i napełniają umysł jakąś niesprecyzowaną obawą. No cóż, już tu jesteśmy, więc przecież nie zawrócimy. Poza tym nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy choć nie spróbowali. Lepiej uznać wyższość góry i zawrócić ze szlaku we właściwym momencie, niż egzystować ze świadomością poniesienia totalnej klęski, bez podjęcia próby zdobycia szczytu. Na szczęście Marta jest w stanie wejść tam, gdzie mnie się nie uda, więc nie muszę się martwić o kondycję i charakter mojej lepszej połówki. Ona z pewnością nie zawiedzie.

Obrazek
Widok na Rysy spod Czarnego Stawu

Na szczycie naszej góry dostrzegamy ruch. Kilka malutkich postaci wyraźnie rysuje się na tle niemal bezchmurnego nieba. Trochę im zazdrościmy, więc, z zamiarem dorównania im, ruszamy energicznym krokiem spod Czarnego Stawu pod Rysami. Okrążamy go od wschodniej strony i rozpoczynamy podejście. Na szlaku niewielu ludzi. Jest wąsko, jednak nie ma problemu z omijaniem odpoczywających. Przyglądamy im się z zaciekawieniem, a najbardziej interesują nas ci, którzy już wracają na dół. Kilka słów zamienionych z parą wyglądającą na doświadczonych obieżyświatów i w nasze serca wlewa się odrobina optymizmu. Ponad nami śnieg nie jest zmrożony, więc raki (których oczywiście nie mamy) nie będą potrzebne. Droga na górę przebiega mozolnie. Wyprzedzamy kilka osób, odpoczywamy, oni nas wyprzedzają. W pewnym momencie nasze zainteresowanie wzbudza trzyosobowa grupa, a konkretnie dwóch młodych mężczyzn i idąca z nimi dziewczyna. Obuwie męskiej części wyprawy jest bez zarzutu, jednak jasnowłosa niewiasta podąża na szczyt w... tenisówkach na cieniutkiej podeszwie. Marta z niedowierzaniem kiwa głową.
Po drodze uznajemy, że szlak został znacznie „ucywilizowany”. Poza koniecznością trawersowania kilku niewielkich śnieżnych jęzorów, podejście aż do Buli pod Rysami (ok. 2050 m n.p.m.), jest częściowo wyrzeźbione w skalnych blokach. Po tychże schodach docieramy do wspomnianej Buli. Jeśli ktoś uzna, że "ucywilizowane" znaczy łatwe, to, niestety, srodze się rozczaruje. Oczywiście jest to dopiero połowa trasy na samą górę, a ta druga część jest zdecydowanie bardziej czasochłonna. Tuż za Bulą zaczynają się łańcuchy i w zasadzie kończy się to, co można nazwać wchodzeniem. Dalsza część drogi jest zdecydowanie bardziej wymagająca i określanie jej mianem wejścia wydaje się odrobinę niestosowne. Bardziej właściwe byłoby raczej określenie: łatwa wspinaczka. Jeśli oczywiście wspinaczka z samej definicji może być łatwa. Pasjonaci zdobywający niemal pionową ścianę stojącej tuż obok Rysów Kazalnicy, czytając te słowa pewnie zaniosą się gromkim śmiechem, ale jak nazwać wdrapywanie się stromym stokiem, gdzie istnieje bezwzględna konieczność częstego używania rąk? Nazwijmy to więc umownie łatwą (dla specjalistów) wspinaczką.

Obrazek
Kazalnica

Nagle ktoś krzyczy: "Kaaaamieeeeń!" i wszyscy zadzierają głowy w górę. Tuż przed nami koziołkuje, toczy się, obraca odłam skalny wielkości pięści. Trzydziestolatek, widzący pędzące ku niemu niebezpieczeństwo, wykonuje unik, lecz mimo tego zostaje trafiony w okolicę lewego ramienia. Doświadczenie okazało się na szczęście niegroźnie, bo skała tylko nieznacznie go musnęła. Albo po prostu nie przyznał się, że go diabelnie zabolało.
Ciągle spoglądam za siebie na Mięguszowiecki Szczyt Wielki. Nie mogę się doczekać chwili, w której będę mógł stwierdzić, że jego wierzchołek znajduje się poniżej linii mego wzroku, bo będzie to znak, że meta już blisko.
Robi się tłoczno. Ustępujemy miejsca schodzącym ze szczytu. Napotykamy rodowitego Górala, który niczym kozica skacze po granitowych występach. Przeprasza wszystkich za strącony przed chwilą kamień, szczególnie trzydziestolatka, którego obdarowuje bukietem małych, skalnych kwiatków. Uśmiechnięty oświadcza, że do szczytu mamy jakieś 20 minut. ¦wietnie. Później okazało się, że dwadzieścia minut to może i byłoby, gdybym był Góralem lub kozicą. Nim stanęliśmy na wierzchołku, minęła jeszcze godzina.
Na szczyt wciągamy się po prawie czterystu metrach łańcuchów. Wszędzie wokół nas granitowe, postrzępione skały, przy czym niektóre ostre jak brzytwa. W wielu miejscach zmuszamy się maksymalnej koncentracji. Chwila nieuwagi i przyjaciele odwiedzać będą nas w szpitalu albo...
W kilku miejscach gorączkowo poszukujemy szlaku. Jeśli nie udaje się, idziemy "na czuja". Na szczęście zawsze okazuje się, że wybrana przez nas droga jest właściwa. Uznajemy, że najbardziej niebezpieczne miejsca to te, w których skały pokrywa niewielka warstwa wody. Najwyraźniej na zboczach góry bije kilka skromnych źródełek. W tych miejscach jest niewiarygodnie ślisko, nawet vibram nie pomaga. Krajobraz staje się iście himalajski. W niższych partiach było trochę trawy, jednak tutaj jedynymi przedstawicielami flory są porosty, które ze znanymi mi do tej pory roślinami mają wspólną tylko jedną cechę: kolor. Generalnie skały wyglądają tak, jakby je jakiś niepoprawny turysta tu i ówdzie ochlapał zieloną farbą.

Obrazek
Pod szczytem

Przed samym szczytem dość ciekawa ekspozycja. Spoglądam w dół na słowacką stronę i daję upust swoim uczuciom przy użyciu słownictwa raczej niespotykanego w słownikach poprawnej polszczyzny. Chwila stresu, parę kroków wzdłuż przepaści, kilka przechwytów i znów jesteśmy względnie bezpieczni. Uffff... Tuż pod szczytem rozglądamy się, szukając oznaczenia szlaku na granitowych klocach. W końcu, z niemałym trudem, docieramy na szczyt. Tutaj, o dziwo, jest dość tłoczno. Ludzi niewielu, ale miejsca na szczycie jeszcze mniej. Panorama jednak wynagradza nam poniesiony trud; jest fantastyczna. W kierunku południowo - wschodnim z morza gór wyrasta majestatyczny Gerlach. Szczyt znajduje się ponad 150 metrów powyżej nas. Bardziej na południe strzela w niebo Wysoka. Wydaje się być tuż obok, niemal na wyciągnięcie ręki. Jednak jak się okazuje, moje wyczucie proporcji i odległości na tej wysokości płata figle. Z mapy wynika, że do wierzchołka Wysokiej mamy znacznie dalej, niż twierdzą moje oczy. Spoglądamy w kierunku północno - zachodnim. Widzimy ¦winicę, a w oddali majaczy krzyż na Giewoncie.
Taszczone w plecakach na sam szczyt lornetki odwdzięczają się, ukazując nam to, co gołym okiem byłoby niezauważalne. Dyskutujemy z napotkanym Węgrem na temat podziwianych skał, mając rozbieżne zdania w przedmiocie tego, czemu w danej chwili się przyglądamy. W końcu uzgadniamy wspólne stanowisko, jednak niekoniecznie poprawne.

Obrazek
Słowackie Tatry

Obrazek
Góry, góry, góry...

Obrazek
Od lewej: środkowy wierzchołek Rysów, Wysoka i Ciężki Szczyt

Jest już późne popołudnie. Droga na szczyt spod Czarnego Stawu zajęła nam ponad trzy godziny. Minęła 16:00, więc trzeba myśleć o powrocie. Kilka fotek zrobionych na szczycie, wypowiedziane wspólnie słowa: "Kocham Cię na Rysach" :mrgreen: i po kilku kostkach smakującej wybornie czekolady, rozpoczynamy zejście. Marsz w dół wcale nie jest łatwiejszy - stawy kolanowe zaczynają protestować. No tak, przez kilka ostatnich dni eksploatowaliśmy je dość intensywnie, a dzisiejsza wyprawa do łatwych nie należy. Poza tym częste schodzenie tyłem (i to przy użyciu łańcuchów) testuje nasze przygotowanie do tego typu wycieczek. Dochodzimy do przekonania, że test ten zdajemy przyzwoicie. Mimo trudności i czasem śliskiej nawierzchni, docieramy cali i zdrowi do Buli pod Rysami. Stąd będzie już dużo łatwiej.
Schodzenie z gór czasem wydaje się atrakcyjniejsze od mozolnego wspinania się na szczyty. Powód jest bardzo prozaiczny. Po prostu więcej widać. Wzrok nie ślizga się głównie po skalnej ścianie, lecz szybuje gdzieś ponad wierzchołkami, spływa do dolin... Urok Tatr Wysokich wydaje się wieczny. Pasmo to zbudowane jest z litego granitu, odpornego na erozję. Niestraszne mu deszcze, wiatry, opady śniegu, palące słońce ani mrozy. W ludzkim pojęciu jest niemal niezniszczalny. Dlatego podziwiana przez nas panorama będzie pewnie identyczna za lat dziesięć, za lat tysiąc i za milion zapewne również. Dzięki swej budowie geologicznej, Wysokim Tatrom nie grozi zaokrąglenie kształtów spotykanych powszechnie w Tatrach Zachodnich. Wysokie są znacznie surowsze, bardziej niedostępne, nieporównywalnie piękniejsze. I takimi długo pozostaną.

Obrazek
Czarny Staw pod Rysami (bliżej) i Morskie Oko

Mimo tego, że nasze plecaki są już lżejsze (część prowiantu zniknęła w naszych brzuszkach), zejście zajmuje nam jakieś dwadzieścia minut więcej niż wędrówka na górę, czyli w sumie trwało ponad trzy i pół godziny. Około 22:00 dzwonimy do naszych gospodarzy, by nie martwili się naszą nieobecnością. Potrzebujemy jeszcze prawie trzech godzin na powrót, a nie chcielibyśmy być przyczyną postawienia na nogi toprowców. W okolicach Morskiego Oka dogania nas nasza znajoma blondyna. Widzieliśmy ją na szczycie w dobrej formie, teraz też nic jej nie dolega. Nie skręciła nogi, nie spadła, nie połamała się, nie zginęła. Żyje i ma się dobrze, a swoich kompanów pozostawiła gdzieś w tyle. Zamieniamy ze sobą kilka zdań. Nawiązując do fantastycznego obuwia, stwierdzamy, że jej wyczyn jest dla nas mistrzostwem świata, natomiast ona stwierdza beztrosko, że cierpi na lęk wysokości, po czym pędzi w stronę schroniska.
Spokojnie drepczemy jej śladem. Okrążamy jezioro od południowo - wschodniej strony i odwiedzamy schronisko przy Morskim Oku. Wewnątrz bar oczywiście już nieczynny, więc nici z gorącej herbaty z sokiem malinowym. Wyjmujemy z plecaków swój prowiant i pochłaniamy go, siedząc w jadalni. Po posiłku zakładamy czołówki, gdyż w Dolinie Rybiego Potoku zagościła już noc i wchodzimy na drogę Balzera. Do parkingu mamy kawał drogi, a Marta ma już strasznie opuchnięte stopy. ¦cięgna Achillesa bolą niemiłosiernie i trzeszczą okropnie, jednak nie słyszę żadnego biadolenia. Podziwiam ją za hart ducha i obmyślam jak jej wynagrodzę tę drogę przez mękę na ostatnim etapie pieszej podróży.
W pewnym momencie drogę przebiega nam wielka włochata kulka. Widziana z odległości trzydziestu metrów w świetle księżyca i czołówek, przypomina tylko jedno... Zbliżamy się do miejsca, w którym zwierzak przekroczył asfaltową drogę i dostrzegamy na podłożu mokre ślady łap. Teraz nie ma już wątpliwości. Mały miś ukazał nam się dziś! Gdzieś w pobliżu może znajdować się jego matka, a my niekoniecznie czujemy się przygotowani do spotkania oko w oko z pełnowymiarowym niedźwiedziem. Podekscytowani przyspieszamy kroku...
Everything imaginable is possible.

Awatar użytkownika
Qwint
Posty: 1253
Rejestracja: 2009-01-06, 14:00
Lokalizacja: Magiczny Kraków
Kontakt:

Post autor: Qwint » 2009-01-15, 21:57

fajnie opisana wycieczka, ze zdjęciami... czego by chcieć więcej ?? być tam !! :mrgreen:
góry to nie miejsce, góry to stan świadomości...
I tylko jedno może unicestwić marzenie- strach przed porażką

Awatar użytkownika
Marcin
Posty: 2252
Rejestracja: 2008-12-07, 21:43
Lokalizacja: Zgredolandia

Post autor: Marcin » 2009-01-16, 08:43

Fajna relacja! Widzę, że Bozia pogodą Was nagrodziła... ;-)

Awatar użytkownika
Pio
Posty: 707
Rejestracja: 2008-12-03, 08:41
Lokalizacja: Krakuf

Post autor: Pio » 2009-01-16, 08:47

Bardzo przyjemny i plastyczny opis :-)
Taka czerwcowa wycieczka to miła odmiana w styczniowym krajobrazie
wyczekiwanie

Awatar użytkownika
Marco
Posty: 2123
Rejestracja: 2008-11-18, 19:05
Lokalizacja: Opole

Post autor: Marco » 2009-01-16, 09:39

I ta pogoda... ja nie miałem takiego szczęścia i dwa razy na wierzchołku tylko połowa panoramy widoczna w strone Gierlachu... więc muszę się tam wczołgać kolejny raz

Awatar użytkownika
zielona
Posty: 683
Rejestracja: 2008-12-29, 22:42
Lokalizacja: Żywiec

Post autor: zielona » 2009-01-16, 11:10

Tylko pozazdrościć pogody :->
Kilka razy w Tatrach złapała nas jakaś burza :-/
If you don't live for something, You'll die for nothing.

Awatar użytkownika
Mordimer
Posty: 1521
Rejestracja: 2008-12-02, 11:38
Lokalizacja: G.ŚLĄSK
Kontakt:

Post autor: Mordimer » 2009-01-16, 12:05

Przyjemna lektura. Fajnie piszesz (nieco ubarwiasz ale w granicach przyzwoitości :mrgreen: )

Gratuluję udanego wejścia, ładnej pogody i szczęśliwego powrotu.

Mam nadzieje że wkrótce i mi uda się na Rysy wgramolić ;-)

Tylko jak już pisałem niejednokrotnie - wejście z MOKa a zejście na Słowację

Pozdro

Awatar użytkownika
Dc
Posty: 861
Rejestracja: 2008-12-21, 16:05
Lokalizacja: Sosnowiec/Jasienica

Post autor: Dc » 2009-01-16, 16:22

Mordimer pisze:Przyjemna lektura. Fajnie piszesz (nieco ubarwiasz ale w granicach przyzwoitości :mrgreen: )
Ubarwia to Cejrowski. :lol:
Dobrze sie czyta i jak pisałem na zdjęciach można oko zawiesić. ;-)
Kto żyje bez szaleństwa, mniej jest rozsądny niż mniema.

Awatar użytkownika
Basia
Posty: 37
Rejestracja: 2008-11-29, 15:20
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: Basia » 2009-01-16, 20:47

fajna relacja z trasy, jeszcze lepsze zdjęcia;) Nie byłam na Rysach, ale zamierzam tam wejść-póki co nastawiam się psychicznie.

Awatar użytkownika
Maska
Posty: 150
Rejestracja: 2008-12-29, 16:16
Lokalizacja: Leszno

Post autor: Maska » 2009-01-16, 20:57

Mordimer pisze:Przyjemna lektura. Fajnie piszesz (nieco ubarwiasz ale w granicach przyzwoitości :mrgreen: )
:mrgreen: Oświadczam wszystkim Przesympatycznym, Szanownym Forumowiczom, że słowa zawarte w temacie "2499 m n.p.m." wiernie odzwierciedlają zaistniały niedawno temu stan faktyczny :mrgreen: Mała włochata kulka, latające kamyszki oraz nasze subiektywne wrażenia podczas mozolnego wspinania się na szczyt, nie są wytworem bujnej wyobraźni autora, lecz najwyżej następstwem chwilowej niedyspozycji intelektualnej i problemów z odbieraniem bodźców wzrokowych, a ponadto efektem odczuwania nizinnego respektu dla wysokości i ekspozycji (pod szczytem przynajmniej raz dotkliwiej odczułem deficyt pewności siebie). Jako że odczucia całej (dwuosobowej) wyprawy były na trasie jak najbardziej zbieżne, przyjmujemy za pewnik, że nie ulegliśmy zbiorowej halucynacji wywołanej długotrwałym niedoborem tlenu. Z czystej sympatii dla Ewentualnych Sceptyków, jesteśmy gotowi poddać się komisyjnemu badaniu na wariografie, jednak bez przyczepiania kabli od akumulatora do wiadomych części ciała ;-)
Żeńską część Forum zapewniam, że użyte w tekście kilkakrotnie słowo "blondyna" nie zawiera pierwiastka seksistowskiego i jest tylko całkowicie beznamiętnym określeniem osoby, bez krytycznego wskazywania cech jej osobowości (czytaj: poziomu inteligencji).
No i cieszymy się bardzo, że Wam się podobało ;-)
Ostatnio zmieniony 2009-01-17, 02:02 przez Maska, łącznie zmieniany 2 razy.
Everything imaginable is possible.

Awatar użytkownika
Kamil
Posty: 131
Rejestracja: 2008-12-28, 20:32
Lokalizacja: Opole

Post autor: Kamil » 2009-01-16, 21:01

hahahahahah no tym tekstem to mnie rozwaliłeś :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:

Awatar użytkownika
Dc
Posty: 861
Rejestracja: 2008-12-21, 16:05
Lokalizacja: Sosnowiec/Jasienica

Post autor: Dc » 2009-01-16, 21:07

No Maska to już wiem czemu na ShoutBoxie nie piszesz, trochę czasu się takie zdania składa. :lol:
Ale miodzio, masz talent. ;-)
Kto żyje bez szaleństwa, mniej jest rozsądny niż mniema.

tatranka
Posty: 118
Rejestracja: 2008-12-26, 20:07
Lokalizacja: 3miasto

Post autor: tatranka » 2009-01-16, 21:12

Humorystyczna relacyjka :mrgreen: .
"Płynie się zawsze pod prąd, do źródeł.
Z prądem płyną tylko śmieci."
Z. Herbert

leleith

Post autor: leleith » 2009-01-16, 21:25

Mi się też podobało:) a ile planów w związku z tym szczytem:) Marta i Maska,pozdrowienia:) no i do pogody farta macie!!!

Awatar użytkownika
Mrówek z lasu
Posty: 145
Rejestracja: 2009-01-01, 19:09
Lokalizacja: Nowa-Huta

Post autor: Mrówek z lasu » 2009-01-16, 21:41

Maska piszesz że byłeś z dziewczyną :D dobre miejsce na wyznanie miłości, i poprostu byłobardzo romantycznie.
Natalia M.
"Gór mi mało i trzeba mi więcej"

ODPOWIEDZ