(PRAWIE) ZAMARZNIęTA WÓDKA

Moderatorzy: Madziul, Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
Maska
Posty: 150
Rejestracja: 2008-12-29, 16:16
Lokalizacja: Leszno

(PRAWIE) ZAMARZNIęTA WÓDKA

Post autor: Maska » 2009-01-01, 01:59

Nie jest to typowa opowieść o górskiej podróży, bo trekingu i wspinaczki było tym razem niewiele. Jest to raczej opowieść o tym, że organizując zimowy wypad w góry, nie można robić tego w pełni spontanicznie, lecz należy zaplanować eskapadę w najdrobniejszym szczególe, nie lekceważąc żadnej istotnej kwestii. Dzięki temu ma się choćby iluzoryczne przeświadczenie o panowaniu nad sytuacją i unika się niepotrzebnego stresu.
Spontaniczne wyjazdy mają to do siebie, że zwykle całe przygotowanie ogranicza się do zapakowania plecaka, skompletowania odpowiedniej ekipy i obrania celu podróży. Tak było i tym razem. Zima w Wielkopolsce zadomowiła się już na dobre, a my chcemy w góry i to natychmiast. Uznaliśmy, że z powodu niewielkiej ilości czasu, najlepiej będzie wybrać się w Sudety. Do pokonania mamy z Leszna zaledwie dwieście kilometrów w jedną stroną, a więc jakieś trzy godziny jazdy. Tylko dokąd konkretnie? Może w Rudawy Janowickie? Dlaczego nie!? Mamy do dyspozycji tylko dwa dni, więc o 3:00 nad ranem jesteśmy już na trasie.
Jest mroźny grudniowy poranek. Pożyczonym od kumpla fordem transitem docieramy do Janowic Wielkich pod Jelenią Górą. Mamy w planie zimowe szaleństwa na Piecu. Piec to jedna z setek interesujących skałek w Rudawach. Ma dwadzieścia kilka metrów wysokości i wdzięcznie nadaje się do zjazdów. Wspinaczka na nią, ze względu na kilkumetrowy efektowny sufit, jest dużym wyzwaniem nawet dla wytrawnych wspinaczy, więc zdecydowanie nie kwalifikujemy się do łażenia po niej z dołu do góry. Ale z góry na dół to co innego. Wiem to dzisiaj, choć tamtego grudniowego poranka 2005 roku, zawitałem w to miejsce po raz pierwszy.
Z Janowic jedziemy drogą na południe. Gdzieś po lewej stronie znajduje się Zamek Bolczów, twierdza zbudowana w XIV wieku na zboczu Suchej Góry (595 m n.p.m.). Dzisiaj niestety nie mamy czasu na zwiedzanie ruin.
Droga jest ośnieżona, ale na szczęście wystarczająco szeroka. Docieramy do rozwidlenia, przy którym stoi terenowy uaz i kilku pracujących ludzi, wyglądających na drwali. Omijamy ich zręcznie i skręcamy w wąską dróżkę, spadającą stromo w dół... Widzę tylko jak jeden z drwali chwyta się za głowę na widok naszego manewru. Doskonale rozumiem jego reakcję. Jednak Tomek zapewnia nas, że bez problemu dojedziemy na miejsce i wydostaniemy się stamtąd. Wydostaniemy? Niby jak!? Przecież nie wjedziemy tędy pod górę autem z napędem na jedną, w dodatku tylną, oś! Wygląda na to, że nasi drwale zarobią dzisiaj flaszkę. Albo nawet całą ich skrzynkę, podczas wyciągania naszego busa na nieco bardziej ucywilizowaną drogę...
Nagle rodzi się w mojej głowie kolejna niepokojąca myśl.
- Hej, czy Elvis wymienił w busie opony na zimowe? - pytam. Jednak satysfakcjonującej odpowiedzi nie uzyskuję. Siedzący za kierownicą Piotr uspokaja mnie jednak, stwierdzając, że z oponami wszystko jest w porządku.
Wszyscy ze zgrozą wpatrujemy się w zaśnieżony trakt. Po obu stronach zieją przepaście. Na szczęście zbocza porośnięte się gęsto drzewami, więc jeśli wypadniemy z drogi i zaczniemy koziołkować, drzewa powinny wkrótce powstrzymać nasz upadek. Przy niewielkiej szybkości, jaką rozwijamy, szanse na przeżycie choćby części z nas powinny być dość wysokie. Jak się okazało później, trakt jest dość szeroki, jednak w tamtym momencie wydawał mi się tak wąski, że z trudem zmieściłyby się na nim dwa jadące obok siebie rowery.
Nareszcie docieramy do celu. Wychodzimy z fury na miękkich nogach i rozpoczynamy krótką wędrówkę pod górę, ku Piecowi. Mijamy niesamowity Skalny Most i stajemy przy południowym krańcu Pieca. Z tej strony, po niezbyt stromej pochyłości dość łatwo wchodzimy na szczyt skały, instalujemy dwa stanowiska i rozpoczynamy zjazdy. ¦ciana Pieca jest oblodzona i strasznie śliska. Mimo tego nie tracę równowagi i, zachowując komplet uzębienia, docieram do okapu. Tutaj potrzeba nieco ekwilibrystyki. Aby uniknąć uderzenia twarzą w lity granit, zawisam poziomo na linie, po czym jeszcze odchylam się, sprawiając, że moja głowa nagle znajduje się poniżej stóp. Opuszczam się delikatnie i zawisam swobodnie w powietrzu. Do ziemi mam jeszcze sporo, ale wcale mi się nie spieszy.
Z oddali obserwuje nasze poczynania grupa młodzieży, wyglądająca na wycieczkę licealistów. Ktoś krytycznie wypowiada się na temat prędkości, jaką osiągamy podczas zjazdu. Paweł zaprasza śmiałków na górę, jednak nikt nie korzysta z zaproszenia.
Przez cały czas zastanawiamy się, gdzie spędzimy noc. Tomek zapewniał, że pod piecem znajduje się jaskinia, która może w sytuacji awaryjnej zastąpić hotelowy pokój, jednak na miejscu okazuje się, że jest to niewielka wnęka, która z trudem pomieściłaby dwie stojące osoby. Alternatywą ma być nocleg u Kazia, który jakiś czas temu wyemigrował z Leszna i przeprowadził się w te strony. Istotnym problemem jest to, że nasz wybawca nie wie nawet o naszym przyjeździe, więc nie ma pojęcia, że stanowi dla kogoś ostatnią deskę ratunku...
Wracając z Pieca, dostrzegamy postać klarującą linę na szczycie Skalnego Mostu. Przyglądam się chwilę, rozpoznając sylwetkę i brodatą twarz. Niebotycznie zdziwiony zaczynam wierzyć w istnienie sprzyjających zbiegów okoliczności.
- Przecież to Kaziu – mówię. A właściwie Robert Kaźmierski, który niedawno założył tutaj centrum wspinaczkowe. Wykrzykujemy słowa powitania, Robert rewanżuje nam się tym samym. Woła, że za chwilę do nas zejdzie. Wygląda na to, że problem noclegu właśnie się rozwiązał.
Na szczęście Tomek miał rację i udało nam się dotrzeć do cywilizacji nieco inną drogą. Nici z flaszki dla drwali.
Z całej naszej ekipy Roberta dobrze znał wcześniej tylko Tomek, a mnie przyszło zamienić z nim zaledwie kilka słów w przeszłości, więc wieczorem nadrabiamy zaległości przy suto zastawionym stole. Nasz gospodarz częstuje herbatą, która umarłego postawiłaby na nogi. Mocna, ale dobra. Nie chcąc nadużywać cierpliwości naszego dobroczyńcy, po kilku godzinach snucia opowieści postanawiamy iść spać. Ze względu na skromne warunki mieszkaniowe Roberta, który ogarnia wszystko własnymi siłami, opuszczamy jego przytulną chatkę i udajemy się na spoczynek do niedokończonego jeszcze budynku, w którym kiedyś powstanie kilka ścian wspinaczkowych. Kładziemy się w pomieszczeniu na piętrze, gdzie dach nie jest jeszcze ukończony. W miejscu, w którym umieściłem swoje legowisko, połączenie dachu z podłogą stanowi na razie folia. Hmmm... Damy radę... Trochę tu chłodno, ale mamy nadzieję, że rano wszystkich uda się dobudzić. Ci, którzy zobowiązali się do tego, że nie będą chrapać, zostają nagrani podczas nieświadomego wydawania przez sen nieartykułowanych dźwięków.
Nad ranem stwierdzam z ulgą, że nie zamarzłem. Odczuwam dotkliwą suchość w ustach i zamierzam szybko się z nią uporać. Sięgam po napój i... stwierdzam, że pływają w nim bryły lodu. Ktoś woła, że niedopita wczoraj wódka nieoczekiwanie zgęstniała.
Mimo forsowanego przez część towarzystwa stanowiska, że „zimą w górach się nie myje”, postanawiam poszukać toalety. Jednak poza wychodkiem nic już nie znajduję, a Robertowi nie zamierzam o tej porze zawracać głowy, mając nadzieję, że jeszcze smacznie śpi. Nie planuję też topić śniegu, więc po umyciu zębów chwytam garść białego puchu i wycieram nim sfatygowane dłonie.
Aaaaaauuuuaaaa! :shock: Jakie to zimne! Natychmiast rezygnuję z dalszej toalety i pędzę do naszego pokoiku, jakby mnie diabeł gonił. Zdyszany wbiegam po schodach i wciskam dłonie w ciepły jeszcze śpiwór. Po chwili ból przechodzi, a ja oddycham już z wyraźną ulgą.
Od tamtej chwili jestem świadomy kilku zasadniczych rzeczy. Po pierwsze: należy zbadać jak wygląda droga do celu i zmienić ją, jeśli podpowiada to rozsądek. Po drugie: należy upewnić się, że jest gdzie spać, jeśli nie dysponuje się ekwipunkiem polarnym lub choćby jego namiastką w postaci zimowego śpiwora. Po trzecie: jeśli zamierzasz się mimo wszystko umyć zimą w górach, co jest jak najbardziej wskazane, zagotuj najpierw wodę. Jak? No na maszynce przecież!
Ostatnio zmieniony 2009-02-17, 15:38 przez Maska, łącznie zmieniany 1 raz.
Everything imaginable is possible.

Awatar użytkownika
Pio
Posty: 707
Rejestracja: 2008-12-03, 08:41
Lokalizacja: Krakuf

Post autor: Pio » 2009-01-01, 06:40

¦wietny opis, fajna wycieczka i jak widać fajne towarzystwo :mrgreen:
wyczekiwanie

leleith

Post autor: leleith » 2009-01-01, 15:13

Hmmm...ciekawe..ja to z planowaniem szczególnie drogi dojazdowej coś mam,jakoś w zimie boję sie dalej zapuszczac moim autkiem,bo nie mam łańcuchów tylko zimówki,ale jakoś wolę nie...także jestem za dostosowaniem trasy do pogody,warunków na drodze i umiejętności jazdy w takich warunkach!!

Awatar użytkownika
Maska
Posty: 150
Rejestracja: 2008-12-29, 16:16
Lokalizacja: Leszno

Post autor: Maska » 2009-01-01, 23:15

W zasadzie podczas poruszania się po drogach uczęszczanych, nie powinno być problemu z podjazdem. Nawet w okolicach Tatr większość dróg jest już przejezdna zimą i nie ma konieczności używania łańcuchów. Zwykle przyzwoite zimówki (niekoniecznie nowe, ale z widocznym bieżnikiem) są wystarczające. Problemy zaczynają się podczas eksploracji mniej ucywilizowanych dróg. Wtedy nawet łagodny podjazd może zjeżyć włosy na głowie, bo nagle okazuje się, że nawierzchnia jest całkowicie oblodzona...
Everything imaginable is possible.

Awatar użytkownika
ck
Posty: 345
Rejestracja: 2008-11-24, 18:54
Lokalizacja: Europa

Post autor: ck » 2009-01-02, 11:30

Super opis. Nie wazne, że z gór mało było, ale sens utrzymałeś i to jest fakt: trzba być przygotowanym.

Jeśli czytałes moją historyjkę o malej fatrze to wiesz czemu tak mówie.
ck

Awatar użytkownika
Maska
Posty: 150
Rejestracja: 2008-12-29, 16:16
Lokalizacja: Leszno

Post autor: Maska » 2009-01-02, 15:48

ck pisze:Super opis. Nie wazne, że z gór mało było, ale sens utrzymałeś i to jest fakt: trzba być przygotowanym.

Jeśli czytałes moją historyjkę o malej fatrze to wiesz czemu tak mówie.

Jestem tu dopiero od przedwczoraj, ale staram się nadrabiać zaległości w ekspresowym tempie. Mój punkt widzenia, dotyczący waszej hardcorowej jazdy, znajdziesz na pod swoją opowieścią :-D
Everything imaginable is possible.

ODPOWIEDZ