Małe sudeckie szaleństwo

Moderatorzy: Madziul, Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
Maska
Posty: 150
Rejestracja: 2008-12-29, 16:16
Lokalizacja: Leszno

Małe sudeckie szaleństwo

Post autor: Maska » 2009-02-11, 13:57

Małe sudeckie szaleństwo

W góry jeździ się z kilku kluczowych powodów. Jedni jadą tam, by odpocząć, drudzy po to, by czegoś dokonać. Są też tacy, którym nudzi się praca nad kondycją na nizinach i czasem mają ochotę na kondycyjne szaleństwo w górach. Abstrahując od skuteczności takiego treningu, jeśli trwa tylko dwa dni, nie można zaprzeczyć, że jest to całkiem sympatyczne urozmaicenie.

Wściekłe wycie budzika w samym środku nocy nigdy nie nastawia mnie optymistycznie do jakiejkolwiek formy aktywności. Wmawiam sobie, że mimo wszystko warto było się odrobinę przespać. Człapię do łazienki, zapalam światło i z przerażeniem stwierdzam, że wpatruje się we mnie potwór z bagien. Instynktownie przygotowuję się do odparcia ataku, lecz w końcu uświadamiam sobie, że patrzę w lustro... Nocna transformacja z pewnością uroku mi nie dodała. Machinalnie sięgam po szczoteczkę, po czym finezyjną sztukę mycia zębów o godzinie drugiej w nocy sprowadzam do całkowicie mechanicznej czynności, pozbawionej udziału świadomości. Czas ruszyć w drogę.

Kilka godzin później parkujemy nasze auta w górnej części Karpacza. Z trudem wyjmuję swój plecak z bagażnika i z jeszcze większym trudem zarzucam go na plecy. Czuję się, jakbym dźwigał cały swój dobytek. Zresztą moje odczucia nie mijają się znacząco z prawdą. Jest w nim wszystko, czego będę potrzebował do przetrwania dwóch dni w górach i parę innych „niezbędnych” rzeczy. Jeszcze na parkingu rozdzielamy pomiędzy siebie sprzęt wspinaczkowy, który będzie nam potrzebny nazajutrz.
Pozostawiamy nasze samochody na bezpiecznej przystani i zapuszczamy się w las. Od początku narzucamy sobie szybkie tempo, choć „mordercze” byłoby bardziej adekwatnym określeniem, w końcu jest to trening kondycyjny :mrgreen: Przypominamy stado siedmiu zdziczałych, objuczonych osiołków, pędzących po stromiźnie ku niebu.
Ktoś żartuje, że wyglądamy tak, jakby naszym głównym sponsorem była znana firma produkująca sprzęt AGD – każdy taszczy na plecach przedmiot o rozmiarach małej lodówki, nie ustępujący jej wiele ciężarem. Turyści schodzą nam z drogi, a część towarzystwa na szlaku wpatruje się w nas w osłupieniu.
Jest chłodno, jednak z nas już leje się pot. Co jakiś czas spoglądam w twarze moich towarzyszy, upewniając się, że wszystko z nimi w porządku. Zdarza mi się odwoływać do rozsądku, gdy czuję, że przemy naprzód zbyt szybko. Przed nami jeszcze wiele godzin marszu, więc należy oszczędzać siły.
Posuwamy się niebieskim szlakiem, który swój początek bierze w pobliżu legendarnej świątyni Wang. Po kilkudziesięciu minutach pozostawiamy za sobą las i podziwiamy ściany Kotła Małego Stawu. U stóp skalnej ściany znajduje się malowniczo położony stawek. Namiastkę tatrzańskich widoków można tu podziwiać od świtu do zmierzchu, bo zakochanym w górach dach nad głową zapewniają dwa znajdujące się w pobliżu schroniska: Samotnia i Strzecha Akademicka.
Mimo wczesnej pory (jeszcze nie minęła 8:00), na szlaku są już turyści. Próba podważenia teorii, według której jest to jeden z najpopularniejszych i najbardziej obleganych karkonoskich szlaków, jest całkowicie bezzasadna. Prawdziwego tłoku jeszcze tu nie ma, ale niebawem się to zmieni :-?
Wytrwale podążamy ku Równi pod ¦nieżką (1444 m n.p.m.) i docieramy do schroniska Dom ¦ląski. Nadszedł czas na krótki posiłek, więc zrzucamy z siebie plecaki i wydostajemy z nich co smaczniejsze przekąski. Inni turyści zachowują się szablonowo: na nasz widok robią wielkie oczy albo wymownie unoszą brwi. Jeśli ktoś puka się w czoło, robi to dyskretnie, bo czynność ta nie rzuca się nam w oczy.
Temperatura ciągle spada, a szczyt ¦nieżki spowijają chmury. Na kapitalne widoki na szczycie nie ma co liczyć. Zwijamy manele i zabieramy się do ukończenia podejścia. Oczywiście wybieramy najkrótszą drogę na szczyt, co przy posiadanym obciążeniu i wcześniejszym wyczerpującym marszu, nie okazuje się najlepszym rozwiązaniem. Na podejściu sapiemy jak stare miechy kowalskie. Ze względu na niską podstawę chmur, niemożliwe jest określenie ani jaką odległość przeszliśmy, ani ile nam pozostało. Czuję się, jakbym niósł słonia, ale zmuszam się do jeszcze większego wysiłku. Kiedyś przecież to się skończy... Dotychczasowe tempo jest tutaj nie do utrzymania. Z niedowierzaniem obserwuję Pawła, kroczącego w wyraźnym wysiłkiem. Najsilniejszy i najwytrzymalszy z nas wszystkich snuje się na samym końcu. Co on taszczy w tym plecaku? Ołowiane sztaby? Jak się później okazało, mocno się nie pomyliłem. Sprzętowym minimalistą to Paweł nigdy nie był.
Znamienne jest to, że wielu pasjonatów gór zamieszkujących na nizinach, marzy o tym, by znaleźć się na podejściu, a gdy już tam są, myślą tylko o tym, by stanąć na szczycie albo się na nim położyć. W mojej głowie kiełkuje niepokojąca myśl, by cofnąć się i wjechać na górę wyciągiem. Jakim wyciągiem? Przecież jego górną stację zostawiłem daleko za sobą. Najwyraźniej zaczynam tracić kontakt z rzeczywistością...
Wreszcie kilkadziesiąt metrów przed sobą widzę zabudowania polskiego schroniska i po paru minutach wszyscy stajemy na wysokości 1602 m n.p.m. Część z nas zamawia w bufecie herbatę z prądem, jednak ma spore problemy z jej wypiciem.
- Za mocna – stwierdzają zgodnie rozczarowani amatorzy herbaty. Jednak moje abstynenckie podniebienie uznaje, że herbatka jest niczego sobie. Dochodzę do wniosku, że odczucie to jest jeszcze bardziej niepokojące niż myśl o jeździe wyciągiem, ale uzasadniam to zmęczeniem.
Czasem dysponujemy bardzo oszczędnie, bo długa droga przed nami. Nazajutrz, przed południem, jesteśmy umówieni z ekipą z Gostynia pod Sokolikiem w Rudawach Janowickich. Ze szczytu kierujemy się na wschód i wkrótce docieramy na Czarną Kopę (1411 m n.p.m.). Widoczność jest praktycznie zerowa. Chmury spowijają wszystko i zraszają drobniutkimi kropelkami wody. Wkrótce przekraczamy też Sowią Przełęcz (1164 m n.p.m.) i rozpoczynamy kolejne tego dnia podejście albo, jak kto woli, podbieg. Kilkanaście minut później stajemy wyczerpani na szczycie Skalnego Stołu (1281 m n.p.m.). Podczas ładnej pogody mielibyśmy stąd wspaniały widok na ¦nieżkę, Smogornię, Wielki Szyszak i Kotlinę Jeleniogórską. Dziś, niestety, musimy obejść się smakiem.
Ze Skalnego Stołu schodzimy żółtym szlakiem, kierując się na północny wschód. W porównaniu ze szlakiem wiodącym z Karpacza na najwyższy sudecki szczyt, jest to istna dzicz. Niezbyt wydeptana ścieżyna potwierdza, że odwiedza ją naprawdę skromna liczba turystów. Szlak jest jednak dość wymagający. Spora stromizna jak na Karkonosze, w połączeniu ze zdradliwie śliskimi kamieniami, zmusza nas do maksymalnej koncentracji. Tuptamy ostrożnie, lecz mimo tego co jakiś czas ktoś traci równowagę i ląduje na czterech literach.
Żółtym szlakiem docieramy do Kowar. Tuż przed miasteczkiem dokonujemy oględzin naszych stóp. Potrzebujący uzupełniają ubytek zasypki w skarpetach, a Skowron z zaskoczeniem stwierdza, że na stopie wyrósł mu bąbel.
Kowary chwilowo uszczęśliwiają nas widokiem cywilizacji. To dobry moment na uzupełnienie uszczuplonych zapasów po przyzwoitych cenach. Zdajemy sobie sprawę z tego, że dokonywanie zakupów prowiantu w górskich schroniskach, należy (ze względu na ceny) traktować wyłącznie w kategoriach ostatecznej potrzeby, jako integralny element walki o życie. W przeciwnym razie kwota wydana w trudniej zaopatrywalnych schroniskach (z dala od cywilizacji), może znacząco uszczuplić zasoby posiadanego kapitału.
Po zakupach kierujemy się z Kowar na Bukowiec. Możemy już śmiało stwierdzić, że jesteśmy w Rudawach Janowickich. Tuż przed Bukowcem uznajemy, że nadszedł czas na znalezienie jakiegoś lokum. Zmierzch zapada znacznie wcześniej niż byśmy sobie tego życzyli, a część z nas ma już ochotę odpocząć. Jednak poszukiwania u lokalnych gospodarzy nie kończą się sukcesem. Na szczęście udaje nam się zlokalizować polanę, noszącą ślady rozbitego tu niedawno obozowiska. Pozostał nawet krąg po ognisku, organizujemy więc opał, rozpalamy ogień i budujemy z folii ekran przeciwwiatrowy. Namioty wszyscy uznali za zbędne, dlatego dach nad głową zastępują nam gwiazdy.
Noc spędzam niezbyt przyjemnie. Opatulony w śpiwór nie narzekam na temperaturę, jednak znajdujący się tuż obok ekran przeciwwiatrowy, skutecznie kumuluje nade mną znaczną ilość dymu z ogniska. I tak do samego rana, co zawdzięczam niewątpliwie ofiarności Pawła, który przez całą noc dbał o to, by ognień nie zgasł.
Pierwsze promienie słońca budzą nas dość wcześnie, a chłód poranka zmusza do działania. Ktoś pijacko zachrypniętym głosem błaga o łyk browara. Po śniadaniu dbamy o to, by po naszej obecności w tym miejscu nie pozostał żaden ślad, w myśl zasady: co przyniosłeś w góry, to zabierz ze sobą.
Zlikwidowawszy biwak, udaje nam się przejść zaledwie pięć kilometrów w kierunku Karpnik (lekceważąc szlaki i brnąc "na szagę"), kiedy odzywają się przyjaciele z Gostynia. Czekają na nas pod Sokolikiem, a my nieprędko dotrzemy na miejsce. Uzgadniamy, że większość z nich zostanie na parkingu, a jeden podjedzie po nas busem. Wyznaczamy miejsce spotkania z kierowcą, który wykazuje nadzwyczajne zdolności nawigacyjne i bezbłędnie trafia do punku zbornego. Niebawem obie grupy witają się na parkingu niedaleko schroniska Szwajcarka. Schronisko to położone jest u stóp bliźniaczego wzniesienia Sokolika – Krzyżnej Góry (654 m n.p.m.). Bliźniaki te, dzięki ich charakterystycznemu ukształtowaniu, są bezbłędnie rozpoznawalne z każdego miejsca ziemi jeleniogórskiej. Ich regularne kształty przywodzą na myśl... Zresztą sami się przekonajcie co.
Po krótkim, lecz szybkim marszu, stajemy na szczycie Sokolika. Według niektórych źródeł sięga on 623 m n.p.m., są jednak i takie, które wskazują na wysokość 642 m n.p.m., co zresztą wydaje mi się bardziej prawdopodobne. Podobno trenowały tutaj legendy polskiego himalaizmu, jak Jerzy Kukuczka i Wanda Rutkiewicz. Nasze aspiracje nie sięgają tak wysoko – jesteśmy to głównie dla rozrywki.
Wydostajemy z plecaków sprzęt wspinaczkowy i, pod czujnym okiem instruktora Tomka, forsujemy ścianę Sukiennic, po czym przechodzimy na Duży Sokolik, gdzie przygotowujemy się już wyłącznie do zjazdów. Aby wejść na tę skałę, trzeba się wspiąć po wkomponowanych w nią metalowych schodach. Nie przepadam za tworzonymi przez człowieka konstrukcjami, ingerującymi tak silnie w naturę. Na schodach czuję się nieswojo i nie mogę pozbyć się wrażenia, że wszystko to za chwilę runie razem z nami.
Znajdująca się na wierzchołku skały platforma cudowną panoramą rekompensuje mi wcześniejszą chwilę stresu. Stąd roztacza się efektowny widok na Karkonosze, najwyższy w Rudawach Skalnik i Góry Kaczawskie. Dzisiaj pogodzie nic zarzucić nie można, więc nasycamy się urzekającym pięknem pagórów.
Jednak nic, co dobre, nie trwa wiecznie. Późnym popołudniem zwijamy sprzęt i schodzimy w kierunku parkingu. Tam część ekipy przygotowuje ciepły posiłek, oczywiście na ognisku, a kierowcy wracają busem do Karpacza, po nasze samochody.
Gdy znów jesteśmy w komplecie, zajadamy się pieczonymi nad ogniem kiełbaskami, trochę narzekamy na panujący w firmie bałagan organizacyjny i z nostalgią wspominamy ostatnie dwa dni. Wreszcie, ociągając się, wsiadamy do aut i wracamy do jakże typowej codzienności. Pocieszam się myślą, że codzienność ta jest potrzebna, by intensywniej żyć w górach. Gdyby nie ona, trudno byłoby czerpać tak wielką przyjemność z górskiego powietrza... :lol:
Everything imaginable is possible.

Awatar użytkownika
Mordimer
Posty: 1521
Rejestracja: 2008-12-02, 11:38
Lokalizacja: G.ŚLĄSK
Kontakt:

Post autor: Mordimer » 2009-02-11, 15:26

Super Obrazek

tylko zdjęcia załatw i artykuł do NPM jak nic ;-)


Bardzo dobrze mi się czytało
Maska pisze: Pocieszam się myślą, że codzienność ta jest potrzebna, by intensywniej żyć w górach. Gdyby nie ona, trudno byłoby czerpać tak wielką przyjemność z górskiego powietrza... :lol:


mądrze powiedziane

Awatar użytkownika
Pio
Posty: 707
Rejestracja: 2008-12-03, 08:41
Lokalizacja: Krakuf

Post autor: Pio » 2009-02-11, 15:43

Opis miodzio :-D
Kiedy to było, bo trudno w czasie zlokalizować Waszą wyrypę :?:
wyczekiwanie

Awatar użytkownika
Maska
Posty: 150
Rejestracja: 2008-12-29, 16:16
Lokalizacja: Leszno

Post autor: Maska » 2009-02-11, 22:19

Pio pisze:Kiedy to było, bo trudno w czasie zlokalizować Waszą wyrypę :?:
Chciałem, aby było trochę tajemniczo :mrgreen:
Ale to był wrzesień.
Everything imaginable is possible.

leleith

Post autor: leleith » 2009-02-13, 22:19

Maska,dla mnie bomba :-) po raz kolejny przyznam,że świetnie piszesz:) chce się czytac..a po takiej lekturze jechac w opisane miejsce!!! Mordi rację ma-do gazetki jak znalazł :-D
A propos darcia w mega tempie przed siebie,to tez z Gregiem tak czasem mamy..dajemy czadu..tak,żeby wzmocnic tempo i formę ;-) jeszcze raz brawo za relację!!!!

Awatar użytkownika
tomekd
Posty: 64
Rejestracja: 2008-11-17, 21:50
Lokalizacja: npm.za.pl
Kontakt:

Post autor: tomekd » 2009-03-26, 11:33

Super opis, wiosną wybieram się w Rudawy :-)

Awatar użytkownika
tomekd
Posty: 64
Rejestracja: 2008-11-17, 21:50
Lokalizacja: npm.za.pl
Kontakt:

Post autor: tomekd » 2009-06-15, 12:37

Odwiedziłem Rudawy tak jak zapowiadałem i miejsca zrobiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Co prawda lało w pewnych momentach niesamowicie i wiatr głowy urywał, ale na tym polega urok gór! Klasyczne miejsca - polecam wszystkim!

Opis wyprawy i kilka zdjęć na stronie:

http://tomekdrewa.w.interia.pl/sokole.html
Ostatnio zmieniony 2009-06-21, 20:18 przez tomekd, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Jarek
Posty: 1490
Rejestracja: 2008-11-18, 12:37
Lokalizacja: Jastrzębie-Zdrój

Post autor: Jarek » 2009-06-15, 19:04

tomekd pisze:Odwiedziłem Rudawy taj jak zapowiadałem i miejsca zrobiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Co prawda lało w pewnych momentach niesamowicie i wiatr głowy urywał, ale na tym polega urok gór! Klasyczne miejsca - polecam wszystkim!
Zapodaj fotki :-D gratulacje z miłej wyrypy
"Góry dają człowiekowi, poprzez zdobywanie wzniesień nieograniczony kontakt z przyrodą – poczucie wewnętrznego wyzwolenia, oczyszczenia, niezależności"...

Awatar użytkownika
marekk500
Posty: 118
Rejestracja: 2008-11-20, 08:56
Lokalizacja: Andrychów/Nowa Wieś
Kontakt:

Post autor: marekk500 » 2009-06-16, 11:36

No, no.... ¦wietna relacja. Pozazdrościć :!: Mnie sprawy służbowe trzymają na miejscu... :cry:

PS. Ale za to w ten weekend wybieram się na IX NK :-D .
pozdrawiam, marekk500
-------------------------------
http://www.picasaweb.google.pl/marekk500
http://www.picasaweb.google.pl/marekk500cd

ODPOWIEDZ