Jedna kropka...500km...druga kropka czyli przeszłam GSB

Moderatorzy: Madziul, Asia M., Marcin K-G, sebastian.f

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5504
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Jedna kropka...500km...druga kropka czyli przeszłam GSB

Post autor: Lidka K. » 2018-09-17, 09:14

Obrazek


Obrazek


Obrazek


Jak wygląda szlak GSB, to już w wielu relacjach napisano. Ja w swoich kilku postach (bo na jeden raz się nie da) wrzucę swoje wspominki z tej wyprawy. Bardzo subiektywne :)
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5504
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2018-09-17, 09:51

Dzień 0- czwartek 23 sierpnia

Mój ostatni dzień w pracy. W samo południe powiedziałam "bye bye" i wybyłam trochę ze skrzydłami u ramion, trochę ze ściśniętym gardłem. Krutul odwiózł mnie na dworzec, w Łodzi przejął mnie Łazik i odwiózł pod same drzwi SSM W Bielsku Białej.

Dzień 1- piątek 24 sierpnia

Ustroń Zdr- Schronisko na Soszowie (16km)


O 7,30 wylądowałam w Ustroniu Centrum. Cicho, pusto... Na szczęście przy przystanku była strzałka "Do GSB". No to poszłam. Tym sposobem znalazłam się przy czerwonej kropce, gdzie nastała dłuższa sesja zdjęciowa :-)

Obrazek

O 8 ruszyłam nie przybiwszy żadnej początkowej pieczątki. Po godzinie, jak już stwierdziłam, że chyba pora by coś wypić, bo siódme poty ze mnie wyszły, pojawił się Kamień Ewangelików wraz ze źródełkiem

Obrazek Obrazek

Pyszna, chłodna woda- wypiłam od razu pół flaszki, nalałam pełen bukłak, zrobiłam totalny przepak plecaka (żeby ten bukłak jakoś logicznie upchnąć), po czym, gdy zarzuciłam cały majdan na plecy, okazało się, że mnóstwo rzeczy zostało :shock: Więc kolejny raz manipulacje okołoplecakowe, przy których już asystowało mi dwóch młodych biegaczy (wolę nie wiedzieć, czy obserwowali mnie z zażenowaniem czy podziwem ;-) ). Zatem czem prędzej wymarsz znów pod górę kamienistą autostradą, i po chwili Gościniec Równica. Tu już otwarte, więc pieczątka będzie. No i guzik! Usłyszałam, że schroniska już nie ma, że żadnych pieczątek, bo PTTK ich likwiduje/sprzedaje/zamyka i takie tam...Wylewanie żali trwało przez czas składania piwnych parasoli, bo zerwał się solidny wiatr, i było ryzyko, że polecą. Tak więc dowiedziałam się, że Równica działa teraz tylko jako knajpa, i to do końca września, a potem rozbiórka lub cośtam, i powstanie apartamentowiec. No to bez pieczątki poszłam sobie dalej. Dobrze chociaż, że pojawiły się jeżyny, nie dałam im się zmarnować :-) W Jaszowcu dorwałam w końcu uczynną osobę, która mi przystemplowała pierwszą pieczęć w książeczce (musiała do tego otworzyć sejf). No to oficjalnie idę ten GSB :-)
Pod wyciągiem na Czantorię pogubiłam się. A co- miałam takiego stracha przed tym podejściem, bo i Krutul mnie ostrzegał, i bieszczadzko-włocławski kolega rówieśnik (jego słowa: szedłem w 2016 r i przy wejściu na Czantorię doszedłem do wniosku, że jestem za stary na góry), ale i menel nie uznał tego za lajcik. To co ja, biedna żuczka, mam sobie myśleć? No to szłam, jak ta sierotka, pod górę, sapiąc i przystając co chwila, a jak zaczęły do mnie docierać dźwięki tłumu plażującego na Stokłosicy, to zasiadłam na zwalonym pniu, posiliłam się solidnie prawie w samotności

Obrazek

i jako-takiej ciszy, a potem już końcówkę wbiegłam ;-). W tym weekendowym tłumie ludzi chyba się trochę wyróżniałam, bo schodząca z Czantorii dziewczyna z plecakiem zagadała: pierwszy dzień głównego? Jak się zorientowałam, że mówi do mnie, to zrzuciłam plecak i sobie ucięłyśmy miłą pogawędkę. Ona kończyła: szła od Biesów i strasznie narzekała na Beskid Niski. Ale pomimo kontuzji nogi (płakałam i szłam), burzy w lesie (już wiem, czego najbardziej się w życiu boję), dotarła w 18 dni do ustronia. Życzyłyśmy sobie wzajemnie dobrych dni, ale do głowy mi nie przyszło, żeby choć z imienia się przedstawić! Za to zareklamowałam forum, więc jeśli tu trafiłaś, miła dziewczyno z Wrocławia, to cześć :lol:
Z Czantorii to już bajka: pusto na szlaku i "po poziomicy". O 17-tej zameldowałam się w schronisku Soszów. Susza tu, jak i u nas na Kujawach, więc deficyt wody, ale prysznic został nam udostępniony. Piwko, buchty z jagodami, herbatka... ¦pię.

Dzień 2 - sobota 25 sierpnia

Schronisko na Soszowie - Schronisko na Przysłopie pod Baranią Górą (20,5 km)


Rano wyszło szydło z worka: jaka ze mnie guzdrała. Wyglądam ci ja o 5,20 przez okno: a tu mleko! Regularne satańsko-beskidzkośląskie mleko :mrgreen: No to co: kawka :-) W tzw.międzyczasie uruchomiłam telefon i przyszło milion sms-ów, bo okazało się, że wieczorem na Soszowie zasięgu brak, ale bladym świtem, i to jeszcze jeśli stoi się przy oknie, to jest. No to pogaduchy z mężem, siorbanie kawy, robienie kanapek na drogę, 3 wersje ubrania się, 50 wersji spakowania plecaka, i 8-ej wyruszyłam w kierunku : wschód. Raz padało, raz lało, raz po prostu szłam w chmurze

Obrazek

Obrazek

Przed 10-tą ukazało się mym zalanym wodą oczętom schronisko na Stożku. No to sobie wszedłam, rozwiesiłam po jadalni pałatkę, czapkę, kurtkę, wypiłam gorącą herbatę, odpoczęłam, i wyruszyłam dalej. Pogoda jakby nieco się poprawiła, ale tylko chwilowo, więc za bardzo widoków nie mogłam podziwiać. W moim przewodniku napisali, że na )( Łączecko jest dogodne miejsce do odpoczynku: ja go nie wypatrzyłam. Na mapie mam zaznaczoną wiatę na szczycie Beskid: leży tylko dach, na trawie… usiąść sobie mogłam dopiero na )( Kubalonka, co nie było idealnym rozwiązaniem ze względu na samochodowy hałas, ale przynajmniej ławki przy knajpie były suche. Nie dość, że w miejscu kapitalistyczno-prywatnym skonsumowałam własną kanapkę, popiłam własną herbatą, to jeszcze bezczelnie poszłam do kasy z prośbą o pieczątkę. Wzrok kasjerki był wielemówiący, ale udałam „blondynkę”, pięknie za stempelek podziękowałam i powędrowałam dalej: najsamprzód kilometr asfaltową drogą do )( Szarcula, gdzie znów nie ma wiaty, choć na mapie takową mam, ale chociaż przy parkingu są stoły i ławeczki. No to dalej w drogę: zasiadłam dopiero przy remontowanym nieustannie schronisku na Stecówce: elegancka wiata z miejscem na ognisko i sporo turystów pieszych/rowerowych/samochodowych odbijających się od drzwi tego tzw. Schroniska. Jeden człek mi rzekł, że noclegów ponoć udzielają, ale na kubek herbaty zwykły (chcący oczywiście zapłacić) śmiertelnik nie ma co liczyć. No nic, komu w drogę, temu trzeba kurtkę wdziać, bo znów lunęło. I już ledwo zipiąc dotarłam do schroniska na Przysłopie pod Baranią G. Wielce wesoła i gościnna ekipa uraczyła mnie pokojem 11-osobowym tylko dla mnie, wodę gorącą mi puścili, choć generalnie z powodu suszy jest niedostępna, dali zniżkę z racji święta przewodnika , choć uczciwie przyznałam, że takowym nie jestem( ale na wieść, że zmierzam do Wołosatego, ponoć zniżka mi się należy ;-) ) . No to gorący prysznic, potem jeść : dużo i kalorycznie. Za oknem słyszałam dziecięce śpiewanie szant gdy zasypiałam…

Dzień 3- niedziela 26 sierpnia

Schronisko na Przysłopie pod Baranią Górą - Stacja Turystyczna Abrahamów (24,5 km)


Sądny dzień. Mokry dzień. Mokry na 100% :arrow: do gaci i to 2 razy. Ale po kolei: oczywiście nie mogłam dospać jak normalny człowiek na wakacjach, więc o 6 już siorbię kawę. Cały bajzel zniosłam na dół, bo w środku nocy pojawił się jakiś człek w Base Camp Annapurna, to co będę mu torebkami szeleścić. Kanapki sobie porobiłam, spakowałam bardzo sprytnie plecak, a w tzw.międzyczasie zszedł na dół jeszcze jeden turysta, i tak od słowa do słowa : robi również GSB. Ale ten to ambitny: ma plan na 15 dni. Jak już pożyczyliśmy sobie nawzajem szerokości, wyszłam jeszcze na balkon, co by przekonać się , jaka aura, to mnie zmroziło: LEJE! Ale nie, że siąpi, że kapie- regularna zlewa!. No to w pełni gotowości dotrwałam do 7-ej. Może gdybym miała zasięg w telefonie, to bym wcześniej dobre rady Darga przeczytała, ale że zasięgu nie miałam, za to ogromne pokłady wiary we własne możliwości to se poszłam. Kolega Andrzej jeszcze poprawił mi pałatkę , a to ważna sprawa. Zanim doszłam do Baraniej Góry, owa pałatka już mi ze 33 razy się porozpinała(wiało dość) i generalnie robiła bardziej jako spadochron, niż jako ochrona przed deszczem. No to zdjęłam to monstrum, włożyłam kurtkę, upchnęłam jakoś dookoła pokrowca i marsz dalej. Na Baraniej nie było po co stawać, widoczność na 3 metry. Rączo w dół i raz marznąć bardziej, raz mniej, dotarłam do Węgierskiej Górki. Na widok pizzerii "Przystanek" stan mego ducha znacznie się polepszył, gdyż iż ponieważ już wcześniej umówiona byłam tam w porze obiadowej z Dargiem. I całe szczęście, że mieliśmy to dogadane poprzedniego dnia, bo okazało się, że mój telefon się zalał był i głośność padła. Gorąca herbata z cytryną, przebranie się całościowe w łazience, potem pizza , a na koniec przerwy dostałam jeszcze kawał urodzinowego tortu :-D Jakoś go upchnęłam w plecaku, za to Darg dostał moją zmaltretowaną i ociekającą pałatkę na przechowanie (dla mnie ten ubiór to generalnie dobre urządzenie, ale jak nie mam na grzbiecie plecaka). Jeszcze chciał mnie podwieźć do Żabnicy, ale twardo postanowiłam, że jak idę to idę. No to sobie pokiwaliśmy, i zanim doszłam do skrętu z żabnickiej drogi asfaltowej w pola, czyli jakieś 30 minut później, to już znów byłam przemoczona. Pomysł Stacji Turystycznej Słowianka rozpuścił się w deszczu, teraz już marzyłam o Abrahamowie. Co prawda w Żabnicy przy owym skręcie właśnie jest agroturystyka, ale doszłam do wniosku, że skoro moja osoba nadal się nie rozpuściła (tylko pomysły), to dam radę przeżyć. Tylko wzdychałam sobie żałośnie, idąc dalej, że tak mokro, a tu takie piękne okolice, tyle polanek pomimo deszczu pachnących ziołami, tyle jeżyn pysznych, a teraz mokrych... Dotarłam do Stacji Tur.Abrahamów, a tu lipa- zamknięte na głucho. Już już miałam iść zatem dalej, gdy z sąsiedniego domu wyłonił się człowiek, coś tam pogadał, i przyszedł z kluczami. Pokazał, co i gdzie, zainkasował 34 zeta, po czym wyszedł i zamknął chatę na klucz! Zdążyłam jeszcze przez okno krzyknąć, że około 7-ej będę wychodzić :-)
Na dole jadalnia i ciepłe kaloryfery- no to rozwiesiłam swój mokry dobytek, pochłonęłam torta na kolację, zanotowałam kilka uwag do notesika i poszłam spać.

Dzień 4- poniedziałek 27 sierpnia

Stacja Turystyczna Abrahamów - Schronisko PTTK na Hali Miziowej (15km)


Rano patrzę przez okno: nie pada, choć niebo całkiem zachmurzone. Dziarsko się zebrałam i pomaszerowałam w tę siną dal. Po drodze, zanim dotarłam do Słowianki, mijałam co najmniej 3 strumyki i trudno orzec, czy zawsze są takie obfite, czy to po ostatnich 2 dniach deszczu tyle w nich wody. Za Słowianką świat poweselał: słonko nade mną. Natomiast Romanka przede mną w chmurze. Buty mi nie doschły, i powoli zaczynam znów czuć wilgoć na stopach. Nic to, życie i tak jest piękne: jeżyny i maliny pyszne w ilościach prawie hurtowych przy drodze, huczący strumień na zakręcie, piękny dom na hali


Obrazek

Czyli plan taki: idę do Rysianki na obiad, a potem obaczym :-)
Po drodze piękne hale: Wieprzska z płynącym potoczkiem, Pawlusia- super miejsce na poleżenie by było, ale wilgotna chmura skutecznie mnie zniechęciła. Ostatkiem sił wpełzłam na Rysiankę: zupa jarzynowa! Pychości. Jak się objadłam, to padłam sobie na karimacie poniżej schroniska, buty i skarpetki z nóżek-won, i południowa sjesta .


Obrazek

Bzyczenie owadów w końcu mnie zwlokło z pozycji horyzontalnej. Suche skarpetki na nogi, na to wciąż niedoschnięte buty, i powędrowałam na Trzy Kopce , a potem granicą do schroniska na Hali Miziowej. W szoku sporym byłam, ile luda na nocleg tam! No i jak na w miarę nowe schronisko, to warunki kiepskie: popękane łóżka spięte drutem, podarte materace, zapychający się prysznic... Ale ja chwilowo żyję tylko nadzieją, że buty do jutra wyschną, bo moje stópki długo w mokrym nie pociągną. Dziś dostały porcję pieszczot, ale wtorek to kawał drogi przede mną . Mam plan, by dojść na Markowe Szczawiny.
A jeszcze słów kilka na temat mojego towarzystwa w pokoju: dwóch tzw. normalnych turystów+ dwóch GSB-owców, ale idących z Wołosatego. Oni po 50 km dziennie robią! Siedziałam cichutko jak mysz pod miotłą z moimi niespełna 20-oma kilometrami :-) No i od owych maratończyków dowiedziałam się, że Beskid Niski prawie spowodował, że wymiękli. Ale że "prawie robi wielką różnicę", więc tylko ostatecznie spowolniło się ich parcie na zachód . Natomiast na wieść o tym, że dzień dzisiejszy jest moim czwartym dniem na trasie, dostałam informację pocieszającą: to najtrudniejszy dzień, bo wtedy buntują się stopy. Od razu zrobiło mi się lżej na duszy, ale czy moje stópki to usłyszały? Obaczymy rano :-)
Ostatnio zmieniony 2018-12-03, 08:32 przez Lidka K., łącznie zmieniany 1 raz.
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5504
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2018-09-17, 10:17

Dzień 5 wtorek 28 sierpnia

Schronisko na Hali Miziowej - Schronisko Markowe Szczawiny (25 km)


Stópki chyba usłyszały, że w piątym dniu koniec buntu :-) Co prawda w nocy czułam je raczej gorące, ale rano biegały już po schodach bez "ojejejej". Wymarsz o 7-ej z widokiem na Babią Górę

Obrazek

potem przez mroczny omszony i "zagrzybiony" las

Obrazek Obrazek

Podobno zejście to czas ciut ponad godzinę. W moim przypadku to "ciut" oznaczało kolejną godzinę! Po drodze jeszcze zatankowałam ze źródła pod flagą JPII, a na )(Glinne byłam chyba pierwszą klientką serowej bacówki: zakupiłam oscypka i poprosiłam o pieczątkę (pieczątka jest z wypożyczalni sprzętu sportowego :mrgreen: ). Ponadto na słupku przy drodze jest taka oto kartka

Obrazek

200m do baru/sklepu po słowackiej stronie, gdzie można też płacić złotówkami. Ja nie skorzystałam, ale dla potrzebujących to zdecydowanie bliżej , niż 3 km do Korbielowa. No to w drogę. Kolejne 50 m wyssało ze mnie cały optymizm sytuacyjny: nawet na Czantorię tak pionowo nie było! Na szczęście potem już było lepiej, żeby nie powiedzieć: nad wyraz dobrze :-D Student zdobyty o czasie, a Beskid Krzyżowski nawet szybciej. Dla spragnionych lub niezaopatrzonych jest ponadto możliwość dodatkowych "napojowych" zakupów

Obrazek

Co prawda te 50 m trzeba zleźć mocno w dół, ale jak trza to trza.
Na )(Półgórskiej sielsko-anielskie ogrodzenie i pastwisko

Obrazek

A potem wyciskanie siódmych potów na podejściu na Jaworzynę. I teraz skleroza dała znać o sobie, bo nie pamiętam, gdzie takie cudne miejsce odpoczynku było: ofoliowana ławeczka i stolik. Kusi nie tylko do przycupnięcia, ale i do wykorzystania naturalnego statywu i zrobienia samej sobie sesji foto :lol:

Obrazek Obrazek

Zejście z Jaworzyny to kolejne jeżenie się włosów na głowie: by nie połamać nóg. W pewnym momencie z nagła pojawia się prywatna baza namiotowa "Jaworzyna"; ze stolikami przy drodze, a pół godziny dalej- studencka baza "Głuchaczki". A ponieważ jest to ukochane miejsce mojej córki, to nie mogłam tam nie zajrzeć choćby po stempelek :-) Dostałam kubana herbatki, miłą pogawędkę, napełnienie bukłaka wodą i przy okazji zjadłam obiad mistrzów i dowiedziałam się, na jakim etapie jestem :lol:

Obrazek Obrazek

Zadałam jeszcze bazowemu głupie pytanie: ile czasu może zająć dojście do Markowych Szczawin, na co usłyszałam, że jakieś 2 godziny. No to nie dla mnie tempo! Zanim wdrapałam się na Mędralową, to połowa tego czasu już minęła ;-) Co nie odebrało uroku kolejnemu piknikowi w pięknych okolicznościach przyrody :-) Ale sił już mi przybyć nie chciało. Żywiecki i Fickowe rozstaje pokonywałam już na autopilocie. Całe szczęście, ze jakiś wewnętrzny azymut pilnował mi tych czerwonych szlaczków. Potem już sił jeszcze mniej i reagowałam tylko na szum strumieni, a tych kilka solidnych po drodze jest. Woda smaczna, ale mnie już marzył się kawał mięsa, a nie 0 kalorii. Do schroniska wpełzłam ostatkiem sił, wykupiłam nocleg, zamówiłam schaba ( o rany: porcja gigant! ) i piwo i mój 2-dniowy zapas gotówki szlag trafił. Prysznice w tym schronisku są eleganckie, ale tylko tyle dobrego mogę o nich powiedzieć. Są takie, jakich nie cierpię: wciskasz guzik i leci woda czy chcesz czy nie. Takie same są też na Przysłopiu pod Baranią Górą, ale jakoś inaczej ustawione. Nic to, grunt , że suszarnia w Mordorze (piwnica a w niej tak opisane drzwi) działa: a nuż buty w końcu doschną. Ledwo powłócząc nogami i rękoma poszłam spać.

Dzień 6 środa 29 sierpnia

Schronisko Markowe Szczawiny - Schronisko na Hali Krupowej (17 km)


Buty nie doschły. Ale na Babią Górę mnie wniosły :-) Na szczycie Królowej Beskidów stanęłam o 8,15. Pierwszy raz w życiu. Dumna i bardzo szczęśliwa, potrójnie:
że wreszcie tu dotarłam
że jest mega pogoda
i że szczyt cały dla mnie jednej
:lol:
Pasłam oczy tymi widokami, potem naszła chmura na słowacką część nieba, a mnie olśniło, że może fotkę jakąś cyknąć….

Obrazek Obrazek

Jak pojawili się ludziska, to zrobiłam dopiero zejście. Z każdym metrem mojej drogi w dół na Sokolicę, więcej ludzi podążało w górę na Babią. Za Sokolicą chciało mi się już bluźnić: kto wymyślił taki idiotyczny schodo-chodnik! Zanim dotarłam do Krowiarek, minęło 2,5 godziny. Na przełęczy dantejskie sceny parkingowe. No to tylko stempelek i uciekam na drugą stronę ulicy, a tam inny świat: nie ma stopni, jest cisza i jest- dla odmiany- pod górkę ;-) Moim celem stała się Cyl Hali ¦mietanowej. Nazwa mnie po prostu uwiodła :-D Rozłożyłam się tam obozem, obnażyłam stopy, wystawiłam dziób do słońca i z godzinkę sobie poleżałam. Ach, jak błogo było. Ale komu w drogę, temu czas- na Policę. A tam masakra dla oczu: kikuty drzew z jednej strony, suchy las z drugiej strony, a na drodze na wprost kamulce. Jeszcze chwila przy skrzydle samolotu (pamiątce po katastrofie lotniczej)

Obrazek Obrazek

i kolejne koszmarne zejście w dniu dzisiejszym: kamienie i ostro w dół. Dopiero przed samą Halą Krupową zrobiło się łąkowo i miło pod stopami

Obrazek

No to siup do schroniska, a tam : specjalna suszarka do butów! Powiesiłam tam i buty, i wyprane ciuchy, zobaczymy rano, jaki efekt. Polecam pierogi z mięsem :-)
Ostatnio zmieniony 2018-12-03, 08:34 przez Lidka K., łącznie zmieniany 1 raz.
jest we mnie wiary okruszek....

tadeks
Posty: 729
Rejestracja: 2015-04-18, 09:30
Lokalizacja: słupsk

Post autor: tadeks » 2018-09-17, 10:37

Lidka K. pisze: Ona kończyła: szła od Biesów i strasznie narzekała na Beskid Niski...

No i od owych maratończyków dowiedziałam się, że Beskid Niski prawie spowodował, że wymiękli.
Trzeba gdzieś petycję złożyć, postulować, aby zmieniono przebieg GSB. Poprowadzić gdzieś przez Pogórze Ciężkowicke. Po co ludzi na siłę uszczęśliwiać tym Beskidem Nijakim.
Każdy z nas ma chwile lekkomyślności, którym zawdzięcza najpiękniejsze przeżycia.

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5504
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2018-09-17, 10:55

Dzień 7- czwartek 30 sierpnia

Schronisko na Hali Krupowej - Rabka Zdrój Dom Wczasowy Stella(32,5 km)


Efekt suszarki fantastyczny! Wszystko suchutkie i cieplutkie. ¦wietne to schronisko. Jedyny jego mankament, ale za to dla mnie całkiem spory, to brak jakiegoś ogólnodostępnego czajnika, żeby przed otwarciem kuchennego okienka móc sobie zrobić gorący napój. No, ale nie można mieć wszystkiego. Zrobiłam sobie kanapki i o suchym pysku poszedłam byłam na Okrąglicę (co jest z tymi nazwami? Pieniny bis?) do kaplicy Matki Bożej Opiekunki Turystów. Miejsce zrobiło na mnie spore wrażenie

Obrazek Obrazek

a dla zainteresowanych informacja: nie jest to miejsce położone na szlaku. Trzeba na ostrym błotnistym zakręcie skręcić w lewo (żadnej informacji ani strzałki tam nie ma), opuszczając czerwony szlak.
Po chwili przerwy pora ruszać dalej. Na Urwanicy oniemiałam: na mapie nie jest oznakowane, ale to fantastyczne miejsce widokowe

Obrazek

Pół świata u mych stóp, z chmurami włącznie. I całe to cudo znów tylko dla mnie :-) jak już odoniemiałam i mogłam ruszać dalej, to pora na Naroż. Stoi tam nad wyraz lipna wiata. Zapewne w latach swej świetności było tam lepiej, ale teraz co trzeciej deski w dachu brak, pod stopami klepisko i generalnie trzeba ją chyba odremontować. Ponadto w tym miejscu jest chyba z 6 dróg we wszystkie strony świata, a oznaczenia, w którą stronę należy iść, brak. Na logikę: prosto. Poszłam z 300 m. I nic. No to powrót, patrzę w mapę: niby lekko odchyla szlak w prawo. No to obliczyłam pirazydrzwi ile to stopni i na chybił trafił wybrałam drogę. Po 200 m: trafiony zatopiony! Jest znaczek ! Potem moją uwagę przykuły pniaki : na każdym tuż przy drodze (a sporo ich było) leżały kamienie

Obrazek

Zaczęłam się zastanawiać, po co lub z jakiego powodu? Jedyne, co mi przyszło do głowy, to że ktoś próbował pozbierać te straszne kamulce z drogi i odkładał je na te pniaki, ale albo kamieni za dużo, albo pniaków za mało, bo multum zostało jeszcze pod stopami :-P . Ponadto doszłam do wniosku chyba jesień: wrzosy kwitną na całego

Obrazek Obrazek

)(Malinowe i obelisk ku czci partyzantów, a potem zejście do Bystrej, posiadówa nad izotonikiem pod sklepem i wskrabanie się na Pyrtkową :-D Nazwa fantastyczna :-D Piękna droga wśród pól wzdłuż torów kolejowych ( z kimś sobie pomachałam) i zejście, a właściwie podejście, do Jordanowa. Masakra. Nie to podejście, ale sam Jordanów. Miasto rozkopane, warkot i tumult ciężkiego sprzętu taki, że własnych myśli nie słychać, potem jeszcze zejście w dół główną ruchliwą drogą do stacji kolejowej. Tak sobie patrzę na mapę i sensu wg mnie brak ciągania ludzi tamtędy.
Jakiś czas temu (konkretnie w czerwcu) PTTK poinformował mnie, że w Jordanowie w miejscu węzłowym kilku szlaków jest informacja o budowie zakopianki i o możliwościach obejścia tego odcinka GSB. Zadałam sobie wiele trudu(serio to piszę), żeby ów węzeł odnaleźć. Jest i owszem, ale ogrodzony dookoła płotem, bo jakoweś prace budowlane tam prowadzą

Obrazek

Nie ma możliwości podejścia pod same znaki, a na dokładkę żadnej tabliczki o braku przejścia nie uwidziłam. Zatem w swej wielkiej naiwności pomyślałam, ze już jest "wedle znaków". Ale bez wybiegania w przyszłość- teraz pora dotrzeć do Wysokiej. Zaraz za przystankiem kolejowym jest znak skrętu szlaku( za jakimś wielkim kombinatem), ale można się zastanawiać, dokąd iść. No to obwieszczam: trza iść tam, gdzie szlaban. Akurat jak ja szłam, to był zamknięty i musiałam przeciskać się pod nim. Dobrze, że ja mikra jestem ;-) Potem szutrowa droga z tablicami o budowie infrastruktury turystycznej (tylko że nic na razie nie zbudowano, no chyba że ta droga jest tą infrastrukturą).
W Wysokiej chwila na cmentarz ofiar z 1939 r i potem asfaltówka do Skawy. Jedyna jej zaleta, to śliwki: małe i pyszne :-) A sama Skawa to sklep spożywczy z ławeczką w cieniu, ale pieczątek pani nie udziela, bo RODO . A potem znów trzeba być czujnym, by wiedzieć, gdzie skręcić. Mianowicie: trzeba iść drogą aż na sam szczyt, potem (za mostkiem) przy czerwonym hydrancie (znaku, że skręt, oczywiście nie ma) skręcić w lewo w drogę z takich "dziurawych"betonowych płyt

Obrazek



Dość ostro w górę, ale potem raj dla oczu i stóp. Dosłownie. Łąki, hale czy pola; jak zwał tak zwał :-) No to idziemy wciąż prosto. Znaków oczywiście brak, bo i nie ma na czym ich malować, ale w pewnym momencie dochodzimy do lasu, można sobie pobiesiadować :-)

Obrazek

a tam już znaki na co drugim drzewie :-D ścieżka zapokrzywowana, a ja w krótkich portkach wrrr... Doszedłszy do zakopianki trzeba uzbroić się w cierpliwość, bo jadą te auta w te i we wte. Jakieś tiry w końcu mnie przepuściły. No to za znakami idę sobie i już widzę , że tabliczka o braku przejścia wisi. No to w tył zwrot i lewą stroną drogi oczywiście , idę z duszą na ramieniu, żeby mnie coś nie przycisnęło do płotku. Udało się. Przeżyłam. Za bacówką uciekłam z tego cywilizowanego miejsca pomiędzy łowiecki ;-) Jeszcze godzina i Rabka. Wszystkie miejsca noclegowe, jakie miałam pospisywane, okazały się być zajęte, został Dom Wczasowy Stella. Po prostu mega temat: budynek chyba z lat 20-tych, wyposażenie za to z PRL-u :-D Dostałam pokój za 50 zł. Pan recepcjonista chciał mi pomóc wnieść plecak na pierwsze piętro, i się przeraził :mrgreen: : taka mikra kobieta (och, dżentelmen :-D) a taki ciężar nosi ! Padłam jak dętka jak tylko się wykąpałam.

Dzień 8 piątek 31 sierpnia

Rabka Zdrój - Schronisko STARE WIERCHY (9 km)


Spałam do 7-ej. Normalnie szok. No to na spokojnie: śniadanie, kanapki na drogę, prawidłowo spakowany plecak, trzeba dobrze zabezpieczyć telefon i portfel, bo ma padać, a po ostatnich ulewach w Beskidzie Śląskim, gdy telefon mi zalało, wolę być ostrożna. O 9-tej ruszyłam w Gorce. Szkoda, że chmura spowiła okolicę, bo piękny to szlak. W bacówce na Maciejowej postój i chwila na herbatę z cytryną (chwilowo przesyt mam owocowych i zielonych herbatek) i kacanapkę. Sympatyczne schronisko i pięknie położone. Ale ja dziś lezę na Stare Wierchy. Nadszedł ten dzień, że ma być odpoczynek dla organizmu. Lasem, który ma własną furtkę :mrgreen:

Obrazek

dotarłam do schroniska: wygodne łóżka, kuchnia turystyczna, suszarnia z grzejnikiem i taką samą fajną suszarką do butów jak na Hali Krupowej, kasztelan z kija i pyszne jedzenie. Robię reset.

Dzień 9- sobota 1 września

Schronisko Stare Wierchy - Stacja Turystyczna Studzionki (18,5 km)


Rano z pewną taką nieśmiałością zerkam przez okno: błękitne niebo! No to kawka, śniadanko i w drogę. Na polanie Jackowa leżą eleganckie kłody drewna- w sam raz żeby przysiąść i ... się usmarować żywicą :lol: Jagodziska udekorowane jesiennymi już pajęczynami. Miła wędrówka przez las, a potem : schody na Turbacz. Na najwyższym gorczańskim szczycie grupka młodzieży grała w "cygana", miast podziwiać okolicę ;-) No to zejście do schroniska i zaplanowane leżakowanie wraz z obserwowaniem rowerzystów i motocrossowców .
Pora ruszać. Jeszcze zatankować bukłak na Hali Długiej

Obrazek

potem ostro w dół. Podobają mi się tutejsze tablice. Nie tylko jakieś informacje , ale przy okazji jest wkomponowana w to ławeczka . Jak zwalę plecak i siądę odsapnąć , to i chętnie poczytam, co tam ciekawego piszą. Np. tutaj, na )(Knurowskiej

Obrazek

siadłam sobie, merdam nogami usiłując dogadać się z Kulczykiem- Partyzantem, a tu nagle warkot zza krzaka :shock: Traktor!!

Obrazek

Droga obok mnie raczej szeroka nie jest, wiać czy twardo siedzieć? No to mocniej się tylko wparłam w ławeczkę; przeżyłam :-D Ominął :-D Jeszcze godzinka raz w górę raz w dół i już czerwony dach Stacji Tur. Studzionki. Zostałam ugoszczona jak królowa: pomidorowa z ryżem + pieczeń z kluseczkami śląskimi, suróweczkami + ciasta + kompot. Umarłam z przeżarcia :-)
Hmmm. Mam spuchnięte jedno kopytko. Nie boli, dziur od owada brak, a jest grube... czyżbym zaczęła tyć niesymetrycznie? Zobaczymy rano.

Dzień 10 niedziela 2 września

Stacja Turystyczna Studzionki - Przysłop Obidza (27 km)


Opuchlizna trwa. Nic to, but zawiążę luźniej, nie założę stuptutów, bo to może od zbyt ciasnej gumki?
Wyglądam przez okno, a tam lazur i różowość na niebie, choć dach mokry a z rynny cieknie. Chyba w nocy popadało. Pakowanie plecaka przerywane kawą, wyglądam znów za okno, a tam: nic nie widać! Trochę zdruzgotana zeszłam na dół, wcisnęłam te buty, wyszłam przed dom, a tu znów cud miód!
Oj, coś te Studzionki nie chciały mnie wypuścić: najpierw jęki i zachwyty nad widokami z drogi

Obrazek

potem wpadłam w błogość na widok znaku

Obrazek

Czyż nie ciekawszy i ładniejszy od zwykłych metalowych tablic? A jeszcze potem weszłam do altany widokowej, z której dookolna panorama

Obrazek

Obrazek

Jak w końcu dotarłam na Kotelnicę, to jednak musiałam przeprosić się ze stuptutami, bo w butach miałam pół lasu. Ponadto przy tym pagórze jest kopiec graniczny

Obrazek

Na polanie Kudów jest fajne miejsce do odpoczynku: ławeczki, ognisko, jeszcze wiatki brak. Idąc dalej wypatrzyłam zawilce. A potem zadziwiły mnie znaki : na jednym, tym "szlakowym" 20 min do Lubania, a na drugim , powiedzmy "wieżowym": 3,2 km

Obrazek Obrazek

No takiego tempa to ja nawet na nizinach nie mam :-) No cóż, w drogę; po kamulcach (zeżerają mi buty na potęgę)pod górę. Jak już żegnałam się z oddechem i pomału z życiem, przyszedł sms pik pik. To okazja stanąć, złapać jednak kęs oddechu. Otwieram wiadomość, a tam uśmiechnięte gębusie moich gwiazdek najukochańszych . Pewnie nie dziwi, że dostałam skrzydeł po czymś takim. Weszłam w glorii i chwale na wieżę i pomimo braku przejrzystości maksymalnej , i tak się zachwycałam :-D Jeszcze odpoczynek w bazowej wiacie i pora na wielkie zejście. Gdy ja w dół, całkiem sporo ludzisków pod górę. Potem dowiedziałam się od staruszka idącego z psem i wspierającego się na kijaszku, że o 14-ej będzie na szczycie zaległa msza papieska. Zaległa, bo zawsze jest w ostatnią niedzielę sierpnia, a że wtedy była "satańska" pogoda , to przeniesiono ją na dzisiaj.
Z informacji praktycznych: na Jaworzynie jest stół, ławeczki i daszek nad nimi, a na Marszałku "gorczańska" wiata ze stołem i ławami w środku. Obok jest też bacówka, ale zamknięta.

Obrazek Obrazek

Ponadto pojawiły się w te wakacje tzw. grzybki

Obrazek

Tylko jakieś pajace musiały już pomazać wulgaryzmami te wiatki. Jedna jest poniżej Marszałka , a druga na polanie Klocówki.
No i padłam w Krościenku w pizzerii Zapiekana. Obok otwarty sklep, więc złożywszy zamówienie u pizzermana , dając mu w opiekę plecak , poszłam jeszcze na zakupy. Objadłam się. Znów. Może druga noga mi przytyje i będę symetryczna ;-) Młoda godzina , więc ruszam dalej. Wymyśliłam sobie właśnie nocleg na )(Przysłop na Obidzy i z czystym sumieniem mogę go polecić. To pierwszy dom po wyjściu z lasu. Za całe 30 zł dostałam apartament a pogaduchy z wiekową sądecką góralką w gratisie :-)
Acha, po tych 10 dniach, a 4 pasmach górskich (choć Beskid Sądecki dopiero "nadgryziony" ) stwierdzam, że najlepsze jeżyny są w Beskidzie Śląskim, a jagody w Gorcach :-D

Dzień 11- poniedziałek 3 września

Przysłop Obidza - Schronisko Cyrla (26 km)


Dziś zamierzałam dojść do Rytra. Ale zanim tam, to trzeba wskrabać się na Przehybę. Trochę potu ta góra wyciska z człowieka. Po drodze na życzenie pojawiają się ławeczki lub zwalone kłody, a gdy człek na rozstaju dróg się zastanawia, gdzie by tu iść, to i znaczek w mało oczekiwanych miejscach się trafia:-)

Obrazek

Od triangula na Skałce to już przyjemniutki trakt. Wypiłam na schroniskowym tarasie herbatkę i podreptałam dalej na Radziejową ( to już trzeci szczyt z KGP , którego nie miałam na swej zrealizowanej liście, a teraz już mam). Nadal przy wieży nic się nie dzieje, a pielgrzymki tam wędrują. Zejście znów po kamulcach (buty zaczynają mi robić dziwne miny :-( ) Najcudniejsza, jak dla mnie, część trasy, to okolice wiosek Niemcowa i Poczekaj. Nic, tylko siedzieć i nasiąkać tym sielankowym łąkowym krajobrazem. Pogadałam sobie na ten właśnie temat ze spotkaną turystką , a potem mozolne zejście do Rytra. Jako żywo stanęło mi przed oczami zejście zielonym szlakiem do Piwnicznej . Niby jesteś, a się te betony wloką i wloką. W końcu sklep: zimna lemoniada , miejscowi na ławeczce , i hałas głównej drogi. No i w sumie młoda godzina. No to może do Cyrli? O ja niemyśląca istota! Jak tam stromo! A tu już słońce powoli zachodzi... No, udało się dotrzeć, choć już oczyma duszy widziałam się spędzającą noc pod drzewkami gdzieś w jagodziskach ;-)
Poprosiłam o najtańszy nocleg, a dostałam w tejże samej cenie pokój z łazienką :-D Chyba gospodarz doszedł do wniosku, że nie wdrapię się już na strych :-) Pochłonęłam michę pierogów ruskich, pogadałam między jednym a drugim kęsem na temat zwrotnych butelek i padłam. Dopiero rano pospacerowałam sobie po schronisku i jego otoczeniu. Podoba mi się tam :-)
Z uwag dodatkowych : jedna noga nadal grubsza, buty robią coraz głupsze miny :-/

Dzień 12- wtorek 4 września

Schronisko Cyrla -Schronisko Jaworzyna Krynicka (19 km)


Dostałam na pożegnanie kawkę w termosik i powędrowałam dalej w świat. Piękna ta trasa: hale i polanki z jagodami, widoki na prawo i na lewo... trochę popaduje, ale jakoś tak bez przekonania. Na Jaworzynie Kokuszczańskiej znajduje się murowana z kamienia kapliczka, a w niej szopka betlejemska wykonana przez ludowego artystę- Józefa Grucela

Obrazek

Przede mną Hala Łabowska, więc to tak wygląda, jak nie jest w chmurze ;-)

Obrazek

W wiatce za Holą przeczekałam kolejny opad , a na podejściu na Rrunek lewy but rozdziawił całą papę! Do pięty! O losie :roll: Hm... gumką od stuptuta przymocowałam jakoś ten czubek i do schroniska na Jaworzynie doczłapałam. A tam kolejna niespodzianka dzisiejszego dnia; oczywiście na nocleg mnie przyjmą, ale do jedzenia za bardzo nic nie kupię, bo właśnie rano nastąpiła zmiana ekipy . Stara odeszła a nowa przyszła i dopiero wszystko sprzątają i ogarniają . Nawet pokoik dla mnie musieli dopiero znaleźć . Ale bardzo miła, grzeczna i pełna entuzjazmu ta ekipa, oby im się wiodło.
Plan na jutro: dotrzeć do szewca> Namiar już mi córcia podała.
Ostatnio zmieniony 2018-12-03, 08:45 przez Lidka K., łącznie zmieniany 1 raz.
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
Marco
Posty: 2106
Rejestracja: 2008-11-18, 19:05
Lokalizacja: Opole

Post autor: Marco » 2018-09-17, 11:03

Lidka K. pisze:Zatem czem prędzej wymarsz znów pod górę kamienistą autostradą, i po chwili Gościniec Równica. Tu już otwarte, więc pieczątka będzie. No i guzik! Usłyszałam, że schroniska już nie ma, że żadnych pieczątek, bo PTTK ich likwiduje/sprzedaje/zamyka i takie tam...Wylewanie żali trwało przez czas składania piwnych parasoli, bo zerwał się solidny wiatr, i było ryzyko, że polecą. Tak więc dowiedziałam się, że Równica działa teraz tylko jako knajpa, i to do końca września, a potem rozbiórka lub cośtam, i powstanie apartamentowiec. No to bez pieczątki poszłam sobie dalej.
Oj tragedia się stała z tym już "byłym" schroniskiem... obsługa tak niemiła, że nie dziwię się, iż w tym miesiącu mieli dokończyć żywota. Ja z kolei pytając o pieczątkę też usłyszałem, że nie są już schroniskiem PTTK i takie tam... No to zacząłęm drążyć temat i pytam dalej czy po przekształceniu ze schroniska w gościniec oddali pieczątkę do PTTK i wtedy usłyszałem tylko krótkie odburknięcie... że pieczątki nie mają bo została skradziona (sic!). Na szczęście nieopodal na parkingu, który tu zatacza koło jest drewniana budka z pamiątkami i tam mają przepiękną pieczątkę z nazwą "Równica".

A teraz wracając do relacji... zaczyna się bardzo dobrze i już nie mogę doczekać się na ciąg dalszy...

Ale, że Krutul puścił samą... fiu fiu...
...only way to cure stupidity is death...

Awatar użytkownika
krzyś
Posty: 569
Rejestracja: 2013-10-28, 12:51
Lokalizacja: Katowice

Post autor: krzyś » 2018-09-17, 11:06

Lidziu, pogratulować!!! :-)
Wiedziałem, że jesteś Dzielna - teraz to potwierdziłaś.
Cokolwiek by powiedzieć na temat pokonania GSB, myślę że Ty to zrobiłaś (sorry że uprzedzam bieg wydarzeń :roll: ) w sposób właściwy: nie na wyścigi, bez dokładnego planu gdzie i kiedy (po co?), rozkoszując się przyrodą i widokami.
BRAWO!!!

P.S. W sobotę odbył się dogtrekking na trasie Wisła - Stożek - Wisła. Zdaje się, że macie pieska? :roll:

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5504
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2018-09-17, 11:21

Dzień 13 środa 5 września

Schronisko Jaworzyna Krynicka - Siwejka Ropki (27 km)


Ten but spać mi nie dał. Wybyłam ze schroniska bladym świtaniem w sandałkach i częściowo szlakiem, trochę po trawie pod wyciągiem, trochę drogą , dotarłam na 8,30 do centrum Krynicy do punktu szewskiego (Ebersa 3). Poczekałam wielce zestresowana na przyjazd owego rzemieślnika, który punktualnie o 9-tej otworzył swe podwoje, i cóż usłyszałam: pani kochana, tego to ja pani nie zrobię. Skleić skleję , ale na 2 dni może wystarczy. Te tworzywa szewskiego kleju nie tolerują... Cóż było robić, za rogiem sklep turystyczny, kupiłam nowe. Naprzemiennie: zła (że stało się co się stało z moimi wspaniałymi 9-letnimi butkami) i zadowolona (że teraz, gdy po drodze jest odpowiedni sklep), wylewałam swe żale przez telefon Krutulowi siedząc na ławce w swych nowych lśniących butkach, ale schechłanych innych częściach odzienia, z opatulonym pokrowcem plecakiem ( bo coś jakby miało zamiar padać, więc tak profilaktycznie) więc wyglądał na 2 razy większy niż rzeczywiście jest, w samym centrum krynickiego deptaka pośrodku wyelegantowanych uczestników forum ekonomicznego :-) na dokładkę w butelce od wody mineralnej miałam podejrzaną zawartość: coś w kolorze bursztynowym. Służby wszelakiej maści patrzyły na mnie podejrzliwie , a ja tylko czekałam na jakieś działania z ich strony ( a to herbata z cytryną była :-P ) .
No to pora wypróbować ten nowy nabytek : hop siup na Huzary. Chwila na kontemplację drogowskazów na szczycie (strzałek w "moją" stronę brak) i schodzę. No i teraz już zaczynam czuć, że nadchodzi Beskid Niski ; błoto tak od razu i grzyby w ilościach hurtowych. W Mochnaczce , a właściwie jeszcze przed , chwila konsternacji, którędy iść. No to znaczy- trzeba iść tam, gdzie ślady krów , do kładki uginającej się dość mocno , ale mój ciężar utrzymała :-)
W sklepie proturystyczna obsługa, a kilka metrów dalej , po wskrabaniu się nad wioskę, piknik na pastwisku z typowo beskidzkoniskim krajobrazem w tle. W sklepie kupiłam sobie soczek pomidorowy , odkręcam i co widzę? :-D

Obrazek

Zejście do Banicy to ochy i achy nad okolicą, potem podejście do Izb- oczywiście szlak znikał gdzieś w polach, odnalazłam go dopiero w lesie. Widok na Lackową, wiedząc , że z plecakiem tam nie wchodzę, wielce podnoszący na duchu ;-) Stokówką na )(pod Wnykami (co za kłusownicza nazwa), a potem już do samych Ropek skrajem lasu z sielskimi widokami. Postój w Siwejce. Ludzcy gospodarze : dali mi pokój przez telefon nie biorąc kasy, wierząc na słowo, że zrobię przelew :-)

Dzień 14- czwartek 6 września

Siwejka Ropki - Bacówka Bartne (29 km)


Pomalutku powolutku ruszyłam w świat , prosto do sklepu w Hańczowej. Wszystko tam jest duże: duże chleby, duże margaryny, duże jogurty ;-) potem czarodziejski most, czarodziejski kot , czarodziejskie poziomki

Obrazek Obrazek Obrazek

I Kozie Żebro- nosem po ścieżce ;-) Zejście chyba jeszcze bardziej strome, nawet odpowiedni znak ostrzegający jest na drzewie. W Regietowie zatrzymałam się przy szlakowskazach , akurat przejeżdżał samochód. Gość cofnął się, grzecznie spytał, czy zamierzam korzystać z bazy namiotowej, bo bazowy akurat jest u niego , a baza sobie stoi samopas, to on najwyżej go przyśle :-)
Moje korzystanie z bazy polegało jedynie na wbiciu pieczątki i dotankowaniu wody, więc do tego bazowy nie był mi potrzebny. Już nie mogłam doczekać się kolejnej wizyty na Rotundzie . Zimą było tam cudnie, jak będzie teraz? No jak to jak, dalej jest cudnie


Obrazek

Teren utrzymany wzorowo. Sporo ludzi tam było, każdy w ciszy sobie oglądał . Zejście do Zdyni zdominowały jeżyny i myśl o sklepie: czy będzie kefir? Był! No to piknik na ławeczkach podparasolowych , a potem siódme poty wycisnęły ze mnie Popowe Wierchy. Jak już człowiek się tam wdrapie, to potem lekko łatwo i przyjemnie do wsi Krzywe. A dalej, to już kwintesencja BN- chaszczing :mrgreen: Z przerwą na Wołowiec, gdzie panuje szuter i asfalt, ale zaraz za wsią znów chaszcze ;-) Za taką oto strzałką

Obrazek

należy skręcić w wąziutką ścieżkę , tylko wcześniej warto się zastanowić , czy zaciskać zęby i w krótkich portkach narazić się na osty, pokrzywy i inne kolczaste rośliny, czy też założyć długie spodnie i narazić je na podarcie tymi kolcami. Ja wybrałam opcję pierwszą zupełnie przypadkowo: nie wiedziałam, co mnie czeka ;-) Owa ścieżka nie jest jakoś strasznie długa, zdecydowanie bardziej dłużył mi się asfalt do bacówki w Bartnem. Ale jeszcze po drodze wyczaiłam punkt widokowy : ławeczka widoczna między krzakami, akurat sobie zachód słońca obejrzałam

Obrazek Obrazek

Dzień 15- piątek 7 września

Bacówka Bartne -Agroturystyka Kąty (23 km)


Kuchnia w tej bacówce otwarta jest już od 7-ej. Jedyne chyba schronisko, które nie karze czekać do 8-ej, wielka pochwała za to. A zaraz za bacówką pojawia się......... błoto :mrgreen: No i moje nowe lśniące buty już wyglądają na rasowe górskie wieloletnie buty ;-) Na Magurze Wątkowskiej stoi sobie malutka wiata i jeszcze jakieś tablice, ale najfajniejszy jest termometr w metalowej puszce, pokazał mi 12 st. Pora dalej ruszać, zatankować się :arrow: kawałek za odchodzącymi znakami zielonego szlaku jest źródło. I to nie byle jakie, bo firmowane przez krakowski instytut

Obrazek Obrazek

Woda pyszna, choć z rury. Na Polanie Świerzowskiej zobaczyłam pierwszą nową beskidzkoniską wiatę. Piękne one są , potem kolejne na zboczach Ostrysza , za Kolaninem i na )( Hałbowskiej. Wszystkie one są przy drogach

Obrazek

Ponadto kolana dostają dzisiaj w kość: te strome zejścia są... strome ;-) Pomysł dojścia do Chyrowej legł w gruzach, dziś zostaję w Kątach. Agro przy samej drodze (można za 10 zł oddać rzeczy do prania) , kilka metrów dalej sklep, czego chcieć więcej. Sałatki z pomidorów! No to sobie zrobiłam :-) Kopytka wyciągnęłam i wypoczywam. I właśnie wyczytałam, że w Kątach jest jedno z "naj" GSB- tu jest najniżej położone miejsce na całym szlaku : 320 m npm

Dzień 16- sobota 8 września

Kąty -"Dalia" Iwonicz Zdrój (31,5 km)


Fajna kwatera, ale całą noc ujadały psy. Albo mi się śniło :-) Wymarsz polami pod górę. Pięknie i cudnie i wyśmienicie smakuje śniadania w takich okolicznościach przyrody

Obrazek

Słupki od pastuchów też mogą się przydać: jako statyw :-D

Obrazek

Wędrówka na Łysą Górę dała wiele frajdy oczom, a sam szczyt mnie zaskoczył: pieczątka w skrzynce :-)

Obrazek Obrazek

Na zejściu do Chyrowej powitało mnie stado owiec- na szczęście z pasterzem, bo groźne psy (w liczbie 7) obskoczyły mnie i tylko jego komenda zapewne mnie uratowała.
Przy kościele przyjemny cień nad ławeczką (bo upał już się zrobił) i pogawędka z mieszkańcami domu obok, a potem dalej - do Pustelni św.Jana. Cicho tam, pyszna woda, chwila na zgniecioną bułkę popitą ową wodą, pora ruszać dalej. Kierunek :arrow: Cergowa. Ulala, ale mnie zatkało na podejściu. Dobrze, że chociaż miły wiaterek się pojawił, bo bym padła. Jak już trochę płaskiego pod stopami się pojawiło, to dla odmiany- tor przeszkód z tarniny. Nie mam pojęcia, jak długi jest ten tunel, ale trwało to i trwało. A na szczycie stoi wieża

Obrazek

Nie wiem, czy już cała, czy to połowa, bo schodów brak, ale konstrukcja + dźwig(czy inna maszyneria) są. Z racji soboty zapewne robotników brak, więc nie było kogo spytać, kiedy ma zostać oddana do użytku. Jak sobie zasiadłam na ławeczce z pluszzzem w dłoni, to usłyszałam grzmoty! No to co ja tu będę tak dłużej odpoczywać, pora na dół. Zejście z góry też niczego sobie, ale piękny las rekomenduje te "ojojoj" kolan. Za to asfalting do Iwonicza nie wpisał się w mym sercu dobrze. Leżąc już w wyrku na kwaterze, co słyszę? Za oknem regularna pompa.

Dzień 17- niedziela 9 września

Iwonicz Zdrój- Chatka w Przybyszowie (32,5 km)


Droga z Iwonicza do Rymanowa też mogłaby być inna ;-) Ale za to od Rymanowa, to cud miód. Zaraz za miasteczkiem jest Polana Zbójników- miejsce piknikowe kuracjuszy, bardzo zabawne teksty o zbójach i plac zabaw dla dzieci i dorosłych

Obrazek

A potem trzeba włączyć turbodoładowanie i wtarabanić się do Wołtuszowej. Po drodze jest kilka ławeczek, więc jest jak złapać oddech. Na górze cerkwisko, piękne drzewa pomnikowe, i rozejście szlaków. Potem widokowymi polami na Dział . Jest tam punkt widokowy, na którym kilku ludków puszczało sobie drony. Ponadto wyminęła mnie grupka z chorągiewkami decatlonowymi . Potem na trasie jeszcze kilka razy wzajemnie się mijaliśmy i dowiedziałam się, że akurat tego dnia była akcja PTTK i Decathlonu pt. GSB w 1 dzień. Cały szlak został podzielony na ileś tam etapów , z każdego punktu o 10,00 ruszyła ekipa na swój odcinek. Ta "moja" wyruszyła z Rymanowa do rozejścia szlaków pod Tokarnią.
Leśnicy wszędzie budują swoje drogi. Przed dojściem do Wisłoczka również, więc można się trochę pogubić ze szlakiem. Ktoś zadbał o turystów i porobił strzałki

Obrazek

Na bazie namiotowej w Wisłoczku zastałam bazowego, choć baza już tydzień wcześniej się zwinęła. Pogadaliśmy, nakazał mi obejrzeć wodospad

Obrazek

wypiłam herbatkę i dalej w drogę. O losie, znów asfalt, do samych Puław. Ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz (jak mawia moje dziecię) . W oczach mając reklamę knajpy Amadeus w Puławach Grn, dreptałam te 1,5 godziny zahaczając o cmentarze w lesie . W knajpie pochłonęłam pstrąga, pogadałam z właścicielem, który oferował mi również nocleg w pensjonacie po drugiej stronie drogi, i ruszyłam na podbój Zrubania. Po drodze pięknie sielsko anielsko i krowiaście. Potem błotniście.
Widok w prawo

Obrazek

widok w lewo

Obrazek

:mrgreen:
Między Smokowiskami a Wilczymi Budami wiata z kominkiem

Obrazek

a potem to już Tokarnia. Jaka panorama! Żebym nie posiała gdzieś czołówki i nie bała się łazić po ciemku, to bym tu na zachód słońca została. Ale lecę na dół, do chatki Piotra w Przybyszowie. Przed zmrokiem zdążyłam. Zadziwiona lekko taką ilością narodu (oprócz mnie jeszcze 4 studentów i 4 namiotowiczów) ogarnęłam sobie miejsce do spania i jeszcze przed snem gadu gadu o szlaku szwejkowskim, o bagnach w okolicy...

Dzień 18-poniedziałek 10 września

Chatka w Przybyszowie -Baza Rabe (31 km)


Rano od razu zagłębiam się w błoto. To co nazywałam błotem do tej pory, to było błotko, błoteńko lub błoteczko. Teraz pojawiło się BŁOTO, BŁOTUCHO czy nie wiem, jak to określić. Szliśmy tym szlakiem z Krutulem kilka lat temu jesienią, po opadach, i tak to nie wyglądało, jak teraz. Zaczynam mieć wrażenie , że jakieś specjalne pojazdy rozjeżdżają te drogi tylko po to , żeby nie było skrawka ubitej nierozciapkanej drogi dla turysty pieszego. Przez to patrzenie pod nogi tylko i sprawdzanie kijem głębokości , na jaką się zapadnę, prawie ominęłam stary cmentarz i Kamień. Ale, że przy Kamieniu było sucho i twardy grunt pod nogami, to i zasiadłam na chwilę oddechu. Potem znów brodząc dotarłam na Wahalowski Wierch. Mokre trawy tym razem , umyły mi buty z błota, przemoczyły wszystko poniżej kolan i gites majonez- już widzę Bieszczady :-D

Obrazek

Przerwa na posiłek w schronisku (ups, sorki, Leśnej Willi ) w Komańczy. Między jednym a drugim kęsem pieroga z bundzem dowiedziałam się, że prawdziwe błoto to dopiero przede mną, na drodze do Jeziorek Duszatyńskich. Cóż, moim butom już nic nie jest straszne. Zebrałam się w sobie i idę w to błoto bez lęku w oczach. I co? I guzik :lol: Strachy na lachy to były: piękna twarda droga prawie usłana różami aż do samego rezerwatu Zwiezło. Żeby nie prełucko-duszatyński asfalting w pełnym słońcu, to byłoby idealnie.
Jeziorka tylko dla mnie, potem na Chryszczatej kilka osób zgodnie potępiających tych, co to wnieśli flaszki pełne, a zostawili puste. Zejście do )( Żebrak pomiędzy krzyżami upamiętniającymi poległych w 1915 roku, dalej szutrówką do bazy Rabe. Namioty zostały zwiezione w sobotę, ale reszta jest włącznie z kocami w metalowych szafkach, keczupami i innymi musztardami. Na miejscu powitał mnie Sławek- obeznany z tym miejscem. Wszystko mi pokazał , poznałam jego żonę, a wraz z nadejściem nocy nadjechał na motocyklu Wilk :-D Tak się przedstawił. Normalnie bohater piosenki :-D
https://www.youtube.com/watch?v=4fj8N-Lc5_k
Zatem we czwórkę siedzieliśmy przy ognisku gawędząc o górach Rumunii, wędrówkach rodzimych i motocyklowych wojażach. Popielice miały dla siebie jabłka, więc naszych zapasów w nocy nie zjadły. Ależ dobrze mi się tam spało. To rozgwieżdżone niebo i trzask ogniska działa idealnie na dobry sen.
Ostatnio zmieniony 2018-12-03, 08:54 przez Lidka K., łącznie zmieniany 1 raz.
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5504
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2018-09-17, 11:40

Dzień 19 : wtorek 11 września

Baza Rabe -Bacówka pod Honem Cisna (14 km)


No to z powrotem na )(Żebrak. Po wczorajszych opowieściach z gatunku grozy nie zdecydowałam się podejść na Jaworne skrótowym żółtym szlakiem. Na całym dzisiejszym odcinku trzeba ostrożnie stawiać stopy- tyle kumaków co dziś, to ja w całym swym życiu nie widziałam. Do Wołosania dotarłam w całkiem dobrej formie. Potem zobaczyłam 2 wilki! Jakieś 100 m ode mnie . I co teraz? Zjedzą mnie? Pójdą sobie? Ja stałam i czekałam. Poszły. Uff, przeżyłam. Ale siły mi też poszły, i energia, i zapał, i wszystko...Coraz ciężej mi iść. Plecak jakiś taki ciężki, w butach nadal mokro. Generalnie to nie mój dzień. Nawet pluszz z tymbarkowej szczęśliwej butelki cudów nie zdziałał. O 13-tej zasiadłam w bacówce pod Honem, zjadłam jakieś dziwnie ziemniaki tatarskie, nic mi się nie chce :-? . Zdecydowałam , że tu zostanę. Gorący prysznic-może on mnie otrzeźwi. Pusto i cicho w bacówce, tylko sympatyczna dziewczyna za barem troszcząca się o mój nastrój (a dziś to podły temat) i ja. Zrobiłam pranie, zawiesiłam cały bacówkowy sznurek i zużyłam wszystkie klamerki. Idę poleżeć, może ten kryzys przejdzie...

Dzień 20-środa 12 września

Bacówka pod Honem -SSM Kalnica (20 km)


Dziś do przejścia krótki odcinek-tylko do wsi Smerek, i potem jeszcze kawalundek do Kalnicy. W związku z tym w ramach poprawiania samej sobie humoru postanowiłam, że na każdej polanie poleżę. Sporo ich było ;-) I jeżyny i jagody. Najdłuższe leżakowanie oczywiście na Jaśle

Obrazek

Obrazek

No co ja poradzę, ze te widoki mnie rozwalają. Po prostu jest idealnie, no prawie, brakuje mi Krutula po prostu ...

Obrazek

Obrazek

po zejściu do Smereka trzeba godnie zjeść, a najgodniej to u Pawła nie całkiem świętego.
W schronisku w Kalnicy sporo ludzi, ale jakoś pod prysznic się dostałam. Poszłam zawiesić kolejny schroniskowy sznurek swoimi skarpetkami, patrzę ci ja pod sklep, który jest tuż za płotem, a tam: mój samochód! I mój mąż kiwający do mnie ! Zwidy? Fatamorgana? Nie, po prostu rano zabrał śpiwór i przyjechał, bo mu się mój ton głosu przez telefon nie podobał :lol:
Skrzydła u ramion to mało powiedziane :-D

Dzień 21 - czwartek 13 września

Kalnica - Kremenaros Ustrzyki Górne (22,5 km)


I co z tego, że 13-ty?To był superdzień :-) Na Smerek, pomimo wielkich mych obaw, wpadłam jak sprinter po 2 godzinach marszu.

Obrazek

Szczyt cały dla mnie . Wielbię te widoki i tyle :-D

Obrazek

Obrazek

Potem im bliżej Chatki Puchatka, tym gęściej na szlaku, ale kolejki ani korków nie było ;-) W schronisku przy barze wisi kartka, że nie ma prądu ani wody, a turyści pytają: to z czego robicie herbatę? :mrgreen: Obok goprówki stoją 2 tojtoje, płatne 2 zł. Wszystkie barierki okupowane amatorami fotografii. Ja się nie czepiam, ja się nie dziwię, sama jęczę w duchu z zachwytu, choć nie pierwszy raz mam te widoki przed oczami :-) Zejście do Brzegów G. to masakra. Zdecydowanie lepiej się schodzi zimą, gdy śnieg leży grubą warstwą i są mniejsze nierówności terenu a kamulce zakryte. Na dole horror parkingowy, na szczęście Krutul zatrzymał się 150 m dalej na polu namiotowym- tam tylko budka hotdogowo-frytkowo-lodowa i my. I duża wiata z cieniem. Posiedzieliśmy, odpoczęłam i hajda na Połoninę Caryńską. I znów wymiękam patrząc dookoła. Tym razem jest idealnie :-D

Obrazek

po zejściu do Ustrzyk G. pyszny obiad w Kremenarosie, trzeba nabrać sił na jutrzejszy OSTATNI dzień :-)

Dzień 22 piątek 14 września

Ustrzyki Górne -Wołosate (22 km)


I nadszedł ten dzień. Ostatni dzień na szlaku. Patrzę za okno: biało. Hm... Co prawda Krutul wczoraj się śmiał, że góry zaczynają już płakać bo kończę, ale wolałabym, żeby ten płacz zaczął się po moim wyjeździe. Ruszam na Szeroki Wierch. Pod Tarnicą ma na mnie czekać "wspomaganie" w postaci Łazika, który dojdzie po schodach z Wołosatego.
A tymczasem obserwuję płaza

Obrazek

i cud widoki z Szerokiego Wierchu

Obrazek

lubię tędy chodzić, czuję jak nasiąkam górami. Nawet schody (ups, sorki, progi) z Tarniczki mi niespecjalnie przeszkadzają. Może dlatego, że dostosowane do mojego wzrostu ;-) ; Zjadałam kanapeczkę, strzeliłam 100 fotek, nadszedł Łazik, to ruszamy napełnić butelki pod wiatą na )( Goprowców. I lipa, źródełko ledwo ciurka. Dobrze, że mam zapas w bukłaku. Trawersując Krzemień suniemy na Halicz. Znów powtórzę: cudnie tu :lol:

Obrazek

Nawet jakiś drapieżny ptak blisko nas usiadł na skałce, ale nie chciał poczekać, aż wyjmę aparat i odleciał. Na Haliczu spory tłumek, ale jakieś skromne miejsce na ławeczce się znalazło. Namiar wedle mapy, co nam tak po oczach daje (cerkiew w Sokolikach)

Obrazek

grzmoty nas spędziły ze szczytu. Na Rozsypaniec prawie wbiegaliśmy (tzn.Łazik,, ja ledwo dysząc drałowałam za nim). Już bez dodatkowych przerw na zachwyty nad okolicą zeszliśmy na )(Bukowską i asfaltingowo-kamieniście dotarliśmy do Wołosatego. Ostatnie 500 m ledwo szłam. Tu skurcz łydki, tam przykurcz palca, łup łup w ramieniu i sama nie wiem, co jeszcze...Gdzie ta cholerna kropka? Jest! Doszłam :shock: 8-)

Obrazek

Obrazek
Ostatnio zmieniony 2019-01-27, 20:48 przez Lidka K., łącznie zmieniany 5 razy.
jest we mnie wiary okruszek....

Maria z Pogórza
Posty: 58
Rejestracja: 2016-12-07, 13:08
Lokalizacja: Pogórze Przemyskie

Post autor: Maria z Pogórza » 2018-09-17, 12:35

Po takim dystansie to chyba Camino de Santiago nie byłoby dla Ciebie wyzwaniem, i to za jednym zamachem :-)
Podziwiam i gratuluję bardzo.

Awatar użytkownika
Michun
Posty: 7343
Rejestracja: 2009-04-24, 13:03
Lokalizacja: Western Front

Post autor: Michun » 2018-09-17, 13:28

Gratulacje, widzę i cieszę się, że "stara gwardia" forumowa nie odpuszcza i daje czadu na całego!
"I don't hate people, I just feel better when they aren't around"
Ch. Bukowski
"Na nazwy i na znaki sram i w Polsce z tym nie jestem sam"J.Kleyff

Awatar użytkownika
Lidka K.
Posty: 5504
Rejestracja: 2011-03-09, 10:29
Lokalizacja: 555 km od Bies...
Kontakt:

Post autor: Lidka K. » 2018-09-17, 13:42

Pisanie relacji to też wyzwanie, zatem jak już się uporałam, to jeszcze na koniec: DZIęKUJę
tym, co to wierszem do mnie pisali i chcieli organizować akcje poszukiwawcze,
tym, którzy czekali na moje meldunki i podkarmiali,
tym, co to z kosmosu mnie obserwowali i motywowali,
tym, którzy podejrzliwe sms-y słali i "mieli nosa",
tym, którzy rozwalali mnie tekstami typu: jutro czekam w Cisnej ,
i mojej ekipie wspomagającej 8-)

Obrazek
Ostatnio zmieniony 2018-09-17, 14:12 przez Lidka K., łącznie zmieniany 1 raz.
jest we mnie wiary okruszek....

Awatar użytkownika
krzyś
Posty: 569
Rejestracja: 2013-10-28, 12:51
Lokalizacja: Katowice

Post autor: krzyś » 2018-09-17, 14:09

tadeks pisze:Po co ludzi na siłę uszczęśliwiać tym Beskidem Nijakim
Ty się Tadziu licz ze słowami!!! :-P

Awatar użytkownika
Michun
Posty: 7343
Rejestracja: 2009-04-24, 13:03
Lokalizacja: Western Front

Post autor: Michun » 2018-09-17, 14:36

A ten po lewej to kto?
"I don't hate people, I just feel better when they aren't around"
Ch. Bukowski
"Na nazwy i na znaki sram i w Polsce z tym nie jestem sam"J.Kleyff

Awatar użytkownika
creamcheese
Posty: 1819
Rejestracja: 2012-06-07, 11:19
Lokalizacja: lublin

Post autor: creamcheese » 2018-09-17, 15:52

No i dała kobieta radę!! Najlepszego Lidko!
tadeks pisze:Po co ludzi na siłę uszczęśliwiać tym Beskidem Nijakim
¦więte słowa Tadziu!! Beskid Niski tylko dla nekrofanów!!
Lekarz zabronił mi chodzić po górach. Chodzę więc chyłkiem. Żeby nie widział.

ODPOWIEDZ