Strona 1 z 3

Moje Tarnice

: 2016-09-05, 16:36
autor: Cisy2
Ta moja relacja-nierelacja powstała tak trochę przypadkowo. Na forum bieszczadzkim, na którym od czasu do czasu też się trochę udzielam, jeden z guru tego forum z sarkazmem stwierdził, że więcej jest relacji z jakichś Pikujów i Pietrosulów, niż z wędrówek na najwyższy szczyt polskich Bieszczadów. Znalazłem dwie godziny wolnego czasu i skrobnąłem takie oto coś.

Może i na naszym n.p.m.-owskim forum mój tekst i kilkanaście dołączonych do niego obrazków znajdą paru Czytelników?

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Na Tarnicy, najwyższym szczycie polskich Bieszczadów, byłem - wstyd się przyznać - tylko dwa razy!

Ale w obydwu wypadkach były to wejścia heroiczne!!!

Pierwszy raz wdrapałem się na niebotyczne 1346 m n.p.m. 17 lipca 1986 r. Było to w kilka dni po opuszczeniu przeze mnie Szpitala Chorób Zakaźnych we Wrocławiu, w którym skutecznie wyleczono mnie z malarii, którą przywlokłem z lipcowo-wrześniowej himalajskiej wyprawy AD 1985. Podczas opuszczania szpitala musiałem obiecać pani doktor ordynator, że nie wybiorę się w jakieś skaliste góry, gdyż "oficjalnie do połowy sierpnia byłem na stanie szpitala" (pachniało to Bareją, ale takie wtedy były realia!) i pojawiłby się problem, gdyby mi się coś w górach stało.

Najpierw - 12 lipca - wybraliśmy się z Bożenką, moją żoną, na jednodniową sudecką górską "pralkę" w Górach Kamiennych. Kto zna te góry, ten wie, że niemal wszystkie wycieczki przez to niewysokie pasmo to klasyczne przejścia "góra - dół - góra - dół", w dodatku wybraliśmy chyba najlepsze w Kamiennych hopki (trasa: Mieroszów - Jatki - Garbatka 792 - Sokołowsko - Włostowa 901 - Suchawa 928 - Waligóra 936 - schr. "Andrzejówka" 805 - Warzęcha - zamek Rogowiec 870 - Rybnica Mała - Wawrzyniak - Jedlina Zdrój). Jak na rekonwalescenta, który przez kilka tygodni co 46 godzin miał ataki blisko 41,5-stopniowej gorączki, to te 34 punkty na GOT (już wtedy odznaki nie zdobywałem, ale punkty liczę do dziś!) było całkiem, całkiem.

Pojawił sie więc pomysł na "małżeńskie Bieszczady", pierwszy nieco dłuższy wypad w góry po naszym ślubie. Pojechaliśmy oczywiście na ciężko, tzn. z większymi plecakami niż kilka dni wcześniej, podczas mojego sudeckiego testu kondycyjnego. Już pierwszego dnia zacząłem padać, okazało się, że w Górach Kamiennych wędrowałem "na euforii i adrenalinie". Ale jakoś trasę Smolnik - Dwerniczek - Dwernik - Magura Stuposiańska (1016) - Przysłup (785) - Bereżki przeszedłem, z tym że duża część klamotów noszonych przeze mnie musiała przeskoczyć do plecaka Bożenki.

Z Bereżek przejechaliśmy autobusem PKS do Ustrzyk Górnych. Nocleg w bazie namiotowej. Następnego dnia musiała być wycieczka na lekko, gdyż na nic więcej po prostu nie było mnie stać. Postanowiliśmy, że będzie to wycieczka na Tarnicę. Najpierw wejdziemy, przez Szeroki Wierch (1248) na Tarnicę... a później się zobaczy.

No i wyszliśmy na naszą wycieczkę...

Na Szerokim Wierchu byliśmy około dziesiątej rano. ¦rodek lata a ludzi brak. Nikt wtedy nie myślał o jakichś tam schodach...

Obrazek

Kilka minut później już jakieś sylwetki byliśmy w stanie dojrzeć i policzyć... na palcach dwóch rąk.

Obrazek

Natomiast na szczycie Tarnicy byliśmy sami!!! (te trzy wykrzykniki to tak z dzisiejszej perspektywy - w 1986 r. zdanie to zakończyłbym kropką)

Obrazek

Na Tarnicy wydarzył się cud - odzyskałem siły. Nie trzeba było wracać do Ustrzyk Górnych - ani ponownie przez Szeroki Wierch, ani trasą, na której trzy dziesiątki lat później pojawią się schody.

Poszliśmy sobie na wschód - najpierw na Krzemień (1335). Był to czas, kiedy szlak biegł górą - całą grzbietową grzędą tego szczytu.

Obrazek

Później zaś Halicz (1333), Rozsypaniec (1280) i zejście przez Wołosate do Ustrzyk Górnych. Gdzieś po drodze - w Wołosatem - zaczęło się robić ciemno...

Obrazek

O kolejnych dniach nie będę pisał. Było fajnie, na ciężko, z tym że plecak Bożenki był cały czas cięższy od mojego.

Kolejne moje heroiczne wejście na Tarnicę miało miejsce 18 lat później - w czwartkowy poranek 21 października 2004 r. Heroiczne dlatego, że dźwigałem w plecaku gigantyczny ciężar. Obok sprzętu turystycznego również dużą ilość książek, garnitur, buty do garnituru, kilka koszul i kupę innych rzeczy, które się bierze na konferencje naukowe. Miałem po prostu konferencję archeologiczną w Sanoku i wyjechałem na nią trzy dni przed jej rozpoczęciem, a i z powrotem z niej do domu niezbyt się spieszyłem.

Zajechałem zatem autobusem PKS 20 października do Pszczelin (przystanek PKS Widełki) i przez Widełki (1016) i Bukowe Berdo (1313) polazłem w stronę Krzemienia. Z autobusu wysiadłem już po 14, a i podczas wędrówki raczej nie przyśpieszałem kroku. Widoki były zbyt piękne, abym urządzał sobie biegi po połoninach...

Obrazek

Było więc pewne, że w tym dniu z gór nie zejdę. Koniec października to już naprawdę bardzo wczesny zachód Słońca. Udało mi się zejść do Przełęczy Goprowców i tam postanowiłem poczekać do świtu. Namiotu nie miałem, więc o biwakowaniu [nielegalnym] raczej nie mogło być mowy. Ponieważ jednak pojawił się niewielki mróz (w nocy nawet spadły pierwsze płatki śniegu) zakutałem się w śpiwór.

Obrazek

I tak dotrwałem do rana... A widok? Każdy go zna!

Obrazek

Szybko wrzuciłem manele (śpiwór, kuchenka, garnki i coś tam jeszcze) do plecaka (ale tak, żeby nie pognieść garnituru i koszul) i rozpocząłem wejście na Tarnicę.

Obrazek

Tym razem nie trzeba było używać palców do liczenia turystów. Nie były potrzebne - przez cały czas pobytu na połoninie byłem na niej sam!

Obrazek

Na Tarnicy zobaczyłem krzyż, którego podczas mojego poprzedniego na niej pobytu jeszcze nie było...

Obrazek

Widoki były jednak nadal takie same.

Obrazek

Jeszcze fotka mojej ukochanej pancernej Tatonki, służącej mi przez kilkanaście lat i dopiero przed dwoma laty wymienionej na jakiegoś Ospreya tylko dlatego, że ten ostatni jest lżejszy o 0,65 kg, a to w moim wieku istotne "odciążenie".

Obrazek

I można było schodzić... Z Szerokiego Wierchu spojrzałem za siebie. Szczyt Tarnicy był już w chmurach. ¦cieżka z Wołosatego nie wyglądała na taką, która będzie musiała dziesięć lat później przejść ponoć uzdrawiający ją lifting.

Obrazek

Zszedłem do Ustrzyk Górnych, posiedziałem godzinkę w którejś z tamtejszych knajpek i pojechałem do Sanoka. I to był mój ostatni dzień, kiedy byłem na Tarnicy.

Tarnicę widziałem jeszcze wielokrotnie z bliższych i dalszych (Pikuj, Vihorlat) miejsc w Karpatach. Chyba najbliżej tego szczytu byłem 6 października 2012 r., gdy spoglądałem na Tarnicę z Pliszki (1068), szczytu znajdującego się już w ukraińskiej części Bieszczadów, może z 7 kilometrów w linii prostej od Tarnicy.

Obrazek

Obrazek

Przez lornetkę i obiektyw tele widać było mrowie ludzi okupujących wierzchołek najwyższego szczytu polskich Bieszczadów...

Obrazek

I ostatnie moje spojrzenie na Tarnicę z nieco bliższego dystansu - sprzed niespełna trzech tygodni (18 sierpnia 2016 r.). Weszliśmy z żoną wieczorem na Połoninę Caryńską... Jak trzydzieści lat temu - niemal sami na połoninie...

Obrazek

: 2016-09-05, 16:55
autor: Lidka K.
No to ja byłam 3 razy: latem, jesienią i wiosną. Zimy mi do kompletu brakuje :-D

: 2016-09-05, 17:27
autor: Cisy2
No to jeżeli Ty Lidko, która Bieszczady znasz od podszewki, byłaś o ten jeden raz więcej niż ja na szczycie Tarnicy, to ten mój "wstyd" z pierwszego akapitu robi się trochę jakby mniejszy.

To ja może też zimą się jeszcze kiedyś do Tarnicy przymierzę? :lol: Zostanie mi wtedy jeszcze wiosna... na przykład taka "schyłkowomarcowa" ;-)

Re: Moje Tarnice

: 2016-09-06, 12:47
autor: PermanentTravel
Cisy2 pisze:Poszliśmy sobie na wschód - najpierw na Krzemień (1335). Był to czas, kiedy szlak biegł górą - całą grzbietową grzędą tego szczytu.
Pozazdroszczę! To musiał być piękny szlak! Niejednokrotnie z westchnieniem patrzyłem już na grzbiet Krzemienia, który z Przełęczy Goporowskiej kojarzy mi się z ogonem jakiegoś monstrualnego, przedpotopowego gada...
Obrazek
No ale cóż - szlaku nie ma, to pchać się nie będę :-/

: 2016-09-06, 13:22
autor: creamcheese
Szlakiem przez Krzemień (głównym beskidzkim) szedłem na początku lat osiemdziesiątych. Nie wiem czy dobrze pamiętam - kończył się on na Haliczu. Nie było znakowanego przejścia przez Rozsypaniec i przełęcz Bukowską do Wołosatego. Trzeba było wracać pod Krzemień i schodzić przez Bukowe Berdo, albo pod Tarnicę i schodzić Szerokim Wierchem

: 2016-09-06, 13:26
autor: Satan
A ja byłem tylko raz i to zimą :mrgreen: Jak zwykle dobrze się czyta i ogląda, zwłaszcza ten oldschool. ;-)

PS - a dla mnie te Pikuje i Pietrosule mogą być! :mrgreen:

: 2016-09-06, 13:30
autor: Michun
Ja byłem pierwszy raz w 1986 lub 87 roku i szlak czerwony biegł przez Halicz, Rozsypaniec i do granicy a dalej wracał szosą "półgruntową" do Wołosatego.
Aha, no i szlak biegł tak, jak zaznaczyłem niegdyś pisakiem - trawersował już Krzemień.
Obrazek

: 2016-09-06, 21:51
autor: kulczyk1
Cisy2 pisze: Poszliśmy sobie na wschód - najpierw na Krzemień (1335). Był to czas, kiedy szlak biegł górą - całą grzbietową grzędą tego szczytu.
Ta ścieżka jest do dzisiaj widoczna a Tarnica mimo ławek , poręczy i schodów w odpowiedniej porze dnia warta jest odwiedzenia.

: 2016-09-07, 03:40
autor: Leuthen
Cisy2 pisze:Na Tarnicy, najwyższym szczycie polskich Bieszczadów, byłem - wstyd się przyznać - tylko dwa razy!
Ja też byłem na Tarnicy tylko dwa razy, ale się tego nie wstydzę ;-)
Cisy2 pisze:Kolejne moje heroiczne wejście na Tarnicę miało miejsce 18 lat później - w czwartkowy poranek 21 października 2004 r. Heroiczne dlatego, że dźwigałem w plecaku gigantyczny ciężar. Obok sprzętu turystycznego również dużą ilość książek, garnitur, buty do garnituru, kilka koszul i kupę innych rzeczy, które się bierze na konferencje naukowe. Miałem po prostu konferencję archeologiczną w Sanoku i wyjechałem na nią trzy dni przed jej rozpoczęciem, a i z powrotem z niej do domu niezbyt się spieszyłem.
Jeśli szczęście dopisze i pewien profesor nie wejdzie mi w drogę (raz już wszedł i pożałował, ale ma za to powód by mnie nie lubić i uprzykrzać mi życie :-D ), to jesienią - w październiku właśnie, też będę wędrował po Bieszczadach z marynarką, krawatem, wizytową koszulą, półbutami etc. w plecaku ;-) Wybieram się na konferencję historyczną do miejscowości nieopodal Jeziora Solińskiego. Być tam i nie wyskoczyć w jesienne Bieszczady to nieomal grzech :mrgreen:

: 2016-09-07, 07:59
autor: robso
Skoro mamy wątek połoninny, to wtrącę moje ostatnie przemyślenie, które dość luźno trzyma się tematu ale się trzyma!

Zainteresowało mnie bowiem jesienne przejście Pasma Jaworzyny Krynickiej. Całkiem spory kawał ziemi bo ok. 30km. Widokowo jednak słabiutko się zapowiada bo ledwie kilka polan tamże czy szczytów bezleśnych. Jednak nie zawsze tak było...

Okazuje się bowiem, że pasmo przez całe wieki było intensywnie eksploatowane przez Łemków, głównie przez wypas owiec, co skutkowało ogromnymi polanami. Często było to ich jedyne źródło utrzymania. Tak czy owak pasmo praktycznie w całości było bezleśne. Jedna wielka połonina. I tak było kilka stuleci!

Dopiero po wojnie, raptem kilkadziesiąt lat temu, sprawa nabrała innego kierunku. Łemków wypędzono, potem w ogóle pasterstwo stało się nieopłacalne i szybciutko wszystko zniknęło w lesie ;-)

Nieużytkowane polany będące kilkusetletnim epizodem w dziejach tych gór stopniowo zarastają lasem.

Tak krótkie zdanie, tak wiele oddaje. Próbuję sobie wyobrazić te stulecia. Jak pięknie tam być musiało. Zapewne to były trudne czasy, ale tej 30km-wej platformy widokowej na Tatry to im zazdroszczę ;-)
Ale to też mi pokazuje w jak krótkim wycinku czasu żyjemy. To co się nam wydaje za pewnik, coś niezmiennego, oczywistego... tak jest tylko z naszej, mocno ograniczonej perspektywy.

Dlatego tym głębiej zdumiewają mnie słowa Chrystusa Jezusa:
"Niebo i ziemia przeminą, a moje słowa nie przeminą."


No, taki to mały wywodzik na L4 :-(
Pozdrawiam czyli życzę wszystkim zdrowia.

: 2016-09-07, 08:46
autor: PermanentTravel
robso pisze: Nieużytkowane polany będące kilkusetletnim epizodem w dziejach tych gór stopniowo zarastają lasem.
Zjawisko to jest zauważalne w zasadzie w całych polskich Karpatach. Taki Beskid Niski kiedyś, np.... kiedyś niemal każdy szczyt stanowił idealny punkt obserwacyjny z 360 stopniowymi panoramami (Lackowa z tego powodu nazywana była swego czasu Chorągiewką Pułaskiego) a teraz wszystkie szczyty pokrył las. Niegdysiejsze cmentarze wojenne pobudowane na szczytach widoczne byly z wielu kilometrów - obecnie otaczają je lasy.

Albo takie Pieniny: Spod Skały Bazaltowej na Smolegową Skałę dzisiaj.
Obrazek

To samo miejsce w latach 1967-1968.
Porównaj to zdjęcie z powyższym. Na pierwszy rzut oka powyżej jest znacznie więcej roślinności. Przyczyną tego stanu rzeczy jest to, że zamieszkujący niegdyś te tereny Rusiny Szlachtowscy wykorzystywali dosłownie każdy fragment dostępnej im ziemi - zarówno do celów rolniczych, jak i do wypasu owiec. Po ich wysiedleniu tereny te zaczęły stopniowo zarastać.
Obrazek
[zdjęcie archiwalne, Pocztówka Ruch, źródło: fotopolska.eu]

Kolejnym miejscem, w którym można zauważyć zmianę krajobrazu na przestrzeni dziesięcioleci po wspomnianych wysiedleniach jest Wąwóz Homole. Poniższe zdjęcie przedstawia wejście do tego wąwozu. Gdybym stanął kilka metrów w lewo lub w prawo, uchwycenie tego kadru byłoby niemożliwe ze względu na rosnące wszędzie drzewa.
Obrazek

Zerknij więc i porównaj, jak wyglądało to miejsce w 1937 r.
Zdjęcie przedstawia Rusinów z Jaworek przed wejściem do Wąwozu Homole, ubranych w ich autentyczne stroje.
Ponownie w oczy rzuca się ubogość szaty roślinnej, która nie miała szans na rozwinięcie się przy systematycznym wypasie owiec.
Obrazek

W przeciągu 150 lat w Karpatach podwoiła się ilość lasów. Tutaj wyniki badań.

: 2016-09-07, 10:39
autor: Leuthen
PermanentTravel pisze:
robso pisze: Nieużytkowane polany będące kilkusetletnim epizodem w dziejach tych gór stopniowo zarastają lasem.
Zjawisko to jest zauważalne w zasadzie w całych polskich Karpatach.
Nie tylko w Karpatach. To samo dotyczy sporych obszarów Jury Krakowsko-Częstochowskiej ;-)
robso pisze:to też mi pokazuje w jak krótkim wycinku czasu żyjemy. To co się nam wydaje za pewnik, coś niezmiennego, oczywistego... tak jest tylko z naszej, mocno ograniczonej perspektywy.

Dlatego tym głębiej zdumiewają mnie słowa Chrystusa Jezusa:
"Niebo i ziemia przeminą, a moje słowa nie przeminą."
Polecam lekturę "Mistyki gór" autorstwa wrocławskiego ks. Romana E. Rogowskiego - w sam raz dla miłośników takich "klimatów" :-)

: 2016-09-07, 11:27
autor: robso
PermanentTravel, bardzo ciekawe fotki i jeszcze ciekawszy artykuł.
Dzięki!

Czyli wychodzi na to, że wszystko wraca do normy i to bardzo szybko:

Najwięcej lasów było w Karpatach, nim pojawił się tam człowiek. Pod wpływem kolonizacji (m.in. w czasach średniowiecza) lasów zaczęło ubywać, a najmniejszą powierzchnią zajmowały one prawdopodobnie w połowie XIX w. Z czasem zaczęły stopniowo wracać do polskiego krajobrazu. Powierzchnia lasów szybko się zwiększała zwłaszcza po drugiej wojnie światowej i po 1989 r.

"To jeszcze nie jest ostatnie słowo przyrody. Z naszych badań wynika, że w Karpatach sporo jest rolniczej ziemi, której nie użytkowano od kilku, kilkunastu lat. Te obszary zostawione same sobie w ciągu dwóch dekad znów staną się lasami"




Wychodzi więc, że obecne pokolenie cieszy się ostatnią resztką z tego co miało miejsce przez ostatnie kilka stuleci:

"Za kilkanaście lat lasów w Karpatach będzie więcej, ale to oznacza, że stracimy otwarte przestrzenie i widoki atrakcyjne np. dla turystów. Stracimy też pewną część dziedzictwa kulturowego - krajobraz wytworzony przez setki lat działalności rolniczej"

Zatem pewnym środkiem zaradczym na taki stan rzeczy jest inne zjawisko. Mianowicie wysyp wież widokowych w ostatnich latach.
Wiem, że tutaj jest wiele polemiki, aczkolwiek ja jestem w obozie "ZA" ;-)

: 2016-09-07, 12:17
autor: PermanentTravel
robso pisze:Zatem pewnym środkiem zaradczym na taki stan rzeczy jest inne zjawisko. Mianowicie wysyp wież widokowych w ostatnich latach.
Wiem, że tutaj jest wiele polemiki, aczkolwiek ja jestem w obozie "ZA" ;-)
Zeszliśmy trochę z tematu ale dopowiem jeszcze, że też jestem za, byleby były to wieże a nie jakieś monstrualne konstrukcje psujące krajobraz lub wystające metr ponad drzewa ambony, które lada chwila będą serwować widoki jedynie na gałęzie drzew. Na te pierwsze na szczęście najczęściej nie ma wystarczająco kasy ale drugich jest dość sporo, zapewne z tego samego względu - oszczędności... wszak dodatkowe piętro wieży to dodatkowa kasa, tyle, że stawianie takich kurdupli jest krótkowzroczne - teraz w sensie metaforycznym a niedługo dosłownym.

Są jeszcze dwa inne środki zaradcze stosowane przeciwko zarastaniu polan górskich: wypas kulturowy owiec oraz wykaszanie polan przy pomocy traktorów (ten drugi ma miejsce, np. w Dolinie Ciechani w BN).

: 2016-09-07, 12:35
autor: Cisy2
PermanentTravel, nasze przejście przed laty po grzebieniu Krzemienia to była rzeczywiście wspaniała skalna wędrówka. Niestety, mam z niej tylko kilka fotografii. Na cały nasz bieszczadzki wypad w 1986 r. wziąłem tylko jeden film (enerdowskie przeźrocza ORWO), mający 36 klatek. Nauczyłem się tak zakładać film do aparatu, że wychodziło nieco więcej, nawet do 39, z tym, że ostatnia klatka "musiała" być częściowo zaświetlona. Tak było i w tym przypadku - ostatnie zdjęcie z naszej wycieczki, zresztą też z Tarnicą widzianą z Połoniny Caryńskiej.

Obrazek

Wracając do Krzemienia - zrobiłem tam tylko (wtedy "aż"!) cztery zdjęcia. Oprócz tego z pierwszego postu jeszcze m.in. takie:

Obrazek

Obrazek

Następne jest już z Halicza, gdy przed zmrokiem próbowaliśmy coś dostrzec w okolicach Sianek:

Obrazek

Na Krzemień szczęśliwie weszliśmy więc - trochę nieświadomie - przysłowiowym "rzutem na taśmę". Chyba jesienią 1986 r. zamknięto szlak graniowy i skierowano ruch turystyczny w stronę Halicza, o tym pisze w swoim poście Michun, ścieżką od południa trawersującą Krzemień.

Co zaś do kwestii poruszonej przez creamcheese, a dotyczącej czerwonego szlaku na Halicz. Przejrzałem tak na szybko kilka map Bieszczadów, wydanych przez PPWK (skala 1:75 000) z lat 70. i 80. XX w. Na pierwszym wydaniu (z 1976 r.; wcześniej było kilkanaście wydań PPWK-owskich "Bieszczadów" w skali 1:125 000) szlak dochodzi do Rozsypańca. Od razu sprawdziłem najmłodszą jaką mam mapę w skali 1:125 000 (wyd. 11 z 1973 r.) - tam szlak ten kończy się na Haliczu. Ciekawa sytuacja "pojawia się" na mapie z 1983 r. (wyd. 7). Na niej czerwony kończy się na gruntówce prowadzącej do Przeł. Bukowskiej (na samo siodło przełęczy nie wprowadza, ale za to biegnie tam szlak narciarski, przez praktycznie całe Bieszczady połoninne "sklejony" z czerwonym pieszym). Może to pomyłka redaktorów mapy? Tego nie wiem. Na kolejnym wydaniu (z 1985 r.) sytuacja jest już taka, jak na mapie Michuna - czerwony biegnie przez grzędę grzbietową Krzemienia, a po połączeniu z gruntówką w rejonie Przeł. Bukowskiej drogą tą do Wołosatego; tam łączył się z niebieskim schodzącym z Tarnicy. Na kolejnych już trawersuje Krzemień od południa. Taki stan istnieje praktycznie do dziś.

robso, ja pierwszy raz wędrowałem przez Beskid Sądecki w 1983 r. Już wtedy Pasmo Radziejowej i Pasmo Jaworzyny Krynickiej były praktycznie w zdecydowanie większej swej części porośnięte lasem. W przewodniku Władysława Krygowskiego po Beskidzie Sądeckim z 1977 r. przeczytać można o Radziejowej takie słowa: "Szczyt, obecnie zalesiony, słynął dawniej z szerokiej dookolnej panoramy, dziś widok możliwy jest tylko z wieży triangulacyjnej. Niestety, przepisy nie pozwalają na nią wchodzić." W grudniu 2005 r., gdy ostatni raz byłem na Jaworzynie Krynickiej, fotografowałem naprawdę już wiekowe drzewa.

Obrazek Obrazek

Leuthen, przywołałeś ks. Romana Rogowskiego i jego dzieło. Dwukrotnie - chyba w 1985 i 1986 r. - zapraszaliśmy ks. Romana na wykłady dla naszego SKPS-owskiego kursu przewodnickiego i na już wewnątrzkołowe spotkanie autorskie. Wspaniałe i długie wieczory - pamiętam wyganiających nas późnym wieczorem portierów, gdyż spotkania te przeciągały się okrutnie. Był jednym z najbliższych przyjaciół Wandy Rutkiewicz, bardzo wspomagał jej Mamę po zaginięciu Wandy na Kangczendzendze. Ponieważ na swoje studia dojeżdżałem ze ¦wiebodzic (stacja na linii Jelenia Góra - Wałbrzych - Wrocław) zdarzało mi się spotykać w pociągu ks. Romana wracającego z leżącego u stóp Sokolika i Krzyżnej Góry Trzcińska. Zawsze był w gronie kogoś z ówczesnego "panteonu" wrocławskiego Klubu Wysokogórskiego. Były wtedy rozmowy i o górach - tych najwyższych i tych naszych najbliższych nam Sudetów - i o wielu innych rzeczach i sprawach. Dobrze, że wtedy pociąg nie jechał do Wrocławia tak szybko, jak dzisiaj.