Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Karkonosze i Rudawy Janowickie

Żywy lód pod deskami

NPM 4/2015
Numer wyprzedany
Autor:
Grzegorz Grupiński
Mała Ostra. Zalesione cielsko wypina ku słońcu potężny Kowarski Grzbiet, a za nim błyszczy biała piramida Śnieżki (fot. Grzegorz Grupiński)
Dwa pasma przed nami, po dwie deski u nóg. Pod nimi – żywy lód. W głowie plan, czyżby bez szans? Co będzie, nie wie nikt. Kapryśna aura zdecyduje...

Plan jest logiczny – przemieścić się na śladówkach (a gdzie nie da rady, pieszo) z Jakuszyc przez Karkonosze i Rudawy do Janowic Wielkich. Przed nami ponad 60 kilometrów gór. Wpatrzeni w szarostalowe niebo, odpychamy się kijkami pod jakuszycką leśniczówką. Pierwsze metry potwierdzają nasze najgorsze przypuszczenia. Mizerna warstwa śniegu została nadtopiona przez odwilż, po czym chwycił mróz. Efekt jest taki, że pod nartami zgrzyta zlodowaciała skorupa. – Jak to będzie tak wyglądało, to kto wie, czy jutro nie będziemy musieli podkulić ogony i zejść z grzbietu – stwierdza smętnie Mariusz.

Mechanizm wyparcia
Mamy dwie godziny do zmierzchu, ale dzisiaj do zrobienia tylko podejście na Szrenicę. Po kilkuset metrach szlak wchodzi wąską ścieżką w las. Robi się bardziej stromo i narty wędrują na plecaki. Szybko zdobywamy wysokość i bez niespodzianek docieramy na wypłaszczenie pod Przedziałem (1063 m n.p.m.). – Mamy jeszcze trochę czasu. Może Owcze Skały? – proponuję. Żeby mieć chociaż takie urozmaicenie tego chmurnego popołudnia, odbijamy kilkaset metrów w bok. Z niepojętych powodów zmieniono niedawno przebieg zielonego szlaku, oddalając go od Owczych Skał. Wśród kamiennych bloków, oblanych lodową glazurą, hula wiatr i potęguje wrażenie niesamowitości tego miejsca. Wracając do szlaku, korzystamy z kawałka płaskiego terenu i na krótko przypinamy narty. Reszta podejścia będzie znów na nogach. W gęstniejącej szarudze mijamy schronisko na Hali Szrenickiej. Zaczyna sypać śnieg. Teraz ostrzej w górę. Wirujące płatki i idealna cisza koją zmysły. To jest ten stan, o który chodziło – nie myślę, co będzie jutro. Cieszę się, że zaraz spoczniemy w schronisku, wypijemy piwo i się wyśpimy. Wkrótce wzrok wyłapuje zarysy budynku i wątłe światło w oknach. Dla formalności zdobywamy wierzchołek Szrenicy (1362 m n.p.m.) i otwieramy drzwi schroniska. Placówka nie należy do PTTK, jest własnością prywatną. Mimo dużej kubatury jest tu schludnie i przyjemnie. Dostajemy miejsce na zbiorówce w piwnicy, ale nawet i tam widać efekty starań gospodarzy. Pomieszczenie jest czyste oraz wyposażone w porządne łóżka i koce. Standard o klasę wyższy niż średnia w PTTK, a cena taka sama. W jadalni, przy kolacji i złocistym napoju, ogarnia nas atmosfera głębokiego relaksu. Mimo fatalnych warunków śnieżnych i beznadziejnej prognozy pogody – rozchmurzyć się ma dopiero za dwa dni – w zakamarkach myśli czai się niczym nieuzasadniony optymizm. Że może to nie będzie całkowita porażka. Wypieramy ze świadomości wizję drałowania 60 kilometrów przez góry we mgle, w niewygodnych butach do nart, z dechami na plecach.

Raz zaspa, raz lód
– Tej zaspy wczoraj tu nie było – rano z niedowierzaniem dziurawimy kijkami śnieżną hałdę pod ścianą schroniska. – Musiało sypać całą noc… Jest nadzieja! Po krótkim zejściu ze Szrenicy z dziką radością wpinamy buty w wiązania i ruszamy karkonoskim grzbietem granicznym wzdłuż drewnianych tyczek, znaczących o tej porze roku czerwony szlak. Znane nam z wczoraj zmrożone klepisko zostało przyprószone cieniutką warstewką śniegu. Miejscami wystaje spod niej lód, miejscami wiatr nawiał niskie zaspy. To wszystko mało ważne – bo zamiast podkulić ogony, nareszcie możemy pokonywać trasę na nartach.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.