Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Bieszczady

Zwietrzały zapach drewna

NPM 5/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Rzucanie wszystkiego i wyjazd w Bieszczady wychodzą z mody. Teraz en vogue jest dzikość niskobeskidzka, czająca się gdzieś pomiędzy Krempną a Komańczą. Ale jak już człowiek tęskni cały rok za soczystą połoniną, to dorzuci trochę kilometrów, by zacząć wędrówkę od Działu. Wysoko ponad Puszczą Bukową, z reminiscencją wąskotorówki, dymiących mielerzy i nadzieją na szlakową samotność.

Spóźniłem się 26 lat. Jedno pokolenie. Tyle zabrakło, żeby na własne oczy zobaczyć obróbkę „bieszczadzkiego złota” nad Górną Solinką. Od setek lat najcenniejszym skarbem tych ziem jest drewno. Cięte, wypalane, ładowane i wywożone kolejką. Kształtowało charakter i tłumaczyło sens istnienia w tej odludnej krainie. Dopiero od kilku dekad proporcje się zmieniają. Człowiek spłaca dług wobec natury, co w związku z głośną zmianą ustaw o ochronie przyrody oraz o lasach nabiera szczególnego znaczenia. Nie inaczej jest w paśmie granicznym, pomiędzy masywem Działu a Słowacją. Niegdyś osadę Moczarne przeszywał dźwięk pił. Dym snuł się między ciągnikami, nad potokiem, wzdłuż torów. Aż do 1991 roku, kiedy całą dolinę wcielono do Bieszczadzkiego Parku Narodowego.

Zielono mi
Rozkopywanie historii takich miejsc wpisuje się we wzór bieszczadzkiej miłości. Najpierw przychodzi zauroczenie, gdy po raz pierwszy zdobywa się połoninę. Kolejny przyjazd z reguły wiąże się z zakochaniem. Obsesyjnymi myślami na temat powrotu w góry. Zgłoszeniem urlopu na żądanie, żeby zostać w tym paśmie chociaż jeden dzień dłużej. Wtedy materializują się zachody słońca przy Chatce Puchatka, irracjonalne wyjścia na szlak podczas ulewy. Byleby chłonąć, wędrować i przeżywać. Bo każdego z nas i tak dopadnie pies ogrodnika. Doświadczymy żądzy wyłączności, pragnienia gór pustych, tylko dla siebie. Wszędobylskiego „cooniturobizmu”, rodzącego pytanie o motyw pchający tłumy na przykładową Tarnicę (1346 m n.p.m.).
Remedium nie istnieje. Im szybciej to zrozumiemy, tym prędzej zaczniemy szukać ginących zawodów, opuszczonych siół i ducha przestrzeni w wyludnionych kotlinach. Tego, co dawniej było namacalne, a dziś tworzy klimat, mit, bliżej niezdefiniowaną bieszczadzkość.
W tym konkretnym przypadku, gdy o poranku włóczymy się wetlińskim asfaltem, pozostaje nam kartkowanie książek bądź obserwacja z góry. Przez Moczarne nie prowadzi bowiem żaden znakowany szlak. Nie powiem, kusi, żeby skręcić w prawo za mostem, tuż przed Domem Górskim PTTK. Ale ponieważ to obszar chroniony, nielegalne poszukiwanie zarośniętych torów nie ma większego sensu. Zwłaszcza że kilkaset metrów dalej podpinamy się pod szlak zielony cieszący się opinią „łagodnego dojścia do Rawek”. Jest więc okazja, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. I nie dać się zadeptać w majowy weekend. Trzeba jedynie przełknąć stromą pigułkę na starcie.
Jak to w Bieszczadach bywa, ciemny, zalesiony stok upstrzony schodkami szybko sprawdza naszą kondycję. Warto zacisnąć zęby, by w miarę szybko przekroczyć 900 metrów n.p.m. Na tym pułapie można już odetchnąć zapachem lasu, odtrąbić zdobycie pierwszej kulminacji Działu, a później dać się ponieść falującym grzbietom. Od tej pory czeka nas delikatne nabieranie wysokości przez coraz to wyższe wzniesienia i istne chlorofilowe zagłębie. A dosadniej: niespełna siedmiokilometrowe tasowanie: las, łąka, znów buki, polany, trawy, borówczyska, jarzębiny plus wąska ścieżka wijąca się przez to wielkie botaniczne cudo.
– Czyż nie o takich Bieszczadach marzyliśmy? – rzucam do Karoli lornetkującej połoniny Caryńską, potem Wetlińską aż po Smerek (1222 m n.p.m.).
Przez okular wciska się ludzki potok zalewający grań. Maszerują jeden za drugim, gęsiego, niczym mrówki na szczytach z drugiej strony szosy. Za to przed nami i za nami – pustka.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Bieszczady
Polska

Zobacz też