Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Joanna Całka

Zrealizowałam plan, spełniłam marzenie

NPM 7/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Joanna Całka
Widok na obóz II przepięknie ulokowany na turni (fot. Ryszard Pawłowski)
Kilka miesięcy temu wróciłam z kolorowego, tętniącego życiem Nepalu. Kraju, który teraz wygląda zupełnie inaczej. Trzęsienie ziemi z 25 kwietnia 2015 roku spowodowało, że pod gruzami zginęło kilka tysięcy osób, a jeszcze więcej dramatów ludzkich trwa nadal… Ja miałam to szczęście, że mogłam zobaczyć skrawek Nepalu przed tą ogromną tragedią.

Też tu będziesz” – tak brzmiała wiadomość, którą otrzymałam od Ryśka Pawłowskiego kilka dni po powrocie z Elbrusu we wrześniu 2013 roku, kiedy to on rozpoczął już swoją kilkumiesięczną wyprawę w Himalaje. „Ale jak to? Ja w Himalajach?” – pytałam sama siebie. „A właściwie to dlaczego nie?”.
No tak, tylko Ama Dablam to zupełnie inna bajka, inna wysokość i stopień trudności w porównaniu z tym, z czym miałam do czynienia do tej pory. Umiejętności wspinaczkowych brak, czasu na przygotowania niewiele, a jak się mieszka na Warmii, gdzie ni skały, ni ścianki w okolicy nie uświadczysz, to jest to jednak jakiś problem. Ale myśl o wyjeździe do Nepalu coraz częściej zaprzątała mi głowę. Oczywiście co pewien czas pojawiały się wątpliwości, czy to w ogóle ma sens, jednak jak się powiedziało „a”, to potem trzeba już lecieć do końca abecadła. Decyzja została podjęta: jadę w Himalaje.

Lądowanie na łące
W Nepalu wszystko dla mnie jest nowe. Katmandu to niewątpliwie miasto kurzu i niecichnących klaksonów – i sama nie wiem, czego jest tu więcej. Za to ludzie są przyjaźnie nastawieni i nawet spacerując późnym wieczorem, można czuć się bezpiecznie. Pierwsze dni spędzamy na załatwianiu formalności związanych z pozwoleniami, z wizytą w Ministerstwie Turystyki włącznie. Jest również i akcent sportowy, bo wspinamy się trochę – jeszcze w ciepełku i na sztucznej ściance. Wieczorami za to odwiedzamy lokalne knajpki i testujemy nepalską kuchnię.
Aby rozpocząć tę właściwą wyprawę, musimy polecieć z Katmandu do Lukli, bo właśnie tam ma się zacząć nasza przygoda z Himalajami. Na lotnisku dziwi mnie, że bilet nie jest na określony lot, tylko po prostu musimy czekać, aż nas zawołają. No to czekamy kilka godzin, zanim w końcu słyszymy, że teraz nasza kolej. Podekscytowani wsiadamy do malutkiego, mieszczącego kilkanaście osób samolociku, wciskamy w uszy kawałki waty otrzymane od stewardesy i wznosimy się ku Himalajom. Z niecierpliwością czekamy na lądowanie na jednym z najniebezpieczniejszych lotnisk na świecie, z uwagi na krótki pas zakończony murem. No i po raz kolejny tego dnia się dziwię. Podchodzimy do lądowania, ale nie widać ani muru, ani nawet pasa.
– Co jest grane? – pytam lekko zaniepokojona.
Okazuje się, że z powodu zbyt silnego wiatru musimy awaryjnie lądować gdzieś pomiędzy Katmandu i Luklą, na jakimś prowizorycznym lotnisku, chociaż słowo „łąka” zdecydowanie bardziej oddałoby klimat tego miejsca. Po godzinie wylegiwania się na trawce w cieniu skrzydeł samolociku pada hasło: „Lukla!”. W minutę się pakujemy, waciki w uszy i lecimy dalej. Po awaryjnym lądowaniu na łące lotnisko w Lukli wydaje się już najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Jak się wkrótce okaże, mamy dużo szczęścia, bo nasz lot jest ostatnim tego dnia. Reszta, z powodu złych warunków atmosferycznych, zostaje odwołana, my natomiast zgodnie z planem możemy rozpocząć trekking w Himalajach, które witają nas... deszczem. Jako że mamy świadomość, iż niewiele brakowało, żebyśmy przymusowo zostali w Katmandu, w ogóle nam to nie przeszkadza. Niski poziom chmur to już nie nasz problem – w końcu w perspektywie mamy dwa sześciotysięczniki oraz trzy tygodnie na ich zdobycie.

Symboliczna świeczka dla Polaków
Kolejne dni upływają nam już w bardzo określonym rytmie: pobudka, śniadanie, pakowanie, trekking, rozpakowywanie, nocleg. To wszystko w otoczeniu gór, przepięknych widoków i cokolwiek by powiedzieć o chłopakach – w naprawdę miłym towarzystwie.
W Pangboche, jednym z najwyżej położonych zamieszkałych miejsc na świecie (ok. 3900 m n.p.m.), spędzamy kilka dni. Przygotowujemy sprzęt i segregujemy rzeczy niezbędne w bazie pod Island
Peakiem, jednocześnie obserwując codzienne życie ludzi tam mieszkających. Zadziwiające, jak proste się ono wydaje, pomimo braku tych wszystkich udogodnień, które nam wydają się absolutną koniecznością. Funkcjonowanie bez pralki, lodówki czy telewizora naprawdę jest możliwe. Najbardziej podoba mi się to, że wieczorami wszyscy siadają wokół ulokowanego w centrum pomieszczenia piecyka – opalanego zresztą suszonym łajnem jaków – i po prostu ze sobą rozmawiają. Odnoszę nieodparte wrażenie, graniczące z pewnością, że taki sposób spędzania czasu w europejskich warunkach dawno już i nieodwracalnie został zastąpiony przez telewizję, komputery i... wirtualny świat.

(...)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Nepal

Zobacz też