Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Trekking pod K2

Zobaczyć K2, czyli Karakorum trek

NPM 11/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Monika Witkowska
(fot. Monika Witkowska)
– Lecisz do Pakistanu? Przecież tam niebezpiecznie? – trochę ze współczuciem, trochę z troską komentowano moje wyprawowe plany. Tymczasem było dokładnie tak, jak myślałam, że będzie: fajnie, ciekawie i pięknie widokowo, a żadnego niebezpieczeństwa właściwie nie odczuwałam.  

Jeśli będzie dobra pogoda, polecimy do Skardu samolotem, jeśli nie – czekają nas dwa dni w samochodzie – słyszymy na dobry początek. Pogoda na szczęście ładna, tak więc następnego poranka zamiast Karakoram Highway, która bynajmniej autostradą nie jest, oglądamy z moimi towarzyszami wyprawy z samolotowego okna ośnieżony szczyt Nanga Parbat (8126 m n.p.m., pod względem wysokości dziewiąta góra świata). Położone w dolinie Indusu Skardu, w którym lądujemy, okazuje się sympatycznym miasteczkiem, które da się przejść główną ulicą w ciągu zaledwie 20 minut. Jednak ze względu na chętnych do rozmowy i proszących o zdjęcia mieszkańców (kobiet jak na lekarstwo, bo nawet stragany obsługują faceci) nam zajmuje to dobre trzy godziny.
Ścieżki Baltoro
Uroki jeżdżenia po pakistańskich drogach poznajemy nazajutrz, jedynie na początku ciesząc się asfaltem, później z przejęciem obserwując, jak wysłużony, 25-letni dżip radzi sobie na wąskiej, błotnistej, wijącej się ponad przepaściami drodze. W pewnym momencie droga się zresztą urywa. Dosłownie, bo przez osuwisko dalej jechać już nie można. Jedyne, co nam pozostaje, to z pomocą lokalsów przenieść nasze bagaże na odcinku około kilometra i przesiąść się na samochody, które przyjechały z drugiej strony.
W końcu docieramy do wioski Askole (wymowa: Askoli), skąd już dalej jechać się nie da, chyba że na mule lub ośle. To wysokość 3000 metrów, co w Alpach oznacza lodowce, zaś tutaj – uprawne poletka. Zieleń jednak szybko zanika – pierwsze dni trekkingu to piaszczysto-kamienny szlak wzdłuż rzeki, a że niebo jest bezchmurne, słońce pali niemiłosiernie (górą ci, którzy wzięli parasole!).
Od wejścia na lodowiec (po obozie w Paiju) pogoda jednak się psuje, co sprawia, że zaczyna padać – najpierw deszcz, a od pewnego momentu śnieg. Trochę nam żal, bo w rezultacie mocno ograniczyła się widoczność – przepiękne skalne iglice Trango Tower giną we mgle. Na szczęście to jedyny taki dzień podczas trekkingu.
Mający 62 kilometry lodowiec Baltoro należy do najdłuższych (i najsłynniejszych!) lodowców świata. Chodzenie po nim nie wymaga asekuracji, bo szczeliny dobrze widać i łatwo je omijać. Wyraźnego szlaku jednak nie ma, tak więc żeby nie nadkładać niepotrzebnie drogi, lepiej trzymać się blisko pakistańskiego przewodnika. Można patrzeć też na tragarzy, choć ich tempo trudno utrzymać. To nic, że są obładowani, że idą w zsuwających się klapkach i w przeciwieństwie do nas nie wspomagają się energetycznymi batonami – znając tu niemal każdy kamień i będąc odpowiednio zaaklimatyzowanymi, szybko zostawiają nas w tyle. Swoją drogą różne od naszych są też noclegi tragarzy. Miejsca te same, ale my mamy namioty, oni budują sobie schrony z wszędzie dostępnych tu kamieni, z dachem z folii lub jakiejś plandeki.
Ku pamięci!
Jeśli ktoś jest śpiochem, na trekkingu łatwo mu nie jest. Pobudki są wcześnie, co w naszej ekipie oznacza porę zwykle między 5.30 a 6, choć i tak wcześniej słychać nawołujących się tragarzy i ryczące przy porannym załadunku osły. Któregoś razu jeden z kolegów przy śniadaniu przyznaje, że poczuł się trochę nieswojo, gdy nad ranem zbudził go okrzyk „Allahu Akbar”. Dopiero po dłuższej chwili uświadomił sobie, że nie chodzi o złe zamiary naszych muzułmańskich kolegów – jeden z tragarzy po prostu się modlił. Generalnie układy z tragarzami mamy bardzo sympatyczne, chociaż wzajemną komunikację utrudnia to, że większość z nich angielskiego kompletnie nie zna, a my z kolei nie mówimy ani w urdu, ani tym bardziej w lokalnym balti.
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”

 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też