Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Zobacz Górę Mojżesza

NPM 10/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Redakcja n.p.m.
Góra Świętej Katarzyny w blasku wschodzącego słońca (fot. Tomasz Rzeczycki)
Osobliwa to sytuacja, kiedy istne pielgrzymki wędrowców tłumnie zdążają na wyniosłą górę, leżącą dosłownie o rzut kamieniem od najwyższego szczytu w całym kraju. To trochę tak, jakby w Polsce strumień turystów spod Morskiego Oka płynął nie na Rysy, lecz, powiedzmy, na Mięguszowiecki Szczyt. A gdy jeszcze dodamy, że patronką tego wierzchołka jest święta Kościoła katolickiego, to w kraju o przewadze ludności muzułmańskiej można to uznać za swoisty fenomen.

Szczyt, o którym mowa, to oczywiście Góra Świętej Katarzyny (2629 m n.p.m.), najwyższy wierzchołek azjatyckiej części Egiptu i zarazem najwyższy szczyt tego państwa. Tak wygląda sytuacja od ponad 30 lat. Wcześniej, gdy półwysep Synaj przez kilkanaście lat znajdował się pod okupacją izraelską, Góra Świętej Katarzyny przejściowo straciła de facto status przynależności do grona najwyższych szczytów kraju. Wyższy jest bowiem od niej izraelski Hermon (2814 m n.p.m.). Ale to już zupełnie inna historia...
Swoją nazwę wierzchołek zawdzięcza najstarszemu na świecie, istniejącemu do dziś, prawosławnemu klasztorowi Świętej Katarzyny Aleksandryjskiej – tej samej, której wizerunek widnieje m.in. w herbie Nowego Targu. Klasztor leży kilometr w pionie poniżej „dachu Egiptu”, a tłumy obcokrajowców wypoczywających w tym kraju przechodzą obok niego codziennie, zdążając na nieodległą Górę Mojżesza. To właśnie z jej wierzchołka podziwiać można Górę Świętej Katarzyny. Skalista i kompletnie pozbawiona szaty roślinnej, pełna piargów, urwisk i stromych żlebów z pewnością może zachwycić niejednego turystę. Na jej wierzchołek także prowadzą serpentyny ścieżek, ale są one znacznie rzadziej uczęszczane. A szkoda, bo w trakcie takiej wędrówki podziwiać można m.in. różowobrązowy kolor tutejszych skał.
Najwyższe wzniesienie Egiptu znajduje się w pobliżu południowego cypla półwyspu Synaj, a więc bardzo blisko Szarm el-Szejk. Bliskość ta w warunkach egipskich oznacza 250 kilometrów, ale i tak nie zniechęca to plażowiczów do odwiedzenia tutejszego klasztoru. To w końcu najlepszy punkt w Egipcie, żeby podziwiać Górę Mojżesza.
Tomasz Rzeczycki

Pięć godzin w Ornaku

Nie, nie chodzi tu o grotołazów, którzy utknęli na kilka godzin, penetrując podziemia w masywie Ornaku. Tyle czasu można było za to spędzić w pociągu łączącym stolicę powiatu tatrzańskiego z Katowicami.
Mało który z niepozornych szczytów Tatrzańskiego Parku Narodowego został spopularyzowany tak bardzo przez kolej, jak miało to miejsce na przełomie wieków z Ornakiem (1854 m n.p.m.). Pokryta trawiastą nawierzchnią góra, upstrzona tu i ówdzie kępami kosodrzewiny oraz rumowiskami skalnymi, przez długi czas stała sobie na uboczu zainteresowania Polaków i pewnie mało kto wymieniłby ją wśród ważnych szczytów tatrzańskich. Wszak Kasprowy Wierch, Rysy, Giewont czy Nosal nieobce były nawet tym, którzy Zakopane znali wyłącznie z wakacyjnych widokówek od znajomych. Ale Ornak? Jeśli już, to częściej kojarzył się z halą i schroniskiem położonym na końcu Doliny Kościeliskiej.
Pod koniec XX wieku większość pociągów dalekobieżnych do Zakopanego z głębi Polski jeździła irracjonalną, okrężną trasą przez Kraków. Najsensowniejszym i najkrótszym połączeniem przez Tychy, Bielsko-Białą, Żywiec i Jeleśnię jeździł tylko jeden jedyny pociąg „Ornak” relacji Katowice-Zakopane. Pamiętam jeszcze czasy, gdy „Ornak” startował z Katowic punkt o siódmej rano, a do Zakopanego dojeżdżał kilka minut po 11. Potem było już tylko gorzej – w rozkładzie 2006/2007 czas jego jazdy wynosił pięć godzin i 21 minut. W innym zmieniono jego trasę, kierując go przez Kęty, Andrychów i Wadowice. Od 2007 roku „Ornak” jeździł już tylko w soboty i niedziele w wakacje oraz w ferie zimowe województwa śląskiego, by wreszcie w grudniu 2008 roku zostać zupełnie zlikwidowany. Był też dodatkowy pociąg „Ornak Bis”, jeżdżący w niektóre lata tuż przed sylwestrem i po Nowym Roku, gdy spodziewano się, że sam Ornak nie pomieści wszystkich chętnych.
Tysiące zapowiedzi megafonowych na dworcach Górnego Śląska i zachodniej Małopolski zrobiło tatrzańskiemu szczytowi lepszą reklamę niż „Wielka encyklopedia tatrzańska”. „Rysy”, „Kasprowy” czy „Giewont” również były nazwami pociągów, ale chyba żaden z nich nie wrył się w pamięć podróżnych tak bardzo jak „Ornak”.
Tomasz Rzeczycki


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też