Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Okolice Lądka-Zdroju

Złoty Czekan na horyzoncie

NPM 3/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
Zimowe widoki spod Śnieżnika w pełni rekompensują trudy wędrówki z potomkiem na brzuchu (fot. Michał Parwa)
W ciągu roku zaglądają tu tysiące kuracjuszy i wielbicieli górskiego kina. Sęk w tym, że są wśród nich również młodzi rodzice. A ledwie garstka mam i tatusiów zdaje sobie sprawę, że to doskonała baza wypadowa na rodzinny weekend na szlaku. Ze szczególnym uwzględnieniem niemowlaka w nosidle.  

Nigdy bym nie pomyślał, że poza sezonem można zabrać familię do Lądka-Zdroju, wmawiając im do tego bajkę o atrakcyjnych spacerach. Aż do zeszłego miesiąca, gdy na łamach „n.p.m.” przeczytałem, jak redakcyjny kolega Tomek Rzeczycki snuje się samotnie po tym sennym miasteczku. A potem w ciszy i spokoju krąży po miejscowych trasach – łatwych, tętniących historią, bez przesadnych przewyższeń. I od razu w głowie zapaliła mi się lampka. Kiedy przypomniał słynny cytat z „Misia” Barei („Nie ma takiego miasta – Lądyn! Jest Lądek, Lądek-Zdrój”), to już zupełnie mnie oświeciło, że warto tu zajrzeć z liczniejszą ekipą, a Londyn i Lądek-Zdrój są miastami kontrastów. Rzecz jasna na miarę własnych możliwości i w innym wymiarze.
W Lądku widać to choćby przy „Starym Jerzym” – najstarszym zakładzie przyrodoleczniczym w Polsce. Na jego frontowej ścianie umieszczono datę powstania – 1498 rok. A tuż obok, z głośnika w pubie ryczy znana wszem i wobec „Makumba”. Podobnie jest na rynku. Na pierzejach wyrosły sklepy z angielską odzieżą. A za nimi straszy blok rodem z PRL-u i poniemiecka ruina, jakby wyciągnięta z filmu wojennego.
Nieco dalej trafiamy na zabytkowy most na Białej Lądeckiej i figurę św. Jana Nepomucena z początku XVIII wieku. Przypuszczalnie była wzorowana na tej słynniejszej, z praskiego mostu Karola. Lecz gdy się człowiek przy niej obróci, zobaczy obłupane kamienice. I stare kosze na śmieci poszarpane pazurami.
Patrzę na ten zbiór skrajności i zadziwiony nie mogę się zdecydować, co jest większe – potencjał tego miasta czy też skala jego niewykorzystania? Jak wyglądałby Lądek, gdyby był alpejskim miasteczkiem? Czy poddałby się fali fajfów i dancingów? I czy, przede wszystkim, wciąż byłby domem dla Festiwalu Górskiego im. Andrzeja Zawady? Tego nie dowiemy się nigdy. Za to na pewno nie musimy się tu z nikim przepychać o miejsce w restauracji (chyba że podczas jednego z festiwalowych dni), ani dreptać gęsiego po zatłoczonych szlakach. Dlatego przez weekend skupimy się na walorach okolicznych szczytów z perspektywy dziecka w nosidle. W dodatku zimą. Tak, to jest możliwe. I to z happy endem. Bo jak mawiał szósty prezydent USA John Quincy Adams: „Nie widziałem nigdy uzdrowiska, którego położenie miałoby wygląd bardziej obliczony na zachowanie czy przywrócenie zdrowia niż Lądek”.
Na granicy łąk i lasów
Temperatura na lekkim minusie, zero wiatru, niby idealnie. Ale nie chcemy przedobrzyć, bo będzie to pierwsza wędrówka z ponadpółrocznym Leo zimową porą. Założenie jest proste: krótki, sobotni rekonesans na maksymalnie trzy, cztery godziny. I na tę okazję pogranicze polsko-czeskie w Górach Złotych wydaje się być najlepszym wyborem. Za cel obieramy Borówkową (900 m n.p.m.), najwyższy punkt gminy Lądek-Zdrój. Prowadzi na nią łatwa technicznie trasa, a na mecie powinna nas przywitać oryginalna konstrukcja wieży widokowej z rozległą panoramą ziemi kłodzkiej.
Żeby oszczędzić czas i nie klepać śliskiego asfaltu, podjeżdżamy Graniczną Drogą Królewską na Przełęcz Lądecką (665 m n.p.m.). Pusto tu, cicho i niestety mgliście. I nie tak pięknie, jak na uroczym zdjęciu Radosława Pietragi, które miesiąc temu pojawiło się na łamach „n.p.m.”. Zazdrościłem autorowi takiego idealnego kadru. Nam trudno dostrzec choćby dachy Lutyni, przez którą wiedzie szlak z miasta. I jak na złość, znad Czech płyną już kolejne ciemne chmury śniegowe.
– Na górze wszystko przewieje, będzie Pan zadowolony – roztaczam optymistyczną wizję przed naszym najmłodszym turystą.
Odpowiada mi wielkim ziewnięciem. Najwyraźniej krajobraz, miejsca, przebieg granic ani nazwy gór nie mają dla niego większego znaczenia. Co innego tabliczki z czasami przejść – przed nami 80 minut marszu. A to oznacza dłuższą drzemkę i porządną rozgrzewkę dla taty z dodatkowym, 10-kilogramowym obciążeniem.
Znaki zielone od razu wchodzą na rozległą łąkę. Na wiosnę, bez tej wszechobecnej bieli, zapewne tworzy się tu kwitnący raj. Niezmienna wobec pór roku pozostaje natomiast ścieżka. Faluje ponad małymi garbami przez dobry kwadrans, by w końcu wprowadzić nas do lasu. Szkoda tylko panoramy na Masyw Śnieżnika. Na początku jeszcze było widać jego zarys. Dopóki gęste kłęby znad Javorníka nie zatrzymały się na wierzchołkach, odcinając je równą linią od postawy. A skoro nie ma co fotografować, lepiej skupić się na podejściu. W lewo schodzi droga do opuszczonej wsi Wrzosówka, my za to odbijamy pod górę, w kierunku Czech. I teraz za punkty orientacyjne robią słupki graniczne.

(...)

Więcej - czytaj w numerze "n.p.m."
 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też