Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Górski Karabach

Ziemia niczyja

NPM 10/2012
Numer wyprzedany
Autor:
Marcin Zmaczyński
My, nasz przewodnik Migram i saperzy ze Stepanakertu (fot. Krzysztof Jankowski)
Czym jest Górski Karabach i dlaczego tak bardzo ciągnie nas do tej krainy? Jak to możliwe, że o ten górzysty zakątek zajadle od lat walczą dwa pustynne narody? Kim są ludzie zamieszkujący te tereny i jak udaje im się wieść w miarę spokojne życie w kraju, który nie istnieje na mapie? To właśnie te pytania i ciekawość pchają nas w objęcia Karabachu.

Nazwa Karabach w języku azerskim oznacza Górski Czarny Ogród. Nie jest to jednak część pustynnej Armenii, bo krajobraz jest tu zgoła inny. Roślinność bardziej europejska, a przez to bardziej znajoma, choć to region klimatu górskiego strefy podzwrotnikowej.
Współczesna historia Karabachu to historia walki o swoją niezależność. W roku 1920 bolszewicy, w nadziei na dostęp do ropy, przyznają ten teren Azerbejdżanowi. Karzą w ten sposób Ormian, którzy z racji własnych idei niepodległościowych uważani byli za naturalnych wrogów komunizmu. Tym samym Ormianie zostają wysiedleni, a teren przejmują Azerowie. Po upadku ZSRR na nowo wybucha walka o niezależność Karabachu. W 1991 roku na ten teren wkracza armia azerska, która przy pomocy żołnierzy rosyjskich na początku odnosi sukcesy. Jednak oddziały partyzanckie Ormian walczą zaciekle i udaje im się w ciągu dwóch lat wyprzeć armię azerską. Rosja zmienia front i oferuje swą pomoc Armenii. Ostatecznie 12 maja 1994 roku podpisane zostaje zawieszenie broni. Dziś wszystkie kraje, oprócz Armenii i Gruzji, nie uznają Karabachu za niezależne państwo, lecz za region Armenii.

Tu wszędzie bomby
W nocy mijamy granicę pomiędzy Górskim Karabachem a Armenią, położoną między Goris i Berdzorem, nad rzeką Aghawno. Wcześniej zaopatrzyliśmy się w stosowne wizy i pozwolenia, więc bez problemu mijamy – nie wiedzieć dlaczego – zamknięty nocą posterunek graniczny. Kręta droga jest niezwykle wyboista, ale nasz kierowca – Rosjanin Migram, na stałe mieszkający w Stepanakercie – niczym zawodowy rajdowiec bezbłędnie pokonuje górskie serpentyny starym wysłużonym oplem. Zdobycie takiego przewodnika to prawdziwy skarb. Migram zna bowiem nie tylko okolicznych mieszkańców, a także miejsca i historie, o których nie sposób przeczytać w jakimkolwiek przewodniku. Co więcej, przedstawia nas zawsze jako swoich przyjaciół, dzięki czemu otwiera nam szeroko drzwi do serc i domostw mieszkańców Karabachu.
Późną nocą dojeżdżamy do wcześniej zamówionej kwatery. To nic innego jak zwykła przybudówka domu należącego do jednego z przyjaciół Migrama – Igora. Prowadzi on z żoną mały sklep spożywczy i dorabia dodatkowo, wynajmując pokoje przyjezdnym.
Następnego dnia od razu porzucamy gwarne okolice Stepanakertu, nieformalnej stolicy Karabachu, i jedziemy do Szusza, by zobaczyć ślady niedawnej wojny, jaka toczyła się na tych terenach. Choć od krwawych walk minęło już trochę czasu, kraj do dziś boleśnie odczuwa ich skutki. Miasta, w których wcześniej tętniło życie, są zniszczone, meczety Azerów splądrowane, a samych Azerów już dawno nie ma. Żyje za to pamięć o bestialsko zabranym Karabachu, regularnie podsycana przez media w Azerbejdżanie.
– Ta wojna się wcale nie skończyła. Jest tylko zawieszenie broni. Spójrzcie na te tereny – mówi Migram, zataczając ręką szeroki okrąg. – Tutaj nikt nie chce tego odbudować. Ludzie się boją, bo czują, że wojna wróci. Jedynym powodem, który trzyma Azerbejdżan z dala od tego miejsca, jest Rosja. Znam swoją „mateczkę” Rossiję. Będzie tu tak długo, jak długo będą tu interesy, a Karabach to mały kraj, szybko go wyeksploatują – wzdycha zrezygnowany.
Po krótkiej wycieczce trafiamy do znajomych Migrama. Sasza jest leśnikiem.
– W lasach wszędzie trzeba uważać – zaczyna swoją opowieść. – To nie jest kraj dla turystów, wszędzie leżą tu bomby i odłamki. Cały Karabach jest jeszcze zaminowany. Uważajcie, tylko główne trakty i większe miasta są bezpieczne, nie wypuszczajcie się dalej – grozi palcem.

Ożenił się z wojaczką
Wtóruje mu Aleksander – bohater wojen bolszewickich, a także ostatniej bitwy o Karabach. Ten sękaty 85-latek ma bystry umysł i chętnie udziela się w rozmowie. Po kilku kieliszkach zyskujemy jego zaufanie. Wyciąga zza pazuchy swój największy skarb – własnoręcznie pisany dziennik swojego życia. Pyta nas, czy znamy jakiegoś wydawcę, który chciałby to pokazać światu. Nie zależy mu na pieniądzach, po prostu chce coś po sobie zostawić. Z rozmowy wynika, że był wiecznym tułaczem i nigdy nie założył rodziny.
– Ot, taki los – wzdycha melancholijnie.
Dzieci nie ma, wnuków też nie. Ożenił się z wojaczką, a ta jest surową partnerką. Rzucała go w różne miejsca, tam, gdzie akurat była taka potrzeba, a na sam koniec wylądował w Karabachu i po wojnie się tu osiedlił. Nie przeszkadza mu atmosfera zniszczeń, takie widoki to dla niego codzienność. On też nie jest optymistą.
– Wojna wróci z całą pewnością – uśmiecha się smutno. – Czuję to w kościach. Ona jeszcze się upomni o ten kawałek ziemi. Azerowie tak łatwo nie odpuszczą, są cierpliwi, ale też zdeterminowani. Wszystko zależy od Rosji – wzdycha.
Coraz bardziej dociera do nas powaga tego miejsca. Wszyscy żyją tu z przekonaniem, że nieuchronna jest tragiczna powtórka z historii. Migram stwierdza, że skoro chcemy naprawdę zrozumieć, czym jest Górski Karabach, musimy jeszcze lepiej poznać tutejszych ludzi.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też