Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Bieszczady

Zielone wzgórza nad Soliną

NPM 10/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Dębiec
Widok na część Jeziora Myczkowskiego i Solinę (Fot. Tomasz Dębiec)
– Prawdziwe Bieszczady zaczynają się dopiero za Baligrodem – często słyszę od górskich znawców. I jest w tym sporo racji, bo północna część tego masywu jest niższa i bardziej zaludniona. A co za tym idzie – w obiegowej opinii turystów – mniej ciekawa. Kiedy słyszę, że ktoś wybiera się w Bieszczady, przed oczyma mam połoniny, Ustrzyki Górne, Wetlinę, Cisną lub pustkowie w okolicy Woli Michowej i Łupkowa. Warto jednak przyjrzeć się również niższym partiom tej części Karpat. Tam też jest ciekawie, choć klimat będzie całkiem inny.

Moją wędrówkę chcę rozpocząć w miejscowości Zwierzyń. To blisko zapory na Sanie w Myczkowcach. Jadę więc samochodem z Krosna. Po drodze mijam Lesko – niewielkie, sympatyczne miasteczko, które może okazać się dobrą bazą wypadową do wędrówek w różne części Bieszczadów i Gór Turczańsko-Sanockich. Przez pięć lat mieszkałem tu w internacie szkoły leśnej, to właśnie stąd wyruszałem, aby poznawać te góry. Wyjeżdżając z miasteczka w stronę Ustrzyk Dolnych, przygotowuję się na znany mi widok, jaki roztacza się stąd na południe. I mimo, że przejrzystość powietrza nie jest dziś wzorcowa, obrazek chowających się za siebie kolejnych pasm górskich potęguje ochotę do wybrania się na wycieczkę.

San tym razem bez bobrów
Nie więcej niż dwa kilometry za Leskiem, w miejscowości Glinne, zatrzymuję się, by zobaczyć tak zwany Kamień Leski. Wjeżdżam na przydrożny parking i wychodzę z auta, by, niejako przy okazji, spojrzeć na ten pomnik przyrody nieożywionej. Ze skalnej, przewieszonej ściany wyrasta kulminacja Kamienia Leskiego, która ze względu na łatwą dostępność jest często odwiedzana także przez wspinaczy. Jednak to nie najlepsze miejsce do tego, by zaczynać tu skałkową przygodę. Większość dróg zlokalizowanych na jego płycie należy bowiem do trudnych.
Po krótkim postoju w Glinnem dojeżdżam w końcu do Zwierzynia. Parkuję tuż przed wąskim mostem, przewieszonym przez San. Główna bieszczadzka rzeka jest tu zaskakująco spokojna i wąska, ale jeśli spojrzymy na mapę, okaże się, że w tej okolicy jest ona dodatkowo niezwykle poskręcana. San meandrując, szuka optymalnej dla siebie drogi i wygląda na to, że wcale się mu nie śpieszy. Biorę więc z niego przykład i przystaję na chwilę przy barierce mostu. Liczę na to, że może uda mi się zobaczyć bobra z pobliskiego rezerwatu „Bobry w Uhercach”. Podobno czasami tutaj podpływają.
– Niestety, za moment wybije południe. A o tej porze bobry rzadko wybierają się na wycieczki – przypominam sobie zwyczaje tych zwierząt i ruszam dalej.
Zaraz za mostem dochodzę do cerkwi pod wezwaniem Zmartwychwstania Chrystusa z końca XVIII w., ogrodzonej ładnym murkiem, ułożonym z kamienia rzecznego z Sanu. Dziś jest filialnym kościołem rzymsko-katolickim pod wezwaniem świętego Jana Chrzciciela i należy do parafii w Myczkowcach. Cała murowana, ale na ścianach widzę też tynk. W jej wnętrzu znajduje się zabytkowy kielich z XIX wieku.
Zatrzymuję się przy niej tylko przez chwilę. Idę dalej zielonym szlakiem, niejako z biegiem Sanu, wyboistą drogą, wzdłuż której w niedalekiej od siebie odległości znajdują się stacje drogi krzyżowej, która prowadzi do cudownego źródła. Jak głosi lokalne podanie, woda z niego ma uzdrawiającą moc. W studni, z której ją czerpano, znaleziono bowiem podobno krzyż z pierwszej połowy XIII wieku, pochodzący z miasta Limoges we Francji, oddalonego od Zwierzynia o około półtora tysiąca kilometrów! Krzyż ten, jeden z sześciu takich, znalezionych na terenie całej Polski, do 1922 roku znajdował się w tutejszym kościele, potem przeniesiono go do Muzeum Archidiecezjalnego w Przemyślu. Dziś turyści przyjeżdżają do cudownego źródła, aby przemyć oczy, zaczerpnąć cennej wody i zabrać jej trochę do domu.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Bieszczady
Polska

Zobacz też