Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Dolomity

Żelazna Dama

NPM 6/2012
Numer wyprzedany
Autor:
Grzegorz Stodolny
Widok na grupę Selli z charakterystyczną piramidą Piz Boe (3152 m n.p.m.) (fot.Grzegorz Stodolny)
Marmolada jest szczególna z wielu powodów. Każdy miłośnik tego pasma bez problemu wymieni co najmniej dwa jego atuty. Pierwszy to Punta Penia – najwyższy szczyt Dolomitów i jedyny w tym rejonie górskim lodowiec. Drugi – słynne południowe ściany. A to wciąż nie wszystko. Wątpliwości nie podlega jedno – być w Dolomitach i nie zobaczyć Marmolady to jak być w Paryżu i nie widzieć wieży Eiffla.

Zaporę przy jeziorze Fedaia (2053 m n.p.m.) pokonujemy razem z Kasią i Tomkiem kilka minut przed godziną ósmą rano. Tak wczesna pora nie jest już, niestety, wolna od niewielkiego ruchu, który zaczął panować wokół wyciągu u stóp Marmolady. Ale co robić – w końcu właśnie teraz zaczyna swoją pracę, a wszyscy chcą uniknąć tego samego – ogromnego tłoku i najazdu turystów, którzy z radością przyjeżdżają tutaj zrobić zdjęcia Ghiacciaio della Marmolada – jedynego lodowca w Dolomitach. Równie wielu górołazów z pomocą wyciągu wyrusza stąd na podbicie najwyższego dolomickiego szczytu (Punta Penia, 3343 m n.p.m.), a im później się zacznie, tym z większym tłokiem należy się liczyć na ferracie.
Ubranie uprzęży i spakowanie plecaków zajmuje nam trochę czasu, a swoje musimy odstać jeszcze w kolejce. W końcu jednak dostajemy się do niezwykle osobliwych wagoników kolejki linowej, która wyprowadza nas na wysokość 2626 m n.p.m., do stacji Pian dei Fiacconi. Zwolennikiem kolejek nie jestem, jednak bardzo niska cena biletu (4,5 euro w jedną stronę) i możliwość pokonania prawie 600 metrów przewyższenia w niezwykle krótkim czasie, biorąc pod uwagę długość planowanej wycieczki, sprawia, że bez oporów podejmujemy decyzję o wsparciu się na tym odcinku jednoosobową stojącą gondolą.

Wojna była wszędzie
Gdy około godziny dziewiątej docieramy do górnej stacji kolejki, lodowiec Marmolady ukazuje się nam w całej okazałości. Jest to miejsce niezwykłe z racji swojej historii. Kiedyś przez grupę Marmolady przechodziła granica austriacko-włoska. Gdy w czasie I wojny światowej rozpoczęły się tu walki, broniący masywu Włosi zajęli pozycje na skalnych wieżach. Austriaccy żołnierze postanowili więc wykorzystać nigdzie wcześniej niestosowaną taktykę i – aby uniknąć ostrzału nieprzyjaciela – zaczęli drążyć tunele w lodowcu. W ciągu 11 miesięcy udało im się wykopać aż osiem kilometrów tuneli, tworząc tym samym „Eisstadt” – lodowe miasto, w którym znajdowały się normalne kuchnie, sale sypialne z łóżkami oraz składy amunicji. Niestety, już w 1918 roku z racji ciągłego przemieszczania się lodowca miasto zniknęło całkowicie zaciśnięte między lodowymi blokami. Na dole przy jeziorze Fedaia znajduje się muzeum poświęcone właśnie temu okresowi historii. Znaleźć tam możemy nie tylko historyczne mundury czy uzbrojenie i wyposażenie wojskowe, ale również plan poprowadzonych w lodowcu korytarzy. Dla tych, którzy część tej historii chcieliby wziąć ze sobą, możliwe jest nabycie za odpowiednią opłatą np. menażek, a nawet rozbrojonych granatów.
Wychodząc z kolejki, udajemy się w prawo szlakiem numer 606 w stronę przełęczy Forcella Marmolada (2896 m n.p.m.). Trawersujemy w ten sposób całą grań Punta Penia, którą następnie przemierzać będziemy ferratą. Droga prowadzi aż za charakterystyczne skalne żebro i dalej skręca w lewo, gdzie czekają nas kolejne atrakcje. Po niewiele ponad godzinie od opuszczenia wagonika docieramy do lodowczyka Ghiacciai del Vernel. Tu właśnie zaczynają się pierwsze trudności na trasie. Mimo że lodowiec jest dość prosty technicznie, na wszelki wypadek decydujemy się ubrać raki. Gdy zaczynamy podejście do góry, szybko wraca do nas zmęczenie z wcześniejszych górskich wyjść. Zaczynamy odczuwać kondycyjne braki.
– Całe szczęście, że wyszliśmy wcześnie – zauważa Kasia.
Gwarantuje nam to, że nie musimy się specjalnie spinać i możemy dostosować tempo do naszych możliwości. Przetartą ścieżką docieramy w końcu przed godziną 11 do początku stalowej liny. W tym miejscu zaczyna się ferrata Cresta Occidentale, nazywana również po prostu Via ferrata Marmolada. Jest to najstarsza poważna ferrata w Dolomitach, która powstała już w 1903 roku. Grań, która wtedy stanowiła granicę austriacko-włoską, została „zakuta w kajdany” i przyozdobiona klamrami przez niemiecko-austriacki klub alpejski (DÖAV). Dopiero po I wojnie światowej, w 1918 roku, znalazła się po włoskiej stronie granicy.
Zmiana sprzętu zajmuje nam trochę czasu, ustawiamy się też w ogonku – mimo że jesteśmy pierwszą falą turystów tego dnia, zacny zaszczyt czekania w kolejce niestety nas nie ominie. Pierwszy fragment podejścia jest zdecydowanie najtrudniejszy z całej ferraty. Wymaga użycia siły rąk i dobrego poczucia równowagi. Trzeba również uważać, gdyż buty nie trzymają powierzchni aż tak dobrze jak na reklamach i można się poślizgnąć. Turyści zaprawieni w dolomitowych bojach nie powinni mieć jednak z tym fragmentem specjalnych problemów.
Z racji że zwolniliśmy tempo, zostajemy chwilowo sami. Docieramy do przełęczy Marmolada (2896 m n.p.m.) o godzinie 12. Tutaj do Cresta Occidentale dołącza podejście ferratowe od południowej strony masywu. Jest ono jednak dość nudne i ciężkie, z racji podchodzenia po niezbyt ciekawym piarżysku od Refugio Contrin.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Dolomity
Włochy

Zobacz też