Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Korona Gór Ziemi - Kilimandżaro

Zdobyłam Księżyc

NPM 11/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Agnieszka Paź-Kerner
()
Marzenie o zdobyciu Kilimandżaro nie trwało długo. Nie myślałam o tym latami, dopieszczając i dopracowując plan. To był ułamek sekundy, w którym pojawił się pomysł, żeby zrobić coś niecodziennego i szalonego, co wprowadzi nieco koloru w przyszarzałe dni. Nie przypuszczałam, że wyprawa ta kompletnie wywróci moje życie, a krótki wyjazd zmieni się w podróż, która trwa do dziś.

Z wypchanymi do granic możliwości plecakami pojawiamy się na lotnisku w Warszawie, gdzie czeka już większość uczestników wyprawy. Nie mam pojęcia, na co się piszę, ale słowo się rzekło, mleko się rozlało i oto tworzy się nowa przygoda. Zaczęło się niepozornie. Od babskiej chandry w pewien jesienny dzień. Narzekałyśmy z Małgorzatą na rutynę, stagnację, przewidywalność dnia codziennego. Nasze niepokorne dusze domagały się emocji, a nie zwykłych zakupów czy wizyty w SPA. To musiało być coś wielkiego. Z niewyjaśnionych do dziś przyczyn wpadłyśmy na pomysł wyprawy na Kilimandżaro. Równie dobrze mogłyśmy powiedzieć, że chcemy lecieć na Księżyc. Jedno sobie przyrzekłyśmy już na początku. Nie można się wycofać.

Na rynku jest wiele firm oferujących trekking na najwyższą górę Afryki. Problem zaczyna się wtedy, kiedy trzeba się zdecydować na jedną z nich. Ze względów praktycznych bierzemy pod uwagę tylko polskich operatorów. Kompletnie nie mamy doświadczenia w tego typu wyjazdach, więc o naszym wyborze decyduje szata graficzna strony internetowej i krótka rozmowa z właścicielem firmy – Pawłem. Tym samym, który teraz czeka na nas na lotnisku.
Nasza grupa składa się z 13 osób, wśród których są lekarze, urzędnicy, biznesmeni i jeden uczeń, który za kilka tygodni pisze próbną maturę. Żadne z nas nie ma doświadczenia w wysokich górach, nikt nie wygląda na sportowca roku. Ja i Małgosia też nie grzeszymy najlepszą kondycją. Byłyśmy kilka razy „na kijkach”, zapisałyśmy się na aerobik, ale niezbyt rzetelnie podeszłyśmy do tematu.
Wybieramy drogę whisky

Pierwszy dzień zaczyna się niezwykle ospale. Być może powolne ruchy podczas śniadania i leniwe pakowanie bagaży do busa to przykrywka do wewnętrznej burzy emocjonalnej. Niemniej jednak nikt nie pokazuje po sobie zdenerwowania.

Każdego roku tysiące osób z całego świata przyjeżdża do Tanzanii, marząc o tym, by stanąć na szczycie góry, która należy do tzw. Korony Świata. Kilimandżaro jest samotnym masywem górskim, wulkanem składającym się z trzech głównych kraterów – Kibo (5895 m n.p.m.), Mawenzi (5149 m) i Shira (4005 m). Najwyższym punktem Kibo jest Uhuru Peak. Wiele mniejszych, głównie nieczynnych kraterów znajduje się również na zboczach poprzecinanych szlakami turystycznymi. A dookoła góry istnieje siedem oficjalnych tras wspinaczkowych – Marangu, Machame, Lemosho, Shira, Rongai, Umbve, Northern Circuit (w połączeniu z inną trasą) i ósma Mveka – tylko do zejścia. Każda z nich ma różną długość i inny poziom trudności.
Nasza „Parszywa Trzynastka”, tak ochrzciliśmy się na kolacji w hotelu, wchodzi drogą Machame, szerzej znaną jako „Whisky Route”. Tak zadecydował lider, a my nie śmiemy z nim dyskutować. To przejście jest nieco trudniejsze niż na przykład trekking trasą Marangu, ale opisywane w przewodnikach jako niezwykle malownicze. Słyszałam opinie, że to trasa dla tych, którzy chcą przeżyć przygodę, a nie tylko zaliczyć szczyt.


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też