Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Tatry Zachodnie

Zasłużony odpoczynek Osobitej

NPM 11/2010
Numer wyprzedany
Autor:
Michał Parwa
Panorama z Grzesia na polską część Tatr, dla jego zdobywców nagroda, dla Osobitej codzienność (fot. Michał Parwa)
Wszystko ma swój początek i koniec. Taki frazes można odnieść nawet do tak niebanalnych gór jak Tatry. A wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują ów koniec na Osobitej.

Pod koniec XIX wieku szczyt oddalony od Zakopanego o 17 kilometrów bił rekordy popularności. Był w centrum zainteresowań poszukiwaczy skarbów, pasterzy i myśliwych, których na ten czas lepiej nazywać kłusownikami. Zbójnicy ustąpili miejsca elicie kulturalnej, która pod Osobitą przybywała nie tylko z Krakowa, ale i z najdalszych krain objętych zaborami. To jej złoty okres. Opiewali ją poeci, często gościła na płótnach, przez co stała się symbolem Tatr na miarę tamtych czasów. Lata pomyślności trwały, kiedy pierwszych turystów prowadził na nią Tytus Chałubiński, a Mariusz Zaruski po raz pierwszy zdobył ją zimą. Kilka lat później swoją wędrówkę na szczyt opisał Stanisław I. Witkiewicz. Każdy, kto odwiedzał Podhale, był nią zauroczony, bo przecież stąd właśnie widać Tatry „od Hawrania po Osobitą”. Powszechnie przyjęła się jej nazwa, wywodząca się od góralskiego słowa „osobity”, czyli „oddzielony”. Wszystkich urzekała niepowtarzalną panoramą ze szczytu i odmiennością, która tak bardzo wyodrębnia ją od reszty pasma.
Paradoksalnie nowy układ granic przyniósł kres złotej ery symbolu końca Tatr. Zapomnieli o niej zwykli turyści i mistrzowie słowa pisanego, a górska mistyka przeniosła się na „nasz” Giewont. Zniknęli pasterze i ich owce, a zbójnicy ze skarbami powracali już tylko w legendach. Ile zostało z tamtych czasów i co z duchem tego miejsca? O tym chcę się przekonać, poświęcając Osobitej (1687 m n.p.m.) zaledwie jeden dzień. W końcu zawsze chciałem zobaczyć, co kryje się za plecami Grzesia (1653 m n.p.m.). Być może na końcu Tatr, tak jak na końcu tęczy, czeka coś wyjątkowego.

Rezerwaty mgieł
Kiedy wjeżdżamy z Andrzejem na Podhale, chmury przykrywają niemal wszystko.
– Ani Hawrania, ani Osobitej – komentuję z żalem.
Na Słowację dostajemy się przez przejście w Chochołowie. Tuż za granicą króluje mgła, przez którą przedzierają się stada krów i głośne ciągniki. Tłumnie odwiedzane przez rodaków Orawice, słynące z termalnych basenów, jeszcze śpią. Do Zuberca docieramy malowniczą drogą wiodącą przez Dolinę Mihulczą. W miasteczku znaki wskazujące Schronisko na Zwierówce (Chata Zverovka) prowadzą nas w głąb Doliny Zuberskiej. Spomiędzy chmur zaczynają spoglądać Rohacze. Kiedy docieramy do chaty, okazuje się, że stoją tu zaledwie trzy samochody, a restauracja jest jeszcze nieczynna.
– Czy to w takim razie jeszcze Tatry? – zadaję sobie pytanie.
Niewiele brakowało, aby krajobraz polany Zwierówki wyglądał zupełnie inaczej. W latach 60. ubiegłego stulecia powstał plan utworzenia ogromnego ośrodka turystycznego obejmującego całą Dolinę Zuberską. Władze zaplanowały budowę dwóch osiedli hotelowo-mieszkalnych, które już we wstępnej fazie realizacji przyniosły ogromne szkody środowisku. Na szczęście w 1974 roku dolinę objęto ochroną, tworząc cztery rezerwaty. A w konsekwencji, po 13 latach, cały obszar włączono do parku narodowego. Dzięki tej ochronie możemy dzisiaj wyruszyć na spotkanie odmiennych krajobrazów i krain geologicznych.
Szlak zielony gładko mija siedzibę Horskiej Služby i okazały Hotel Primula. Wchodzimy w rzadki las i maszerujemy do Stawku pod Zwierówką (983 m n.p.m.). Niewielkie jeziorko z pozoru nie wyróżnia się niczym szczególnym. Dookoła prowadzi ścieżka spacerowa, jest też kilka ławek. Warto jednak na nich przysiąść i spojrzeć na najniżej położony naturalny zbiornik w Tatrach. Już na tym przykładzie widać odmienny od tatrzańskiego charakter krajobrazu. Nad wyraz ciepła i brunatna woda, wypełniająca misę powstałą po oderwaniu kry lodowca, jest pewnego rodzaju ewenementem. No i ta głębokość ledwo przekraczająca metr.

Łąki pod jaskiniami
Tuż za stawkiem zaczynamy nabierać wysokości, by po chwili wyjść z lasu na polanę Jaworzynkę (1050 m n.p.m.). Trzy wieki temu cała wieś Zabidów wypasała tu swój dobytek. Współcześnie rozległy teren zdobi jedynie paśnik i ambona, które rodzą pytania o myślistwo w tej okolicy. Kiedy z powrotem skręcamy w las, kończą się przyjemności widokowe, a zaczyna solidna praca kolan. To znak, że wkraczamy w Jaworowy Żleb (Teplý žľab). Z każdym krokiem dolina się zwęża, las gęstnieje, a co jakiś czas towarzyszy nam niewielki potoczek Jaworzynka.
Dopiero powyżej 1300 m n.p.m. pojawiają się pierwsze prześwity, jakże inne od tych, do których przyzwyczaiły nas tatrzańskie szlaki. Każde wolne miejsce między drzewami wypełnia coś, co jeszcze parę miesięcy temu było rozkwieconą łąką.
– Wyobraź sobie wczesne lato w tym miejscu – wzdycha mój kompan.
Zaczynają się pierwsze zakosy, na których spotykamy słowacką wycieczkę szkolną. Jej opiekun utwierdza nas w przekonaniu, że za chwilę czekają nas piękne widoki, bo chmury zaczynają odsłaniać całe pasmo.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też