Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Kazimierz Szych

Zasada pierwszego zachwytu

NPM 9/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Paulina Wierzbicka
(fot. archiwum Kazimierza Szycha)
Kazimierz Szych, instruktor Polskiego Związku Alpinizmu i ratownik TOPR

Niedawno obchodziłeś okrągłą, 40. rocznicę szkolenia taternickiego. A jak długo działasz już w górach?
W 2015 roku stuknęło 50-lecie mojej działalności górskiej i mam tu na myśli zarówno jaskinie, jak i wspinaczkę. Wszystko zaczęło się od osoby, która dała mi do ręki linę i otworzyła przede mną magiczny świat jaskiń jurajskich. Był rok 1965. Byłem w siódmej klasie częstochowskiej podstawówki. W szkole pojawił się nowy nauczyciel fizyki i wychowania fizycznego – Zygmunt Łęski. Jak się później okazało, współzałożyciel Speleoklubu Częstochowskiego, który prowadził Młodzieżową Grupę Grotołazów (MGG). W tamtym czasie wszyscy znali tę postać, był pierwszym kontaktem, animatorem, uczył i przekazywał swoją pasję.
Poszedłeś wskazaną przez niego drogą?
Tak, trochę na przekór rodzicom. Oni widzieli we mnie muzyka. Jednak moje żywe zainteresowanie budziły góry. Przyszły czasy klubowe – Speleoklub Częstochowa, Akademicki Klub Speleologii i Alpinizmu. W latach 70. życie klubowe kwitło. Wyjeżdżało się na wyprawy. Kilka miesięcy spędzało się w Tatrach.
 
Kukuczka przegrał z jaskiniami
 
Co pociąga Cię bardziej: jaskinie czy góry? Mogłeś jechać na wyprawę w Kaukaz pod kierownictwem Jerzego Kukuczki...
Zawsze byłem rozdarty między wspinaniem a jaskiniami. Owszem, moje pierwsze kontakty z tą formą aktywności to jaskinie Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Równolegle jednak w MGG wspinaliśmy się. Często nasz jurajski dzień wyglądał tak: rano dziura, potem wspinaczka. Podobnie było z Tatrami. Robiliśmy piękne graniówki, jeździliśmy na nartach w Bukowinie, uprawialiśmy turystykę kwalifikowaną. Mieliśmy sporo pięknych pozaszlakowych przejść, jak zimowe przejście grani Opalone-Miedziane czy Cubryny. Nie mogliśmy jako niepełnoletni działać w dużych systemach jaskiń tatrzańskich, eksplorowaliśmy zatem te mniejsze, łatwiejsze, jak na przykład Jaskinia Śpiących Rycerzy.
I tak już zostało. Na swojej liście miałem sporo dobrych przejść taternickich, zarówno powierzchniowych, jak i jaskiniowych, między innymi trzecie zimowe przejście Sprężyny na Kazalnicy wraz z Markiem Serwą i Andrzejem Martyńcem. W 1975 roku znalazłem się na obozie unifikacyjnym w Tatrach pod kierownictwem Jurka Kukuczki, po którym zakwalifikowałem się na centralny wyjazd w Kaukaz. Tego lata jednak na hali Ornak poznałem kolejną osobę, która skierowała moje życie na inne tory… Janusza Śmiałka. Postać numer jeden w świecie jaskiń. Razem wybraliśmy się na trawers Jaskini Ptasiej, po której zaproponował mi wyprawę do drugiej jaskini świata pod względem wielkości, Gouffre Berger. Co wybrać? Odpowiedź przyszła natychmiast – jaskinia! A kto wie, może dziś byłbym znanym himalaistą.
Która z tatrzańskich dziur jest dla Ciebie najpiękniejsza?
Zdecydowanie system Wielkiej Śnieżnej. Dla mnie to miniaturka alpejskiej jaskini typu choćby Gouffre Berger – podziemne wodospady, przestronne sale, liczne studnie. Drugą ulubioną jest natomiast Ptasia – jej pionowe rozwinięcie. A przede wszystkim okolica, w której się znajduje: piękna Dolina Miętusia, kocioł Wielkiej Świstówki, galeria Progu Litworowego…
 
Najpiękniejsze góry świata
 
Wyjdźmy na powierzchnię – czym jest dla Ciebie pionowy świat Tatr?
Ucieczką od tłumów w tych górach. Tam w inny sposób przeżywa się Tatry. Podzielam zdanie Jerzego Hajdukiewicza, znanego alpinisty, mojego autorytetu z TOPR-u, który po każdej zakończonej wyprawie mającej na celu zdobycie wszystkich czterotysięcznych szczytów w Alpach mawiał: „Wróciłem z pięknych gór w najpiękniejsze góry świata – Tatry”. I tak samo jest ze mną. Myślę, że działa tu zasada tego pierwszego, pierwotnego zachwytu. Zapewne Włoch powiedziałby to samo o swoich Dolomitach.
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też