Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Tatry

Zakopiańska masakra piłą sentymentalną

NPM 6/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Łukasz Kaźmierczak
Wielka Krokiew i Giewont – inaczej, bo z Antałówki (fot. Michał Sośnicki)
Miłość do Zakopanego cierpliwa jest, nie szuka swego, nie unosi się gniewem i nie pamięta złego. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma. Witajcie w gronie zakopiańskich zaślepieńców.

Zdecydowana większość moich znajomych od lat traktuje to miasto już tylko i wyłącznie jako wielką poczekalnię albo punkt przesiadkowo-tranzytowy w drodze na tatrzańskie szlaki. Ja tak nie umiem.

Wielkie ukąszenie
Nie mam zamiaru rozpisywać się jakoś specjalnie na temat tego, jak to ongiś „zdobywano dzikie Zakopane”, ani przywoływać wyświechtanego zestawu obowiązkowego z nieśmiertelnymi Sabałą, Chałubińskim i starym cmentarzem zasłużonych zakopiańczyków na Pęksowym Brzyzku. Wszystko to można przecież bez trudu znaleźć w pierwszym lepszym przewodniku i pewnie nawet małe dziecko wie, że Chałubiński „wielkim odkrywcą Zakopanego był”. Jeśli jednak ktoś poczuje się taką deklaracją mocno rozczarowany czy odarty z tego, co mu drogie, gorąco polecam lekturę ubiegłorocznego artykułu Michała Parwy „Veni, vidi – Zakopane” („n.p.m.” nr 7/2012) – naprawdę znakomitego i nieszablonowego spojrzenia na fenomen Zakopanego z perspektywy retro.
Historia tego miasta (bądź – jak chcą niektórzy – 30-tysięcznej wsi) to jednak znakomite tło, które świetnie pokazuje, jak mało w gruncie rzeczy zmieniło się pod Tatrami od 150 z górą lat. Wspomniany Michał Parwa pisał w swoim tekście o micie zakopiańskim ufundowanym na bazie „kolażu artyzmu i góralskiej fantazji”. Tak, to prawda, ten mit trwa i ma się cały czas zaskakująco dobrze. Rodzą się kolejne pokolenia Polaków, a ogólnonarodowe ukąszenie góralszczyzną zbiera wciąż nowe ofiary. Co najwyżej mutuje czasami w nieco dziwne strony. Kiedyś uroki Zakopanego sławił swoim wyrafinowanym piórem Kasprowicz, dziś za pisanie o nim biorą się nawet autorzy kryminałów, by wymienić choćby głośny cykl powieści Jacka Rębacza. Jedną z nich – „Zakopane. Sezon na samobójców” – tak oto reklamuje jej wydawca: „Zakopane to nie tylko turystyczny raj i małyszomania pod Krokwią. To miasto mafijnych układów i szemranych interesów. Tu nawet niedźwiedź, z którym chcesz sobie zrobić fotkę, może rozszarpać ci gardło. (...) Znasz Zakopane? Na pewno...?”.
Ale co do ogólnego mechanizmu nie zmieniło się właściwie nic. W zakopiańskich góralach cały czas chcemy widzieć Sabałę, Klimka Bachledę i panteon herosów o niemal boskich właściwościach. Wyidealizowaliśmy sobie i górali, i zakopiańskie powietrze. To my na własne życzenie robimy trochę za panów z „Wesela” z ich chłopomańskimi umizgami, czy szlachciców z „Nad Niemnem”, wożących swoich poddanych w eleganckich powozach i pytających: „A kochasz ty mnie choć trochę?”. A górale doskonale to wiedzą i potrafią z tego naszego zaślepionego sentymentalizmu czerpać całkiem niezłe dutki. I właściwie nie powinniśmy ich nawet z tego powodu specjalnie winić.

Proteza góralszczyzny
Wspomniane ukąszenie Zakopanem od samego początku obarczone jest także grzechem pierworodnym, który zwie się kiczem i radosną twórczością.
„Ta przypadkowość, poza poszczególną już jawną brzydotą, wytworzyła też obraz kakofoniczny obecnego Zakopanego. Razem z zewnętrzną fizjognomią zmieniało się i wnętrze góralskiej kotliny. Jednostki nieliczne, nie mogące się do nowych norm przystosować, pocofały się poza jarmarczne ulice, reszta jęła się kupiectwa wszelkiego” – pisał Władysław Orkan w „Głosie Zakopiańskim” w 1926 roku (cytuję za stroną www.pinkwart.pl).
Pytanie jednak, kiedy tak na dobre zawitała w Zakopanem ta odpustowa cepelia i kiedy skończył się wysmakowany styl Witkiewicza? Prawda, styl sztuczny, wymyślony przy stole kreślarskim – choć przecież na bazie naturalnych surowców – ale przecież oryginalny, twórczy i naprawdę zachwycający. Nade wszystko zaś będący znakiem rozpoznawczym tego miasta: popatrz, jesteś w Zakopanem, nigdzie indziej tak nie jest.
Konkretną datę trudno pewnie wskazać. To była raczej pełzająca rewolucja jarmarcznej taniochy. Całkiem niepostrzeżenie obudziliśmy się po prostu w świecie mniej lub bardziej udatnych protez góralszczyzny, lakierowanych ciupag i skocznych zaśpiewajek o czerwonych koralach. Zapętliło się wszystko. Tak bardzo, że dziś trudno powiedzieć, gdzie przebiega wyraźna granica między kiczem a prawdziwą góralszczyzną. Widać to szczególnie w obecnej architekturze miasta.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.