Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Zadanie dla Turbodymomana

NPM 2/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Rzeczycki
(fot. Tomasz Rzeczycki)
Przyjechałem z dziećmi do Katowic nocnym pociągiem, który nieco się spóźnił. Na peronie okazało się, że za moment odjeżdża pociąg do Bielska-Białej. Wprawdzie mieliśmy zupełnie inny pomysł na dzisiaj, ale... okazja czyni turystę.

W Bielsku-Białej zdążamy na pierwszy poranny kurs autobusu MZK pod Szyndzielnię i jesteśmy jedynymi pasażerami, którzy dojeżdżają do ostatniego przystanku. Gdy wysiadamy, jest jeszcze ciemno.
– Chyba jesteśmy dzisiaj pierwszymi turystami na szlaku – mówię do córki i syna.
U podnóża Szyndzielni śniegu jest niewiele. Gdzie te czasy, kiedy w Beskidzie Śląskim zimy były tak obfite, że nawet jeszcze tuż przed świętem 1 Maja zbocza okryte były białym puchem. Jak to ładnie opisał
ks. Stanisław Staszic, który pod koniec kwietnia 1790 roku jechał od strony obecnego Bielska-Białej do Cieszyna i dalej przez Czeski Cieszyn i Wiedeń do Włoch: „Góry wszędzie śniegiem okryte, chociaż jeszcze dalekie od gór najwyższych”. Czy ksiądz Staszic odważyłby się na nocny albo poranny szturm Szyndzielni?

Tropem trzech pasków
W nocnym podchodzeniu na tę górę mam już pewne doświadczenie. Kilka lat temu przyjechałem wieczorem razem z wycieczką z Tomaszowa Mazowieckiego do Bielska-Białej. I całe podejście do schroniska PTTK na Szyndzielni zrobiłem w zupełnych ciemnościach. Teraz czeka mnie jednak nieco inna perspektywa – im wyżej, tym będzie jaśniej.
Na Szyndzielnię prowadzi sporo szlaków. Pierwsze poprowadzone zostały już w 1893 roku przez działaczy ówczesnego Towarzystwa Beskidzkiego. Była to organizacja turystyczna założona przez miejscowych Ślązaków, która wydawała nawet kilka razy w roku własne czasopismo. Jak pisał później Jan Galicz, znany działacz społecznik ze Śląska Cieszyńskiego, umieszczano tam teksty „pierwszorzędnych fachowców na polu turystyki i przyrody”. Łatwo policzyć, że niedawno minęła 125. rocznica zagospodarowania turystycznego tej części Beskidu Śląskiego.
Towarzystwo Beskidzkie nie było jedynym, które dbało o szlaki górskie Beskidu Śląskiego. Organizacji tych było kilka, zresztą wszystkie przeszły już do historii. Jednak do dziś obowiązuje wypracowany przez nie kompromis. 3 sierpnia 1929 roku to właśnie na spotkaniu w Cieszynie pod przewodnictwem Kazimierza Sosnowskiego podjęto ważną decyzję. Otóż kolorowe znaki szlaków miały być odtąd umieszczane pomiędzy dwoma białymi paskami, np. biały-czerwony-biały. Takie zasady obowiązują do dziś i to nie tylko w Beskidzie Śląskim.

Spekulant z Dębowca
My dzisiaj wybieramy szlak zielony i docieramy nim do zamkniętej o tej porze gospody na Dębowcu (526 m n.p.m.). Tutaj wyciągamy prowiant i w oczekiwaniu na wschód słońca jemy śniadanie. Po niedługim czasie miasto rysuje się poniżej nas jak na dłoni. Szkoda tylko, że stylowy budynek od wielu lat nie jest już schroniskiem.
Początki jego działalności to przełom XIX i XX wieku, ale po drugiej wojnie światowej schronisko przeznaczone zostało do rozbiórki. Jak podawał katowicki „Dziennik Zachodni”, zostało ono „doszczętnie rozszabrowane przez okoliczną ludność, przy czym nie pominięto niczego. Okna, nawet kafle ze ściany zostały powyrywane. Groziła mu kompletna dewastacja”. Uratowali je harcerze bielscy, którzy zaczęli tu administrować. Gospodarzami obiektu zostali Józef Drożdż i Czesław Obara, którzy doprowadzili obiekt do jako takiego stanu. Ruszyła nawet kuchnia. W lutym 1946 roku Bielski Harcerski Klub Narciarski doprowadził do uroczystego poświęcenia schroniska.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też