Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Nowa Zelandia

Zabrakło tylko Złotej Świni

NPM 12/2016
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Agnieszka Dziadek
Dolina Pack Horse Stream. Wyspa Południowa, kilometr 2326 (fot. Agnieszka Dziadek)
To ma być pierwszy tak długi dystans w moim życiu. Chodzą słuchy, że ten szlak jest najtrudniejszy z kilku istniejących znakowanych długodystansowych tras, więc myślę sobie, że w razie porażki nie będzie wielkiego wstydu. A jeśli mi się uda, będzie to pierwsze polskie przejście Te Araroa.

Podróż do Nowej Zelandii planowałam od momentu, w którym dowiedziałam się o istnieniu Te Araroa. Nazwa szlaku w języku maoryskim oznacza „długą drogę”. Został on otwarty 3 grudnia 2011 roku. Jako pierwszy podobną trasę przeszedł Geoff Chapple w latach 80. I to właśnie on był inicjatorem utworzenia szlaku, który prowadziłby przez najbardziej charakterystyczne miejsca Nowej Zelandii. W obecnym kształcie trasa wiedzie przez całą długość obu wysp, od północnego krańca Wyspy Północnej – Cape Reinga, do południowego Wyspy Południowej – Bluff. Liczy nominalnie 3008 kilometrów, jednak w rzeczywistości ma ich około 3300.
Pomysł przejścia tego właśnie szlaku przyszedł nagle, chociaż w ogóle o thru-hikingu, czyli przechodzeniu długich pieszych szlaków, marzyłam już od dawna. Może zafascynowała mnie trudność Te Araroa, a może egzotyka wysp. Nie bez znaczenia było też to, że w Nowej Zelandii jest stosunkowo łagodny klimat – nie ma tam prawdziwej pustyni, a jesienią nie zaskakują obfite opady śniegu, jak to się dzieje na szlakach amerykańskich.

Pierwsze kroki
Rok temu, dokładnie 21 października, ląduję w Auckland po 36 godzinach lotu z przesiadkami w Helsinkach i Szanghaju. Miasto wita mnie ciepłą, wiosenną pogodą. Ale powietrze jest dziwne – parne, a przy ulicach zamiast poczciwych lip – palmy. No cóż, jestem na drugim końcu świata. Czuję lekki ucisk serca, ale na nostalgię szkoda czasu. Trzeba znaleźć hostel, choć trochę odespać 11-godzinną zmianę czasu i pomyśleć o dostaniu się na początek szlaku.
Kosztowny autobus nie wchodzi w grę, więc pozostaje łapać stop. Próbuję całe popołudnie i nic. Zrezygnowana wycofuję się i w tym momencie widzę Marcina i Patrycję – Polaków, z którymi siedziałam w autobusie jadącym z lotniska. Są właśnie w trakcie kilkumiesięcznej podróży z Azji do Australii. Następnego dnia zabierają mnie na północ. W drodze rozmawiamy – głównie o pieniądzach, a raczej ich braku. Skrupulatnie notuję wszystkie porady dotyczące oszczędzania i już następnego dnia trafiam do najtańszego supermarketu. Wchodzę w posiadanie kilograma jogurtu oraz orientalnych chrupek na wagę – może nie jest to najlepsze, co w życiu jadłam, ale na ten moment wystarczy.
Punkt startowy szlaku znajduje się pod latarnią morską na Cape Reinga. To prawdziwie magiczny początek podróży – miejsce, z którego według maoryskiej legendy ulatują w zaświaty dusze zmarłych. Spoglądam na morze i już wiem, że szczęście mi sprzyja. Duchów co prawda nie widzę, ale dostrzegam to, o czym rozpisują się podróżnicy – linię fal znaczących spotkanie dwóch mórz: Tasmana i Pacyfiku.
Traktuję to jako dobrą wróżbę i z ogromnym entuzjazmem pokonuję wyznaczony na ten dzień 12-kilometrowy odcinek. Na polu namiotowym, gdzie mam zamiar nocować, spotykam się z potencjalnymi towarzyszami podróży. Większość z nich to Amerykanie, ale są Izraelczycy i Europejczycy – Niemcy i Francuzi. Spoglądamy na siebie spod oka.
– Kto z nas wytrzyma do końca? – w myślach zadajemy sobie to pytanie.
Podobno uczciwie każdy kilometr szlaku przechodzi zaledwie jeden procent wędrowców. Mam zamiar poprawić tę statystykę!
 
(…)
 
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Nowa Zelandia

Zobacz też