Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | 75 lat po zdobyciu Eigeru

Zabrakło pięciu metrów

NPM 9/2013
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jarosław Tomaszewski
(fot. Jarosław Tomaszewski)
Jeśli uważasz się za alpinistę, musisz je przejść. Matterhorn, filar Walkera na Grandes Jorasses i Eiger wspólnie tworzą Tryptyk Alpejski mitycznych północnych ścian Europy. Są wyzwaniem, przed którym nie ma odwrotu. Ich zdobycie pokazuje, na co cię tak naprawdę stać, i jest zarazem przepustką do najtrudniejszych, nie tylko alpejskich wspinaczek. Lecz tylko jedna z tych trzech owiana jest tak niezwykłą legendą, której końca nie widać nawet teraz...

Kiedy wysiadasz z kolejki Jungfraubahn tuż przed ciemną czeluścią tunelu w ścianie, opcje są już tylko dwie: ruszasz na trekking albo idziesz pod ścianę. W 1938 roku czworo młodych wspinaczy nie miało takiego dylematu, a ich cel był tylko jeden – północna ściana Eigeru. Ja miałem jednak całkiem odmienne plany, dalekie od tych, które przyświecały pierwszym zdobywcom. Moim zamiarem było zrozumieć skalę ich wyczynu, poznać fenomen ściany i skonfrontować doświadczenia pierwszych zdobywców z osiągnięciami obecnych mistrzów.

Otwierasz lodówkę, a tu Eiger
Jest ku temu szczególna okazja. Uczestniczę w obchodach 75. rocznicy pierwszego zdobycia północnej ściany Eigeru (3970 m n.p.m.). Namacalne zetknięcie ze ścianą ścian, mityczną Mordwand (Ściana Śmierci), było doświadczeniem, które choć trochę zbliżało mnie do losów bohaterów kultowej książki „Biały Pająk” Heinricha Harrera. Eigeru nie da się ot tak zlekceważyć i przejść mimowolnie do kolejnych turystycznych uciech, jakie proponuje pełne turystycznych atrakcji miasteczko Grindelwald. Góra bezkompromisowo zdominowała krajobraz, zarówno górski, jak i miejski. Mami każdego swą pozorną bliskością i dostępnością, dając złudne wrażenie, że człowiek stoi u jej podstawy. Nie ma praktycznie takiego miejsca, z którego nie da się dostrzec choćby fragmentu tej wielkiej ściany. Zasypiasz, budzisz się, idziesz do sklepu, a Eiger wciąż masz w zasięgu wzroku. Nawet gdy otworzymy lodówkę w hotelowym pokoju, on też tam będzie – na jednej z etykiet butelkowanej wody. Niczym zegar cierpliwie towarzyszy monotonii życia wielu pokoleń żyjących tu Szwajcarów, którzy w wędrujących po ścianie promieniach słońca rozpoznają właściwą porę dnia.
Eiger wdziera się z dumą w życie małego miasteczka i opanowuje jego każdą, nawet najmniejszą, cząstkę. Nie da się więc wyjechać stąd bez pamiątki z wizerunkiem północnej ściany. Innym razem niematerialnym, ale równie wartościowym śladem naszego pobytu będzie wspomnienie o odbiciu Eigeru w jednym ze sklepowych lub restauracyjnych okien.
Można jednak zupełnie inaczej kontemplować tę majestatyczną górę. W tym celu uciekam nieco od miejskiego gwaru i ostatecznie znajduję się na płycie jednego z hotelowych parkingów. W niemal całkowitej ciszy stoję wpatrzony w skalno-lodowy labirynt Mordwandu. Z każdą następną chwilą wszystko staje się jasne. I przewracając w pamięci kolejne strony książki Harrera, odnajduję wzrokiem kluczowe miejsca w ścianie. Rampa, Trawers Bogów, Biały Pająk – i liczyłbym tak do samego wierzchołka, gdyby nie obecność pewnego starszego Azjaty.
– Czemu w tak wielkim skupieniu się przyglądasz? – jego pytanie szczerze mnie bawi.
– Przecież to właśnie Eiger – wskazuję zdumiony. W tym momencie jego twarz wyraźnie nabiera powagi, by po chwili uśmiechać się do zachwycającego krajobrazu.

Ostatni problem Alp
Niezależnie od tego, z kim w Grindelwaldzie przyjdzie rozmawiać o Eigerze, historię zdobywania północnej ściany jak nikt inny zna Marco Bomio, lokalny przewodnik górski i kustosz miejscowego muzeum.
– Historię północnej ściany kształtował nie tylko sukces czwórki pierwszych zdobywców, ale przede wszystkim tragiczne losy ich poprzedników. Niestosownie jest oceniać, czyje tragiczne losy są ważniejsze, ale z całą pewnością dramat Toniego Kurza należy do tych najbardziej zatrważających
– zaczyna swą opowieść Marco Bomio.
W lipcu 1936 roku próbę zdobycia północnej ściany podejmują Austriacy Edi Rainer i Willy Angerer oraz Bawarczycy
Andreas Hinterstoißer i Toni Kurz. W ścianie obie pary decydują się połączyć siły, ale szybko podejmują decyzję o odwrocie. Tragedia rozpoczyna się przy zejściu. Trzech partnerów Kurza na skutek lawiny odpada od ściany. Szczęście w nieszczęściu dla wiszącego nad przepaścią Toniego polega na tym, że znajduje się niedaleko okna kolejki wykutego niedaleko w ścianie. Szybkie działanie dróżnika, czekającego na wspinaczy z ciepłą kawą, owocuje przyjazdem ratowników. Niestety, ze względu na złe warunki wstrzymują akcję ratowniczą aż do rana. Kurz odmraża sobie lewą rękę, ale udaje mu się przetrwać samotnie noc. Następnego dnia wiąże ze sobą rozplecione fragmenty liny swego zmarłego partnera i ściąga do siebie jeden z końców długiej liny przyniesionej przez ratowników. Łączy linę ratowniczą z tą, na której wisi, i metr po metrze rozpoczyna mozolny zjazd. Ostatecznie od ratowników dzieli go już zaledwie tylko pięć metrów. Nie trafia jednak w ich ramiona... Jeden z węzłów łączący liny blokuje się w karabinku Kurza. Skrajne wycieńczenie, ogromny ból oraz niesprawność odmrożonej całkowicie ręki skutecznie uniemożliwiają wspinaczowi wyjście z trudności. Ostatecznie Kurz poddaje się i umiera.
Marco z dumą prezentuje eksponaty w swoim muzeum. Z dużymi emocjami wskazuje na gablotę z zablokowanym węzłem Kurtza. Po chwili w gablocie gaśnie światło, a Marco opowiada o 24 lipca 1938 roku. – Bezsprzecznie to przełomowa data w historii Eigeru. Ostatni problem Alp, najtrudniejsza, mordercza ściana Europy została zdobyta. Od tej chwili nazwiska Anderla Heckmaira, Ludwiga Vörga, Heinricha Harrera i Fritza Kasparka na dobre zagościły w dziejach światowego alpinizmu – mówi z przejęciem kustosz.
Początkowo wspinali się jako dwa niezależne i nie znane sobie zespoły. Ale tak jak Bawarczycy i Austriacy dwa lata wcześniej, tak i oni szybko połączyli swe siły w walce o wspólny sukces. Jego miarą było głównie ogromne doświadczenie Heckmaira,
który intuicyjnie „czytał ścianę”, znajdując tym samym właściwą, choć wcale nie łatwą drogę do szczytu. Do dziś droga pierwszych zdobywców jest absolutnym klasykiem północnej ściany i zasłużenie nosi nazwę Heckmaira.
Onieśmielony ogromem wiedzy Marca wracam do swojego pensjonatu z głową pełną dramatycznych opowieści o heroizmie alpinistów minionej epoki. Wymowa dawnych zdarzeń nabiera dla mnie jeszcze głębszego wyrazu, im dłużej wpatruję się w punkt światła majaczący na pogrążonej w mroku północnej ścianie Eigeru.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też