Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Norwegia

Z wizytą u Trolla

NPM 1/2017
Numer wyprzedany
Autor:
Katarzyna Jodłowiec
(fot. Katarzyna Jodłowiec)
Podobno Język Trolla to jedno z najpiękniejszych i najchętniej odwiedzanych miejsc w Norwegii. Idealnie nadające się na weekendową wycieczkę. Co więcej, według amerykańskiego serwisu internetowego The Huffington Post to najlepsze miejsce na świecie na zrobienie selfie. 

Chcielibyśmy nadać bagaż.
– Państwo mają tam walizkę? –odpowiada mi trochę znudzona swoją pracą kobieta.
– Tak, to bagaż – mówię i nie rozumiem, w czym problem.
– Ale chcą Państwo nadać walizkę?
– Tak, bagaż.
– …
– Hm… OK, możemy nazwać to walizką – poddaję się w końcu, patrząc na nasz worek.
Wczesna pora nie sprzyja ani nam, ani obsłudze lotniska. Od dobrych 20 minut jesteśmy atrakcją dla garstki pasażerów ospale plątających się po terminalu. Każde z nas ma przewieszony przez ramię mały worek na śmieci. W nich znajdują się nasze bagaże podręczne. Jeszcze chwilę temu walczyliśmy z dwoma większymi workami, upychając do nich namioty, puste plecaki i kije trekkingowe. Ten bardziej nieforemny musimy nadać jako bagaż specjalny. Taki widok nie powinien jednak nikogo dziwić, w końcu nie my pierwsi postanowiliśmy wybrać się na niskobudżetowy podbój Norwegii.
Naszym celem jest Trolltunga. Chcemy z bliska zobaczyć słynną półkę skalną, która swoim kształtem przypomina Norwegom język trolla. To chyba jedna z największych skandynawskich atrakcji ostatnich lat. Liczba turystów od 2009 roku zwiększyła się tu stukrotnie! Gdy lądujemy na lotnisku w Bergen, Język Trolla pokazują nam niemal wszystkie pocztówki.
Tuż obok parkingu Skjeggedal, z którego wyruszają wycieczki na Język, nad wodą siedzą turyści. Słychać, jak w menażkach bulgocze woda. Grupa Hiszpanów właśnie wróciła ze szlaku. My także decydujemy się zjeść tutaj obiad, a po nim żwawo ruszyć pod górę. Wytyczona trasa ciągnie się przez około 11 kilometrów w jedną stronę. Liczymy na to, że dziś zrobimy co najmniej jej połowę, a gdy poczujemy zmęczenie, zatrzymamy się na biwak. W Norwegii nie ma problemu z rozbijaniem namiotu na dziko, dlatego nie musimy martwić o miejsce ani nigdzie spieszyć.
Najtrudniejszy pierwszy krok
Startujemy z parkingu, z poziomu 443 metrów n.p.m. Podobno niektórzy wybierają krótszą, stromą drogę wzdłuż starej, nieczynnej już dziś kolejki, by szybko pokonać kolejne 400 metrów. My decydujemy się nie kombinować i wybieramy oznakowany szlak przez las. Na pierwszym kilometrze łatwo złapać zadyszkę. Podchodzimy pod górę po kamiennych stopniach. W pewnym momencie mamy wrażenie, że ta stromizna nigdy się nie skończy. Co chwilę mijamy się ze schodzącymi turystami. Łatwo wywnioskować na podstawie ich ekwipunku, że w przeciwieństwie do nas, większość z nich zdecydowała się na jednodniowy trekking na lekko.
Gdy w końcu zauważamy znak informujący, że za nami już pierwszy kilometr, postanawiamy chwilę odpocząć. Na szczęście dalej idzie się nam coraz lepiej. Teren powoli staje się coraz mniej stromy. Jeszcze parę kroków i zrobi się w miarę płasko. W końcu docieramy do pierwszego miejsca, które robi na nas niesamowite wrażenie. Tu każdy z nas z chęcią zatrzymałby się na dłużej. Przed nami charakterystyczne czerwone drewniane domki letniskowe. Wyglądają, jakby ktoś rozsypał je po płaskowyżu. Między nimi w słońcu lśni żółta trawa. Gdy obracamy się za siebie, naszym oczom ukazuje się widok na zbocza pokryte lasem. W dole doliny promienie słońca odbijają się od tafli jeziora. Moglibyśmy stać tutaj dłużej, ale wiemy, że musimy się pospieszyć, bo dziś przed nami jeszcze co najmniej cztery kilometry marszu.

(...)

Więcej - czytaj w numerze "n.p.m."


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Norwegia

Zobacz też